Historyczna wyprawa na Giewont 26 IV 2014

Słowem Wstępu

Na wstępie wypada wyjaśnić skąd wziął się pomysł na wyprawę i jak do niej doszło. Dwa tygodnie wcześniej siedzieliśmy i trenowaliśmy na osadzie u naszego znajomego Ingwara, którego w tym miejscu pozdrawiam. Kilka tygodni wcześniej Kondzisław z którym miałem przyjemność iść na tej wyprawie sam wyjechał w góry i planował zdobyć szczyt, przeszkodziło mu jednak nie do końca dobrze dobrane wyposażenie (za dużo sprzętu) oraz zamknięcie szlaku nad Przełęczą w Grzybowcu.

Od słowa do słowa stwierdziliśmy że nie ma mocnych na Eisenów. Nie udało się wtedy to uda się teraz. Postanowiliśmy ruszyć na wyprawę. Początkowo skład miał obejmować cztery osoby, ostatecznie poszliśmy we dwóch. Celem wyprawy miało być przede wszystkim zdobycie samego szczytu, później trening jeśli czas pozwoli. Z uwagi na lokalizację szczytu tym razem zrezygnowaliśmy z noclegu w terenie, nie był on zresztą konieczny do zrealizowania wyprawy.

 Wyposażenie historyczne

Obaj stwierdziliśmy że aby wyprawa miała sens należy zrealizować ją w historycznych strojach, zabraliśmy więc ze sobą komplet stroju i uzbrojenia jaki mógł charakteryzować lekkozbrojne oddziały działające w trudnym terenie górskim. Używaliśmy butów o podeszwach skórzanych, wełny, lnu, skóry tylko i wyłącznie.

Zrezygnowaliśmy z charakterystycznych dla wczesnego średniowiecza dużych tarcz na rzecz hipotetycznie występujących puklerzy (tarcz małych), które czasami pojawiają sie na ikonografiach i w opisach źródłowych. Moim osobistym zdaniem pchanie się w góry z dużą tarczą byłoby sporym utrudnieniem podczas marszu. Dodatkowo zabraliśmy miecze, hełmy normańskie z wytłumieniem, rękawice bojowe gdyby udało się zrealizować trening. Ja dodatkowo zabrałem na wyprawę skórzany plecak.

Jako prowiant wzięliśmy odrobinę (dosłownie odrobinę bo jakieś 100 gram) chleba i domowy wędzony schab (ok 100 g). Był to cały prowiant na trasę dla dwóch osób. Rano zjedliśmy odrobinę tłustej domowej wiejskiej kiełbasy i podobną ilość chleba, jednym słowem raczej przekąskę niż posiłek. Dodatkowo zabraliśmy cztery piwa.

 Elementy niehistoryczne

Dla wierności opisu je również wymienię. Dodatkowym uzupełnieniem płynów na trasie był jeden napój Oshee który został nam z dojazdu, uznaliśmy że może się przydać i faktycznie okazał się bardzo pomocny. Dodatkowo do plecaka zapakowałem awaryjnie współczesne buty taktyczne Magnum zdecydowanie nadające się do górskich wędrówek. Pamiętajmy że bezpieczeństwo na szlaku jest najważniejsze, nie wiedzieliśmy co spotkać nas może w drodze. Zabraliśmy mały kieszonkowy aparat, telefony komórkowe, dokumenty, pieniądze, paczkę fajek oraz zapalniczkę. W miarę marszu oczywiście ilość płynu i prowiantu zmniejszała się sukcesywnie, na dół znieśliśmy śmieci.

 Pogoda

Ten akurat element ewidentnie dopisał. Podczas całego marszu pogoda była bardzo dobra/dobra. Naprzemiennie występował mały deszcz, całkowite zachmurzenie, słońce itd. Mgła kilka razy się pojawiała i znikała, widoczność zawsze była przyzwoita jak na potrzeby wędrówki, dopiero na samym szczycie na chwilę otoczyło nas nieprzejrzyste mleko.

Warto dodać w tym miejscu, że ponad Przełęczą w Grzybowcu szlak na Giewont w dalszym ciągu jest zamknięty, tabliczki informacyjne odradzały marsz tą trasą aż do końca maja głównie z powodu zalegającego na trasie zlodowaciałego śniegu, który dla nas okazał się największym problemem. Śnieg leżał tylko w kilku miejscach jednak przeprawa przez nie była bardzo powolna i niezwykle trudna, osobiście kilka razy nieomal pełzałem po śniegu aby uniknąć ześlizgnięcia. Ktoś może powiedzieć w tym miejscu że powinniśmy zabrać raki i odnośnie tych odcinków ma rację, raki jednak na całej reszcie trasy bardzo utrudniałyby marsz.

Teren i szlak

Nieomal cały szlak wyłożony jest kamieniami w dość przypadkowy sposób. Raki nie wbiją się w kamień, zmniejszyłyby tylko przyczepność odrywając część stopy od podłoża. Byłyby bardzo użyteczne na naturalnych ścieżkach leśnych i w miejscach gliniastych, które też w kilku momentach były problematyczne.

Szliśmy na Giewont szlakiem czerwonym z Doliny Strążyskiej przez Polanę Strążyską i Przełęcz w Grzybowcu na Wyżnią Kondracką Przełęcz, stamtąd dalej szlakiem niebieskim aż na szczyt Giewontu.

Pierwsza część drogi aż do przełęczy, co ciekawe opisywana jako najłatwiejsza i najmniej problematyczna, dała nam solidnie w kość. Samo podejście z obecnej perspektywy faktycznie oceniam jako łatwe jednak w połączeniu z deszczem, zalegającą mgłą i ogólnie wilgotnością iście tropikalną stanowiło mordercze połączenie.

Zamierzałem maszerować w skórzni, co zdawało się dobrym pomysłem, jednak w 2/3 tego odcinka zdecydowałem się zdjąć ją mimo opadów deszczu i pozostać w samej lnianej koszuli. Dodało to kilka kilo w plecaku (na co psioczyłem prawie pod sam szczyt), jednak zapewniło lepsze dotlenienie organizmu.

Po minięciu przełęczy krajobraz szybko się zmienił, las został za nami, weszliśmy w strefę gór wysokich gdzie wszechobecna jest kosodrzewina. Powietrze wyraźnie stało się suchsze, wilgotność przestała być problemem. Ten kolejny odcinek, aż do początku szlaku niebieskiego, wspominam jako najprzyjemniejszą część trasy pełną fantastycznych widoków. Marsz stał sie prawdziwą przyjemnością.

Ostatni odcinek czyli szlak niebieski stanowił większe wyzwanie. W kilku miejscach trzeba było iść bardzo ostrożnie, wyraźnie zwiększyła się ilość śniegu zalegającego na trasie, temperatura spadła, chłód w połączeniu z wiatrem stał się bardzo wyraźny i w tym momencie skończyłem psioczyć na zabranie skórzni. Ostatnia prosta to etap zabezpieczony łańcuchami ułatwiającymi wejście na Giewont. Ten akurat odcinek oceniam jako jeden z łatwiejszych. Wspinanie się z łańcuchami nie stanowiło problemu.

Droga powrotna stanowi oczywiście lustrzane odbicie tego co opisałem wyżej z jedną zasadniczą różnicą. O ile wejście na Giewont było sporym wysiłkiem fizycznym, o tyle schodzenie nie było pod tym względem obciążające zupełnie. Zamiast tego schodzenie niesamowicie mocno obciążało psychikę.

Padający deszcz zamienił każdy kamień w potencjalnie niebezpieczną pułapkę. Dosłownie trzeba było kontrolować każdy krok, każde ułożenie stopy, a i tak przewróciłem się co najmniej 5-6 razy, kolejne kilkadziesiąt razy byłem o włos od utraty równowagi.

Śnieg który podczas marszu w górę był przeszkadzajką teraz zamienił się w realne zagrożenie, zwłaszcza że w wielu miejscach łamał się pod stopami w wyniku czego noga lądowała w głębokiej podśniegowej rozpadlinie. Naprawdę uważać trzeba było na 90% całej trasy co mocno spowolniło marsz powrotny, ryzyko złamania lub skręcenia nogi było ekstremalnie wysokie.

 Czas wyprawy

Według oznaczeń na szlaku którym maszerowaliśmy, podróż na szczyt Giewontu powinna zająć nam ok 3-4 h, a powrót ok 2,5 h. Niestety w realiach marszu historycznego o tej porze roku te wartości brzmią jak kiepski dowcip.

Do Zakopanego przyjechaliśmy przed 7:00 rano, do godziny 8:00 byliśmy już na kwaterze, zjedliśmy śniadanie. Ok 9:30 już byliśmy na trasie, a ok 10:00 weszliśmy na szlak. Na Giewoncie byliśmy ok godziny 16:00, czyli reasumując podróż w strojach historycznych zajęła nam prawie dwa razy dłużej niż to co sugerowały oznaczenia. Owszem, zrobiliśmy kilka przystanków po kilka minut, parę razy zamarudziliśmy aby popatrzeć na widoki ale w sumie najdłuższy postój nie trwał dłużej niż kwadrans.

Jeśli chodzi o drogę powrotną, do Zakopanego dotarliśmy po godzinie 20:00, w tym wypadku różnica w czasie jest jeszcze wyraźniejsza ponieważ mieliśmy o wiele mniej postojów na trasie. Tempo powrotu bardzo mocno warunkowały warunki pogodowe, o których wcześniej wspomniałem, choć nie da się ukryć że im dłużej trwało schodzenie tym szybsze było tempo. Prawdopodobnie jest to jedna z tych rzeczy, które można wypracować, można z czasem na oko oceniać jak stawiać stopy by uniknąć problemów.

 Ciekawostki na szlaku

Po pierwsze na marsz wybraliśmy bardzo dobrą porę pod tym względem, że nie było tłoku. Szlak na Giewont słynie z popularności, latem podobno przypomina autostradę. O tej porze roku nieomal nikogo nie spotkaliśmy. Owszem, w partiach leśnych mijało nas kilku turystów, jak również grupa biegaczy z obozu kondycyjnego (szacun dla tych państwa, podobno zbiegali ze szczytu!), jednak za przełęczą zrobiło się bardzo spokojnie. Na całej reszcie szlaku czerwonego w obie strony minęły nas dwie osoby. Dopiero pod szczytem, na skrzyżowaniu szlaków pojawiło się kilku turystów, wszyscy za to pytali czy w tych butach da się chodzić po górach :P

Po drugie rzeczą bardzo ciekawą było doświadczyć zmian klimatycznych między strefą lasu, górami i zmianami pogody. Zdajemy sobie sprawę że pogodę mieliśmy świetną ale zdecydowanie na takim marszu należy brać pod uwagę pełną rozpiętość aury.

Po trzecie spotkaliśmy trochę fajnych zwierzaków. Giewont jest jednym z jedynych miejsc w Tatrach gdzie zimują kozice górskie więc w okolicach szczytu natknęliśmy się na trzy oddzielne stadka, w sumie ponad 30 osobników, jeśli szacunki są prawidłowe oznacza to że widzieliśmy 1/10 całej populacji tych zwierząt po polskiej stronie gór.

Przed szczytem widzieliśmy również parę kruków co uznaliśmy za wyraźny znak Odyna, że wspiera naszą wyprawę. Po takim omenie nie mogło się nie udać ;)

 

Psychologia

O wysiłku mówić nie będę, był oczywisty. Trasa była trudna, nie przygotowywaliśmy się do marszu wcześniej w jakikolwiek dodatkowy sposób. Jednym słowem spakowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy. To co wypada poruszyć to aspekty psychologiczne. Mówiąc wprost niewiele brakło, a zawrócilibyśmy ze szlaku. Niewielka ilość pożywienia i obciążenie w połączeniu z wysiłkiem mocno siadły, zwłaszcza mi osobiście, na psychikę. W pewnym momencie podczas marszu niebieskim szlakiem, gdy już wiadomo było, że jest niedaleko byłem na skraju odpuszczenia zdobywania szczytu.

Są takie momenty gdy zwycięstwo jest bardzo blisko i jednocześnie niesamowicie daleko. Taki moment nastąpił gdy zobaczyłem krzyż i zdałem sobie sprawę, że czeka nas jeszcze ładny kawał wspinaczki na potencjalnie najtrudniejszym odcinku. Jestem absolutnie pewny że gdybym poszedł sam wtedy bym zawrócił i pewnie cały czas plułbym sobie w brodę, że nie dotrwałem.

To co mnie powstrzymało to ambicja, ponowne ubranie skórzni co zdjęło trochę ciężaru z pleców i oddanie plecaka Kondzisławowi, który cały czas maszerował bez obciążenia. Jako, że w plecaku był między innymi wspólny prowiant i woda to on poniósł plecak aż do przełęczy w drodze powrotnej. Droga powrotna całościowo była szkołą absolutnej koncentracji i skupienia uwagi, tak jak pisałem wcześniej.

 Wnioski z wyprawy

Jakkolwiek większość wyposażenia spisała się dobrze na uwagę zasługuje kilka rzeczy, które wyprawa nam uświadomiła. Po pierwsze absolutnym nonsensem było zabieranie ze sobą hełmów i rękawic. Owszem udało się je wtargać i nawet w sumie nie zawadzały ale mała jest szansa aby w realiach górskich rzeczywiście bardzo się przydały. Wydaje mi się, że przynajmniej część wojowników mogła rezygnować nawet z takiego uzbrojenia tylko po to aby się odciążyć i zyskać na mobilności.

Po drugie plecak okazał się bardziej przeszkadzać niż pomagać. Myślę że o wiele lepiej spisałyby się torby wieszane po bokach równomiernie rozkładające ciężar i dodatkowy tobołek na plecach np. przewiązany liną.

Po trzecie wiem już dokładnie dlaczego w pewnym momencie historii zaczęto stosować pochwy mieczowe wiszące pod kątem zamiast zwisających pionowo. Walory użytkowe przy wyciąganiu broni są tu oczywiste, jednak jestem przekonany, że dodatkowym powodem mogło być doświadczenie podróży w trudnym terenie. Pochwa zwisająca pionowo ma paskudną tendencję do zawadzania, mocno przeszkadza gdy trzeba przykucnąć, pochylić się podczas marszu itd. Przy wywrotce w jednym miejscu perfidnie głowica miecza wbiła mi się pod pachę, raz przy schodzeniu po stromiźnie miecz omal nie wysunął się z pochwy. Ogólnie nie polecam.

Jeśli chodzi o skórznię uczucia mam mieszane. Z jednej strony trzeba ją było nieść przez spory kawałek trasy, więc zawadzała, z drugiej okazała się bardzo pomocna na samej górze. Gdyby doszło do oberwania chmury lub burzy byłaby z pewnością nieoceniona, ogólnie lepiej jednak chyba w tym terenie spisałaby się wełna – ciepła, lekka i łatwa do transportu gdy nie jest potrzebna.

Ta diagnoza zdecydowanie została potwierdzona przez obserwacje Kondzisława, który szedł w wełnianych tunikach. Jego strój był lekki, oddychający i ciepły zarazem. Być może gdyby doszło do rzęsistej ulewy przewaga skórzni stałaby się widoczna, jednak na chwilę obecną należy uznać stosowanie wełny za bardziej optymalne.

Ogólnie w wyniku wyprawy dowiedziałem się jak wiele jeszcze muszę zmienić aby opracować optymalny zestaw marszowy. Plecak i skórznia np. wiele razy sprawdzały się świetnie na równinach, pochwa problemów nie sprawiała. Wystarczyło pójść w góry i całą piękną sielankę diabli wzięli ;)

Fantastycznie dla odmiany sprawdziła się cała reszta wyposażenia, zwłaszcza kaptur skórzany – lekki, zabezpieczający przed opadami, chroniący dokładnie to co trzeba aby zapewnić komfort podróży.

Ilość napojów i prowiantu okazała się wystarczająca, choć raczej jako opcja minimalna. Myślę że rezygnacja z bezsensownych ciężkich rzeczy i zabranie dodatkowej porcji mięsa, chleba i wody byłoby dobrym pomysłem. Koszula i spodnie lniane okazały się wystarczające na 2/3 trasy mimo opadów, buty wytrzymały choć zostały całkowicie przemoczone na odcinkach ośnieżonych.

Jednym słowem po tej wyprawie jesteśmy o wiele mądrzejsi, o wiele bardziej przygotowani do każdej wyprawy jaka mogłaby nas w życiu czekać. Było to niesamowite doświadczenie ale na koniec powiem – dzieci, nie próbujcie tego w domu ;) Mówiąc serio – to że udało nam się wrócić w jednym kawałku, bez kontuzji itd. zawdzięczamy głównie niezwykłej ostrożności, determinacji i po części wędrówkowemu doświadczeniu ale przede wszystkim szczęściu, które nas nie opuszczało ani na moment.

Po tym doświadczeniu o wiele bardziej rozumiemy co czuli krzyżowcy przeprawiający się przez góry i dlaczego stracili tam połowę armii. O wiele lepiej rozumiemy Hannibala i wszystkich tych straceńców, którzy nie mając wyjścia, musieli z górami się zmagać. Kończę ten opis wyrazem głębokiego szacunku dla tych wszystkich, którzy już tam zostali.

Autor opisu: Fiolnir

Autor zdjęć: Kondzisław i Fiolnir

Odpowiedzi: 3 do wpisu “Historyczna wyprawa na Giewont 26 IV 2014”

  1. Krystian napisał(a):

    Cześć. Przeczytałem. Podziwiam pomysł, wytrwałość i determinację. W trakcie czytania nasunęło mi się kilka uwag i chciałbym się nimi podzielić.

    Pierwsza rzecz to kwestia stroju, nazwijmy go, podstawowego. Twój kompan dobrze zrobił, wybierając wełnę i sam to zresztą przyznajesz. Nie wiem, jakie macie doświadczenie w poruszaniu się w górach ale w takich temperaturach absolutnie nie nosi się rzeczy z lnu i bawełny (to już dla porządku piszę, bo wiadomo, że bawełny nie mieliście prawa użyć ;) Jedyną naturalną tkaniną jaka dobrze oddycha i nie powoduje wychłodzenia organizmu, to wełna. Zauważ, że Tobie Fiolnir, było zimno i musiałeś się ratować skórznią. Gdybyś nie miał lnianej koszuli na ciele a np cienką wełnianą koszulę i kolejne warstwy wełny, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.
    Kwestia butów wygląda ciekawie. Wiadomo, że skóra słabo chroni przed pośliźnięciem się. Może zatem stosowano jakieś „patenty” na taką okoliczność? To już pole do dywagacji a wiadomo, znalezisk nie ma. Jednak kawał kija mógłby znacznie bardziej tu pomóc niż np miecz (który może na taki marsz zawieszano sobie na plecach?).
    I na koniec jedzenie. Wg mnie, było go za mało. A w szczególności, wody. Głód jakoś można przezwyciężyć a w marszu bardziej niebezpieczne jest odwodnienie. Wg mnie optymalna dieta na taki marsz to sporo solonego, suszonego mięsa (uzupełnia wypoconą sól i jest stosunkowo lekkie), suszone owoce, orzechy. Kiełbasa też jest spoko. Gdybyście gotowali to jeszcze fasola. Chleb? Tylko jako suchar. Dzięki temu, mniej masz na plecach ciężaru a jednocześnie masz spory zapas kalorii. Co do kwestii wody. Wodę początkowo można czerpać z okolicznych strumieni ale wyżej nie zawsze to jest dostępne a topienie śniegu wymaga ogromnej ilości energii (jedzenie go to też kiepski pomysł bo się wychładasz wewnętrznie).

    I to tak na szybko tyle.

    P.S. Przemyśl sobie, jak by to wyglądało, gdybyś musiał w górach nocować. Ja, mimo że mam jakieś doświadczenie, długo bym się zastanawiał, co zabrać ze sobą. Ale z pewnością zamienił bym miecz na ostry topór. Zawsze jest czym zrobić schronienie i zebrać drewno. Ale nie w parku narodowym rzecz jasna ;)

  2. Fiolnir napisał(a):

    Cześć,

    O właściwościach wełny doskonale wiem i mam masę strojów wełnianych, biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia wędrówkowe i noclegowe zdecydowałem się mimo wszystko na len i skórę. Spałem w takim zestawie przy – kilkunastu wiele razy w różnym terenie. Zdarzył mi się dwutygodniowy projekt zimowy na który zabrałem masę wełny i użyłem tylko spodni, reszta przeleżała w plecaku.

    Co do marszów górskich – doświadczenie mam prawie zerowe ogólnie, absolutnie zerowe jeśli chodzi o marsze historyczne.

    Co do butów – myślę że po pierwsze ten problem by się nie pojawił na naturalnym szlaku (droga na Giewont jest w wielu miejscach prawie na lustro wyślizgana). Tam gdzie teren był naturalny marsz nie sprawiał aż takich problemów. Można było też użyć raków, smołowania podeszw itp. patentów które były znane. Druga sprawa jest taka że buty w których szedłem mają już wiele lat użytkowania za sobą więc same podeszwy są bardzo wyślizgane.

    Kawał kija – zapewne tak.

    Miecz na plecach – nie wydaje mi się. To raczej kombinowanie i nie ma jakichkolwiek przesłanek odnośnie takiego noszenia broni. Inne umocowanie pochwy na pewno by pomogło.

    Jedzenie – fakt, było go trochę za mało ale ja z natury jestem minimalistą ;) Robiłem już wyprawy zimowe gdzie głód był jednym z testowanych czynników i zabierałem na nie tylko awaryjne racje. Wszystkie składniki pożywienia które wymienaisz na wyprawy zdarzało mi się zabierać.

    Z wodą problem był w granicach tolerancji ale zabranie większej ilości na pewno byłoby dobrym pomysłem. Śniegu nie jadam ;)

    Co do zamiany miecza na topór – ok ale bym z tym nie przesadzał. Topór bojowy to nie siekiera, jego właściwości użytkowe najczęściej nie są wybitnie lepsze od miecza, topór też nie jest bardzo potrzebny. Drewno można łamać, do pozyskania schronienia wystarczy nóż. Wiele razy rozpalałem ogień bez siekiery, posługując się siłą dźwigni można łamać nawet bardzo grube konary, najlepszym schronieniem w takim terenie są naturalne zwalone drzewa które można zaadoptować zamiast budować schronienie od podstaw, co nie zmienia faktu że obalenie potrzebnego drzewa po odpowiedniej selekcji też zwykle jest efektywniejsze niż rąbanie pnia, do gałęzi nóż i miecz są aż nadto wystarczające. Pamiętaj ze w wielu miejscach świata używa się maczet zamiast toporów.

    Ogólnie wyprawa była spontaniczna i podkreślam to od początku. Jasne jest że wiele rzeczy mógłbym zrobić lepiej i efektywniej. Po to są takie wyprawy aby zdobywać doświadczenie :)

    Dzięki za komentarz i mam nadzieję do zobaczenia na szlaku :)

    Pozdrawiam

  3. Krystian napisał(a):

    Cześć

    Zasadniczo się zgadzamy. Ciuchy widzę już pod siebie dobierasz więc nie będę się upierał (ja bym raczej preferował wełnę). Nawet z toporem się mogę zgodzić. Tu akurat ja nie mam bogatego doświadczenia więc zdam się na Twoje zdanie. Generalnie potencjał jest ogromny i taka mini wyprawa już wiele dała. Z ciekawością czekam co też się z tego w przyszłości narodzi :)

    Pozdrawiam

Zostaw odpowiedź