Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Dlaczego warto używać wiernych replik? Recenzja Porównawcza kilku mieczy jednoręcznych

11 października 2014  / Autor: Fiolnir

Słowem wstępu

W ostatnich tekstach publikowanych na stronie odnosiłem się do wielu problematycznych elementów związanych z używaniem mieczy nieodpowiadających oryginałom. Temat omawiałem ogólnie, natomiast w tym tekście przekujemy ogół w konkret. Postanowiłem zrobić małe studium porównawcze mieczy, które osobiście posiadam koncentrując się nie tylko na elementach dotyczących wyglądu ale przede wszystkim na kwestiach technicznych i użytkowych, które dla mnie osobiście są najważniejsze.

Do porównania wybrałem pięć mieczy mieszczących się datowaniem w okresie wczesnego i pełnego średniowiecza, czyli w epoce walki w układzie miecza z tarczą z przeciwnikiem nieopancerzonym lub przeciwnikiem lekko opancerzonym (kolczuga, zbroja miękka). Dwa pierwsze miecze są najbliższe oryginałom, trzeci z wymienionych mieczy jest kombinacją oryginałów, nie jest zatem rekonstrukcją, jednak pod względem cech użytkowych doskonale mieści się w standardzie epoki, dwa ostatnie miecze są w moim posiadaniu od wielu lat i były kupowane w czasach gdy koncentrowałem się na walce rekonstrukcyjnej.

wszystkie wszystkie2

1. Rekonstrukcja miecza z sygnaturą +VLFBERHT+ z Rijksmuseum van Oudheden datowanego na 950-1000 r. – producent Maciej Kopciuch

Wymiary oryginału:

Typologia: Typ H wg. Petersena, głownia w typie 3 Geibiga o jednolitej grubości ok 0,5 cm
Waga: 1554 g
Długość całkowita: 99,6 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 6,48 cm
Długość rękojeści: ok 10 cm
Rok odkrycia: 1983
Literatura i źródła zdjęć:

  • J. Ypey, Drei neuerworbene Waffen im Rijksmuseum van Oudheden: ein Ulfberht-Schwert, ein Katzbalger und ein Linkhanddolch, Żródło: Oudheidkundige Mededelingen uit het Rijksmuseum van Oudheden te Leden 66, 1986 s. 139-151.
  • http://www.myarmoury.com/talk/viewtopic.php?p=56574

 

Zdjęcia oryginału:

 peth.l100.ulfbertnoord-brabantlithnetherlands.allobjz_209 peth.l100.ulfbertforteinlaynoord-brabantlithnetherlands.9th.rol.avnsmall_178 peth.l100.ulfbertforteinlayreverse.noord-brabantlithnetherlands..9th.rol.avnsmall_331 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlandshiltjz_190 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlandshilt.jz_193 12030118_295 12030116_132 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlands9th.rol.avnsmall_192 12030119_146 10500558_443985139072176_5954673070458013709_n 10347410_443932482410775_5758333778422839285_n 12030115_245 11190138_749 10364045_429838710486819_7568711848717869080_n 10336779_429838853820138_2120646527508162375_n 10342951_437612243042799_1357964215675402836_n 10250295_429838683820155_6861702551719748898_n 10269523_429838687153488_8439471877836642446_n

Wymiary rekonstrukcji:

Długość całkowita: 94 cm
Długość głowni od jelca: 77,5 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 5,5 cm
Długość zbrocza: 70 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 2,5 cm
Długość jelca: 9 cm
Szerokość jelca: 3 cm
Wysokość jelca: 1,5 cm
Długość rękojeści: 9,7 cm
Waga: 1500 g (1430 g bez rękojeści)
Wyważenie: 15 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 56 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – brąz i srebro, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Miecz sygnowany obustronnie. Z jednej strony +VLFBERHT+ z drugiej IIIXXXIII – tak jak w oryginałach napisy są integralnym elementem głowni, są słabo dostrzegalne. Rekonstrukcja posiada głownię trochę krótszą i trochę węższą niż oryginał, celem było zbliżenie wagi tępego miecza do wagi oryginału. Brakuje srebrnego drucika ozdobnego między elementami głowicy, sam zdecydowałem że wolę go pominąć.

Zdjęcie rekonstrukcji:

 viking_rijksmuseum_02 viking_01A viking_rijksmuseum_01 DSC01183 10624769_714846731886488_3294338261895222356_n DSC01167 10660141_479254648878558_3351089655111732216_n porownanie 10628453_479254745545215_1496312878075315851_n 10592898_469492986521391_7532956646496382131_n 10599316_715424668495361_4557705569778928730_n 10606032_479254702211886_9196469514288454170_n 10570482_478713028932720_516167381910633574_n 10361567_469492983188058_8617716482139264041_n 10500558_443985139072176_5954673070458013709_n — kopia

Cechy użytkowe:

Siła tej broni jest porażająca, jest to pierwsze wrażenie jakie ma większość osób którym dawałem go do ręki. Naprawdę czuć że trzymamy w ręku broń, która w wersji ostrej byłaby idealna do zadawania potężnych krojących uderzeń z całego ramienia, zwłaszcza jeśli dodatkowo dołożymy krok do wykonywanej akcji. Użycie miecza z pełnym przyłożeniem siły nawet w wersji tępej i w hełmie stalowym z dobrym wytłumieniem mogłoby posłać na dechy niejednego kozaka ;)

W pierwszej chwili przesiadając się z o wiele lżejszych mieczy opisanych niżej czułem, że miecz jest dość ciężki. To wrażenie bardzo szybko zniknęło po kilkudniowym intensywnym treningu uderzeń. Jednocześnie mimo wagi nigdy nie miałem wrażenia, że ta broń jest w jakikolwiek sposób toporna, jest to ten typ broni która raz wprowadzona w ruch sama idealnie układa się w linii ataku, gdy nie zatrzymujemy cyrkulacji i nie stopujemy głowni bez potrzeby można nim zadawać bardzo szybkie uderzenia z różnych kierunków i uderzać kombinacjami. Tak naprawdę ze względu na masę nie jest konieczne przykładanie dodatkowej siły aby skutecznie atakować, wystarczy wprowadzić broń w ruch w odpowiednim momencie i w odpowiedniej linii aby osiągnąć efekt. Z tego właśnie powodu w walce tym mieczem nie koniecznie trzeba polegać na stosowaniu chwytu młotkowego, można zastosować stosunkowo lekki chwyt długi z dość luźno ułożoną dłonią, dzięki czemu głowica nie uwiera w nadgarstek.

Ciężko ocenić efektywność cięcia tą techniką bez testów z wykorzystaniem ostrej repliki o dokładnie takich samych parametrach, jednak jest to jedna z metod zdecydowanie wartych rozważenia, zwłaszcza że jej stosowanie w epoce jest dobrze udokumentowane. Na ten temat toczyła się gorąca dyskusja na forum MyArmoury, osobiście jestem zdania, że chwyt młotkowy w epoce był dominujący (mamy przytłaczającą przewagę ikonografii w której się pojawia), jednak chwyt długi stanowi bardzo dobre uzupełnienie repertuaru technik, zwłaszcza w sytuacji gdy zależy nam na maksymalizacji zasięgu w walce jeden na jeden.

Blokowanie takiej głowni w jakikolwiek sztywny sposób nie ma sensu nawet przy użyciu ostrza. W realiach prawdziwej walki z pełną siłą uderzenia ten miecz jest w stanie przełamać praktycznie każdą obronę tego typu, jestem absolutnie przekonany że wersja ostra byłaby w stanie bez trudu np. amputować nogę w udzie, co wielokrotnie pojawia się w opisach walki.

Ciasna rękojeść zapewnia fantastyczną pewność chwytu, głowica minimalnie przeszkadza przy operowaniu mieczem za pomocą chwytu młotkowego  jednak jest to mocno odczuwalne dopiero po ok 100 uderzeniach w szybkiej serii i to tylko w sytuacji stopowania ruchu, czego w realnej walce raczej się nie wykonuje. Miecz prowadzony ze sztywnym nadgarstkiem  sprawdza się fantastycznie jako broń przełamująca. Jedną z ciekawszych rzeczy jakie zauważyłem przy okazji treningu tą bronią jest jej zdolność do odsłaniania przeciwnika przez wybijanie tarczy, jednak jest to możliwe tylko wtedy gdy tarcza jest za ciężka (jedna z naszych treningowych jest całkiem toporna). Na pewno był to jeden z powodów dla których tarcze z epoki były raczej lekkie.

Niezwykły efekt użytkowy daje przełożenie palca wskazującego przez jelec. Miecz wtedy zaczyna zupełnie inaczej leżeć w dłoni. Ta niewielka zmiana chwytu zamienia twardą przełamującą głownię w finezyjne narzędzie które idealnie pracuje przy pchnięciach i lekkich akcjach nadgarstkowych. Chwyt długi jest możliwy do wykonania ale linię lepiej trzyma się z przełożeniem palca przez jelec. O przekładaniu palca przez jelec wiadomo od dawna ale dopiero zastosowanie tego w mieczu o odpowiedniej wadze i wyważeniu uświadomiło mi jak mocno ten detal warunkuje technikę.

Mieczem nie da się nijak wykonać chwytu kciukowego ponieważ jelec jest na tyle gruby i szeroki, że kciuk zwyczajnie odstaje od głowni, sama zaś budowa rękojeści sprawia, że stosowanie go jest utrudnione – przejście z chwytu młotkowego do kciukowego wymagałoby przestawienia całego ułożenia dłoni na rękojeści.

Reasumując – ten miecz to doskonała broń swoich czasów, potężny oręż bitewny idealny do walki w bliskim bitewnym dystansie, nadający się do bardziej finezyjnej walki gdy używano go np. w pojedynku. W starciu z taką bronią nieopancerzony przeciwnik byłby bez szans, miecz tego typu był w stanie zadawać ziejące, głębokie rany oraz amputować kończyny. Nadawał się do pchnięć, uderzeń, cięć i zdecydowanie do terroryzowania każdego kto stał mu na drodze stąd nadałem mu imię Terror. Gdybym szedł do bitwy pieszej to własnie ten miecz zabrałbym ze sobą jako najefektywniejszą przełamującą broń bitewną w zestawie z dużą okrągłą tarczą w stylu germańskim.

DSC01222 DSC01223 DSC01224 DSC01225 DSC01226 DSC01228 DSC01264 DSC01268 DSC01269

2. Rekonstrukcja miecza z zamku Søborg w Danii przechowywanego w Muzeum Narodowym w Kopenhadze datowanego na 1100-1175 r. - producent Maciej Kopciuch

Wymiary oryginału:

Typologia: według Oakeshotta typ XI z głowicą typu A i jelcem typu 1, według Geibiga typ 9 z głowicą kombinowaną typu 16 wariant 1
Długość całkowita: 109 cm
Długość głowni od jelca: 93.8 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Wyważenie: 16 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 61 cm
Waga: 1200 g
Nr. inwentarzowy: D 8801
Uwagi: Peter Johnsson opracował ten miecz tak perfekcyjnie, że ciężko cokolwiek dodać w temacie. Szczerze polecam lekturę tekstu na temat tego miecza i wszystkich innych ze strony tak Petera Johnssona jak i Albion Swords.
Literatura i źródła zdjęć:

 

Zdjęcia oryginału:

4216317-seks-af-de-svrd-som-tidligere-er-fundet-ved-sborg-det-nye-fund-ligner-mest-nummer-to-fra-hjre Soeborg

Wymiary rekonstrukcji:

Długość całkowita: 105 cm
Długość głowni od jelca: 88,2 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 74 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 1,5 cm
Długość jelca: 20 cm
Szerokość jelca: 1,2 cm
Grubość jelca: 1 cm
Długość rękojeści: 11 cm
Waga: 1380 g
Wyważenie: 20 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 61 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – stal, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Miecz sygnowany obustronnie napisami +BENEDICoATNTIVoSEToMAoT+ i S(CT)SPETRN(NU)S. Podobnie jak w oryginale napisy są dobrze widoczne, pisane cienką zawijastą kreską. Idealnie został oddany styl napisu, został on wygrawerowany, w oryginale litery wypełnione były srebrem. Sprawę ostatecznego kształtu głowni tego miecza i rękojeści konsultowaliśmy kilka razy. Ostatecznie jako, że miecz miał być tępy zdecydowaliśmy o lekkim skróceniu głowni aby nie przesadzić z wagą i przeważeniem głowni ku przodowi. Głownia jest krótsza o 5,5 cm, mimo tego miecz nadal jest bardzo długi, oryginał przewyższał długością prawie wszystkie miecze jednoręczne swoich czasów. Była to typowa broń kawaleryjska, zaprojektowana tak aby łatwiej było dosięgać przeciwników z wysokości końskiego grzbietu, mimo tego dobrze sprawdza się też w walce pojedynkowej z tarczą zapewniając solidną przewagę dystansu. Oprawa rękojeści wzorowana jest na ikonografii z okresu i kilku zachowanych egzemplarzach w których występowało karbowanie różnego typu, rękojeść nie zachowała się w oryginale.

Zdjęcie rekonstrukcji:

10312508_477449169059106_7854884774711516406_n 10363973_477440799059943_4132123448092183425_n 10403366_479274265543263_8466771500254914953_n 10599345_479274145543275_340048158834334683_n 10599440_479274218876601_4722802007991077555_n 10599615_477454862391870_7128903258134952101_n DSC01162 DSC01168   Soeborg2

DSC01172DSC01170

Cechy użytkowe:

Jest to broń o niesamowitej i niepowtarzalnej dynamice. To z kolei jest pierwsze wrażenie jakie pojawia się przy walce tym mieczem, który niewątpliwie stanowi największą ozdobę mojej kolekcji. Przy wykonywaniu akcji nieomal namacalnie czuć jak masa miecza przepływa w stronę sztychu podczas uderzenia. Miecz trzymany pionowo wydaje się lekki jak piórko, praktycznie nie czuć jego wagi, gdy broń wychyla się od pionu do kąta ok 45 stopni jej waga zaczyna być bardzo wyraźna, gdy dochodzimy do ułożenia horyzontalnego otrzymujemy pozycję w której miecz leży w dłoni dość ciężko, utrzymanie go w tym ułożeniu w poziomym sztychu, znanym z wielu przedstawień walki kawaleryjskiej jest możliwe, staje się jednak dużo łatwiejsze po przełożeniu palca wskazującego przez jelec. Taką sugestię co do techniki podał również w swoich tekstach Peter Johnsson, z którym pod tym względem całkowicie się zgadzam.

Jest to typowy długi normański miecz kawaleryjski idealnie nadający się do rażenia przeciwników z wysokości końskiego grzbietu. Przy walce pieszej, zwłaszcza w warunkach bitewnego ścisku, tak długa głownia raczej by przeszkadzała niż pomagała, jednak w warunkach pojedynku znaczna długość głowni zapewnia znaczną przewagę dystansu, co oczywiście wraz z odpowiednią siłą uderzenia można wykorzystać.

Miecz ten nadaje się dokładnie do tego do czego został zaprojektowany – głownia raz puszczona w ruch prowadzi się zadziwiająco pewnie, uderzenia są czystą przyjemnością, prawie nie wymagają przyłożenia dodatkowej siły. Przy uderzaniu z konia wystarczyłoby puścić ramie w ruch na zasadzie wiatraka bez zawracania sobie głowy finezyjnym fechtunkiem.

Mieczem tym można wykonać pełny repertuar technik jeśli chodzi o chwyty rękojeści, uderzenia i pchnięcia. Rękojeść jest trochę dłuższa niż we wcześniej opisanym egzemplarzu, dzięki czemu nie ma problemów z uderzaniem głowicy o nadgarstek. Nadgarstek może też pracować nieco luźniej, stąd chwyt długi w wypadku tego miecza może przyjąć zarówno formę opisaną przez Petera Johnssona jak również wariant z chwytem młotkowym i ugiętym nadgarstkiem. Obie metody działają dobrze pod warunkiem, że nie staramy się w żaden sposób stopować broni w trakcie wykonywania akcji, oba chwyty są za słabe aby skutecznie zatrzymać uderzenie tak długą głownią z tak mocno przesuniętym środkiem ciężkości. Przy stosowaniu chwytu młotkowego w wersji sztywnej zasięg się zmniejsza ale prowadzenie broni staje się wyraźnie łatwiejsze.

Do sztychów i sztychowej walki kawaleryjskiej na wyprostowanej ręce najlepiej nadaje się poprzednio wspomniany chwyt z przełożeniem palca wskazującego przez jelec. Chwyt kciukowy jest bardzo wygodny, dobrze dopasowany, nie sprawia jakichkolwiek problemów. Przy walce pieszej ustawienie miecza w pozycji do sztychów górnych i dolnych jest niezwykle intuicyjne, długa głownia stabilizuje linię sztychu, wyraźnie widać że w epoce w której ta broń powstała zmierzano w kierunku zapewnienia maksymalnej ergonomii wykonywania tej akcji.

Długi jelec w połączeniu z szeroką głowicą nadaje się do uderzania w tarczę bez narażania dłoni na uszkodzenie, jelca można też użyć do wyhaczania tarczy przeciwnika, jednak broń ta zdecydowanie nie jest przeznaczona do walki w tak ciasnym dystansie. Prawidłową techniką walki pieszej byłoby w tym wypadku mocne sztychowanie, granie dystansem itd.

Dla uzyskania pełnego potencjału ofensywnego należy tym mieczem przede wszystkim wykonywać uderzenia z całego ramienia z dodaniem kroku, co wymaga odpowiedniej przestrzeni, zamiennie można używać sztychów, finezyjna nadgarstkowa szermierka tą bronią jest dość problematyczna, wykonalna przy odpowiedniej ilości treningu, jest dość prawdopodobne, że w walce pieszej przeciwko opancerzonemu przeciwnikowi używano przy głowniach tego typu chwytu dwuręcznego, co zdarza się widzieć na ikonografiach. Ułożenie drugiej dłoni na głowicy jest bardzo wygodne, miejsca wystarcza do położenia jednego palca na rękojeści.

Chwyt dwuręczny maksymalizuje możliwą do wygenerowania siłę, jednocześnie skraca dość znacznie dystans optymalny walki tą bronią. Mam tu oczywiście na myśli dystans optymalny w walce pieszej gdy ilość dostępnej przestrzeni jest ograniczona. Jeśli walczyłbym z konia zdecydowanie zabrałbym ze sobą ten własnie miecz w komplecie z tarczą migdałową lub trójkątną.

DSC01273 DSC01260 DSC01259 DSC01258 DSC01257 DSC01256 DSC01255 DSC01254 DSC01253

DSC01252 DSC01251

3. Typowy miecz trzynastowieczny łączący cechy miecza ze Szczecina i z Malborka - producent Maciej Kopciuch

Wymiary rekonstrukcji:

Typologia: według Oakeshotta typ XII głowica typu J jelec typu 1
Długość całkowita: 97 cm
Długość głowni od jelca: 81 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 5,5 cm
Długość zbrocza: 53 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 1,7 cm
Długość jelca: 19,5 cm
Szerokość jelca: 1 cm
Grubość jelca: 1,2 cm
Długość rękojeści: 10 cm
Waga: ok. 1200g
Wyważenie: 13,5 cm
Punkt Uderzenia (COP): 53 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – stal, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Nigdzie niestety nie znalazłem wymiarowania oryginałów na podstawie których miecz powstał jednak w tym wypadku rekonstrukcja była tworzona po wizycie w muzeum i obejrzeniu oryginałów, można więc przyjąć, że całość jest zbliżona do standardu najbardziej jak to tylko możliwe. Ogólny kształt głowni i napis zostały wzięte z miecza przechowywanego w Muzeum Narodowego w Szczecinie pochodzącego z nieznanego miejsca w Polsce. Oryginał był sygnowany obustronnie napisem +NRCDISEC+NRCDISEC+NRCDISIG+ERCDISIG+NRCDISII z jednaj strony i +NRCDISIC+ENSNRCH+NRCDISDV+ERCDISIA z drugiej, w oryginale litery były wypełnione złotym metalem. Napis na moim mieczu jest kombinacją elementów tych napisów, natomiast głowica została wzięta z miecza malborskiego. Oba egzemplarze są bardzo podobne jeśli chodzi o wszystkie detale konstrukcyjne (kształt, długość głowni etc.). Miecz malborski ma trochę dłuższe zbrocze. Głowice wykonywane z metali kolorowych były w średniowieczu niezwykle popularne, zdają się nawet przeważać liczebnie nad ich żelaznymi odpowiednikami. O popularności mogła tu decydować łatwość produkcji seryjnej, większa waga materiału oraz względy symboliczne. Treść napisu na mieczu do dziś nie została rozszyfrowana mimo, że jest to jedna z najdłuższych inskrypcji tego typu znanych z terytorium Polski.
Literatura:

  • M. Głosek, Znaki i napisy na mieczach średniowiecznych w Polsce, Ossolineum, Wrocław 1973, s. 109.

Zdjęcia oryginału:

DSC_0851 DSC_0857 DSC_0858 DSC_0859 DSC_0860 DSC_0865 DSC_0866 DSC_0875 DSC_0880 miecz_szczecin_muzeum_NAPISY_black szczecin wizualizacja_miecz1a

Zdjęcie rekonstrukcji:

10411283_450400645097292_2798119631123762545_n DSC01163 DSC01173 DSC01177 nrc_01 nrc_02 nrc_03 sword2 7352_467159183421438_5648465214217736764_n

Cechy użytkowe:

O ile poprzednio omówione miecze były do pewnego stopnia wyspecjalizowanymi konstrukcjami predestynowanymi do używania ich w konkretnych sytuacjach, o tyle w wypadku tego miecza mamy do czynienia z niesamowicie wszechstronną bronią nadającą się do walki w każdej sytuacji. Z jednej strony jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego (w realiach walki bitewnej lepiej sprawdziłby się wiking, w walce z konia zaś Søborg), z drugiej jednak strony w sytuacji codziennego życia, podróży, poruszania się ten miecz jest niezastąpiony. Głownia jest dość długa, lekka i fantastycznie wyważona. Miecz idealnie nadaje się do technicznego fechtunku, prowadzeniu akcji ze związań. Jego największą zaletą jest właśnie szybkość, mobilność, doskonałe wyważenie. Oczywiście można tego miecza użyć do walki w ciężkim opancerzeniu ale przypomina to trochę kastrację. Tego typu broń idealnie sprawdza się w pojedynkowej i traktatowej walce bez pancerza.

Ze względu na cechy fizyczne i wszechstronność nic nie ogranicza repertuaru technik możliwych do wykonania tym mieczem, nie zaryzykowałbym też stawiania jakiejkolwiek tezy o przewadze jednych technik nad innymi w jego wypadku, tutaj praktycznie wszystko zależy od indywidualnych preferencji. Miecz przez swój kształt idealnie nadaje się do pchnięć, bez problemu można zastosować w nim zarówno chwyt kciukowy jak i przełożenie palca wskazującego przez jelec.

Chwyt młotkowy może być zarówno stosowany sztywno jak również z pełną ruchomością nadgarstka. Miecz nadaje się zarówno do uderzania z całego ramienia jak również do wykonywania szybkich strzałów nadgarstkowych. Chwyt długi w tym wypadku byłby raczej formą preferowaną w obu wariantach, można nawet dodać kolejną formę w której kciuk ułożony jest wzdłuż rękojeści (co jest słabo udokumentowane dla średniowiecza jednak w późniejszych epokach staje się często akcją preferowaną zwłaszcza w hiszpańskich dziewiętnastowiecznych szablach konstruowanych specjalnie pod ten chwyt). Chwyt tego typu moim zdaniem da się dostrzec np. w scenie rzezi niewiniątek ze Złotego Kodeksu Pułtuskiego z ok 1080 r.

Możliwe jest wykonanie chwytu dwuręcznego ale jest to w tym wypadku raczej przerost formy nad treścią. Niewielka waga broni zapewnia pełną swobodę ruchów przy chwycie jednoręcznym, chwyt dwuręczny nic nie daje, a raczej ogranicza. Okrągła niewielka głowica wraz z budową rękojeści tworzą zestaw w którym nic nie przeszkadza przy wykonywaniu ataków, trzymanie przeciwnika na dystans statycznym chwytem długim ze sztychem jest lekkie, łatwe i przyjemne, dodawanie przełożenia palca przez jelec nie jest konieczne. Można to wykorzystać zarówno do grania dystansem w walce pieszej jak i w walce konnej.

Gdybym miał walczyć w pojedynku posługując się lekką tarczą trójkątną lub puklerzem, a zwłaszcza gdybym miał walczyć bez uzbrojenia ochronnego np. broniąc się podczas napadu na drodze podczas cywilnej podróży, ten własnie miecz zabrałbym ze sobą jako najbardziej wszechstronny, lekki oręż zapewniający możliwość wykonania wszelkich znanych z walki mieczem akcji szermierczych. Niezbyt długa głownia, waga broni itd. sprawiają że miecz nie zawadza, dobrze sprawdzałby się w walce w ciasnych pomieszczeniach, byłby też dobrą bronią boczną dla lekkiej trzynastowiecznej piechoty.

DSC01242 DSC01243 DSC01244 DSC01245 DSC01246 DSC01247

DSC01261 DSC01272

4. Turniejowy miecz wczesnośredniowieczny IX-X w. – producent Wojciech Szanek

Wymiary miecza:

Typologia: dwuczęściowa głowica z trzema wypustkami z dominującym środkowym z lekko wygiętą podstawą i lekko wygiętym dość masywnym jelcem najlepiej pasuje do typu VI według typologii R.E.M. Wheelera, jednak z tego co mi wiadomo miecz nie jest interpretacją konkretnego znaleziska.
Długość całkowita: 92 cm
Długość głowni od jelca: 73 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 71
Szerokość zbrocza przy jelcu: 3,5 (a w zasadzie 1 cm od jelca, zbrocze nie wchodzi pod jelec)
Długość jelca: 11 cm
Szerokość jelca: 2 cm
Grubość jelca: 1,2 cm
Długość rękojeści: 11,5 cm
Waga: ok 1000 g
Wyważenie: 7 cm
Punkt Uderzenia (COP): 42 cm
Materiał: bardzo sprężysta i jednocześnie dość twarda stal jakościowa, skóra na rękojeści pod spodem prawdopodobnie oplot sznurowy
Dodatkowe uwagi: Odstępstwa od orygianłów w tym wypadku to: głownia zaklepana na dwuczęściowej głowicy, za szerokie zbrocze poprowadzone po prawie całej szerokości głowni ale nie wchodzące pod jelec, za długa rękojeść, za bliski punkt wyważenia, za duża sprężystość głowni, za mała waga jak na standard epoki. Zwróćcie też uwagę że COP wypada tu niemal w połowie długości głowni – tym mieczem nawet po naostrzeniu nie dało by się ciąć efektywnie.

Zdjęcia:

DSC01166 DSC01179

Cechy użytkowe:

Odnośnie tego miecza mam jedną ciekawą obserwację. Zrobiłem mały eksperyment dając kilku osobom wszystkie wymienione miecze do ręki, a następnie prosząc o przetestowanie tego własnie miecza. Wrażenia były całkowicie zgodne i dobrze oddaje je określenie użyte przez wszystkie wymienione osoby, mianowicie „zabawka”. Słowa tego użyli wszyscy i jakkolwiek mieczowi nic nie można zarzucić jeśli chodzi o jego turniejową użyteczność, o tyle jego waga, wyważenie, dynamika, kształt głowni, rękojeści, jednym słowem wszystko nijak nie odpowiada oryginałom ani nawet ich nie przypomina.

Spośród wszystkich mieczy tu opisanych ten zdecydowanie najbardziej odstaje od rzeczywistości, jednocześnie pod względem możliwości wykonywania akcji szermierczych ten miecz przebija wszystkie wyżej wymienione.  Za długa rękojeść umożliwia wykonywanie wszelkich możliwych do wyobrażenia akcji nadgarstkowych, głowica o nic się nie blokuje, nie uwiera. Wszystkie chwyty miecza możliwe do wykonania mogą w tym mieczu być zastosowane. Punkt wyważenia ok 7 cm od jelca sprawia że miecz ten jest szczególnie efektywny własnie przy fechtunku bardzo szybkim, nadgarstkowym i walki uderzeniami. Jeśli chodzi o pchnięcia oczywiście są możliwe ale przeważenie ku rękojeści połączone z dość krótką głownią nie pomaga w ustawianiu sztychu w linii.

Miecz kiepsko nadaje się do walki na związaniach bo jest bardzo elastyczny, zachowuje się trochę jak sprężyna. Elastyczność zapewnia my trwałość, mimo że miecz używany jest już ponad trzy lata nie widać na nim prawie śladów użytkowania – najgłębsza wżera na głowni ma poniżej 1 mm. Główne ślady użytkowania występują na oprawie rękojeści.

W praktyce nie da się opisać całego uczucia jakie towarzyszy porównaniu pierwszego z opisanych mieczy i tego egzemplarza. Różnica jest kolosalna własnie pod względem użytkowym. Z jednej strony mamy relatywnie ciężką sztywną bojową głownię o ciasnej oprawie rękojeści, z przeważeniem w stronę sztychu, która nadaje się do mocnej walki nastawionej na przełamujące uderzenia i siłę. Cała konstrukcja tej broni wymusza stosowanie konkretnych technik chwytu i nakłada bardzo wyraźne ograniczenia na nasz repertuar.

Z drugiej strony mamy lekką, elastyczną, krótką i wąską głownię przeznaczoną do szybkiego nadgarstkowego fechtunku z długą rękojeścią, przeważeniem blisko jelca którą można wykonać wszystko co sobie WYMYŚLIMY. W rezultacie mamy sytuację w której broń pozwala nam na sporo więcej niż realnie powinna. Wszelkie próby interpretacji realnych technik walki taką bronią są skazane na niepowodzenie ponieważ ulepszamy rzeczywistość. Jednym z głównych problemów jakie napotykamy interpretując techniki jest poznanie ograniczeń epoki. Bardzo łatwo jest dokonać nadinterpretacji ponieważ każdy kto poważnie zajmuje się tematem jest świadomy potencjału większej ilości technik niż tylko tych używanych w danej epoce. Zawsze istnieje pokusa założenia, że „ludzie wtedy byli mądrzy” i na pewno na pewne rzeczy wpadli skoro później lub wcześniej coś gdzieś się pojawia.

Niestety z problemami i percepcją problem polega na tym, że każdy rozwiązany problem wydaje się prosty i banalny, a każda stosowana technika wydaje się intuicyjna jeśli ją znamy. W praktyce pewne techniki zaczynają się pojawiać dopiero w bardzo określonym momencie historycznym, jeszcze trudniejszym zagadnieniem jest określenie szybkości rozprzestrzeniania się idei. Spójrzmy jak bardzo różnią się między sobą rozmaite późne szkoły walki mieczem długim, rapierem, szpadą itd. Z jednej strony wszystko jest podobne, z drugiej każdy mistrz, każda szkoła jest w pewien sposób wyjątkowa i indywidualna. W czasach wczesnego średniowiecza gdzie przekaz pisemny w tym temacie praktycznie nie istniał (a na pewno nie istniał w podręcznikowej i traktatowej formie) zagadnienie staje się jeszcze bardziej skomplikowane. Skazani jesteśmy na interpretację ikonografii, opisów literackich, kronikarskich i badanie samego narzędzia, po to raczej aby określić maksymalny zakres możliwości niż dokładny obowiązujący zawsze zestaw technik. Jeśli narzędzie którego używamy nie odpowiada realiom epoki wszystko co robimy staje się absolutnie niemiarodajne.

Oczywiście miecze w epoce były różne, rozstrzał cech użytkowych jest bardzo wyraźny i zdarzały się egzemplarze mniej lub bardziej predysponowane do konkretnej formy walki, istnieje jednak coś takiego jak standard, zwłaszcza że do naszych czasów dotrwało kilka tysięcy zachowanych egzemplarzy. Odtwarzając zawsze należy skupiać się na tym co było typowe, zamiast szukać na siłę wyjątków.

DSC01229 DSC01230 DSC01231 DSC01232 DSC01233 DSC01234

DSC01249 DSC01270

5. Ostry miecz wczesnośredniowieczny IX-X w. – producent ARMA Maciejko

Wymiary miecza:

Typologia: głownia wszystkimi parametrami mieści się w typie 4 Geibiga, oprawa rękojeści z tego co wiem nie była wzorowana na żadnym konkretnym znalezisku. Ogólnie pięcioczęściowa głowica pasuje do typu R według J. Petersena, minimalnie ugięty jelec znajdziemy w typie Y oraz w typie VII według R.E.M. Wheelera
Długość całkowita: 92 cm
Długość głowni od jelca: 74 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 69 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 2,5 cm
Długość jelca: 11 cm
Szerokość jelca: 2 cm
Grubość jelca: 1 cm
Długość rękojeści: 11,5 cm
Waga: ok 1100 g
Wyważenie: 10 cm
Punkt Uderzenia (COP): 50 cm
Materiał: sztywna i twarda stal wysokowęglowa, na rękojeści oplot skórzany.
Dodatkowe uwagi: Gdy zestawimy ze sobą ten miecz z egzemplarzem opisanym wyżej szybko okaże się, że parametry są bardzo zbliżone, a jednocześnie w kilku istotnych miejscach zupełnie inne, dzięki czemu miecz jest o wiele lepszą rekonstrukcją. Uwagę zwraca zwałszcza COP (50 cm zamiast 42), lepszy profil głowni, lepsza sztywność, trochę dalsze wyważenie, trochę większa waga ale te 3 cm i 100 g decydują o tym że miecz mieści się w dolnej granicy tolerancji, przed ostrzeniem miecz ważył ok 1300 g dzięki czemu wyważenie było ok 15,5 cm od jelca. Uzasadnienia źródłowego nie ma dodanie rowków na jelcu, przedłużenie dzielenia głowicy na jej podstawę oraz ricasso powstałe wskutek ostrzenia oprawionego już egzemplarza. Rękojeść jest za długa. Poważnie zastanawiam się nad zmianą oprawy tego miecza na bardziej odpowiadającą oryginałom.

Zdjęcia:

DSC01165 DSC01181

Cechy użytkowe:

Ten miecz pod względem użytkowym plasuje się gdzieś pomiędzy mieczem produkcji Wojciecha Szanka i mieczem skandynawskim produkcji Macieja Kopciucha opisanym na początku. Pod względem zestawienia cech użytkowych mieści się gdzieś w dolnej skali egzemplarzy znanych z epoki jeśli chodzi o wagę i wyważenie.

Typologicznie miecz jest raczej wariacją na temat. Kształt głowicy jest mocno nietypowy choć zasadniczo jest to typowa dwuczęściowa duża głowica wczesnośredniowieczna podzielona na pięć wypustków z dominującym centralnym. Lekko wygięte jelce w epoce się zdarzały od wieku X, niestety rękojeść jest zdecydowanie za długa, tego elementu nie da się obronić. Mieczem tym da się przeprowadzać sensowne testy cięć jednak trzeba zwracać uwagę na chwyt i pracę nadgarstkiem aby nie wypaczać techniki. Zdecydowanie planuję dodanie do kolekcji jeszcze jednego ostrego egzemplarza odpowiadającego specyfiką pierwszemu z opisanych tu mieczy.

Głownia została przerobiony na wersję ostrą z tępego egzemplarza, dlatego przy jelcu pojawia się ricasso. Oczywiście egzemplarze historyczne go nie posiadały, głownie były ostrzone na całej długości. Nie przeszkadza to przy standardowych cięciach wykonywanych na odpowiednim dystansie, przy chwycie z przełożeniem palca wskazującego przez jelec brakuje elementu kontaktu palca z ostrą głownią. Ciężko w tej sytuacji zweryfikować, które elementy techniki mogłyby być problematyczne.

Stal użyta w tym mieczu ma bardzo dobre, wzorcowe wręcz właściwości dla stali jednorodnej – jest dość sztywna i twarda. Dzięki temu naostrzenie głowni było możliwe. W wersji tępej miecz mimo ok 7 lat użytkowania (w tym 4 w moim wykonaniu) praktycznie nie posiadał szczerb ani głębokich wżerów. Miecz pochodzi z czasów w których głownie Maciejki były jednymi z lepszych dostępnych na rynku. W obecnej chwili właściwości fizyczne głowni od tego producenta są tak różnorodne, że bardzo ciężko stwierdzić jakiej klasy miecz wpadnie nam w ręce. Osobiście byłem świadkiem sytuacji gdy do nas i do jednej z zaprzyjaźnionych grup dotarły w odstępie tygodnia dwie paczki. W jednej były miecze wykonane z bardzo przyzwoitej stali, w drugiej miecze po pierwszym treningu miały wżery głębokości 3-5 mm.

Mieczem tym można wykonać pełen repertuar technik w tym również chwyt kciukowy ponieważ jelec jest wąski i cienki, nie przeszkadza w ułożeniu kciuka na płazie. Za długa rękojeść nie przeszkadza przy akcjach nadgarstkowych. Głownia ma odpowiednią sztywność, dzięki czemu tnie całkiem nieźle zarówno cele miękkie jaki i np. zbitki młodych gałęzi oraz tarczę. W tym ostatnim wypadku maksymalnym efektem uderzenia jaki udało mi się uzyskać było rozłupanie tarczy drewnianej oklejanej lnem migdałowej uderzeniem górnym wzdłuż słojów do głębokości ok 40 cm, nie ulega wątpliwości, że taki atak zakończyłby się co najmniej uszkodzeniem ręki przeciwnika za tarczą.

Osobiście myślę że ostra wersja pierwszego z opisanych mieczy byłaby zdolna ciąć jeszcze efektywniej ze względu na większą wagę i dalej przesunięty punkt wyważenia. Głownia w tym mieczu na skutek ostrzenia została lekko ścieniona, poważne znaczenie dla efektywności mogłoby mieć również zmienienie profilu ostrza. Miecz ostrzony jest w kąt ostry podczas gdy oryginały raczej miały profil podobny do soczewki. Profil tego typu idealnie nadaje się do przecinania nieopancerzonych przeciwników (jest charakterystyczny np. dla mieczy japońskich).

Grubość głowni może mieć kapitalne znaczenie przy ocenie klinowania się ostrza w tarczy podczas uderzenia. Cienka głownia ma wyraźną tendencję do więźnięcia w deskach – po wbiciu miecz ciężko wyciągnąć (a mówiąc ciężko mam na myśli np. dwuręczne szarpanie z całej siły po stanięciu na tarczy celem jej przytrzymania trwające kilkanaście sekund). Szersza głownia łupałaby deski. Przypomina to trochę porównywanie efektywności siekiery do topora. Głownie wczesnośredniowieczne najczęściej nie były cieniowane w płaszczyźnie bocznej, utrzymywały równą grubość na całej długości i mogło to wynikać właśnie z tego aby zapobiegać grzęźnięciu głowni w tarczy przeciwnika.

Reasumując, mój ostry miecz jest całkiem niezły do tego aby oswoić się z ostrą bronią, wyrobić podstawowe dobre nawyki, poćwiczyć linie uderzeń i techniki cięcia. Jednocześnie ze względu na błędy konstrukcyjne (ricasso, długa rękojeść, za mała grubość głowni, nie do końca prawidłowy profil ostrzenia) nie nadaje się do oceniania rzeczywistej efektywności głowni historycznych ponieważ pewne elementy są niemożliwe do oceny, inne mogą powodować wyraźne wypaczenie wyników testów. Z tej właśnie przyczyny do przeprowadzania w pełni wiarygodnych testów będę potrzebował uzupełnienia kolekcji o jeszcze jedną ostrą głownię idealnie odpowiadającą egzemplarzom historycznym.

DSC01235 DSC01236 DSC01237 DSC01238 DSC01239 DSC01240 DSC01241 DSC01250 DSC01271

Wnioski

Myślę że wnioski z tego całego tekstu są dość jasne. Dla ułatwienia postaram się je wypunktować.

Nie jest możliwe wyciąganie jakichkolwiek wiążących wniosków dotyczących sposobów walki, stylu, technik i efektywności broni z epoki bez posługiwania się w walce bronią odpowiadającą DOKŁADNIE temu co znamy z wykopalisk.

Posługiwanie się bronią, która nie jest dobrym odwzorowaniem powoduje nie tylko wypaczenie techniki używania broni ale też wprowadza do repertuaru technik całą masę elementów które w epoce były nieznane lub ich wykonanie nie miałoby sensu. W efekcie to co można obserwować nijak nie przystaje do realiów.

W mojej osobistej opinii na polskim rynku jest w tej chwili tylko jeden wytwórca mieczy historycznych. Osobą tą jest Maciej Kopciuch który stworzył trzy pierwsze opisane egzemplarze. Nie jest tak, że inni polscy wytwórcy nie są w stanie stworzyć mieczy odpowiadającym oryginałom, gdybym twierdził coś takiego obraziłbym niesłusznie wielu dobrych producentów. Problem polega na tym, że producenci owi w standardzie takich mieczy nie oferują, a dodatkowo gdy przyjrzymy się szczegółom wykonania różnych elementów bez problemu znajdziemy liczne błędy i wypaczenia. Diabeł tkwi w szczegółach.

Przez kilkanaście lat mojej zabawy w rekonstrukcję miałem w dłoni kilkaset mieczy, bardzo różnych producentów i dopiero miecze Macieja mogę uznać za zakup naprawdę wart swojej ceny. Na mieczach tych nie znajdziemy nic co by nie było odwzorowaniem oryginałów. Najdrobniejsze detale konstrukcyjne w stylu młotkowania na głowicy, drobne niedoskonałości nadające mieczom indywidualny charakter to elementy które bez trudu znajdziemy w historycznych odpowiednikach, a zdecydowanie brakuje ich w idealnych konstrukcjach najbardziej uznanych na rynku producentów np. Albiona. Jeśli do tego dodamy niezwykle łatwy kontakt z producentem (uzgadniamy najdrobniejsze detale), wzorową terminowość (co do dni) i świetną cenę (serio, porównajcie z wytwórcami do których warto porównywać, a nie z najtańszymi producentami na rynku) oraz wiedzę ekspercką (starczy spojrzeć na stronę Mieczy Średniowiecznych przez którą można się z nim skontaktować) myślę że Maciej Kopciuch wyznaczył na rynku zupełnie nowy standard do którego innym producentom ciężko będzie się zbliżyć.

Postscriptum

Gwoli wyjaśnienia aby nie było nieporozumień – mój huraoptymistyczny opis mieczy produkcji Macieja wynika całkowicie z tego, że jestem zadowolonym klientem. Nie dostałem za to kasy, nikt mnie o pisanie tej recenzji nie prosił, jedyne co z Maciejem uzgodniłem to zgoda na wykorzystanie w tekście jego zdjęć, które były niezbędne i za co w tym miejscu bardzo dziękuję. Napisałem recenzję bo uważam, że dobrych rzemieślników warto wspierać. Inaczej rzucą swoje rzemiosło albo wyjadą za granicę gdzie ich praca zostanie należycie doceniona, a my nadal będziemy skazani na współpracę z ludźmi, którzy albo mają niewielkie pojęcie o tym czym się zajmują, albo mają „w głębokim poważaniu”  klienta ignorując kontakt z nim miesiącami, albo też dyktują ceny nieprzystające do realnej wartości tego co radośnie produkują. Nie kieruję tych słów pod adresem jakiegokolwiek konkretnego producenta, jest to ogólna obserwacja rynku z którą, jak sądzę, zgodzi się wiele osób, którym zdarzało się zamawiać miecze od różnych rzemieślników.

Zderzenie realizmu z rekonstrukcją we wczesnośredniowiecznej walce mieczem. Część pierwsza – miecze

21 września 2014  / Autor: Fiolnir

Słowem wstępu

W artykule tym zajmę się kwestią śmierdzącą jak hákarl, dlatego zanim przejdę do meritum, chciałem na wstępie powiedzieć słów kilka na temat celu w jakim ten tekst powstaje. Jak widać po powyższej linijce nie zamierzam silić się na przesadną naukowość, myślę że ważniejsza jest w tym wypadku jasność przekazu.

Po pierwsze nie jest moim celem atakowanie kogokolwiek, celem nie jest również przekonywanie kogokolwiek na siłę i spory o to „czyje karate jest lepsze”. To nie tak. Celem podstawowym tego tekstu jest zwrócenie uwagi na podstawowe problemy związane z walką rekonstrukcyjną w odniesieniu do źródeł, kwestie bezpieczeństwa celowo pomijam.

Z drugiej strony celem tekstu jest dotarcie do pewnej szczególnej grupy odbiorców, która jest zainteresowana większym realizmem walki i stworzeniem nowej konwencji.

Celem pośrednim jest podważenie twierdzenia, niezwykle popularnego nie tylko wśród rekonstruktorów, ale również wśród naukowców, że o walce wczesnośredniowiecznej nic nie wiadomo. Przez ostatnie trzy lata absolutnie skupiłem się na temacie walki, przeczytałem dziesiątki tysięcy stron na temat, zgromadziłem blisko 3000 ikonografii z okresu VIII-XIV w., spędziłem setki godzin na treningach testując to co opisuję również z użyciem broni ostrej. Mimo tego nadal się uczę, a to co planowałem zawrzeć w formie krótkiego podsumowania w międzyczasie urosło do wielkości książki, której wydanie cały czas odsuwam w czasie, nie z powodu lenistwa, ale z powodu przytłoczenia ilością informacji których z uwagi na inne zajęcia nie mam kiedy dokładnie przetworzyć.

Nie napisałem tego aby się chwalić determinacją, ale po to aby na wstępie pokazać rzeczywisty problem. Problemem walki wczesnej nie jest brak źródeł tylko fakt, że nie zostały zebrane w jednym miejscu.

Wybaczcie, że nie podawał bibliografii, myślę że zdjęcia z podpisem na początek wystarczą. Ten tekst w założeniu ma być bardzo krótkim wstępem do zagadnienia, dlatego wolałem pisać w formie lekkostrawnej, łatwej do zrozumienia. Tekst dotyczył będzie tylko i wyłącznie walki mieczem, ponieważ o tym traktowała będzie książka. Dodam że pisząc te teksty opuściłem ¾ zagadnień, które wypunktowałem na wstępie jako warte omówienia, ostatecznie skupiłem się tylko na tym co miecza dotyczy najbardziej bezpośrednio.

O błędach w konstrukcji współczesnych mieczy można mówić długo, temat został już dość porządnie opracowany (linki poniżej), więc tego co zostało powiedziane nie będę powtarzał, skupię się w tym miejscu na istotnych cechach użytkowych oraz elementach pominiętych.

223 pchniecie, oburącz

Waga miecza

O tym jaka powinna być waga miecza jednoręcznego nie ma co rozprawiać, przyjęcie przedziału od 1,0-1,5 kg jako standardu jest bezpieczne praktycznie dla wszystkich mieczy jednoręcznych z okresu średniowiecza. Oczywiście zdarzały się egzemplarze minimalnie odbiegające od tego przedziału, jednak są one tylko potwierdzeniem reguły.

O wiele większym problemem niż sama waga broni jest dystrybucja masy na głowni. Zdecydowana większość producentów nie dba o to aby głownie posiadały odpowiedni, zwężający się, profil głowni nie tylko w płaszczyźnie szerokości, ale też grubości. Tutaj ważna uwaga – cieniowanie grubości głowni czasem było stosowane, czasem nie. Normalizacja tej cechy nastąpiła dopiero w epoce standaryzacji uzbrojenia regulaminowego. Dlatego wypadałoby przed wykonaniem rekonstrukcji dowiedzieć się jak zmienia się profil głowni konkretnego egzemplarza.

Z powodu złej dystrybucji masy, zwłaszcza miecze o dość długiej głowni, chodzą w ręce jak kij baseballowy, nawet mimo zachowania odpowiedniej wagi i wymiarów. Dystrybucja masy jest dla cech użytkowych o wiele ważniejsza niż waga bezwzględna i bardzo często jest tak, że miecze ważące stosunkowo mało czuje się w ręce bardziej niż ważące więcej tylko z tej przyczyny, że proporcje zostały zaburzone. Z tej przyczyny zawsze warto brać do ręki miecz przed zakupem, jeśli mamy taką możliwość. Opieranie się na samej wadze i wyważeniu może być niemiarodajne.

103 pchniecie

Sztywność głowni

W artykułach wspomnianych wcześniej ten element był poruszany, jednak dość mało zostało powiedziane o praktycznych konsekwencjach używania głowni zbyt elastycznych. Po pierwsze przy zderzeniu głownie takie zachowują się jak sprężyny – odbijają sie one od siebie i odskakują. Jest to bardzo niepożądane, bo często uniemożliwia pewne złapanie związania. Jeśli świadomie będziemy starali się uzyskać je mimo wszystko w efekcie wypaczamy technikę pracy na mieczu.

Rzeczą kolejną jest przełożenie takiej elastyczności na broń ostrą. Gdy tniemy różne cele, różna bronią, dość szybko daje się zauważyć pewne prawidłowości. Głownie można podzielić na takie, które wybaczają bardzo dużo (np. katana) i takie, w których złe prowadzenie uderzenia, złą częścią głowni, powoduje radykalny spadek efektywności cięcia (wszystkie proste głownie). Jednym z elementów decydujących o tym, czy miecz przechodzi przez cel łatwo, czy nie jest sztywność głowni. Głownie elastyczne, łatwo wpadające w drgania, drgają i wyginają się również przy uderzeniu w cel, utrudniając prowadzenie czystego cięcia.

Kolejnym elementem jest pchnięcie. Miecze praktycznie zawsze były konstruowane w taki sposób, aby nadawały się też do pchnięcia, nawet jeśli w danej epoce nie była to główna akcja ofensywna. Nie da się efektywnie pchać elastyczną głownią. Dlaczego o tym mówię skoro rzecz tyczy się mieczy ostrych? Ponieważ jesteśmy rekonstruktorami, a co za tym idzie powinniśmy rekonstruować jak najbliżej rzeczywistości. To że miecze którymi walczymy nie są ostre, nie oznacza, że można całkowicie zmodyfikować cechy fizyczne mieczy i oczekiwać, że walka jaką będziemy takimi mieczami prowadzić będzie podobna do realnej.

1 pchniecie odwrocone 2

Wyważenie

O tym też była mowa we wcześniejszych artykułach, ale ten akurat aspekt jest tak ważny i tak często źle rozumiany, że trzeba kilka rzeczy powtórzyć. Historyczne miecze zawsze miały wyważenie w jakiejś części głowni powyżej jelca. Dokładne miejsce wyważenia zmieniało się w zależności od konkretnego egzemplarza, jego przeznaczenia i epoki w jakiej miecz powstawał, jednak nigdy nie było tak, że o tym czy miecz jest dobry, czy zły decydował punkt wyważenia. Decyduje on tylko i wyłącznie o tym jakiego typu fechtunek może być wykonywany danym egzemplarzem. Broń wyważana w rękojeści pojawiła się bardzo późno, tego typu specyfikę miewały niektóre rapiery i szpady, broń dedykowana prawie wyłącznie lub wyłącznie do pchnięć. Dla takiej broni wyważenie blisko rękojeści ma sens. W przypadku broni siecznej, takiej jak miecze, wyważenie decyduje o tym czy dany egzemplarz przeznaczony jest głównie do fechtunku z nadgarstka, czy raczej z ramienia. Zdecydowana większość europejskich mieczy przeznaczona była do wykonywania akcji z ramienia przy dość sztywnym nadgarstku.

miecz skrocony wywazenie bliskie

Obecne realia walki punktowej wypaczyły miejsce wyważenia mieczy. Twórcy mieczy i ich użytkownicy zapomnieli o tym, że miecz służył do zadania przełamującego uderzenia, dlatego też musiał mieć środek ciężkości przesunięty do przodu. Bardzo rzadko znajdowane są egzemplarze historyczne ze środkiem ciężkości poniżej 10 cm od jelca, standardem jest przesunięcie między 15 a 20 cm, a zdarzają się egzemplarze mające środek ciężkości jeszcze dalej (przykład poniżej). Takie parametry dają konkretne korzyści nie tylko przy uderzeniu, które zyskuje odpowiednią siłę ale również przy ewentualnym kontakcie broni (dlaczego ewentualnym o tym w drugiej części artykułu).

 miecz wywazenie dalekie

Rękojeści

Było już sporo powiedziane na temat bylejakości wykańczania rękojeści, stosowania różnych dziwacznych materiałów i metod ich wykańczania, było wspomniane, że rękojeści w mieczach długich są za długie. Problem jest znacznie poważniejszy. Mówiąc wprost na kilkaset mieczy wczesnych, które miałem w dłoni przez wiele lat, trafiło się najwyżej kilka, w których długość rękojeści odpowiadałaby oryginałom.

Rękojeści mieczy jednoręcznych, zwłaszcza wczesnych, były ciasne. Długość 8-11 cm jest raczej standardem, dłuższe rękojeści trafiają się sporadycznie, co stanowi przy okazji bardzo mocny dowód na nieużywanie rękawic w tej epoce, najkrótsze mają poniżej 7 cm (poniżej). Oczywiście, jako że teraz rękawice są używane, rękojeści wydłuża się po to, aby dało się w nich takowy miecz złapać. To nie jest specjalny problem, o ile zostaje zachowana sensowna długość rękojeści i podstawowa funkcjonalność, a było nią stabilizowanie chwytu pomiędzy jelcem i głowicą, które to elementy dawały oparcie dłoni.

 miecz ciasny chwyt

Idealna rękojeść powinna być tak dopasowana, aby dłoń mieściła się wygodnie i jednocześnie opierała o oba elementy. To nie tylko wymusza stosowanie odpowiedniej techniki, ale też bardzo stabilizuje prowadzenie głowni w odpowiedniej płaszczyźnie, wzmacnia siłę uderzeń i utrudnia wytrącenie broni z reki. W trakcie długiej walki, gdy dłoń puchnie, dodatkowo stabilizuje to rękę i ułatwia utrzymanie broni, w takich sytuacjach przewaga takich ciasnych rękojeści staje się bardzo wyraźna.

Problem pojawia się w momencie gdy rękojeść zostaje wydłużona nadmiernie, a robi się to po to, aby umożliwić łatwiejsze prowadzenie akcji z samego nadgarstka, które przy odpowiednio spasowanej rękojeści zwyczajnie byłyby mocno niewygodne (głowica przeszkadza, uderza i klinuje się na przedramieniu). Historycznie gdy rękojeść była za krótka lub zamierzano do techniki dodać więcej akcji nadgarstkowych stosowano: przełożenie palca przez jelec lub ułożenie małego palca na głowicy, co często da się dostrzec na ikonografii, gdzie ostatni palec wyraźnie zachodzi na głowicę.

Ostre miecze i trening nimi

Każdy kto współcześnie walczy mieczem miał kontakt z różnego typu tępymi symulatorami broni z drewna i tworzyw sztucznych. Osoby trochę bardziej zaawansowane przesiadają się na stalowe tępe symulatory lepsze lub gorsze. Jedynie bardzo wąska grupa ludzi idzie o krok dalej i zaczyna używać „żywego ostrza”. W dalekowschodnich szkołach walki oraz w świecie DESW zdarza się to częściej, rekonstruktorzy używają ostrych mieczy tak rzadko, że ich pojawienie się na jakiejkolwiek imprezie od razu wzbudza sensację. Niestety nie przekłada się na zwiększenie nacisku na kontakt z bronią ostrą, a to jest bardzo poważny błąd.

Najczęściej grupy rekonstrukcyjne trenują z naciskiem na sparing i walkę turniejową. Nie należy przeceniać wartości sparingu. Wiele grup na treningach wyłącznie sparuje. Oznacza to, że z czasem osoby uczestniczące w takich walkach stają się mistrzami pewnej sparingowej konwencji, nie oznacza to, że stają się lepszymi wojownikami (pomijam ogólne zwiększenie sprawności fizycznej).

 30-01-10/48

Obecnie nie posługujemy się w walce ostrą bronią, używamy jedynie mniej lub bardziej oddających rzeczywistość substytutów. Z samego tego faktu tracimy łączność z realiami i nie jesteśmy do końca w stanie ocenić sensowności pewnych działań w rzeczywistej walce. Jeśli sparujemy i patrzymy na źródła, a następnie uczymy się posługiwać ostrą bronią w warunkach pozasparingowych, zyskujemy perspektywę, która zbliża nas do realiów najbardziej jak to możliwe. Wsłuchujemy się w głos ludzi z epoki, którzy walczyli lub przynajmniej przygotowywali się do walki ostrą bronią w sytuacji realnej walki, staramy się przełożyć ich doświadczenie na techniki walki jak najpełniej. Gdy tej perspektywy brakuje, uprawiamy fantastykę dopasowaną do ciasnej konwencji, w której się zamykamy. Jest to być może fajne, niesie sporo frajdy ale nie jest to realna sztuka walki.

Co więcej, trening wyłącznie za pomocą tępych symulatorów nie uczy odpowiedniego posługiwania się bronią, ani właściwego bezpiecznego obchodzenia się z nią. Broń ostra wymusza o wiele większą uważność, zmusza do stosowania działających technik, koryguje niedociągnięcia. Zdecydowanie nie zachęcam do jej używania osób początkujących, natomiast śmiałkom bardziej zaawansowanym, którzy zachcą spróbować przypomnę o kilku rzeczach których z ostrą bronią nigdy robić nie należy:

2594 wycieranie miecza

  • nie wbijaj miecza w ziemię
  • nie uderzaj w twarde cele do tego nieprzeznaczone
  • nie używaj w niekontrolowanym otoczeniu (ciasne wnętrza, dużo przypadkowych osób, dzieci, zwierzęta)
  • nie dotykaj głowni bez potrzeby, ani nie dawaj jej dotykać innym (ludzki pot zostawia ślady, najlepiej trenuj w cienkich skórzanych rękawiczkach)
  • nie chowaj do pochwy mokrej głowni (dokładnie wytrzyj głownię i nasmaruj odpowiednim olejem)
  • nie kładź miecza na trawie (kwaśny odczyn soku z trawy może powodować bardzo paskudne czarne wżery)
  • nie kładź gołego miecza pod nogami, w miejscach przypadkowych, tam gdzie chodzą ludzie (ogólnie jeśli odkładasz miecz najlepiej włóż go do pochwy)
  • nie używaj ostrej broni do sparingu (ćwiczenia w zwolnionym tempie, trenowanie ustalonych form jest dopuszczalne jeśli i Ty i Twój przeciwnik wiecie co robicie)
  • nie trenuj bez możliwości wezwania pomocy i bez podstawowej apteczki, najlepiej znajdź sobie partnera do treningu
  • nie dawaj do ręki broni przypadkowym osobom ani dzieciom
  • nie trzymaj broni w miejscu łatwo dostępnym dla przypadkowych osób lub dzieci
  • nie trzymaj broni w miejscu z którego można łatwo ją strącić
  • nie wyjmuj miecza z pochwy bez potrzeby, najlepiej stosuj bardzo ciasną lub odpowiednio zabezpieczoną pochwę (jest to jak najbardziej historyczne)
  • nie trenuj na śliskiej nawierzchni nawet w dobrym obuwiu, sprawdź teren (dołki, odchody zwierząt, wystające korzenie itp. elementy usuń przed treningiem)
  • nie trenuj jeśli nie czujesz że jesteś w świetnej formie lub po zażyciu środków zmniejszających sprawność psychomotoryczną jakiegokolwiek rodzaju
  • nie trenuj w słuchawkach na uszach (musisz kontrolować swoje otoczenie wszystkimi zmysłami)
  • nie trenuj w miejscach publicznych – polskie prawo nie traktuje ostrego miecza jako broni ale spróbuj wytłumaczyć to policjantom ;) Najlepiej poznaj dokładnie wykładnię prawną tematu i noś ją przy sobie na wszelki wypadek

 

Na koniec zastanów się, Czytelniku, ile punktów z listy naruszane bywa nagminnie przy treningu tępymi symulatorami broni. Myślę, że warto też obejrzeć poniższy film w który głos w temacie zabiera Roland Warzecha, moim zdaniem trafiając idealnie w punkt jeśli chodzi o powody, dla których należy trenować z użyciem ostrej broni również w konwencji lekkiego kontaktu:

 

 

Cześć Druga niniejszego tekstu, traktująca o najbardziej elementarnych różnicach w technice walki rekonstrukcyjnej i realnej, dostępna jest na stronie Mieczy Średniowiecznych w poniższym linku. Tekst tam opublikowany bierze udział w konkursie, zachęcam do zapoznania się z nim jak również z innymi tekstami konkursowymi oraz do głosowania na najlepszy artykuł. 

 

Artykuły konkursowe i zasady głosowania

Bezpośredni link do drugiej części tekstu:

Zderzenie realizmu z rekonstrukcją – techniki walki_Paweł Adamiec

 

 

Historyczna wyprawa na Giewont 26 IV 2014

1 maja 2014  / Autor: Fiolnir

Słowem Wstępu

Na wstępie wypada wyjaśnić skąd wziął się pomysł na wyprawę i jak do niej doszło. Dwa tygodnie wcześniej siedzieliśmy i trenowaliśmy na osadzie u naszego znajomego Ingwara, którego w tym miejscu pozdrawiam. Kilka tygodni wcześniej Kondzisław z którym miałem przyjemność iść na tej wyprawie sam wyjechał w góry i planował zdobyć szczyt, przeszkodziło mu jednak nie do końca dobrze dobrane wyposażenie (za dużo sprzętu) oraz zamknięcie szlaku nad Przełęczą w Grzybowcu.

Od słowa do słowa stwierdziliśmy że nie ma mocnych na Eisenów. Nie udało się wtedy to uda się teraz. Postanowiliśmy ruszyć na wyprawę. Początkowo skład miał obejmować cztery osoby, ostatecznie poszliśmy we dwóch. Celem wyprawy miało być przede wszystkim zdobycie samego szczytu, później trening jeśli czas pozwoli. Z uwagi na lokalizację szczytu tym razem zrezygnowaliśmy z noclegu w terenie, nie był on zresztą konieczny do zrealizowania wyprawy.

 Wyposażenie historyczne

Obaj stwierdziliśmy że aby wyprawa miała sens należy zrealizować ją w historycznych strojach, zabraliśmy więc ze sobą komplet stroju i uzbrojenia jaki mógł charakteryzować lekkozbrojne oddziały działające w trudnym terenie górskim. Używaliśmy butów o podeszwach skórzanych, wełny, lnu, skóry tylko i wyłącznie.

Zrezygnowaliśmy z charakterystycznych dla wczesnego średniowiecza dużych tarcz na rzecz hipotetycznie występujących puklerzy (tarcz małych), które czasami pojawiają sie na ikonografiach i w opisach źródłowych. Moim osobistym zdaniem pchanie się w góry z dużą tarczą byłoby sporym utrudnieniem podczas marszu. Dodatkowo zabraliśmy miecze, hełmy normańskie z wytłumieniem, rękawice bojowe gdyby udało się zrealizować trening. Ja dodatkowo zabrałem na wyprawę skórzany plecak.

Jako prowiant wzięliśmy odrobinę (dosłownie odrobinę bo jakieś 100 gram) chleba i domowy wędzony schab (ok 100 g). Był to cały prowiant na trasę dla dwóch osób. Rano zjedliśmy odrobinę tłustej domowej wiejskiej kiełbasy i podobną ilość chleba, jednym słowem raczej przekąskę niż posiłek. Dodatkowo zabraliśmy cztery piwa.

 Elementy niehistoryczne

Dla wierności opisu je również wymienię. Dodatkowym uzupełnieniem płynów na trasie był jeden napój Oshee który został nam z dojazdu, uznaliśmy że może się przydać i faktycznie okazał się bardzo pomocny. Dodatkowo do plecaka zapakowałem awaryjnie współczesne buty taktyczne Magnum zdecydowanie nadające się do górskich wędrówek. Pamiętajmy że bezpieczeństwo na szlaku jest najważniejsze, nie wiedzieliśmy co spotkać nas może w drodze. Zabraliśmy mały kieszonkowy aparat, telefony komórkowe, dokumenty, pieniądze, paczkę fajek oraz zapalniczkę. W miarę marszu oczywiście ilość płynu i prowiantu zmniejszała się sukcesywnie, na dół znieśliśmy śmieci.

 Pogoda

Ten akurat element ewidentnie dopisał. Podczas całego marszu pogoda była bardzo dobra/dobra. Naprzemiennie występował mały deszcz, całkowite zachmurzenie, słońce itd. Mgła kilka razy się pojawiała i znikała, widoczność zawsze była przyzwoita jak na potrzeby wędrówki, dopiero na samym szczycie na chwilę otoczyło nas nieprzejrzyste mleko.

Warto dodać w tym miejscu, że ponad Przełęczą w Grzybowcu szlak na Giewont w dalszym ciągu jest zamknięty, tabliczki informacyjne odradzały marsz tą trasą aż do końca maja głównie z powodu zalegającego na trasie zlodowaciałego śniegu, który dla nas okazał się największym problemem. Śnieg leżał tylko w kilku miejscach jednak przeprawa przez nie była bardzo powolna i niezwykle trudna, osobiście kilka razy nieomal pełzałem po śniegu aby uniknąć ześlizgnięcia. Ktoś może powiedzieć w tym miejscu że powinniśmy zabrać raki i odnośnie tych odcinków ma rację, raki jednak na całej reszcie trasy bardzo utrudniałyby marsz.

Teren i szlak

Nieomal cały szlak wyłożony jest kamieniami w dość przypadkowy sposób. Raki nie wbiją się w kamień, zmniejszyłyby tylko przyczepność odrywając część stopy od podłoża. Byłyby bardzo użyteczne na naturalnych ścieżkach leśnych i w miejscach gliniastych, które też w kilku momentach były problematyczne.

Szliśmy na Giewont szlakiem czerwonym z Doliny Strążyskiej przez Polanę Strążyską i Przełęcz w Grzybowcu na Wyżnią Kondracką Przełęcz, stamtąd dalej szlakiem niebieskim aż na szczyt Giewontu.

Pierwsza część drogi aż do przełęczy, co ciekawe opisywana jako najłatwiejsza i najmniej problematyczna, dała nam solidnie w kość. Samo podejście z obecnej perspektywy faktycznie oceniam jako łatwe jednak w połączeniu z deszczem, zalegającą mgłą i ogólnie wilgotnością iście tropikalną stanowiło mordercze połączenie.

Zamierzałem maszerować w skórzni, co zdawało się dobrym pomysłem, jednak w 2/3 tego odcinka zdecydowałem się zdjąć ją mimo opadów deszczu i pozostać w samej lnianej koszuli. Dodało to kilka kilo w plecaku (na co psioczyłem prawie pod sam szczyt), jednak zapewniło lepsze dotlenienie organizmu.

Po minięciu przełęczy krajobraz szybko się zmienił, las został za nami, weszliśmy w strefę gór wysokich gdzie wszechobecna jest kosodrzewina. Powietrze wyraźnie stało się suchsze, wilgotność przestała być problemem. Ten kolejny odcinek, aż do początku szlaku niebieskiego, wspominam jako najprzyjemniejszą część trasy pełną fantastycznych widoków. Marsz stał sie prawdziwą przyjemnością.

Ostatni odcinek czyli szlak niebieski stanowił większe wyzwanie. W kilku miejscach trzeba było iść bardzo ostrożnie, wyraźnie zwiększyła się ilość śniegu zalegającego na trasie, temperatura spadła, chłód w połączeniu z wiatrem stał się bardzo wyraźny i w tym momencie skończyłem psioczyć na zabranie skórzni. Ostatnia prosta to etap zabezpieczony łańcuchami ułatwiającymi wejście na Giewont. Ten akurat odcinek oceniam jako jeden z łatwiejszych. Wspinanie się z łańcuchami nie stanowiło problemu.

Droga powrotna stanowi oczywiście lustrzane odbicie tego co opisałem wyżej z jedną zasadniczą różnicą. O ile wejście na Giewont było sporym wysiłkiem fizycznym, o tyle schodzenie nie było pod tym względem obciążające zupełnie. Zamiast tego schodzenie niesamowicie mocno obciążało psychikę.

Padający deszcz zamienił każdy kamień w potencjalnie niebezpieczną pułapkę. Dosłownie trzeba było kontrolować każdy krok, każde ułożenie stopy, a i tak przewróciłem się co najmniej 5-6 razy, kolejne kilkadziesiąt razy byłem o włos od utraty równowagi.

Śnieg który podczas marszu w górę był przeszkadzajką teraz zamienił się w realne zagrożenie, zwłaszcza że w wielu miejscach łamał się pod stopami w wyniku czego noga lądowała w głębokiej podśniegowej rozpadlinie. Naprawdę uważać trzeba było na 90% całej trasy co mocno spowolniło marsz powrotny, ryzyko złamania lub skręcenia nogi było ekstremalnie wysokie.

 Czas wyprawy

Według oznaczeń na szlaku którym maszerowaliśmy, podróż na szczyt Giewontu powinna zająć nam ok 3-4 h, a powrót ok 2,5 h. Niestety w realiach marszu historycznego o tej porze roku te wartości brzmią jak kiepski dowcip.

Do Zakopanego przyjechaliśmy przed 7:00 rano, do godziny 8:00 byliśmy już na kwaterze, zjedliśmy śniadanie. Ok 9:30 już byliśmy na trasie, a ok 10:00 weszliśmy na szlak. Na Giewoncie byliśmy ok godziny 16:00, czyli reasumując podróż w strojach historycznych zajęła nam prawie dwa razy dłużej niż to co sugerowały oznaczenia. Owszem, zrobiliśmy kilka przystanków po kilka minut, parę razy zamarudziliśmy aby popatrzeć na widoki ale w sumie najdłuższy postój nie trwał dłużej niż kwadrans.

Jeśli chodzi o drogę powrotną, do Zakopanego dotarliśmy po godzinie 20:00, w tym wypadku różnica w czasie jest jeszcze wyraźniejsza ponieważ mieliśmy o wiele mniej postojów na trasie. Tempo powrotu bardzo mocno warunkowały warunki pogodowe, o których wcześniej wspomniałem, choć nie da się ukryć że im dłużej trwało schodzenie tym szybsze było tempo. Prawdopodobnie jest to jedna z tych rzeczy, które można wypracować, można z czasem na oko oceniać jak stawiać stopy by uniknąć problemów.

 Ciekawostki na szlaku

Po pierwsze na marsz wybraliśmy bardzo dobrą porę pod tym względem, że nie było tłoku. Szlak na Giewont słynie z popularności, latem podobno przypomina autostradę. O tej porze roku nieomal nikogo nie spotkaliśmy. Owszem, w partiach leśnych mijało nas kilku turystów, jak również grupa biegaczy z obozu kondycyjnego (szacun dla tych państwa, podobno zbiegali ze szczytu!), jednak za przełęczą zrobiło się bardzo spokojnie. Na całej reszcie szlaku czerwonego w obie strony minęły nas dwie osoby. Dopiero pod szczytem, na skrzyżowaniu szlaków pojawiło się kilku turystów, wszyscy za to pytali czy w tych butach da się chodzić po górach :P

Po drugie rzeczą bardzo ciekawą było doświadczyć zmian klimatycznych między strefą lasu, górami i zmianami pogody. Zdajemy sobie sprawę że pogodę mieliśmy świetną ale zdecydowanie na takim marszu należy brać pod uwagę pełną rozpiętość aury.

Po trzecie spotkaliśmy trochę fajnych zwierzaków. Giewont jest jednym z jedynych miejsc w Tatrach gdzie zimują kozice górskie więc w okolicach szczytu natknęliśmy się na trzy oddzielne stadka, w sumie ponad 30 osobników, jeśli szacunki są prawidłowe oznacza to że widzieliśmy 1/10 całej populacji tych zwierząt po polskiej stronie gór.

Przed szczytem widzieliśmy również parę kruków co uznaliśmy za wyraźny znak Odyna, że wspiera naszą wyprawę. Po takim omenie nie mogło się nie udać ;)

 

Psychologia

O wysiłku mówić nie będę, był oczywisty. Trasa była trudna, nie przygotowywaliśmy się do marszu wcześniej w jakikolwiek dodatkowy sposób. Jednym słowem spakowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy. To co wypada poruszyć to aspekty psychologiczne. Mówiąc wprost niewiele brakło, a zawrócilibyśmy ze szlaku. Niewielka ilość pożywienia i obciążenie w połączeniu z wysiłkiem mocno siadły, zwłaszcza mi osobiście, na psychikę. W pewnym momencie podczas marszu niebieskim szlakiem, gdy już wiadomo było, że jest niedaleko byłem na skraju odpuszczenia zdobywania szczytu.

Są takie momenty gdy zwycięstwo jest bardzo blisko i jednocześnie niesamowicie daleko. Taki moment nastąpił gdy zobaczyłem krzyż i zdałem sobie sprawę, że czeka nas jeszcze ładny kawał wspinaczki na potencjalnie najtrudniejszym odcinku. Jestem absolutnie pewny że gdybym poszedł sam wtedy bym zawrócił i pewnie cały czas plułbym sobie w brodę, że nie dotrwałem.

To co mnie powstrzymało to ambicja, ponowne ubranie skórzni co zdjęło trochę ciężaru z pleców i oddanie plecaka Kondzisławowi, który cały czas maszerował bez obciążenia. Jako, że w plecaku był między innymi wspólny prowiant i woda to on poniósł plecak aż do przełęczy w drodze powrotnej. Droga powrotna całościowo była szkołą absolutnej koncentracji i skupienia uwagi, tak jak pisałem wcześniej.

 Wnioski z wyprawy

Jakkolwiek większość wyposażenia spisała się dobrze na uwagę zasługuje kilka rzeczy, które wyprawa nam uświadomiła. Po pierwsze absolutnym nonsensem było zabieranie ze sobą hełmów i rękawic. Owszem udało się je wtargać i nawet w sumie nie zawadzały ale mała jest szansa aby w realiach górskich rzeczywiście bardzo się przydały. Wydaje mi się, że przynajmniej część wojowników mogła rezygnować nawet z takiego uzbrojenia tylko po to aby się odciążyć i zyskać na mobilności.

Po drugie plecak okazał się bardziej przeszkadzać niż pomagać. Myślę że o wiele lepiej spisałyby się torby wieszane po bokach równomiernie rozkładające ciężar i dodatkowy tobołek na plecach np. przewiązany liną.

Po trzecie wiem już dokładnie dlaczego w pewnym momencie historii zaczęto stosować pochwy mieczowe wiszące pod kątem zamiast zwisających pionowo. Walory użytkowe przy wyciąganiu broni są tu oczywiste, jednak jestem przekonany, że dodatkowym powodem mogło być doświadczenie podróży w trudnym terenie. Pochwa zwisająca pionowo ma paskudną tendencję do zawadzania, mocno przeszkadza gdy trzeba przykucnąć, pochylić się podczas marszu itd. Przy wywrotce w jednym miejscu perfidnie głowica miecza wbiła mi się pod pachę, raz przy schodzeniu po stromiźnie miecz omal nie wysunął się z pochwy. Ogólnie nie polecam.

Jeśli chodzi o skórznię uczucia mam mieszane. Z jednej strony trzeba ją było nieść przez spory kawałek trasy, więc zawadzała, z drugiej okazała się bardzo pomocna na samej górze. Gdyby doszło do oberwania chmury lub burzy byłaby z pewnością nieoceniona, ogólnie lepiej jednak chyba w tym terenie spisałaby się wełna – ciepła, lekka i łatwa do transportu gdy nie jest potrzebna.

Ta diagnoza zdecydowanie została potwierdzona przez obserwacje Kondzisława, który szedł w wełnianych tunikach. Jego strój był lekki, oddychający i ciepły zarazem. Być może gdyby doszło do rzęsistej ulewy przewaga skórzni stałaby się widoczna, jednak na chwilę obecną należy uznać stosowanie wełny za bardziej optymalne.

Ogólnie w wyniku wyprawy dowiedziałem się jak wiele jeszcze muszę zmienić aby opracować optymalny zestaw marszowy. Plecak i skórznia np. wiele razy sprawdzały się świetnie na równinach, pochwa problemów nie sprawiała. Wystarczyło pójść w góry i całą piękną sielankę diabli wzięli ;)

Fantastycznie dla odmiany sprawdziła się cała reszta wyposażenia, zwłaszcza kaptur skórzany – lekki, zabezpieczający przed opadami, chroniący dokładnie to co trzeba aby zapewnić komfort podróży.

Ilość napojów i prowiantu okazała się wystarczająca, choć raczej jako opcja minimalna. Myślę że rezygnacja z bezsensownych ciężkich rzeczy i zabranie dodatkowej porcji mięsa, chleba i wody byłoby dobrym pomysłem. Koszula i spodnie lniane okazały się wystarczające na 2/3 trasy mimo opadów, buty wytrzymały choć zostały całkowicie przemoczone na odcinkach ośnieżonych.

Jednym słowem po tej wyprawie jesteśmy o wiele mądrzejsi, o wiele bardziej przygotowani do każdej wyprawy jaka mogłaby nas w życiu czekać. Było to niesamowite doświadczenie ale na koniec powiem – dzieci, nie próbujcie tego w domu ;) Mówiąc serio – to że udało nam się wrócić w jednym kawałku, bez kontuzji itd. zawdzięczamy głównie niezwykłej ostrożności, determinacji i po części wędrówkowemu doświadczeniu ale przede wszystkim szczęściu, które nas nie opuszczało ani na moment.

Po tym doświadczeniu o wiele bardziej rozumiemy co czuli krzyżowcy przeprawiający się przez góry i dlaczego stracili tam połowę armii. O wiele lepiej rozumiemy Hannibala i wszystkich tych straceńców, którzy nie mając wyjścia, musieli z górami się zmagać. Kończę ten opis wyrazem głębokiego szacunku dla tych wszystkich, którzy już tam zostali.

Autor opisu: Fiolnir

Autor zdjęć: Kondzisław i Fiolnir

Katarzyna Anna Kapitan „Z mieczem na wiec. Konflikt i metody jego rozwiązywania w wybranych sagach islandzkich”

12 grudnia 2013  / Autor: Fiolnir

Z nieukrywaną przyjemnością przeczytałem ostatnio całkiem świeżą, bo wydaną w roku 2012 nakładem wydawnictwa Chronicon, publikację Katarzyny Anny Kapitan pt. „Z mieczem na wiec. Konflikt i metody jego rozwiązywania w wybranych sagach islandzkich”.

Książka mile zaskakuje od pierwszego momentu, nie tylko ze względu na swoją merytoryczną zawartość, ale również z powodu bardzo starannego wydania. Twarda oprawa, świetny papier, bardzo dobrze dobrana typografia oraz minimalizm formy wyznaczają nowy standard wydawania książek naukowych, który zdecydowanie wart jest naśladowania. Nie forma jest jednak tutaj najważniejsza, a treść.

Wśród całkiem sporej ilości literatury skandynawistycznej wydanej w Polsce poświęconej tematyce średniowiecznej sagi zajmują miejsce szczególne. Mimo ich dużej popularności i wydawania kolejnych polskich tłumaczeń, których z roku na rok jest coraz więcej, bardzo niewiele jest w języku polskim publikacji traktujących sagi w sposób przekrojowy i analityczny. Tym bardziej cieszy ta nowa publikacja, młodej autorki, absolwentki historii i archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego oraz studentki Medieval Icelandic Studies na Háskóli Íslands w Reykjaviku.

katarzyna_ksiazka2

Książka łączy w sobie kilka cech spotykanych rzadko jednocześnie – bogactwo odniesień źródłowych i konkretnych informacji, jasność i przejrzystość wykładu oraz niezwykłą zwartość formy (zaledwie 160 stron). Przez to całość jest bardzo lekka i może stanowić świetne wprowadzenie w świat sag nawet dla kogoś, kto nie zetknął się z nimi wcześniej w szerszy sposób. Pod tym względem prawdziwym arcydziełem jest wstęp wyjaśniający na zaledwie trzydziestu stronach wszystkie podstawowe teorie dotyczące sag oraz obecny stan badań.

W kolejnych rozdziałach przechodzimy do merytorycznej i bardzo wyczerpującej części ułożonej w bardzo jasny, przemyślany sposób. Zaczynamy od przyczyn konfliktów w sagach. Następny rozdział poświęcony jest przebiegowi konfliktów, a ostatni ich skutkom. Taka struktura pracy związana jest z faktem, iż autorka zdecydowała się pracować na wybranym case study składającym się z trzech sag – „Saga o Egilu”, „Saga rodu z Laxdalu” oraz „Saga o Gunnlaugu Wężowym Języku”, których akcja dzieje się w niewielkim rejonie Borgafjordu. W rezultacie daje nam to współgranie trzech klasycznych dramaturgicznych jedności: miejsca, czasu i akcji, które dobrze koresponduje z sagami jako „literaturą konfliktu”.

Publikacja łączy w sobie studia nad sagami jako dziełami literackimi z analizą praw i obyczajów epoki. Z całości zaś wyłania się coś, co jest wręcz przeciwieństwem tematu. Autorka wielokrotnie, słusznie wskazuje na to, że sagi przekazują nam bardzo specyficzny i mocno zniekształcony obraz rzeczywistości islandzkiej, w której dramatyczne i krwawe wróżdy rodowe zdarzały się dość rzadko. Konflikt zaś, gdy już się pojawiał nad wyraz często rozwiązywany był pokojowo.

Elementu miecza w książce nie ma wiele. Na szczególne uznanie zasługuje dość wyczerpujące przedstawienie roli kobiet jako prowokatorek zemsty, zasad i praw pojedynkowych oraz niuansów dawnych praw zwyczajowych regulujących prawo własności i banicję.

Reasumując, książka stanowi świetną lekturę, którą mogę spokojnie polecić wszystkim fascynatom Skandynawii, dla miłośników sag zaś powinna być to pozycja absolutnie obowiązkowa.

KSIĄŻKA DO NABYCIA NA STRONIE WYDAWNICTWA

Testy karwasza i tarczy – Bunt Mazowsza 2013

4 października 2013  / Autor: Fiolnir

Tytułem wstępu

W dzisiejszym odcinku lekko zmieniamy formułę. Tym razem mniej będzie słów, a więcej obrazów. Podczas Buntu Mazowsza 2013 organizowanego przez Arkonę w okolicach Ciechanowa miałem zaszczyt prowadzić warsztaty walki. Warsztaty to w zasadzie zbyt szumna nazwa dla tego co się działo, wykład pasuje tutaj trochę bardziej ponieważ praktyki było mało teorii sporo więcej (za rok mam nadzieję odwrócić proporcje, wciąż opracowuję źródła na temat walki aby stworzyć podstawy tej praktyki). Jednym z elementów warsztatów były testy wytrzymałości skórzanych karwaszy i tarczy którą regularnie mordujemy od kilku lat.

Skąd pomysł na te właśnie testy? Cóż, temat używania skórzanych pancerzy i ich sensu przewija się w rozmaitych dyskusjach od bardzo, bardzo dawna. Niewiele osób zajmuje tu stanowisko umiarkowane, większość albo mocno wierzy w ich istnienie (wierzy ponieważ udowodnić ich istnienia u nas we wczesnym średniowieczu na dziś się nie da), albo podchodzi do sprawy sceptycznie i z racji braku znalezisk ich istnienie zupełnie kwestionuje (nie na zasadzie „na pewno nie było” tylko na zasadzie „nie ma dowodów na istnienie więc nie było”). Argumentów w tych dyskusjach przewija się cała masa, zwolennicy istnienia skórzanego opancerzenia najczęściej wskazują na jego doskonałe właściwości ochronne, niewielki koszt wykonania itd. Przeciwnicy zwykli to kwestionować wysuwając argumenty wręcz odwrotne – skóra chroni kiepsko, a jej przygotowanie zajmuje dużo czasu. Postanowiliśmy w tej sytuacji zabawić się w „Pogromców mitów”, a to co nam wyszło uwiecznić na filmie.

Co i czym testowaliśmy

Karwasz testowany składał się z dwóch warstw utwardzanej woskiem skóry o grubości 6 mm (czyli w sumie ok 1,2 cm grubości) z podkładem filcowym też o grubości 6 mm (razem prawie 2 cm pancerza).
Aby uniknąć wątpliwości dotyczących rezultatów testy powtarzane była kilka razy przez różnych ludzi i co ciekawe efekty zawsze były zbliżone. Użyliśmy różnej broni – miecza, langsaksa i topora o budowie i parametrach wzorowanych na tym co znamy z wykopalisk.
Odnośnie testów tarczy celem było głównie pokazanie:

  • różnic w dzisiejszym sposobie jej używania w stosunku do walki realnej
  • bezsensowności blokowania rantem dla obu walczących
  • różnic między konfrontacją tarczy z mieczem i toporem wraz z udowodnieniem realizmu opisów sag dotyczących przecinania tarczy wraz z delikwentem za tarczą
  • realnej wytrzymałości tarczy drewnianej w zderzeniu z toporem i mieczem (tarcza stanowi wierne odwzorowanie standardu znanego z wykopalisk pod wzgledem użytych materiałów konstrukcyjnych, budowy itd.)

 

 

Wnioski z testów karwaszów są trzy:

  1. Jeśli skóra chroni części twarde (takie jak czaszka lub dłonie) jej przydatność jest bardzo mała. Jej przecięcie nie stanowi problemu. Uderzaliśmy w karwasz luźno zamocowany na mocno zbutwiałym kołku (czyli miękkim drewnie). Karwasz był przecinany bez problemu razem z filcowym podkładem i drewnem pod karwaszem na głębokość ok 1 cm (w szczelinę po uderzeniu dało radę później włożyć cztery palce co widać na zdjęciach niżej). Ten rezultat uzyskaliśmy w każdym teście w którym uderzenie mieczem i langsaksem kierowane było po właściwej trajektorii. Pierwszy test z uderzeniem pod złym kątem i tak przeciął pierwszą warstwę skóry. Hełmy skórzane i rękawice w tej sytuacji to raczej fikcja. Przypominam, że karwasz miał solidne wytłumienie i nie był zamocowany sztywno co utrudniało jego przecięcie.
  2. Jeśli skóra chroni części miękkie ich sprężystość powoduje że faktycznie sprawdza się jako pancerz, problem jest taki że np. ręce bliżej mają do elastyczności zbutwiałego drewna niż grubego mięsa, starczy napiąć biceps i porównać z ekastycznością schabowego ;) Skórzany pancerz miałby największy sens na udach i brzuchu z uwagi na ich miękką budowę.
  3. Wniosek ogólny. Nie jest możliwe przeprowadzenie wiarygodnych testów tego typu w improwizowanych warunkach. Wszelkie przybliżenia i uproszczenia prowadzą do radykalnego wypaczenia rezultatów – test nie udowodnił że karwasze były ani że nie było (udowodnił, ze skóra na twardym podłożu jest bardzo łatwo przecinana, a na miękkim i grubym nie jest), nie dowiódł że mają sens lub że nie mają (kołek to nie ręka, grube mięso ma zupełnie inne właściwości). Udowodnił że test ma sens tylko na czymś zbliżonym do ludzkiej ręki.

 

DSC00279 DSC00280 DSC00281 DSC00282 DSC00283 DSC00284 DSC00285 DSC00286 DSC00288

Odnośnie tarczy wniosek jest jeden – pomijając to co już dawno ustaliliśmy (zasadniczo tarcza jest niesamowicie wytrzymała, znacznie bardziej wytrzymała niż wygląda) okazało się że kluczem do przebicia tarczy toporem może być odpowiednia siła topornika ;) Jest tylko jedno „ale” – przebijana tarcza miała na koncie 3 lata testów, ok 200 godzin walki, 4 krotne przemoczenie i prostowanie i była w ogólnej fatalnej kondycji. Wewnątrz deski były spękane i nawet osobom wcześniej ją mordującym bez skutku udało się przebić blat w późniejszej próbie. Mimo tej całej historii tarcza wytrzymała całkiem nieźle kilka uderzeń gdzie przebicie nie nastąpiło. Test ogólnie wymaga powtórzenia. Jest bardzo prawdopodobne, że przebicie tarczy możliwe było dzięki jej ogólnemu zużyciu.

Ogólnie na koniec pragnę podziękować wszystkim organizatorom za świetną imprezę, uczestnikom testów i warsztatów za pomoc w ich przeprowadzeniu. Za rok kolejne testy. I pamiętajcie o podstawowym wniosku z warsztatów :)

1233385_680371148649159_1166229405_n

Symbolika miecza w kulturze, historii i tradycji (2)

14 września 2013  / Autor: Fiolnir

                4.       Miecz w walce dobra ze złem, jako symbol religijny i mitologiczny

                 Czas przejść teraz do symboliki religijnej związanej z mieczem, pamiętając iż właściwie wszędzie funkcje religijne i państwowe się zazębiały, władcy zaś i wojownicy pełnili również funkcję obrońców wiary.

                 Starcie między Jezusem i Szatanem według Ewangelii Łukasza[1] ma być starciem zbrojnym. Nie wiadomo w co dokładnie uzbrojony będzie Szatan, wiadomo jednak, że do zabicia Lewiatana Pan użyć ma „twardego, wielkiego i mocnego miecza”[2]. Skądinąd wiadomo, że miecz ten może być mieczem ognistym, pojawiającym się wiele razy w rozmaitych tradycjach, a pierwszy raz notowanym już w Księdze Rodzaju gdzie czytamy iż: „Bóg wygnał Adama, a przed rajem rozkoszy postawił cherubów i płomienisty miecz wirujący, aby strzegły drogi do drzewa życia”[3]. Między innymi dlatego na wielu przedstawieniach średniowiecznych słowa Jezusa są przedstawione jako miecze (lub miecz) wychodzący z ust[4] (czasami od wieku XIV również Maryję przedstawiano z mieczem, ale ten miecz wbity był w serce na znak matczynej rozpaczy za synem)[5]. Innym ważnym alegorycznym przedstawieniem Chrystusa był jednorożec, symbolizujący czystość, którego róg symbolicznie łączono z mieczem[6]. Oczywiście nic nie łączyło się z symboliką chrześcijańską bardziej niż krzyż, jednak znany był on też o wiele wcześniej stanowiąc amulet przeciwko demonom i złym czarom właśnie ze względu na swoje podobieństwo do miecza[7].

                 Miecze pojawiają się też w symbolice różnych świętych będąc symbolem ich statusu lub męczeńskiej śmierci. Książka przebita mieczem to atrybut św. Bonifacego[8], ucho i miecz to znak św. Piotra nawiązujący do sceny w której uciął ucho rzymskiemu żołnierzowi[9]. Władysław Kopaliński łączy jego symbol między innymi ze św. Pawłem, Jakubem Większym, Jerzym, Adrianem, Agnieszką, Albanem, Apolinarą, Apologetą, Bonifacym, Eufemią, Gerwazym i Protazym, Justyną, Łucją, Marcinem z Tours, Pankracym, Piotrem Męczennikiem, Tomaszem Beckettem[10].

                 Czasem miecze używane były też do zabijania różnych mitycznych potworów – smoków (np. archanioł Michał zabić miał smoka mieczem po tym jak złamał swoją włócznię, Sigurd zabijający Fafnira)[11], hydr, lwów, byków, dzików[12] oraz złych duchów.

                 Miecz w religiach monoteistycznych oznaczał też bożą sprawiedliwość, sąd i nakaz bezwzględny. W Biblii znajdziemy przykaz: ,,Wdowie i sierocie szkodzić nie będziecie (…). Jeśli je pokrzywdzicie (…), pobiję was mieczem”[13]. „A jeśli nie usłuchacie mnie (…), rozproszę was między narody i dobędę miecza za wami”[14]. Znajdziemy tam też miecz złoty symbolizujący niechybne zwycięstwo nad wrogami. Juda Machabeusz we śnie otrzymuje go od proroka Jeremiasza ze słowami: „Weź miecz święty, dar od Boga, którym porazisz wrogów”[15], była to również ulubiona broń Apolla[16].

                 Władysław Kopaliński podaje, że: „Taniec z mieczami wykonywany w różnych epokach na różnych krańcach świata (korybanci, kureci, derwisze, kaukascy górale itd.) jest rodzajem artystycznej zaprawy wojennej, mogącej zapewnić sukces w rzeczywistej walce, a poza tym ma być popisem męskości działającym podniecająco na przypatrujące się kobiety przy okazji ślubów, pogrzebów, uczt; jako magia zmuszająca przyrodę do właściwego następstwa zdarzeń, broni przed złymi duchami, zapewnia płodność, zastępując dawne ofiary z ludzi i zwierząt”[17].

                 W mitologii germańskiej miecz był bronią wielu znakomitych bogów. Lewą ręką władał nim Tyr (po tym jak prawą stracił w paszczy Fenrira), walczył nim również Frey, a miecz jego był tak dobry, że podczas wojny Asów z Wanami przeciął nawet maczugę Thora (który potem dopiero zaczął używać młota)[18]. Miecze i ogólnie broń składano też jako ofiarę dla bogów topiąc ją w jeziorach i bagnach oraz dawano zmarłym składając ją do grobu, przy czym w większości wypadków broń taka, zwłaszcza zaś miecze, była rytualnie niszczona – wyginana, łamana lub nawet dosłownie skręcana w rulon. Podobne zwyczaje występowały również i u Słowian, gdzie posągi bóstw też posiadały miecze oraz składano im ofiary z broni[19].

                 Miecze odgrywać też mają znaczną wolę w skandynawskim końcu świata, Ragnaroku. Na czele Ognistych olbrzymów stać ma Surt (Czarny) uzbrojony w ogromny płomienisty miecz którym podpalić ma cały świat. Gdy Odyn padnie pod szczękami wilka Fenrira rzuci się na niego jego syn, Widar który rozedrze paszczę potwora na strzępy i wbije w nią miecz trafiając w serce. Spleceni w śmiertelnym uścisku padną Garm – olbrzymi pies strzegący krainy umarłych oraz Tyr, bóg wojny, który zanim umrze przebije potwora swoim mieczem.  W walce pod płomiennym mieczem Surta padnie Frey, który onegdaj zastawił swój miecz w zamian za rękę pięknej olbrzymki (walczył potem jelenim rogiem). W walce na miecze wzajemnie i w równym pojedynku pozabijają się Heimdall i Loki[20].

                 Na uwagę zasługuje też w kontekście tej pracy Stoor, którego historia zdumiewająco przypomina krakowską legendę o wawelskim smoku. Andrzej Szrejter pisze: „Stoor jest demonologiczną hipostazą znanego z mitologii Jórmunganda (prawdopodobniejsze wyjście) lub Nidhógga. Przedstawiano go jako gigantycznego morskiego węża-smoka, który, wynurzając się z wody, zatapiał ogromne połacie lądu. Jedynym sposobem przebłagania Stoora było składanie mu w darze dziewic. Miejscowy król – a jego córkę też miano ofiarować – obiecał następstwo tronu, królewnę i magiczny miecz Odyna temu, kto zabije potwora. Wyczyn powiódł się bohaterowi o imieniu Assipatle, który nakarmił Stoora płonącym torfem. (…) Umierający potwór stracił zęby, które wpadły do morza, tworząc łańcuchy Orkadów, Wysp Owczych i Szetlandów. Z ciała smoka utworzyła się Islandia, znana z wybuchów wulkanów (efekt ciągle wrzącego ognia w ciele Stoora). Ostatnim uderzeniem ogona wąż oddzielił Norwegię od północnej Danii (zwanej w opowieści Wyspą Nordjutland chodzi o półwysep Wendsyssel na północy Jutlandii)”[21].

                 5.       Miecz w ręce kobiety

                  Już na wstępie powiedzieć trzeba iż miecz był bronią typowo męską, można powiedzieć wręcz ze arcymęską (łac. gladius oznaczał zarówno miecz jak i penisa[22]), dlatego jeśli w dawnych opowieściach pojawiały się postaci kobiet z mieczem to dotyczyło to zawsze i bez wyjątku sytuacji szczególnych które łączyły się bądź to ze sprawowaniem funkcji kapłańskich bądź z sytuacją wypełniania prawa zemsty przekraczającego nawet zwykłe granice płci. Kobiety w kontekście miecza występowały również jako femme fatale albo symbol świata na opak gdzie prawa są barbarzyńskie, postaram się w skrócie przedstawić również i tę symbolikę.

                 Kształt miecza wiązał go z wojną, zasadą aktywną (pochwa miecza to pasywność i żeńskość)[23], męskością, siłą, płodnością oznaczał męską linię rodu, dziedziczenie „po mieczu” w przeciwieństwie do „kądzieli, kobiecego atrybutu ciągłości życia, oznaczającej linię żeńską, po matce”[24]. Jednocześnie w kulturach wschodnich zdarzały się od tego odstępstwa, i o ile prosty miecz dalej oznaczał męskość o tyle już wygięta szabla przypominająca księżyc kojarzona była z zasadą żeńską[25], na indyjskich reliefach widać np. strażniczki świątyni uzbrojone w szable[26].

                 Za doktorem Hansem Biedermannem można powiedzieć, że: „Tylko w wyjątkowych przypadkach miecz pojawiał się w dłoni niewieściej. Joanna d’Arc stracona na stosie w roku 1431, mówiła, że św. Katarzyna wskazała jej miecz zakopany pod wiejskim kościołem: „Miecz był pod ziemią, zupełnie zardzewiały, a na nim pięć krzyży. Głosy powiedziały mi, że tam jest (…) Poleciłam, by napisano do miejscowego duchowieństwa i poprosiłam, aby mi go dano. I oni mi przysłali ten miecz” (cytat wg A. Holla z akt sądowych sprawy). Mieczem tym wywalczyła Joanna wiele zwycięstw dla Francuzów.

 

                 W dawnych Chinach wierzono, że czarownicy przepędzają mieczami demony, a legenda mówiła o „męskim” i „żeńskim” mieczu, które odlano w górach Kuenlun z wątroby i nerek mitycznego zająca, żywiącego się metalem. Uważano, że gdy kobieta śni, że wyjmuje miecz z pochwy, urodzi syna (miecz ma także w psychoanalizie męski, falliczny charakter). Miecz w snach kobiet oznaczał szczęście, natomiast w snach mężczyzn miecz wpadający do wody zapowiadał śmierć kobiety”[27].

                 Strabon poświadczał istnienie u Celtów szeregu krwawych obrzędów poświęconych bóstwom kobiecym które odprawiane były przez kapłanki dzierżące miecze. Opis ten przytacza Jerzy Gąssowski: „(…) i szły za nimi wróżbitki, które przepowiadały przyszłość. Te kapłanki o białych włosach, biało odziane, nosiły płaszcze wełniane, spięte agrafami i pasem z miedzi. Szły boso, z mieczem w dłoni, przed więźniami. Po ozdobieniu ich wieńcami prowadziły ich do basenu, który mógł zawierać 20 amfor, tam wchodziły po schodkach, podnosiły każdego więźnia aż na brzeg basenu, podcinały mu gardło i według tego, jak ściekała krew – wróżyły. Inne kapłanki otwierały ciało i wróżyły z wnętrzności, oznajmiając zwycięstwo ich armii. Podczas bitwy uderzały w skóry pokrywające ich wozy, co robiło straszny hałas”[28].

                 Jeśli chodzi o zemstę w wykonaniu kobiet to świadczyła ona o najwyższym wzburzeniu, ale również o szlachetności pochodzenia i dotyczyła jedynie sytuacji w których sprawa była gardłowa. W mitologii skandynawskiej pojawia się np. olbrzymka Skadi, córka olbrzyma Thjaziego z Thrymheimu którego bogowie zabili podstępem, a także Gudrun z pieśni Eddaicznych mordująca Atlego (Atyllę) i walkiria Brunhilda[29].

                 W temacie wątków kobiety sprowadzającej nieszczęście warto zauważyć, że symbol ten jest bardzo rozległy i dotyka ogromnej liczby wątków i tabu, a wiąże się z obcością kobiecości w męskim świecie. Księga Przypowieści mówi: ,,Wargi obcej kobiety ociekają miodem, usta jej są gładsze niż oliwa, lecz koniec jej gorzki jak piołun i ostry jak miecz obosieczny. Nogi jej zstępują do śmierci, a kroki jej dochodzą do otchłani”[30], motyw ten wyrażał się zaś np. w tabu krwi, menstruacyjnym, rytuałach przejścia i wielu innych. Kobieta stawała się w tym kontekście również powodem upadku bogów i bohaterów. Frey daje swój miecz Skirnirowi, swemu przyjacielowi po to aby zdobył dla niego piękną olbrzymkę i ginie przez to w dniu Ragnarok (darowuje mu również swego konia, bransoletę i jabłka młodości)[31]. Również Cuchulainn[32], najważniejszy heros celtycki, zabić musi w pojedynku swego najlepszego przyjaciela Ferdiada. Oto jak śpiewał Ferdiad przed pojedynkiem: „Wysiłek to wielki / Bój z Cuchulainnem krwawym!/ Szkoda – że to raczej dwustu mężom z Fal / Nie kazano mi czoła stawić – dwukrotna. / Żałosny to bój, / Który ja i Zręczny Pies ze sobą stoczymy! / Siec będziemy ciało i krew, / Mięśnie i skórę rąbać. / Żałosne to. Boże, / Że między mną i nim stanęła kobieta! / Połową mego serca jest Pies Bez Wady, / A połową serca Psa jestem ja! / Na tarczę moją: / Jeśli polegnie Pies z Ath Cliath, / Pchnę wąski miecz mój / Przez moje serce, mój bok, moją pierś! / Na miecz mój: / Jeśli polegnie Pies z Glinne Bolg, / Nie zabiję żadnego potem człowieka, / Zanim nie przeskoczę na Drugi Brzeg!”[33].

 

                 Jeśli chodzi wreszcie o motyw świata na opak to najbardziej znanym motywem są oczywiście opowieści o Amazonkach[34]. Miały być plemieniem wojowniczych kobiet zamieszkującym Kapadocję strojem i zwyczajami odgrywającymi świat męski. Potykali się z nimi najważniejsi greccy herosi – Bellerofont, Achilles, Tezeusz, Herakles. Historycznie ich istnienie nigdy nie zostało potwierdzone, ale sam motyw dość silnie funkcjonował w wielu miejscach, wpływając między innymi na wczesnośredniowieczne kroniki ruskie gdzie odnajdujemy kolejną słynną mścicielkę – Olgę, okrutnie mszczącą się na Drewlanach którzy zamordowali jej męża kniazia Igora[35].


[1] Łk 11, 21-22.

[2] Iz 27,1.

[3] Rdz 3,24; Roman Jarosiński, op. cit., s. 97-98; J. E. Cirlot, op. cit., s. 317.

[4] Ef 6, 11-17; Iz 49,2; Hbr 4,12; Ap 1,16; Władysław Kopaliński, op. cit., s. 445;  Roman Jarosiński,   op. cit., s. 97-98;  Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 372; J. E. Cirlot, op. cit., s. 31, 167.

[5] Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 426.

[6] J. E. Cirlot, op. cit., s. 357; Władysław Kopaliński, op. cit., s. 121-122.

[7] J. E. Cirlot, op. cit., s. 71; Władysław Kopaliński, op. cit., s. 177.

[8] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 180.

[9] Mt 26,51. Władysław Kopaliński, op. cit., s. 444.

[10] Ibidem, 225-226; Roman Jarosiński, op. cit., s. 10; Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 24.

[11] Ibidem, s. 14; J. E. Cirlot, op. cit., s. 49.

[12] Jerzy Gąssowski, Mitologia Celtów, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1987, s. 193.

[13] Wj 22,22-24.

[14] Kpł 26, 27-33.

[15] 2 Mch 15, 16.

[16] Andrzej Wierciński, op.cit., s. 147.

[17] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 195-196, 225-226.

[18] Artur Szrejter, op. cit., s. 74-78.

[19] Aleksander Gieysztor, op. cit., s. 102, 104, 108, 114.

[20] Artur Szrejter, op. cit., Gdańsk 2006, s. 177-181.

[21] Artur Szrejter, op. cit., s. 281.

[22] Roman Jarosiński, op. cit., s. 97-98.

[23] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 150.

[24] Ibidem, s. 226.

[25] Ibidem..

[26] Kazimierz Michałowski (red.), op. cit., s. 264.

[27] Symbolika miecza, część 1, źródło:  http://dawneuzbrojenie.blogspot.com/2011/02/symbolika-miecza-czesc-1.html (1 marca 2011).

[28] Jerzy Gąssowski, op. cit., s. 60.

[29] Jadwiga Pisowiczowa (red.), Edda poetycka, przeł. Apolonia Załuska-Stromberg, Zakład Narodowy Imienia Ossolińskich, Wrocław 1986, 280-370., 100-106; Artur Szrejter, op. cit., s. 100-106.

[30] Prz 5, 2-5.

[31] Artur Szrejter, op. cit., s. 170-173.

[32] Imię bohatera wiązało się z psem, którego kiedyś zabił stąd pies nie jest w pieśni obraźliwym epitetem.

[33] Jerzy Gąssowski, op. cit., s. 183-184.

[34] Kazimierz Michałowski (red.), op. cit., s. 28-29.

[35] Paweł Żmudzki, Władca i wojownicy. Narracje o wodzach drużynie i wojnach w najdawniejszej historiografii Polski i Rusi, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2009, s. 161-179.

Symbolika miecza w kulturze, historii i tradycji (1)

14 września 2013  / Autor: Fiolnir

                 1.      Krótki wstęp 

                Dziś odejdziemy trochę od standardu i zajmiemy się tematem bardziej teoretycznym niż praktycznym. Tekst na temat symboliki miecza stanowi jeden z podrozdziałów mojej pracy magisterskiej obronionej w roku 2011 w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego pt. „Motyw miecza we współczesnym kinie amerykańskim” napisanej pod kierunkiem dr hab. Urszuli Jareckiej z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Tekst publikuję bez zmian, rozszerzyłem tylko ilość ikonografii. Miłej lektury.

                2.      Miecz, wojna i śmierć

                Kiedy myślimy o mieczu, pierwszym skojarzeniem jakie przychodzi na myśl jest jego podstawowa funkcja. Miecz jest bronią, został wymyślony po to aby zabijać nim innych ludzi. Nie nadaje się do polowania (pomijając sytuacje wyjątkowe co widać na ilustracji), nie można nim porąbać drewna ani nic zbudować w przeciwieństwie np. do topora. To między innymi dlatego miecz posiada tak bogatą symbolikę łączącą go bezpośrednio z arystokracją, władzą królewską i rycerstwem ale przede wszystkim z wojną i śmiercią.

                Miecz jako narzędzie wojny zawsze łączony był z żywiołem ognia[1], zaś w układzie pojedynku włóczni, trójzębu lub procy i miecza następowało symboliczne zderzenie walki ognia z żywiołem ziemi, wody lub powietrza[2]. W tym kontekście przestają dziwić przedstawienia gladiatorów walczących bardzo jednoznacznie symboliczną bronią, zaś biblijna walka Dawida z Goliatem nabiera zupełnie nowej treści. Dawid zabijający swego adwersarza kamieniem używa broni „pierwotnej i świętej”, przeciwstawia kamień mieczowi[3], nie zawsze jednak walka i wojna były tak czyste, wystarczy przypomnieć rzymskie przysłowia: inter arma silent leges („w szczęku broni milkną prawa”) oraz inter arma silent Musae („w szczęku broni milkną muzy”) by widzieć iż wojna niosła od zawsze chaos i upadek kultury. Dlatego Biblia mówi: „I przekują swoje miecze na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy”[4], zatem zamiana broni w narzędzia rolnicze symbolizuje pokój, którego czasami miecz również był gwarantem.

                Miecz wzniesiony symbolizował sprawiedliwość, odwrócony w dół i zwrócony ku ziemi śmierć, żałobę i zniszczenie, zwrócony ostrzem w przód lub obnażony oznaczał wojnę, w tył lub w pochwie umiarkowanie, roztropność i pokój[5]. To dlatego z mieczem przedstawiany był bożek Thanatos będący greckim uosobieniem śmierci, syn Nocy, brat Hypnosa[6], dlatego też miecz dzierży Wojna, jeden z czterech Jeźdźców Apokalipsy[7], a także Mars, rzymski bóg wojny[8] i Ares, jego grecki odpowiednik[9]. Nic dziwnego również, że szczególnie mocne połączenie znaczeniowe miecza z wojną występowało u Germanów dla których śmierć w walce była niezwykle ważna. To dlatego walkirie: „W czasie bitwy tkały na krosnach kobierce, wyobrażające walkę. Nićmi były jelita poległych, ciężarkami tkackimi – głowy zabitych, bijadłami – miecze, a płochami – strzały”[10]. W Skandynawii wierzono, że: „Poza rzęsami Ymira faluje ocean Garsecg. Od północy nie jest zbyt szeroki, tak że wydaje się rzeką. Dlatego niektórzy nazywają tamtą jego część rzeką Slid (Okrutną), mroźną, pełną mieczy, włóczni i innych zapowiedzi wiecznej wojny”[11].

                W średniowieczu miecz utożsamiano z rozpaczą przedstawiając ją za pomocą wizerunku kobiety przebijającej się ostrzem[12] pamiętając jednocześnie o ewangelicznym napomnieniu, że: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”[13] i o tym, że wojna w imię boże może być sprawiedliwa. W Ewangelii Mateusza Jezus mówi: „Nie przyszedłem zsyłać pokoju ale miecz”[14]. Miecz symbolizować więc mógł również wystąpienie zbrojne, bunt, krucjaty i krzyżowców (zwłaszcza w zestawieniu miecza z tarczą), groźbę („miecz Damoklesa”), nienawiść, fanatyzm, zemstę oraz brak litości dla pokonanych. „Nasze prawo w naszych mieczach” powiedzieć miał w 390 p.n.e. król Gallów, Brennus, do posła rzymskiego. „Biada zwyciężonym!” – łac. vae victis! – wykrzyknąć miał tenże Brennus dorzucając swój miecz na szalę z odważnikami, gdy przy ważeniu złota (kontrybucji wojennej) Rzymianie uskarżali się na przewyższający umówioną wagę ciężar odważników. Stąd: „Rzucić swój miecz na szalę” – narzucić rozstrzygnięcie siłą zbrojną”[15] (czego bardzo szczególnym symbolem było skrzyżowanie mieczy, nawet potocznie oznaczające walkę). W podobnym tonie rozumieć należy również błyskotliwe użycie miecza przez Aleksandra Wielkiego rozcinającego węzeł gordyjski[16] i rozwiązującego nierozwiązywalny problem.

                3.      Miecz i królewskość, władza, rycerskość, sprawiedliwość

                Obok wojny miecz wiązano również bardzo silnie z władcami, rycerzami[17], wojownikami, książętami i wszystkimi osobami zajmującymi się w jakiś sposób walką, ale również z kapłanami i poetami[18]. Jak już pisałem wcześniej, było tak dlatego, że miecz stanowił tylko i wyłącznie broń i długo mogli pozwolić sobie na niego tylko najbogatsi. Funkcje królewskie zaczął pełnić już w starożytnym Egipcie (zakrzywiony miecz chepesz[19], zresztą obok kilku rodzajów bereł)[20] i Mezopotamii, gdzie nawet wcześniej niż w Egipcie zaczęły być symbolem bogów (np. Nergala, boga podziemi,  dzierżącego charakterystyczny miecz o sierpowatym kształcie)[21] i istot chroniących przed złem (np. tzw. „lwa-centaura” urmahlullu uzbrojonego w prosty kończysty miecz i walczącego z demonami pod postaciami lwów)[22] oraz królów (czego przykładem jest np. doskonały relief z Niniwy przedstawiający króla Asurbanipala zabijającego rannego lwa prostym mieczem[23], a jeszcze bardziej całkowicie zachowany brązowy miecz sierpowaty z inskrypcją „Sun Eniil – Nirari króla Asyrii”[24]). Analizując historię uzbrojenia dość łatwo można zauważyć, że w swych funkcjach zastąpił berło oraz, bardziej jeszcze archaiczną, włócznię[25].

                Stając się symbolem królewskim i rycerskim miecz wszedł do heraldyki już w starożytności (Partowie używali go na swych sztandarach)[26]. Znany był w tym charakterze również w świecie muzułmańskim jako tzw. „miecz Alego” (Zu’1-fikar) mający postać szabli często o pofalowanym ostrzu[27]. W średniowieczu oznaczał obronę, wykonanie wyroku w imię sprawiedliwości albo osobę wolną. Był symbolem powodzenia i zwycięstwa, łączył się z cnotami rycerskimi, zwłaszcza z czystością[28]. W wielu kulturach istniał zwyczaj uświęcający miecz jako strażnika dziewictwa i cnoty, polegający na umieszczaniu go w łożu między mężczyzną i kobietą (król Marek zaskakuje Tristana i Izoldę pogrążonych niewinnie we śnie, przedzielonych nagim, obosiecznym mieczem)[29]. Jako, że dzierżony był przeważnie w prawicy z czasem prawa strona zaczęła być uznawana za bardziej zaszczytną[30], co ciekawe w starożytności rzymscy legioniści nosili gladius (którego nazwa oznaczała również penisa) po prawej stronie, oficerowie zaś mieli prawo do noszenia go po lewej (w pochwie zwanej vagina)[31]. Już w czasach biblijnych widać wyraźnie iż prawica była stroną ważniejszą i bardziej symboliczną. W Księdze Zachariasza czytamy: „Biada pasterzowi nieużytecznemu, który porzuca owce! Niech miecz spadnie na jego ramię i na jego prawe oko!”[32].

                Ze względu na swój związek z władzą miecze stawały się również wyznacznikami pozycji i prawości pretensji do tronu. Prawowitym władcą okazywał się ten kto był w stanie wyciągnąć miecz ze skały (Excalibur dawniej zwany Caliburn jest tu oczywiście najbardziej znanym przykładem mieniący się wieloma kolorami i wykonany z klejnotów symbolizujących cnoty)[33]. W jednej z wersji legendy Artur otrzymuje magiczne ostrze od Pani Jeziora który potem zostaje jej zwrócony po śmierci króla i znów zdobyć go może tylko najczystszy ze wszystkich rycerzy – Sir Galahad. Legendy mieczowe nie są związane jednak tylko z cyklem arturiańskim. W Polsce mamy Szczerbiec, królowie angielscy posługują się tępym mieczem miłosierdzie – Curtaną, wiązaną z postacią Edwarda Wyznawcy, albo francuski miecz Joyeuse należący ponoć do Karola Wielkiego[34]. Jak widać szczególnie ważnym mieczom często nadawano imiona. Wymienić tu wypada oczywiście jeszcze przynajmniej miecze takie jak Colada lub Tizona (miecz Cyda), Durendal (miecz Rolanda), Gram (miecz Sigurda), Hrunting oraz Nægling (miecze Beowulfa) i wiele innych.

                Ponieważ miecz był zarówno symbolem prawa i sprawiedliwości jak i męstwa, honoru i uczciwości dlatego bardzo rozpowszechnione było składanie najbardziej znaczących przysiąg właśnie na miecz[35] i to na długo jeszcze zanim powstał kodeks rycerski. W opisie traktatu zawartego między Rusią i Bizancjum w 907 roku czytamy iż kniaź Oleg i jego wojownicy: „Klęli się na swoje miecze i na Peruna swojego boga, i na Wołosa boga bydlęcego, i tak został utwierdzony pokój”[36].

                W razie złamania przysięgi zaś zemsta przynależała do broni na którą przysięgano. Według porozumienia z 944 r. krzywoprzysięzca: „nie obroni się własną tarczą i zostanie rozsieczon własnym mieczem, strzałami i innym orężem swoim”[37]. Miecz był również wykonawcą wyroku za pogwałcenie najbardziej elementarnych praw gościnności w świecie skandynawskim. W opowieści o dwóch braciach Geirrodzie i Agnarze Odyn wypowiada te słowa: Przepowiadam ci śmierć z własnej ręki. Przepowiadam ci śmierć haniebną. Przepowiadam ci, że nie zasiądziesz w Walhalli. Przepowiadam, że tron po tobie przejmie syn twój, Agnar, i będzie rządził długo i sprawiedliwie, jak rządziłby brat twój tego samego imienia. To ci wieszczę! Geirrod zrozumiał swój błąd i, wiedziony raczej strachem niż skruchą, zerwał się zza stołu, by uwolnić Odyna. Wtedy jednak zza pasa wysunął mu się miecz i upadł na posadzkę. Nie zauważywszy tego, Geirrod nadepnął na ostrze, a to uniosło się i wbiło w jego brzuch. Król umarł w męczarniach, nikt nie potrafił mu pomóc ani zmniejszyć bólu”[38].

                Szalenie istotnym symbolem pojawiającym się wielokrotnie była również broń złamana symbolizująca impotencję, nieszczęście, bezpłodność i jałowość[39]. W świecie celtyckim w którym tradycja ta była szczególnie silna bezpośrednio utożsamiano króla z krajem którym władał, dlatego klęski nieurodzaju przypisywano nieprawości władcy. Symbol złamanej broni i jej reperacji wywodzi się z tej tradycji, pojawia się również w kontekście opowieści o Nibelungach gdzie strzaskany miecz Siegmunda (nazywany Balmunga) reperuje jego syn Siegfried. Również w legendach arturiańskich pojawia się ten wątek – Gawain i Parsival otrzymują potrzaskany miecz, którego jednak nie udaje im się naprawić. Ta broń symbolizuje śmierć[40].

              Nie trudno zgadnąć, że symbol z taką tradycją z biegiem lat nabierał dziesiątków nowych znaczeń. Był najważniejszym symbolem męstwa[41], jednej z cnót kardynalnych, występował też w symbolice wszystkich pozostałych. Umiarkowanie i roztropność w starożytności reprezentowała Temperana: „przedstawiana z lwem, wielbłądem, gołębiem, czaszką, klepsydrą, cyrklem lub mocno osadzonym w pochwie mieczem”[42]. Obok niej mamy Sprawiedliwość czyli Justitię[43] lub Temidę z wagą i mieczem, czasami też z rogiem obfitości i przepaską na oczy[44], Fortitudo zaś z maczugą, mieczem tarczą lub lwem[45]. Ze sprawiedliwością łączy się również złoty miecz Chrysaor symbolizujący duchową wzniosłość[46].

                Szczególne powiązanie miecza z władzą podkreśla pośrednio jego zestawienie z innymi rodzajami broni. Dla przykładu maczuga (pomijając berło, buzdygan etc.) zostaje zredukowana do roli broni chłopstwa i pospólstwa, jest też narzędziem kary oraz w pewien sposób przeciwieństwem rycerskości. W bitwach średniowiecznych używają jej już przede wszystkim duchowni objęci ciągle tabu przelewania krwi, tacy jak biskup Odo przedstawiony na powyższym fragmencie Tkaniny z Bayeux[47] (biskupi o władztwie świeckim używali również miecza co przetrwało między innymi w heraldyce oraz w Pieśni o Rolandzie gdzie pojawia się Almace – miecz arcybiskupa Reims)[48]. Nowych pejoratywnych znaczeń nabrał również nóż[49]: „przeciwieństwo miecza, nikczemna, skrytobójcza broń przeciw bohaterskiej; reprezentuje instynktowne moce, popychające rękę z nożem do działań związanych z zemstą, morderstwem, obroną przed nagłym napadem, ale i z ofiarą, podczas gdy miecz jest obrazem wzniosłości ducha rycerskiego”[50].

<<<Część Druga>>>


[1] J. E. Cirlot, A Dictionary of symbols, Routledge & Kegan Paul Ltd, London 1971, s. 106.

[2] Władysław Kopaliński, Słownik Symboli, Wiedza Powszechna, Warszawa 1990, s. 30, 436;  J. E. Cirlot, op. cit., s. 351.

[3] Ibidem, 142.

[4] Iz 2,4.

[5] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 29-30.

[6] Kazimierz Michałowski (red.), Encyklopedia sztuki starożytnej – Europa, Azja, Ameryka, Afryka,  Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1974, s. 445.

[7] Ap 6,2-8; Krystyna Kubalska-Sulkiewicz (red.), Słownik terminologiczny sztuk pięknych, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2003, s. 17.

[8] J. E. Cirlot, op. cit., s. xxxviii.

[9] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 97-98.

[10] Artur Szrejter, Mitologia germańska, Wydawnictwo L&L, Gdańsk 2006, s. 269.

[11] Ibidem, s. 59.

[12] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 224.

[13] Mt 26,52.

[14] Mt 10,34.

[15] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 224-226.

[16] Ibidem, s. 456; J. E. Cirlot, op. cit., s. 173.

[17] Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 52.

[18] J. E. Cirlot, op. cit., s. xlvii.

[19] Ibidem, s. 90.

[20] Guy Rachet, op. cit., s. 59-60, 64-65.

[21] Jeremy Blacki, Anthony Green, Słownik mitologii Mezopotamii, przeł. Andrzej Reiche, Wydawnictwo Książnica, Katowice 1998, 19, 195.

[22] Ibidem, 108.

[23] Ibidem, 150.

[24] David Harding, op.cit., s. 35.

[25] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 478; Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., 161.

[26] J. E. Cirlot, op. cit., s. 108.

[27] Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 455.

[28] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 225-226.

[29] Ibidem.

[30] Ibidem, s. 340.

[31] Zbigniew Żygulski jun., Broń starożytna – Grecja, Rzym, Galia, Germania, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1998, s. 84.

[32] Za 11,17.

[33] J. E. Cirlot, op. cit., s. 240-241.

[34] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 225.

[35] Ibidem, s. 226.

[36] Aleksander Gieysztor, Mitologia Słowian, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1982, s. 58, 66-67.

[37] Ibidem, s. 114.

[38] Artur Szrejter, op. cit., s. 141-142.

[39] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 226.

[40] J. E. Cirlot, op. cit., s. 83, 241, 325.

[41] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 59.

[42] Roman Jarosiński (red.), Leksykon symboli, Wydawnictwo ROK, Warszawa 1991, s. 163.

[43] Ibidem, s. 69.

[44] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 447

[45] Roman Jarosiński, op. cit., s. 43.

[46] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 502; J. E. Cirlot, op. cit., s. 120.

[47] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 220-221.

[48] Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 204.

[49] J. E. Cirlot, op. cit., s. 169.

[50] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 261.

O nieużywaniu przeszywanic na większości obszarów wczesnośredniowiecznej Europy (3)

21 lipca 2013  / Autor: Fiolnir

5. Przeszywanice pojawiają się na ikonografii, nie ma więc wątpliwości co do ich istnienia

Udało się przebić jakoś przez źródła pisane czas na rozprawienie się z ikonografią. Czy zatem istnienie przeszywanic może być udowodnione na jej podstawie? Nie za bardzo. Prawidłowo należałoby rzec, że czasami na rozmaitej ikonografii pojawiają się stroje które przy odrobinie dobrych chęci można uznać za przeszywanice. Niestety zwykle można je przy trochę odmiennych chęciach uznać za kolczugi, zwykłe tuniki albo coś jeszcze innego. Na dodatek aby sprawie nadać rumieńców okazuje się, że te najwcześniejsze przedstawienia albo mają silne wpływy arabskie albo bizantyjskie lub koczownicze i w zasadzie nie pojawiają się przed wiekiem XI. Co najwyżej można na tej podstawie udowodnić że gdzieś ok 1000-1100 r. przeszywanice przywędrowały do nas ze Wschodu gdzie już wcześniej były używane i gdzie panowały trochę inne zasady prowadzenia wojny. Podstawową wadą ikonografii w ogóle jest w tym wypadku niemożliwość stwierdzenia właściwości technicznych tego co jest przedstawione oraz zbyt duża ilość artystycznej dowolności aby można było stwierdzić tutaj coś pewnego. Idealnym przykładem tego jak daleko może pójść maniera jest poniższa ilustracja hiszpańska z końca wieku XII. Powiedz mi czytelniku który z wojowników ma na sobie kolczugę? Który przeszywanicę?

26 25

Amiens BM MS.108 Navarre Picture Bible, Pampeluna Hiszpania, Bibliotheque d’Amiens Métropole 1197 r.

W tym miejscu wezmę na warsztat tylko tą ikonografię która już do tej pory pojawiła się w temacie zdając sobie sprawę że potencjalnie może jej być znacznie więcej.

Wśród ikonografii wyróżnić można trzy podstawowe grupy:

a) Ikonografia wczesnośredniowieczna z okresu VIII-X wiek z terenów bliskich większości rekonstruktorów

W zasadzie te kilka obrazków to jedyne wyjątki na których w tej dyskusji warto się skupić, niestety ich interpretacja o wiele bardzie wskazuje na przedstawienie tutaj kolczug niż przeszywanic.

W przypadku Czary wrocławskiej widać masę drobnych nacięć na pancerzach wojowników co bardzo przypomina późniejsze przedstawienia kolczug, do przeszywanic nie ma analogii.

Jeśli chodzi o Tkaninę z Bayeux tutaj sprawa nie jest już tak jasna i oczywista i faktycznie może budzić kontrowersje. Osobiście skłaniam się ku temu by wszystkie niemal przedstawione pancerze interpretować jako kolczugi. Po pierwsze na jednym z fragmentów widać transport pancerzy na kijach co ma niewiele sensu w przypadku przeszywanic, po drugie różnice w przedstawianiu mogą być autorską wizją artystek haftujących obraz. Na pewno nie jest on dziełem jednej osoby. Największe wątpliwości budzi zbroja biskupa Odona która przedstawiona jest bardzo szczegółowo, odcina się na tle kolczej osłony głowy i faktycznie może być przeszywanicą. Jedyne co pragnę zauważyć to fakt, że sam biskup przedstawiony jest w sposób mocno wyróżniający się od reszty wojowników, jest uzbrojony w maczugę itd. Jeśli jest to przeszywanica to z racji tego wyróżnienia można dojść do wniosku, że jej użycie było tu raczej wyjątkiem, nie regułą.

Odnośnie przedstawienia frankońsko-niemieckich wojowników tutaj faktycznie widać coś wystającego spod kolczugi. Nie da się jednoznacznie stwierdzić czy jest to przeszywanica czy, co raczej bardziej prawdopodobne, kilka tunik założonych warstwowo dla wytłumienia.

Stuttgarter Psalter przedstawia zbroję tak nietypową dla naszego rejonu, że trzeba ją uznać za artystyczną wizję I nawiązanie do starożytności (bardzo częste wśród miniaturzystów). To co ma na sobie wojownik wygląda bardzo podobnie do bizantyjskich zbroi miękkich.

51 1 2 3 4 7 8 9 10 10a 10b 36

51. Stuttgarter Psalter, Stuttgart, Bibl. fol. 23, 820-830 r. powstały w opactwie Saint-Germain-des-Prés, Francja.

1-3. Czara wrocławska X w. import zapewne z terenów Niemiec, obecnie Muzeum Narodowe w Krakowie

4-10. Tkanina z Bayeux, haft, Anglia ok 1070-1080 r.

36. Frankońsko-niemieccy wojownicy ok. 1000 r.

b) Ikonografia z Południa Europy spoza rejonu zainteresowania większości rekonstruktorów i z terenów o silnych wpływach arabskich, bizantyjskich i koczowniczych

Pozwolę sobie w tym miejscu wypisać tylko kilka znaczących uwag odnośnie sokolnika ponieważ wśród wielbicieli przeszywanic źródło to uchodzi za bardzo mocne. Reszta źródeł ze względu na ich geograficzną lokalizację stanowi piękny dowód tezy na temat Południowej genezy pojawiania się  przeszywanic w Europie u progu dojrzałego średniowiecza.

Cóż więc jest nie tak z sokolnikiem? Wszystko. Po pierwsze konia z rzędem temu kto udowodni, że przedstawienie to ukazuje wojownika. Konny nie ma jakichkolwiek atrybutów bojowych, mówiąc oględnie jest to sokolnik, nic więcej. Po drugie jego odzienie równie dobrze może być przeszywanicą jak i chałatem czy zwykłym pasiakiem, a może np. specjalnym strojem sokolniczym. Trudno stwierdzić. Wzór kropkowania widoczny na ubiorze widzimy też na skrzydłach ptaka. Rzecz kolejna sokolnika jako znalezisko luźne trudno jest powiązać jednoznacznie z czymkolwiek, najbliższe zaś analogie w sztuce ma na bardzo głębokim wschodzie. Jeździec jest podobny do heraldycznych przedstawień w posasanidzkiej sztuce muzułmańskiej, łączyło się go z Madziarami, Awarami, Protobułgarami, a nawet ze sztuką irańską. Jedno jest pewne – dla rekonstruktorów wczesnośredniowiecznej Europy jest to źródło niemożliwe do praktycznego wykorzystania.

40 11 12 19 The Armies of Islam 7th-11th Centuries 37 38 39

40. Rzeźbione baptysterium z Werony, Włochy ok 1200 r.

11. Okucie tarczkowate z konnym sokolnikiem ze Starego Miasta (Welehradu), wczesne średniowiecze VIII-X w.

12. Kamienny relief z Włoch VIII w.

19. Przedstawienie wojownika prawdopodobnie lombardzkiego, południowe Włochy, obecnie katedra w Pizie ok 1059 r.

33. Rzeźba z kościoła w Apulii, południowe Włochy XI w.

37. Rzeźbienie ze szkatułki z kości słoniowej, sztuka arabsko-andaluzyjska, 1026 r.

38-39. Fragment kandelabra z  1170 r. z Sao Paolo fuori Le Mure w Rzymie

c) Ikonografia datowana od wieku XI i XII gdy używanie przeszywanic staje się faktem i można co najwyżej zastanawiać się nad szczegółami ich kroju oraz dokładną konstrukcją

52 13 14 15 16 17 20 21 22 23 24 41

52. Płaskorzeźba rycerz (ma ostrogi), pochodzącą z kościoła w miejscowości Limoges w środkowej Francji z początku XII wieku

13. Drzwi nowogrodzkie pochodzące z Magdeburga, odlane ok. 1150r, z katedry katedrze Św. Sofii w Nowogrodzie

14-15. Vie de Saint Aubin d’Angers, Angers, (Paris, BNF Nal 1390) ok 1100 r. scena ukazuje najazd skandynawski na Bretanię w 919 r.

16-17. Manuskrypt Saint-Augustine. Commentary on the Psalms z Saint-Evroul, koniec XI (lub XI-XII w), Bibliothčque municipale de Rouen

20. Rzeźby z opactwa w Cluny – trudno powiedzieć czy to wiek X czy XII, w tym okresie opactwo rozbudowywano, Francja

21-24. Rzeźby z St Mary Magdalene, Eardisley, Herefordshire, Anglia ok 1120-1140 r. – Przeszywanice bardzo na pierwszy rzut oka ciekawe ale Chrystus w przeszywanicy prowadzący Adama jest co najmniej zastanawiający

41. St Calmin Francja (?) XII w. – datowanie pewne, lokalizacji nie potwierdziłem

6. Jeszcze kilka zdroworozsądkowych argumentów przeciw

Przeszywanice są niepraktyczne co najmniej z kilku powodów:

- źródła pisane nie wspominają przeszywanic ale zdarza im się wspominać o tym jak wiele strojów powinien zabrać ze sobą wojownik na wyprawę. W odróżnieniu od przeszywanicy, zwykły strój można wkładać na siebie według potrzeb kolejnymi warstwami co daje nam bardzo elastyczny zestaw. Jeśli wzmiankowanych warstw jest dostatecznie dużo całość w zasadzie stanowi substytut przeszywa nicy, która z kolei nie jest substytutem stroju dlatego powinna być zabierana obok zwykłego ubioru co stanowi dodatkowe niepotrzebne obciążenie

- przeszywanica obciąża wojowników, a faktem jest że postuluje się jej używanie głównie u lekkozbrojnych. Głównym atutem lekkozbrojnego jest szybkość przemieszczania się więc jej ograniczanie przeszywanicą nie ma uzasadnienia, podstawowym uzbrojeniem ochronnym była tarcza, przeszywanica i tak mogłaby być do niej jedynie dodatkiem. Poniekąd przeczy temu wykorzystywanie przeszywanic u lekkozbrojnych w Bizancjum gdzie wręcz podkreślano mobilność w takiej zbroi jako jej największy atut. Niestety to co w Bizancjum się sprawdziło nie koniecznie da się odnieść do bardzo gęsto zalesionej Europy Północnej.

- przeszywanice nie występują w materiale archeologicznym. Można oczywiście postulować że sobie spokojnie zgniły ale ciężko wytłumaczyć jak zgniły wszystkie bez wyjątku i dlaczego nie pojawiają się w grobach w których inne rodzaje uzbrojenia zachowały się mimo upływu lat. W zestawieniu z brakiem innych źródeł jest to co najmniej mocna przesłanka przeciwko ich istnieniu.

7. Podsumowanie

Ogólnie rzecz ujmując stosowanie przeszywanic we wczesnym średniowieczu w rejonie interesującym większość rekonstruktorów nie jest potwierdzone w jakikolwiek sposób. Pierwsze mocne przesłanki mogące udowodnić ich istnienie albo pochodzą z rejonów mocno południowych albo są na tyle późne, że nie dotyczą interesującego nas datowania (od końca wieku Xi sprawa staje się prostsza). Obok bardzo słabej bazy źródłowej na ich temat (nawet jeśli bardzo się uprzemy) za ich brakiem przemawia szereg czynników dodatkowych dotyczących samej organizacji sił zbrojnych, stosunków społecznych i tradycji. Z tego powodu do czasu gdy nie pojawią się niezbite dowody na wykorzystywanie tego typu pancerzy w interesującym nas czasie i rejonie zalecam zwyczajne nakładanie na siebie wielu grubych tunik warstwowo co również zapewni niezbędną dla nas amortyzację, a przy okazji zapewni zgodność wyglądu z tym co na pewno o realiach epoki wiadomo. Przeszywanice nie są niezbędne ani konieczne i naprawdę dobrze by było nie iść na łatwiznę tylko dlatego że nadinterpretując wyrwane z kontekstu źródła można na siłę starać się ich istnienie udowodnić. Jeśli ktoś uważa inaczej zachęcam do rzeczowej polemiki z tekstem.

<<< Część druga Część pierwsza >>> 

O nieużywaniu przeszywanic na większości obszarów wczesnośredniowiecznej Europy (2)

21 lipca 2013  / Autor: Fiolnir

Podstawowe argumenty „przeszywofilów”:

1. Przeszywanice na pewno występowały ponieważ nikt normalny by nie wyszedł do bitwy bez choćby minimalnego opancerzenia oraz druga wersja tego argumentu – lepiej jest założyć na grzbiet przeszywanicę niż nic.

Argument ten u samych podstaw obarczony jest kilkoma błędami percepcji. Po pierwsze osoby nim się posługujące rozumują według współczesnych standardów w których faktycznie bieganie bez przeszywanicy może wydawać się dziwne. Należy pamiętać o tym, że w średniowieczu takiego rozumowania nie stosowano (przynajmniej nie wśród Germanów i Słowian), walka bez jakiegokolwiek pancerza znana była w zasadzie od zawsze (często wręcz odrzucano pancerz aby podkreślić swą odwagę co zwłaszcza u ludów germańskich jest tradycją bardzo dobrze udokumentowaną), mamy masę źródeł ikonograficznych na których przedstawieni są wojownicy w samych koszulach z hełmami na głowie i z mieczem w dłoni, jest to wręcz dominująca maniera. Obok nich pojawiają się pancerni. Jeśli dodatkowo uwzględnimy fakt że ci pancerni mają gołe dłonie, częstokroć nie używają osłon karku ani niezwykle wrażliwej szyi absurd tej argumentacji będzie jeszcze wyraźniejszy. Tak naprawdę obalenie tego argumentu w 100% wymagałoby stworzenia potężnego opracowania dotyczącego mentalności ludzi epoki, dlatego zainteresowanych i wątpiących zwyczajnie odsyłam do źródeł. Poczytajcie opisy wojen, poczytajcie starożytnych autorów piszących o Barbericum, poczytajcie wojskowe traktaty bizantyjskie, sagi, ruskie kroniki, przeanalizujcie materiał archeologiczny, zobaczcie ile uzbrojenia odrzucano, z jak wielkiej części rezygnowano mimo świadomości jego istnienia i zwyczajnie przestańcie przykładać współczesne normy i wartości do dawnych czasów.

2. Przeszywanica była stosowana bo była tania i dobrze chroniła

Niestety nie. Przeszywanica nie była tania ponieważ dla jej wytworzenia potrzebna była bardzo duża ilość materiału i gigantyczny nakład pracy. Mogła być relatywnie tańsza niż nitowana kolczuga ale z tego faktu nie wynika jeszcze że ktoś chciałby lub mógłby w nią inwestować. Przeszywanice o których mówimy jeśli miały stanowić samodzielną zbroję raczej składały się z warstw materiału, materiału który trzeba było wyhodować (w formie wełny lub lnu), przygotować do obróbki, utkać i wreszcie pozszywać ze sobą. Tylko przeszywanica wykonana warstwowo faktycznie chroni dobrze ale przy okazji sporo waży, spowalnia ruchy, ciąży przy dłuższych marszach. Te wszystkie elementy oczywiście jej nie dyskwalifikują jako zbroi ale dobrze by było zauważyć że bezsprzecznie przeszywanice pojawiają się w momencie w którym ciężkozbrojne rycerstwo konne staje się na kilka stuleci trzonem sił zbrojnych, w czasach gdy pojawia się na stałe warstwa bogatych panów feudalnych których głównym zajęciem była wojna.  Obecnie wytwarzane przeszywanice w większości „chronią dobrze” ponieważ bawimy sie tępą bronią, niestety nawet moje własne testy bronią ostrą  pokazują nonsens ich używania w warunkach realnej bitwy – na Ciechanowie 2012 przy pomocy zwykłego długiego ostrego noża przebiłem się pchnięciem przez przód i tył luźno wiszącej na kołku przeszywanicy najpowszechniej stosowanego w rekonstrukcji wczesnośredniowiecznej rodzaju.

Oczywiście to, że przeszywanica nie była tania ani specjalnie praktyczna nie stanowi dowodu ani za jej używaniem ani przeciw natomiast chciałbym raz na zawsze skończyć z lansowaniem podobnego poglądu. Skoro bawimy się w rekonstrukcję historyczną dobrze byłoby jednocześnie trzymać się realiów na tyle na ile to możliwe, zdecydowanie nie ma sensu wkładać na siebie pancerzy które zapewniają realnej ochrony bo takich z całą pewnością nie wytwarzano.  Czas otworzyć puszkę Pandory i zajrzeć do źródeł.

3. Przeszywanice pojawiają się w źródłach pisanych nie ma więc wątpliwości co do ich istnienia.

Dla uściślenia należy dodać że o wiele częściej niż pojawiają się wzmianki o niestandardowych pancerzach  nie ma o nich ani słowa nawet tam gdzie wymienione być zdecydowanie powinny. Doskonałym tego przykładem są karolińskie kapitularze dotyczące zbrojnych mobilizacji wymieniające literalnie to co powinno być zabrane na wyprawę. Kapitularz z 806 r. wymienia np. wszystkie inne elementy uzbrojenia, dzieli siły zbrojne na konkretne frakcje pod względem zamożności i standardu uzbrojenia, wymienia nawet ile ubrań i jedzenia każdy ma zabrać na wyprawę, a zapomina o przeszywanicach?  Podobnych kapitularzy między VIII a IX wiekiem wydano całkiem sporo bo monarchia karolińska była niesamowicie ekspansywna w tym okresie. Wzmianek o przeszywanicach nie znajdziemy też w statutach prawnych innych ludów germańskich, które doprowadziły Cesarstwo Zachodnie do upadku. Prawa zwyczajowe później kodyfikowane dokładnie określały powinności wojskowe ludności, co do solida określały co komu jest w jakiej sytuacji winny ale zapominały o przeszywanicach… Zapominały o nich również pisane w wieku XIII-XIV skandynawskie sagi, kroniki ruskie. W dwunastowiecznej Pieśni o Rolandzie gdzie mamy kilkadziesiąt powtarzających się opisów przeszywania przeciwników rozmaitą bronią z wymienieniem przez co rzeczona broń przechodzi też nie ma o przeszywanicach słowa. W Skandynawii vápntreyja, po raz pierwszy pojawia się w Hirðskrá w wieku XIII gdy przeszywanice były już powszechnie używane na całym kontynencie więc wzmianka o nich nie jest niczym dziwnym. Ten brak dziwny jest zwłaszcza biorąc pod uwagę ile razy wspominana jest inna broń np. o wiele droższe kolczugi ale też o wiele tańsze tarcze i hełmy. Mało tego, Vatnsdala saga (wszystkie tłumaczenia sag własne), zawiera np. opis zbroi kamiennej: „Ingolf zeskoczył ze swojego konia I pobiegł w dół w stroną najbliższego wąwozu, podniósł z ziemi dwa płaskie kamienie i przymocował jeden z nich na piersi, a drugi pomiędzy łopatkami i tak chronił swe ciało. W dłoni trzymał miecz Aettartangi a następnie poszedł do szałasu”.

No dobrze, aby oddać sagom sprawiedliwość trzeba wspomnieć przynajmniej o kilku cytatach które wskazują na używanie jakiegoś innego pancerza niż kolczuga.

Droplaugarsona saga: „Następnie Helgi Droplaugarson poszedł do sądu tam gdzie siedział An Kuglarz. Helgi uderzył rękojeścią miecza w podstawę filcowego kaptura i zdarł mu go z głowy, zapytał o to kto tam siedzi. I podał jego imię”.

Eyrbyggja saga: „Po tym Steinthor uderzył Freysteina swym mieczem, ostrze lądują na jego karku wydało głośny dźwięk.

- Czy to uderzenie było niebezpieczne, Bofi?, zapytał Steinthor.

- Zdecydowanie tak, odparł Freystein, ale nie aż tak jak by można było sądzić bo nie zostałem ranny. Nosił filcowy kaptur z wszytym kawałkiem rogu w kołnierz i na nim właśnie zatrzymało się uderzenie”.

Gunnars saga Keldugnúpsfífls: „Oto jest dublet który chcę ci dać, powiedział Bard. Powinieneś ubrać go na zapasy”.

Harðar saga og Hólmverja: „Hord następnie uderzył go mieczem Sotiego I rozciął go cięciem idącym w dół aż do wysokości pasa, cały tors przeciwnika był w podwójnej kolczudze”.

Heimskringlasaga Snorriego Sturlusona, konkretnie saga o Olafie Haraldsonie zawiera dwa ciekawe fragmenty odnoszące się w rzeczywistości do jednego. Ustęp 204: „Posiadali oni dwanaście dużych płaszczy wykonanych ze skóry renifera zaklętych za pomocą fińskiej magii z Laponii. Nie mogła ich przeciąć ani pchnięciem przebić jakakolwiek broń i chroniły lepiej niż kolczuga”. Ustęp 240:

 

„Król ręką własną udowodnia siłę

Finów sztuki tajemnej w magicznej godzinie

Z magiczną pieśnią, wśród uderzeń stali,

Reniferowego płaszcza Thora mocy nieprzełamanej

Zaklęty przez nich by odwracać cios

Uderzeń miecza króla wśród dymu jak pył

Podniesiony ramieniem Thora spod uderzenia

O którym król myślał że zabije nieprzyjaciela”.

 

Pierwsze dwa cytaty odnoszą się do filcowych kapturów, w pierwszym wypadku kaptur taki uderzenie zrywa człowiekowi z głowy ale nie wiemy nic na temat jego zamierzonych bojowych właściwości więc trudno orzec czy był to pancerz czy zwykły kaptur, w drugim wypadku mamy wyraźną wzmiankę o rogowej wszywce w filcowy kaptur na którym zatrzymuje się uderzenie. Taka konstrukcja to nie przeszywanica ale zbroja kombinowana, być może jednostkowy egzemplarz na tyle ciekawy, że zasłużył na wzmiankę. Jedno jest pewne – sam kaptur nie był w stanie takiego uderzenia zatrzymać skoro zadano sobie trud wszywania do niego rogowej płytki.

Wzmianka z Gunnars saga Keldugnúpsfífls nie dotyczy przeszywanicy ale specjalnego stroju do zapasów. W niemieckich traktatach szermierczych dotyczących pojedynków sądowych niezwykle często pojawiają się takie specjalne ubrania w które zaszywano przeciwników jest to więc bardzo ciekawe źródło pod tym względem, niestety strój do zapasów raczej nie miał przeznaczenia bitewnego.

Trzy ostatnie opisy pełne są magii i niezwykłości. Wystąpienie podwójnej kolczugi raczej na pewno jest podkreśleniem cnót bohaterskich u wojownika który był w stanie się przez obie przerąbać, cytaty z sagi o Olafie Haraldsonie dotyczący bitwy o Stiklestad w 1030 r. wzmiankujące kaftany zrobione ze skóry renifera po pierwsze mówią o płaszczach skórzanych (cokolwiek to znaczy) po drugie ich właściwości ochronne przypisują w oczywisty sposób nie ich budowie ale tajemniczej lapońskiej magii którą były zaklęte. Jako, że porównane są pod względem właściwości ochronnych do kolczug raczej należy uznać je za zbroję samodzielną. Biorąc pod uwagę całokształt nie sposób uznać tych źródeł na dowód na cokolwiek, za dużo tam magii, za mało rzeczywistości.

Mamy jeszcze jedno mocne źródło Ekkehardi IV Casus Sancti Galli.: „Gdy w roku 926 rozpowszechniały się wieści o zbliżaniu się Węgrów do klasztoru St. Gallen, ówczesny opat Engilbert dowiódł swoich zdolności przywódczych: nakazał wznieść refugium i sporządzić tracze i broń. Potem założył pancerz pod swój habit i nakazał swoim braciom, by uczynili to samo co on. Zatem sporządzili pancerze z filcu”.

Zdawać by się mogło, że oto mamy wreszcie dowód którego nam trzeba. Czysta, jasna wzmianka o miękkich pancerzach. Jest niestety kilka problemów. Pierwszy, zasadniczy, ilu z rekonstruktorów odtwarza poczciwych mnichów z St. Gallen? Drugi nie mniej ważny, ten opis kronikarski dotyczy najazdu Madziarów na szwajcarski klasztor koresponduje z przekazami kronikarskimi Liutpranda z Cremony i Ottona z Fryzyngi którzy wskazywali na używanie pancerzy filcowych przez madziarskich jeźdźców (szerzej sprawę opisuje fantastyczna książka: Philippe Contamine, Wojna w średniowieczu, Warszawa 1999, s. 40-45.). Nasze źródło ma wiele wad. Opisuje mnicha, nie żołnierza, który w sytuacji nadzwyczajnej konstruuje pancerze na wzór tych jakimi dysponuje przeciwnik, całość zapisu dotyczy zaś rejonu którego nie rekonstruuje prawie nikt i który ze względu na koczownicze sąsiedztwo trudno odnieść do innych rejonów.

Źródło ma jeszcze jedną wadę, dotyczy ataku koczowników ci zaś ogólnie są podobnym „wytrychem” jak Ruś, Bizancjum i Birka. Są takie miejsca w rekonstrukcji wczesnośredniowiecznej do których odwołując się można udowodnić właściwie wszystko i opór będzie niewielki bo są to lokacje tak wielkie, że trudno całkowicie je ogarnąć. Powszechnie wiadomo, że jak czegoś nie było to „na pewno było na Rusi, w Bizancjum albo wykopano w Birce”. Birkę odpuszczam, do Bizancjum zaraz dojdziemy, zajmijmy się przez chwilę koczownikami Wielkiego Stepu.

Koczownicy używali przez stulecia chałatów jako jednego z podstawowych typów zwykłego ubioru. Chałat wykonywany był z najczęściej filcu, czasem z płótna wełnianego lub bawełnianego, bywał wykonywany z watowanej lub pikowanej tkaniny odpowiada więc w zasadzie temu co uważamy za przeszywanice. Z racji swej budowy chałat chronił przed uderzeniami i na pewno nieźle się sprawdzał amortyzując upadek z konia przy okazji zapewniając ochronę przed zimnym stepowym wiatrem ale nie był pancerzem. Był zwykłą grubą odzieżą która czasem bywała zakładana pod twardy pancerz lamelkowy lub kolczugę podobnie jak zakładane były zwykłe tuniki, kaftany itd. Popularność lamelek na stepie wynikała w oczywisty sposób z popularności łuku i broni obuchowej przed którymi chroniła lepiej od kolczugi. Nic nie wskazuje na to aby koczownicy używali kiedykolwiek dodatkowych ubiorów specjalnie zakładanych pod twardą zbroję. Niestety brak jest wykopalisk chałatów, zachowane są tylko te najpóźniejsze, ikonografia jest podobnie niepewna jak europejska dotycząca przeszywanic. Witold Świętosławski szerzej opisuje to w książce Uzbrojenie koczowników Wielkiego Stepu w czasach ekspansji Mongołów XII-XIV wiek.

Przejdźmy do Bizancjum, miejsca dla nas najważniejszego ponieważ stamtąd mamy jedyne potwierdzone opisy przeszywanic. Niestety drogi czytelniku jeśli akurat nie odtwarzasz Wschodniego Cesarstwa wiedza ta na niewiele Ci się przyda ponieważ handlem nie da się obronić powszechnego wykorzystywania bizantyjskiego uzbrojenia poza Bizancjum, sama zaś natura tamtejszej organizacji wojskowej była totalnie inna niż gdziekolwiek w Europie w tym samym czasie. Bizancjum było silnym organizmem państwowym, z mocną władzą cesarską o kilkusetletniej tradycji, centralnie zarządzaną armią o ujednoliconej strukturze i uzbrojeniu i z dostępem do uprawianej na wielką skalę bawełny. Porównując te realia ze światem dopiero co porządkującego się Barbericum, gdzie służba wojskowa w znacznej mierze pozostawała sprawą prywatną, gdzie nie było tak silnej centralnej władzy, gdzie przez kilka stuleci w wielu plemionach nie było nawet ściśle wyodrębnionej arystokracji i gdzie nie zachowało się wiele rzymskich technologii widzimy, że bizantyjskiego uzbrojenia nie można odnosić do europejskiego. To oczywiście gigantyczne uproszczenie, osoby zainteresowane z pewnością dotrą do całej masy publikacji pokazujących skalę różnic nie tylko w uzbrojeniu czy organizacji wojska ale zwłaszcza w mentalności.

35 34

35. Bizantyjskie wyobrażenia wschodnioeuropejskich wojowników z posążków znanych z Azji Mniejszej i Egiptu VII w.

34. Jeździec irański VII w.

Dwa podstawowe źródła na temat pancerzy w typie przeszywanicy używanych w Bizancjum to Tactica cesarza Leona VI powstała w latach 895-908 i  Praecepta Militaria Nicefora Fokasa powstała ok. 965 r. Obaj cesarze piszą o co najmniej kilku rodzajach interesującego nas uzbrojenia ochronnego. Leon VI opisując flotę wzmiankuje pikowaną kurtkę neurika (lorikion psilos) używaną przez zwykłych marynarzy uzbrojonych w kusze i łuki. Była ona wykonywana najczęściej z filcu, czasem z lnu moczonego w winie z solą, z wełny owczej lub bawełny, czasem ze skóry i jest odpowiednikiem późno starożytnej lorica lintea (co z łaciny znaczy zbroja lniana). Traktaty bizantyjskie podkreślają duże znaczenie tej zbroi zwłaszcza dla niskich rangą prostych żołnierzy którzy nie posiadają innych pancerzy. Począwszy od wieku XII ta forma pancerza pojawia się na przedstawieniach bizantyjskich z ujednoliconym romboidalnym pikowaniem. Najwcześniejsze wyobrażenia to St. George Diasorites z Naxos (XI-XII w. tutaj jeszcze pikowanie pionowe i poziome), srebrne naczynie z Berezova obecnie w Ermitażu (XII w.) i naczynie z Agora Museum w Atenach (XII-XIII w.).

18

Misa srebrna z Ermitażu w Petersburgu, datowana XII w.

Drugim obok neuriki określeniem na zbroję tekstylną był kavadion (kabadion) długi do kolan bez rękawów, z rękawami do łokcia lub długimi (zależnie od formacji u lekkiej piechoty zupełnie bez rękawów u kataphraktoi z długimi rękawami) pikowany lub zszywany warstwowo z jedwabiu i bawełny. W przypadku lekkich jednostek była to zbroja podstawowa, w przypadku cięższych mógł to być podkład pod zbroję np. kolczugę zbroję płytkową lub lamelkę o specyficznej dla Bizancjum konstrukcji (klivanion lub klibanion). Pisarz arabski Al-aqhani z IX w. opisuje tę formę jako rozpinaną z przodu tunikę. Praecepta Militaria wspomina o tym, że zbroja ta miała za zadanie nie tylko chronić nogi jeźdźca ale też częściowo okrywać konia.

Obok neuriki jako ochrona ud i krocza występowała kremasmata, zbroja w formie spódniczki spełniająca podobną rolę jak pteruges i cingulum militare. Mogła być wykonywana z bardzo różnych materiałów, w najprostszej formie była zwyczajnie pikowańcem, czasem miała lamelkowe płytki, czasem naszyte dodatkowo zabai czyli paski kolczugi. Jako ochronę nóg stosowano kampotouva czyli pikowane nogawice.

Pomijając wszystkie dotychczasowe formy stosowany był jeszcze bambakion czyli zbroja miękka wypełniona bawełną zakładana przez głowę oraz niezwykle ciekawy bizantyjski wynalazek epilorikion (epanoklibanion, epithorakion). Dlaczego ciekawy? Otóż po pierwsze ta zbroja zakładana była nie pod ale na pancerz lamelkowy (klibanion). Zbroja tak jak wszystkie inne była pikowana, jej zakładanie miało chronić przed nagrzewaniem się pancerza (co stanowi pierwowzór surcoat) i miała maskować mocno odbijający światło pancerz lamelkowy przed wzrokiem wroga. Z tej przyczyny Nicefor Fokas odradzał używania epanoklibanionu (jak on go nazywał) w kolorze białym. Co jeszcze ciekawsze dla zapewnienia wygody użytkowania epilorikion posiadał rozcięcia pod pachami umożliwiające przełożenie rąk i przerzucenie rękawów na plecy. Podobnie jak surcoat, epilorikion bywał zdobiony w celach ceremonialnych – Bazyli I posiadał tę zbroję wysadzaną perłami które na piersi tworzyły wielki krzyż, są wzmiankowane bogate epilorikiony w kolorze purpury oraz pięknie haftowane.

53

Bizantyjskie przedstawienie zdrady Judasza, Cypr XIV w.

<<< Część pierwsza Część trzecia >>> 

O nieużywaniu przeszywanic na większości obszarów wczesnośredniowiecznej Europy (1)

21 lipca 2013  / Autor: Fiolnir

O nieużywaniu przeszywanic na większości obszarów wczesnośredniowiecznej Europy

 Wstęp i nazewnictwo

Temat przeszywek (jak się je slangowo i nieprawidłowo nazywa) wczesnośredniowiecznych podobny jest do solidnej czkawki. Nie ważne co człowiek zrobi trudno się go pozbyć bo przez lata tłuczono ludziom do głów, że przeszywanice są niezbędne i na pewno występowały. Tego błędu nadinterpretacji i chciejstwa nie ustrzegły się nawet największe autorytety polskiego bronioznawstwa (Zbigniew Żygulski, Andrzej Nadolski) radośnie oznajmiające, że na pewno było coś takiego bez podparcia swoich tez jakimikolwiek dowodami. Ogólnie pomyślałem, że napiszę ten artykuł właśnie z tego powodu choć w zasadzie wystarczyłoby może napisać – nie ma dowodu na istnienie więc nie ma nad czym dyskutować. Niestety dość często jest tak, że w dyskusji rzekome dowody zaczynają się pojawiać i trudno jest polemizować bez solidnej bazy.

Zacznijmy może od początku czyli od usystematyzowania tego o czym mówimy. W tym artykule używał będę przede wszystkim polskiego terminu przeszywanica. Dla późnego i pełnego średniowiecza w powszechnym użyciu są również takie nazwy jak aketon i gambeson.

Nazwa przeszywanica pochodzi od podstawowej formy konstrukcyjnej tego pancerza miękkiego czyli przeszywania ze sobą wielu warstw tkaniny. W zależności od miejsca i czasu mogła to być wełna, len, bawełna lub jedwab, być może również skóra. W pewnych okresach i miejscach występowały też pancerze przeszywane (nie wypychane(!), wypychanie tunelowe dzisiaj z lubością stosowane na miejscu zszycia daje pancerz grubości warstw zewnętrznych) z warstwowo ułożonym włosiem końskim, bawełną, runem owczym itp. rzeczami.  Te fakty nie budzą jakichkolwiek kontrowersji ponieważ są udowodnione w każdy możliwy sposób od źródeł pisanych począwszy na zachowanych egzemplarzach skończywszy.

54 27 28 29 30 31 32 42 43 44 45 46 47 48

54. Przeszywanica Karola VI króla francuskiego, Musée des Beaux-Arts de Chartres, datowana na późny wiek XIV

27. Waffenrock, Heimatmuseum, Stendal początek XV w.

28. Przeszywanica lubecka schyłek XV w.

29. Przeszywanica Czarnego Księcia, Anglia ok. 1376 r.

30. Przeszywanica niemiecka, XVI w.

31. Dumlet szermierczy datowany na 1580 r. Metropolitan Museum of Art , Nowy York

32. Pourpoint Charlesa de Blois  ok. 1367

42-48. pozostałości Aketonu w formie relikwi św. Marcina, pierwszy raz wzmiankowane w 1270 r. z miejscowości Bussy-Saint-Martin Francja, http://acn.waw.pl/qkiel76/

Termin gambeson to francuska nazwa pochodząca od górnoniemieckiego „wambeis” co z kolei nawiązuje do staro-górnoniemieckiego słowa „wamba” oznaczającego brzuch. Również z francuskiego pochodzi aketon, w średniowieczu zapisywany jako „alcottonem”, będący zapożyczeniem z arabskiego „al-qutn” czyli bawełna. W Skandynawii na określenie takiej zbroi występował termin „vápntreyja”, który po raz pierwszy pojawia się w Hirðskrá, zbiorze norweskich praw thingowych spisanych między 1263 a 1280 r.

Drugą ważną uwagą wstępną jest wprowadzenie rozróżnienia funkcjonalnego wśród pancerzy tekstylnych ponieważ ich funkcja nie była jednorodna i jest notorycznie w różnych dyskusjach mieszana co dodatkowo zaciemnia i tak niejasny obraz.

Z jednej strony mówiąc o przeszywanicy możemy mieć na myśli miękkie wytłumienie pod zbroję czyli de facto dodatek do pancerza podstawowego zapewniający komfort jego noszenia i dodatkowo rozpraszający uderzenia (głównie bronią obuchową). Zbroja taka nie musi być ani bardzo zbita ani szczególnie gruba, przykładem tego jest rzymskie subermalis lub  thoracomachus które noszono prawie wyłącznie dla wygody.

Z drugiej strony możemy mówić o całkowicie niezależnym pancerzu samodzielnym w formie wielowarstwowej zbroi tekstylnej i to wcale nie koniecznie miękkiej. Przykładem takiego uzbrojenia był grecki linothorax (pierwsze wzmianki o nim mamy u Homera), zaadoptowany na ograniczoną skalę również w armii rzymskiej wykonywany z wielu warstw tkaniny i być może również skóry, kleju kostnego itd. co w  rezultacie dawało dość lekki i sztywny pancerz samodzielny.

Jak widać już na poziomie samej nazwy i głównych rozróżnień posiadamy kilka ciekawych tropów.

Po pierwsze zbroja tekstylna jest sama w sobie jednym z najstarszych wynalazków w dziedzinie uzbrojenia. Niestety w dziedzinie badań nad przeszywanicami wczesnośredniowiecznymi nic nam to nie wnosi, starczy wspomnieć tutaj choćby zbroje płytowe pojawiające się i znikające na przestrzeni dziejów wielokrotnie. W dziedzinie uzbrojenia bardzo często mamy do czynienia z szybkimi zmianami idącymi w obie strony – adaptacją pewnych rozwiązań i eliminacją używania innych.

Po drugie biorąc pod uwagę nazwę aketon i jej arabskie pochodzenie możemy  śmiało założyć, że korzeni wykorzystywania tego pancerza w średniowieczu trzeba szukać na Południu. Należy dodać do tego fakt, że popularyzacja takiego pancerza szła całkowicie w parze z popularyzacją używania tkanin bawełnianych w Europie (i ze wzrostem wydajności produkcji tkanin w ogóle M. Gutkowska-Rychlewska, Historia ubiorów, Wrocław 1968, s. 215-230). Tkaniny te początkowo docierały do chrześcijańskiej Europy głównie z emiratu, później kalifatu Kordoby i Bizancjum. Dodatkowo to wszystko należy nałożyć na ruch krucjatowy intensyfikujący jak nigdy wcześniej kontakty militarne Europy ze światem arabskim i Bizancjum oraz na pojawienie się wyraźnie wyodrębnionej warstwy społecznej w postaci rycerstwa i dziedzicznej szlachty gromadzącej bogactwo. Wszystkie te procesy nie istniały (lub istniały w minimalnym stopniu) we wczesnym średniowieczu, wszystkie one spowodowały zmiany w uzbrojeniu, taktyce walki i w rezultacie doprowadziły do pojawienia się powszechnego używania przeszywanic w wieku XII. Mówiąc w skrócie właśnie w tym momencie dziejowym przeszywanice stały się na tyle tanie aby w sytuacji zmiany metod produkcji ich używanie mogło stać się powszechne.

Po trzecie wreszcie mówiąc o przeszywanicy trzeba zawsze doprecyzowywać czy chodzi nam o zbroję samodzielną czy może o podkład pod pancerz. Radykalnym przykładem ilustrującym różnicę między obiema rodzajami jest Biblia Maciejowskiego (XIII w.) w której dominującą formą u piechoty są przeszywanice dwuczęściowe składające się z wyraźnie wyodrębnionego bezrękawnika zakładanego na cześć z rękawami.  Jest to oczywiście pewne przypuszczenie ale można domniemywać że bezrękawnik w tym wypadku to bardzo gruba wielowarstwowa zbroja twarda zapewniająca samodzielną ochronę, rękawy to cieńsza przeszywanica z mniejszej ilości warstw zapewniająca mobilność niezbędną do walki. Cześć z prezentowanych tutaj przedstawień jest co najmniej zastanawiająca, wyobraża bowiem zakładanie kolczug na koszulę. Czy nadal było to praktykowane? Czy ilustrator chciał sobie ułatwić zadanie (co jest dziwne biorąc pod uwagę jak bardzo go sobie nie ułatwiał malując pieczołowicie każde kółeczko w kolczugach)? Może chodziło o pokazanie bitewnego zamieszania gdzie trzeba było szybko wrzucić na grzbiet cokolwiek? Trudno stwierdzić jednoznacznie. Niestety jakkolwiek by do tematu nie podchodzić zdecydowana większość przeszywanic używanych we wczesnośredniowiecznej rekonstrukcji nie mieści się w żadnej z wymienionych kategorii.

49 50 50a 50b 50c

Biblia Maciejowskiego Francja ok 1250 r.

<<< Część trzecia Część druga >>>