Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archiwum kategorii ‘DZiał ogólny’

O mrokach, ultrasach i nowej serii filmów + noworoczne życzenia :)

piątek, 1 Styczeń 2016

UWAGA!

Tekst zawiera szereg wyrażeń powszechnie uważanych za wulgarne. Nie podoba się, nie czytaj, (Twoja stara… to znaczy strata :P) zachęcam jednak do przeczytania przynajmniej ostatniego akapitu gdzie zamieszczam pewien komunikat :)

Za ten tekst podziękować musicie Kondzisławowi i Teodorowi, niech błogosławione będą jego Oczy Ważki :D Wielką pasją Teosia ostatnio jest wrzucanie starych fotek z dawno minionych mrocznych czasów, tak się złożyło że i z Kondzisławem ostatnio je przeglądałem. Cóż, „to se ne wrati” ale jak by to powiedzieć, wtedy było lepiej. I nie, naprawdę mnie nie pojebało ;)

Zacząć muszę od przyznania się. Jestem mrokiem. Cokolwiek nie zrobię, czegokolwiek nie stworzę zawsze jestem z tego jakoś tam niezadowolony. Zawsze widzę, że to co zrobiłem mogę zrobić lepiej, coś podciągnąć, coś zmienić. To naturalny element ewolucji, która nigdy się nie zaczęła i tak naprawdę nigdy się nie skończy. Zmiana i ruch oznacza życie, jest niezbędna do rozwoju.

Ewolucja reko i ewolucja w reko

W czasach dawno minionych, kiedy byłem gówniarzem (szumniej, nastolatkiem) zacząłem powoli wsiąkać w historię i „machać sobie kijami”. Nasza mielecka ekipa zajawkowiczów ganiająca z drągami po lesie była na tyle malownicza, że proponowano nam nawet bicie ludzi za pieniądze, bo też i trudno nas było wtedy odróżnić od mostowych trolli.

Do dziś mam śliczną szramę na ryju z tych dobrych starych czasów. Tu ukłon do Borysa, który zajebał mi grubą na cal dębową gałęzią, inicjując tym samym całą kolekcję dziar jaką przez lata zgromadziłem na facjacie :D

To co widać na zdjęciach niżej to absolutny wypas – zbroja wykonana z jechanych na szlifierce płytek naszytych na podkład z jeansu. I nawet w tym ustrojstwie zrobiliśmy pokazy. Po latach odkopaliśmy ten artefakt w piwnicy i na chwilę udało się nam wrócić do korzeni :D

W tym samym chyba czasie załapałem, że jest coś takiego jak reko i poznałem kilka osób z tym związanych. Napisałem też wtedy kilka pierwszych artykułów o wikingach, a dalej tu już samo jakoś poszło. W 2004 założyłem Eisen Ruoth wstępnie jako sekcję wczesnośredniowieczną w ramach grupy Milites Optimi po odstosunkowaniu się od najlepszej ekipy świata czyli Krwawego Jarlostwa :D Do dziś się ze mnie ludzie nabijają, że miałem z nimi coś wspólnego ale takie są fakty :D

Zakładając Eisenów chciałem zrobić grupę, która będzie zajebista pod względem towarzyskim i rekonstrukcyjnym przy okazji. Patrząc po latach widzę jak bardzo nieporadnie to wszystko wyglądało wtedy, jak śmieszne kombinacje strojów i prowizorek tworzyliśmy uznając to za cholernie koszerne.

To nie jest tak, że nam się coś pojebało albo, że żyliśmy sobie w ciepłym kurwidołku własnej zajebistości. Absolutnie nie! :D Jak na tamtą epokę byliśmy zajebiści i używaliśmy sprzętu naprawdę na poziomie co tym bardziej pokazuje jak mroczne były to czasy :)

Przez lata istnienia grupy przewinęło się przez nią jakieś 300 osób w ten lub inny sposób, z secesji powstało kilka drużyn. Były takie sezony gdy w każdy weekend od maja do września byłem na wyjeździe dopychając czas pokazami na tygodniu. Z każdym wyjazdem stawałem się bogatszy o nowe doświadczenia i pomysły, a tymczasem wszystko sobie ewoluowało.

Doszliśmy do momentu w którym zacząłem dość mieć wielkich festiwali, ogromnych imprez itd. i zasmakowałem w reko trochę innego rodzaju. Udział w zamkniętych projektach, kameralnych wędrówkach itd. wymagał doszlifowania sprzętu. Na kilka lat całkowicie rzuciłem walkę uznając to co widziałem w ruchu za kiepski żart z dawnej sztuki walki, którą uważałem za niemożliwą do zrekonstruowania, sprzedałem całą bojówkę i temat walki odstawiłem na półkę.

Przestawiłem się na rzemiosło, postawiłem na indywidualny rozwój, rozszerzyłem perspektywę. Projekty kameralne zamieniły się z czasem w indywidualne i kilkuosobowe, a z wyjazdów na imprezy zrezygnowałem prawie całkowicie. Zmieniłem też zdanie co do walki wczesnej, stwierdzając że to nie jest tak, że tego zrobić się nie da. Zwyczajnie nikt jeszcze nie zadał sobie dostatecznie dużo trudu aby spróbować.

Gdy pierwszy raz podchodziłem do tematu, myślałem że uwinę się w kilka miesięcy, tymczasem właśnie stuka piąty rok badań, a ja nadal nie uważam się za eksperta, ciągle się uczę i ciągle jestem na krzywej wznoszącej, daleko mam więc nadal do końca i coraz wyraźniej widzę co oznacza pojęcie „droga wojownika”. Mam świadomość zmierzania w kierunku tego co Japończycy nazywają Ikigai, a Europejczycy celem w życiu, jest dość prawdopodobne, że kresu tej drogi nigdy nie osiągnę i mam tego świadomość.

Ikigai (生き甲斐])

Ikigai (生き甲斐]) – znaczy tyle co „cel istnienia”

O mrokach i ultrasach

Dziś piszę na Budce roztrząsając takie detale jak istnienie przeszywanic, sposoby strzelania z łuku i zastanawiając się nad chwytami miecza i z każdym dniem zdaję sobie bardziej sprawę jak dużo jeszcze czeka na odkrycie. O wiele bardziej zdaję sobie też sprawę z tego, jak wielkim jestem mrokiem i do ilu detali sam byłbym w stanie u siebie się przyczepić.

Jestem mrokiem zwracającym ogromną uwagę na detale, źródła i niuanse i takich właśnie mroków nam potrzeba – mroków mających świadomość własnej ignorancji, dyletanctwa i skłonnych coś z tym zrobić. Dzięki takim mrokom zabawa w reko przechodzi w coś znacznie poważniejszego, stając się stylem życia, nauki lub nawet archeologią eksperymentalną.

Jest oczywiste, że wejście na ten poziom wymaga przywiązywania wielkiej wagi do detali i jakości rekonstrukcji. Chwała niech będzie tym którzy mają dość czasu i chęci aby do tego poziomu aspirować, trudno jednak wymagać podobnej postawy od każdego, nie dla każdego bowiem rekonstrukcja jest tym samym.

Kim zatem jest ultras? Cóż… Ultras to byt teoretyczny. Jakiś taki twór myślowy w stylu wawelskiego smoka o którym każdy słyszał, a nikt nie widział, mimo że każdy wie mniej więcej co termin ten oznacza.

Są być może ludzie którzy myślą o sobie jako o ultrasach i są być może nawet tacy, którzy za ultrasów się uważając, innym zdążyli krwi napsuć. Ciekawe jest natomiast to, że bawiąc się w reko tyle lat nikogo takiego nie spotkałem, widziałem natomiast wielu pozytywnych i mniej pozytywnych mroków, a także mroków bardziej lub mniej swej mroczności świadomych.

BL Royal 20 B XX Le Livre et le vraye hystoire du bon roy Alixandre

Apokalipsa czyli walka mroków z ultrasami :P
BL Royal 20 B XX Le Livre et le vraye hystoire du bon roy Alixandre

Nazywanie się ultrasem jest bowiem efektem dyletanctwa, polegającego na zbyt powierzchownym poznaniu zawiłości rekonstruowanej epoki. My nie tylko wyglądamy ale również myślimy i zachowujemy się inaczej niż ludzie w dawnych czasach, niemożliwa jest więc rekonstrukcja doskonała. Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy ludźmi z epoki, możemy jedynie mniej lub bardziej udawać.

Oświecenie mroku

Dochodzimy tu do sedna pojęcia mrok. Osoba mroczna to osoba nieświadoma, pozostająca w strefie cienia, mrokiem nie jest więc ten, kto doskonale wie że jest mroczny. Czy osobę mroczności nieświadomą należy oświecić? Cóż, zapewne tak, natomiast w procesie oświecania często forma ważniejsza jest od treści i to z formy bierze się więcej nieporozumień niż z twardych faktów. Generalnie chodzi o styl i o to aby nie być zapatrzonym w siebie bufonem. Tyczy się to zarówno oświecanego jak i oświecajacego ;)

Cytując Jima Jefreysa, który streścił w ten sposób przesłanie Jezusa: „try not to be a dick” ;)

11275115_445057695653690_326163134_n

Dyplomacja jest sztuką taktu i dobrania poziomu komunikacji do odbiorcy. Ten odbiorca może dopiero zaczynać, może mieć kolosalną wiedzę dziedzinową, może też mieć zwyczajnie wyjebane w historyczność.

Jeśli ktoś wpuścił go na imprezę to znaczy, że organizator go zaakceptował, a tym samym jest gościem na dokładnie takich samych prawach jak Ty. Tylko do organizatora należy ocenianie poziomu uczestników, a że organizatorów mamy różnych to i poziom imprez jest rozmaity. Koszerność nigdy nie stanie się prawem powszechnym bo większość organizatorów stawia na ilość, a nie na poziom uczestników. Tak jest i będzie bo za tym idzie kasa.

Jedyna grupa ludzi która jest w stanie cokolwiek zrobić z mrokiem odgórnie to organizatorzy imprez i wodzowie drużyn i to właśnie dzięki nim ruch robi raczkujące i powolne postępy na niekończącej się drodze ku koszerności, w świecie, w którym nikt koszerny nie jest, a o każdą zmianę w regulaminach trzeba walczyć jak o niepodległość.

O koszerność trzeba walczyć bo zmiany przekładają się na dodatkowe wydatki ludzi, którzy często nie uznają ich za konieczne, nie rozumiejąc w czym problem. Ta walka jest tak ciężka i tak upierdliwa ponieważ świat rekonstrukcji składa się z ludzi uczestniczących w nim dobrowolnie i w praktyce nikt nie ma prawa ani władzy niczego ani nikomu narzucić.

Jedyny klucz do zmian tkwi w umysłach ludzi których trzeba przekonać do sensu wprowadzanych zmian, przekonanie zaś bywa trudne z powodu zachowania samych zainteresowanych.

Argumenty ad absurdum

Zarzut braku posiadania dziwerowanych mieczy z żelaza dymarkowego (lub zbliżony), który znajdziecie w każdej dyskusji o mroku, kierowany pod adresem ludzi krytykujących to co faktycznie jest mroczne, ze strony ludzi trochę bardziej wobec mroku liberalnych, jakkolwiek jest debilny, tak jednak jest logiczny.

Zarzut jest debilny ponieważ wchodząc na poziom detali należałoby odwzorować np. strukturę atomową stali z konkretnego znaleziska. Odcinek można zawsze dzielić na mniejsze odcinki, a detal na dodatkowe detale. Ilość detali w skali mikro nie maleje, a rośnie stąd przyrost naszej wiedzy jest krzywą wznoszącą – im więcej wiesz tym bardziej wiesz ile nie wiesz, aż w końcu wiesz, że nic nie wiesz, a przynajmniej za nic nie dasz sobie łapy uciąć i wyrastasz z bycia ufnym w swą wiedzę palantem ;)

1347734455_by_osql_500

Zarzut jest logiczny, bo jak nie masz dziwerowanego miecza wykonanego z dymarkowego żelaza to nie jesteś autentyczny i nawet obok autentyzmu nie siedzisz. Smutne ale prawdziwe, zwłaszcza że jako zastępnika zapewne używasz znacznie lepszego miecza z przemysłowej stali jakościowej, o jakiej w epoce się kowalom w mokrych snach nie śniło :D

Reasumując, wydaje mi się że tego typu argumenty w naszym wypadku powinny być traktowane tak jak Reductio ad Hitlerum i powinny nieść podobne skutki, w postaci stwierdzenia bezsensowności argumentu już na starcie i odrzucenia tez dysputanta, który za mocno odleciał w kosmos, postulując realne istnienie sytuacji idealnej koszerności.

Takie „Reductio ad koszerum”, które powinno ułatwić komunikację w sytuacji, w której działa szczególnie pojmowane prawo Godwina, zgodnie z którym im dłużej trwa dyskusja o mroku  tym większe jest prawdopodobieństwo pojawienia się argumentu idealnej koszerności, której osiągnąć się nie da i który całą dyskusję spuszcza w niebyt. 

Skala mroku

Nie żyjemy w idealnie dualistycznym świecie światła i ciemności bez niczego pomiędzy. Wszyscy znajdujemy się gdzieś w środku pewnej skali, stąd każdy z nas jest mrokiem. Można oczywiście się boczyć, nie jeździć na imprezy i wzajemnie napierdalać ale znacznie lepiej jest merytorycznie rozmawiać.

grayscale1

Serio, nie każdy jest bronioznawcą albo archeologiem (ja nie jestem), a jeśli nawet jest to nie koniecznie kompetentnym. Za wiele durnych pomysłów funkcjonujących w świadomości ludzi odpowiadają właśnie tacy wyedukowani ludkowie – mit wielkich ciężkich mieczy i zbroi w której trzeba było człowieka dźwigiem na konia wsadzać tutaj też ma swoje źródło. No i oczywiście „uczeni się spierają”, cytując mojego znajomego z liceum, zapytanego o to kim był Stanisław August Poniatowski ;)

To co kiedyś było niedorzeczne, dziś może okazać się naukowo akceptowanym faktem z racji np. pojawienia się nowych źródeł itd. Nauka nie stoi w miejscu ale też lubi mieć ustalone coś takiego jak stan badań. Wszystko możesz kwestionować o ile masz dowody na poparcie swojej tezy. Argumentacja w stylu „nie ma pewności że nie było więc mogło istnieć” albo „udowodnij mi że nie było” jest z naukowego punktu widzenia niedorzeczna, w erystyce zaś taki zabieg nazywamy argumentum ad ignorantiam i służy on sprowadzaniu dyskusji na boczne tory. Nie po to aby udowodnić prawdę ale po to aby uwikłać rozmówcę w dygresje, które prowadzą donikąd.

Niestety ciężar dowodu zawsze spoczywa ma stawiającym tezę o istnieniu lub historyczności danego elementu, dlatego jeśli nie jesteś w stanie udowodnić historyczności tego co posiadasz, możesz nawet nie trudzić się na rozpoczynanie dyskusji. Z miejsca przegrałeś.

Jedynym lekarstwem na mrok jest światło. Szerzenie wiedzy, prezentacja badań, wniosków i dzielenie się informacjami. Ci którzy zrozumieć zechcą, mając ułatwione zadanie i nie musząc przekopywać się przez tysiące publikacji i tracić tony hajsu, mogą od razu zacząć od rekonstrukcji na dobrym poziomie (dlatego często nowe, młode drużyny są lepsze od starych).

Tych którzy mają na historyczność wyjebane i tak nic nie przekona, nie wymyślono jeszcze lekarstwa na lenistwo, natomiast zdrowiej dla wątroby jest odstosunkować się od problemów, które nas nie dotyczą i na które nic nie możemy poradzić ;)

moja dupa jest wolna od bolu

Wiele osób traktuje rekonstrukcję jak zabawę tak zwyczajnie i po prostu. Chcą pojechać na imprezę napić się piwa leżąc na łące z dobrymi znajomymi by mieć odskocznię od codzienności. Nie każdy ma potrzebę, ambicje, czas, pieniądze i chęci aby robić z reko sens swego życia, ja również do tego grona absolutnie nie należę. Niezwykle interesują mnie pewne zagadnienia (walka, skórnictwo, techniki polowania, zdobywania pożywienia itd.), całkowicie zbywam inne (np. absolutnie nic nie wiem o garncarstwie).

Rzeczą naturalną jest to, że różni ludzie mają różne priorytety. W tej różnorodności tkwi siła rekonstrukcji – każdy znajdzie coś dla siebie więc zwyczajnie wrzućmy na luz i nie skaczmy sobie do gardeł z byle powodu :)

Mały apel :)

Drodzy krytykowani, przestańcie się bezzasadnie oburzać. Czytelniku, jeśli masz na nodze rynnę a na głowę ubrałeś garnek to wyglądasz jak idiota, nie jak rycerz. Ktoś zauważył? Może trzeba było nie zakładać na głowę tego garnka? A może trzeba było poszukać na ten garnek źródeł przed zakupem i zrobić krytykującym przysłowiową jesień średniowiecza z dupy za pomocą źródeł? ;)

To że wytkniesz komuś brak dziwerowanego miecza nie oznacza ani przez chwilę że twój garnek wygląda lepiej. Tu nie działa zasada wedle której na tle ludzi chujowych zaczniesz wyglądać mniej chujowo. Zamiast starać się chujowić otoczenie, postaraj się sam być mniej chujowy. Powtórzę: „try not to be a dick”.

Umówmy się – szarość ma odcienie – blaszany garnek jest bardziej mroczny niż kuty z jednego kawałka norman, no chyba że akurat odtwarzasz egipskiego rewolucjonistę z 2011 r. :P

Hełm egipskiego rewolucjonisty 2011 :D

Hełm egipskiego rewolucjonisty rok 2011 :D

Tak więc reasumując – aby poprawić atmosferę i przestać puszczać brzydkie bąki, zachęcam wszystkich ludzi długo już siedzących w temacie do pozytywnego dzielenia się wiedzą, źródłami, faktami. Innym zwyczajnie będzie łatwiej wtedy wyrobić standardy coraz bardziej wyśrubowanych regulaminów.

Do krytykowanych mam zaś apel o odrobinę pokory i dobrej woli. Ostatecznie jeśli na historyczności Ci nie zależy, a to co posiadasz kupiłeś bez zorientowania się w temacie, zwyczajnie to przyznaj zamiast brnąć w bezsensowne spory i idiotycznie bić pianę.

Może wtedy wróci zajebisty klimat starych imprez bez spiny w połączeniu z taką koszernością, która zadowoli nawet ultrasów (jeśli ktoś taki rzeczywiście istnieje), czego sobie i Wam życzę :)

Ważne jest aby imprezy trzymały poziom i aby ludzie zwracali uwagę na detale, tylko wtedy reko będzie czymś więcej niż festynem picia browara w strojach. Jeszcze ważniejsze jest jednak to aby dobrze się bawić i dogadywać ponieważ to dzięki komunikacji poziom naszej wiedzy ciągle wzrasta. To dzięki wymianie myśli możemy spojrzeć czasem na temat z zupełnie innej, odkrywczej perspektywy, tak wiec szanujmy się wzajemnie i spierajmy merytorycznie.

Wiem że zabrzmiało to szumnie jak diabli i wiem, że mówię tu tylko w swoim własnym imieniu. Nie mogę i nie chcę nikogo zmuszać do przyjęcia mojego punktu widzenia, natomiast wiem że z okazji Nowego Roku ludzie czasem stawiają sobie cele i robią postanowienia.

Może więc warto z tej okazji postulat starań o nie bycia kutasem dorzucić do listy? A może warto podzielić się wiedzą, którą macie i zrobić coś pozytywnego?

Tę decyzję już Wam pozostawiam. Żaden ze mnie Budda, daleko mi do Jezusa trochę bliżej do Laski :P

47408_4e3992846d05758f6647c695c9b93d7c

Małe ogłoszenie – nowa seria filmów

Aby nie być gołosłownym, ze swej strony rzucam pierwszy kamyk.

W momencie gdy publikuję ten tekst, upubliczniłem już pierwszy odcinek nowej serii filmów, które zamierzam co piątek publikować na kanale. Na dziś gotowe mam 6 odcinków i planuję nagrywać kolejne o ile formuła chwyci.

Zacząć postanowiłem od spraw najbardziej elementarnych, czyli próby zdefiniowania pojęcia miecz i pokazania z jak skomplikowaną materią mamy do czynienia. Tak naprawdę planowałem zacząć w zupełnie innym miejscu ale po nagraniu 4 odcinków uznałem, że treść jest za bardzo hermetyczna i dla widzów zupełnie zielonych w temacie nie byłaby zrozumiała.

W odcinku drugim omówię budowę miecza, kolejne cztery odcinki składają się w cykl w którym postaram się pokazać Wam jak rozpoznać dobry miecz i to jak warto podejść do kwestii zakupu miecza.

W filmach tych nie będę nikogo krytykował, będę mówił o tym jak być powinno i pokazywał dobre praktyki.

Dla porządku dodam, że w filmie dzisiejszym, wymieniając cechy miecza, odnoszę się do definicji Włodzimierza Kwaśniewicza z książki „1000 słów o broni białej i uzbrojeniu ochronnym”.

Postaram się jak mogę aby ta seria była merytorycznie dobra, natomiast potknięcia na pewno się zdarzą, liczę na wyrozumiałość i sugestie – robię takie coś pierwszy raz w życiu :)

Na sam koniec, korzystając z okazji ;)

wolin103

Wyprawa na Sycylię – październik 2015

sobota, 28 Listopad 2015

Sycylia. Kraina zamieszkiwana w dawnych czasach przez Fenicjan, Greków, Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizantyjczyków, Normanów i wiele mniej znaczących nacji. Kraina kontrastująca olśniewającym bogactwem i skrajną nędzą, gdzie współegzystują zabytki prawie wszystkich wymienionych cywilizacji. Kraina multikulturowości z czasów, zanim to stało się modne, kraina gór, wina i słońca, która nie tylko na mapie jest bliżej Tunisu niż Rzymu, ale i mentalnie jest bliższa Afryce i Arabii niż Europie. Kraina mafii. Jednym słowem – Sycylia.

Wybór tego akurat kierunku podróży wyszedł nam w sumie dość przypadkowo i przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz pomyślałem o tym aby jechać na Sycylię mocno zastanawiałem się czy warto. Dopiero dokładny research uświadomił mi jak wiele w tym miejscu jest do zobaczenia, a tło normańskiej historii, na trwale wpisanej w krajobraz regionu, ostatecznie przekonał mnie do tego, że właśnie tam powinniśmy się w tym roku wybrać.

Ten tekst ma być subiektywnym zapisem spostrzeżeń, odpuszczę sobie szczegółowe objaśnienia i wykład odnośnie historii i znaczenia tego co pokażę, ponieważ te informacje znajdziecie w wielu miejscach, skoncentruję się na tym co dla mnie osobiście było interesujące. I naprawdę, jeśli macie chęć wybrać się na niezapomniane wakacje, to Sycylię rekomenduję.

12195985_927482490633593_411286334643713357_n

Kilka rad praktycznych na początek

1. Na ile i kiedy pojechać?

Nasza podróż trwała w sumie 10 dni:

  • Dzień 1 – 8 X – Modlin-Trapani Lot
  • Dzień 2 – 9 X – Trapani-Palermo
  • Dzień 3 – 10 X – Palermo
  • Dzień 4 – 11 X – Palermo-Cefalu
  • Dzień 5 – 12 X – Palermo-Monreale
  • Dzień 6 – 13 X – Palermo-Katania
  • Dzień 7 – 14 X – Katania-Syrakuzy
  • Dzień 8 – 15 X – Katania-Etna
  • Dzień 9 – 16 X – Katania
  • Dzień 10 – 17 X – Katania-Warszawa Lot

 

Jak widać plan był bardzo napięty, ponieważ chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Udało nam się bez większych opóźnień i problemów odwiedzić wszystkie lokacje, natomiast patrząc na to teraz, zdecydowanie doradzam skrócenie pobytu w Katanii o jeden dzień i poświęcenie tego dnia na Palermo. Jedynym powodem aby tego nie uczynić jest zamiłowanie do baroku, którego osobiście za grosz nie posiadam. Jeśli to tylko możliwe sugerowałbym rozciągnięcie pobytu do 14 dni z których co najmniej 5 warto przeznaczyć na eksplorację Palermo i okolic, pozostałe zaś wykorzystać na wycieczkę do Agrygentu, Enny oraz Piazza Armerina, na które nam zabrakło czasu.

Sycylia trasa

Po drugie, warto na Sycylię pojechać jesienią, większość przewodników jeszcze bardziej rekomenduje wiosnę. Podczas naszej jesiennej podróży stało się jasne, że w porze letniej egzystowanie czy jakiekolwiek zwiedzanie Sycylii jest raczej niemożliwe. Klimat jest jednym z elementów upodabniających Sycylię do Afryki. Latem temperatury czasami dobijają do +40 stopni Celsjusza, wysoka wilgotność zaś powoduje (zwłaszcza w Katanii o iście malarycznym klimacie) bardzo duży dyskomfort, zapachu ulic natomiast wolę sobie nie wyobrażać ;)

Podróżując jesienią można liczyć na temperatury ok 20-30 stopni i da się żyć. Jesienną porą lepiej też dostępna jest Etna, na której wiosną może jeszcze leżeć śnieg. Jesienna pogoda jest lekko kapryśna, deszcz i burze zdarzają się prawie codziennie, ale nie jest to wielki problem, raczej urozmaicenie ułatwiające życie i dające ochłodę. Katania jest wyjątkiem, parująca woda tworzy w tym mieście zawiesistą atmosferę sauny.

Warto pamiętać, że sezon turystyczny na Sycylii trwa do około końca października i zaczyna się około marca. Poza sezonem ceny na pewno będą niższe, ale też część miejsc może być niedostępna dla zwiedzających i komunikacja może być trudniejsza.

2. Transport i komunikacja

Oczywiście na Sycylię lecimy samolotem i w ten sam sposób wracamy. Inne wersje są możliwe, ale mogą mieć sens tylko dla osób szykujących dłuższa podróż przez Europę lub dla masochistów. Na Sycylię lecieliśmy samolotem Ryanair z Modlina do Trapani, a wracaliśmy WizzAir na Okęcie z Katanii co dla osób jadących z Warszawy jest chyba najlepszą opcją. Są to dwa przeciwległe krańce wyspy, co ułatwia planowanie wyprawy. Komunikacja z Okęcia jest lepsza niż z Modlina, dlatego wybraliśmy ten wariant – powrót jest trudniejszy niż wyjazd. Cen biletów nie omawiam bo są zmienne.

Przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad wynajęciem na wyspie samochodu aby zyskać niezależność i mieć elastyczne możliwości komunikacji. Z tego pomysłu zrezygnowaliśmy dosłownie dzień albo dwa przed wylotem. Z perspektywy czasu uważam, że była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy podczas tego wyjazdu, kolejną bowiem afrykańską cechą Sycylii jest ruch uliczny. O ile na autostradach i głównych drogach jeszcze jakoś to wygląda, o tyle w mieście, a zwłaszcza w zabytkowych ciasnych uliczkach centrum miast, ruch uliczny jest jednym wielkim chaosem, gdzie wszelkie przepisy są tylko niewinną wskazówką. Serio mam porównanie, choćby z Rzymem, gdzie nie jest z tym najlepiej, to jednak co widziałem na Sycylii, Rzym bije na głowę.

Pomijając samą sprawę kierowania, tak aby nic ani nikogo nie rozjechać, dodać trzeba jeszcze nieuniknione problemy z parkowaniem (wszędzie), koszt wynajmu samochodu i konieczność walki z chaosem uliczek jednokierunkowych. No i wino. Argument kończący. Być na Sycylii i nie pić wina to grzech!

Sicilian-Wine-Regions

Rejony produkcji wina na Sycylii

Jak zatem się poruszać? Do wyboru oczywiście mamy autobusy i kolej, mając zaś możliwość wyboru sugeruję stawiać na kolej. Koleje na Sycylii łączą większość ważnych lokacji turystycznych, są bardzo tanie (10 euro za bilet normalny Palermo-Katania) i zadziwiająco dobrze utrzymane. Nawet pociągi regionalne bez miejscówek mają standard porównywalny z naszym IC. Koleje to też oczywiście szybkość, wygoda i możliwość podziwiania fantastycznych widoków. Jadąc gdziekolwiek zawsze rozpoznaj dokładnie opcje powrotu, zdarzają się bowiem miejsca turystyczne słabo skomunikowane (Etna). Nigdy też nie planuj wycieczek w dzień odlotu, istnieje bowiem spora szansa na przygodę ;)

Uwaga! Jeżdżąc pociągami we Włoszech, zwłaszcza bez miejscówki, zawsze pamiętaj o kowalidacji (skasowaniu) biletu na stacji w specjalnym kasowniku. W pociągach kasowników nie ma. Bez skasowania bilet jest nieważny i możesz dostać bardzo wysoką karę. Na wszelki wypadek kasuj wszystko ;)

Jeśli chodzi o komunikację autobusową, jest to jedyna dostępna opcja by dojechać do mniejszych lokacji, często też autobusy jeżdżą kilkanaście razy częściej niż pociągi . Standard autobusów jest bardzo różny, ale dominują stare busy, jakich w Polsce już raczej się nie spotyka. Taki właśnie autobus rozkraczył się w trasie podczas naszej podróży z Trapani do Palermo drugiego dnia pobytu. Żelazny spokój i zrozumienie na twarzach współpasażerów pokazało nam, że podobne sytuacje są normalne i tak to zwyczajnie działa ;)

Innym elementem autobusowego folkloru jest kupowanie biletów. Jeśli gdzieś istnieje przystanek, w okolicy najbliższej należy poszukać sklepu. Ale nie tak jak u nas kiosku ruchu ale np. mięsnego lub kawiarni, która przy okazji sprzedaje bilety, o czym zwykła informować kartka na szybie, rzecz jasna po włosku. Gdy zaś już mamy stację i nawet są na niej kasy biletowe, najczęściej jest ich kilka i każda sprzedaje bilety innego przewoźnika, prawie każda zaś wygląda jak wyjęta z filmów Barei. Rozkłady jazdy to w dużej części niezobowiązujące sugestie (o ile istnieją), aktualne zaś informacje o kursach najlepiej uzyskać od tubylców trudniących się handlem biletami lub od samych kierowców. Pewnym teoretycznym bytem są również przystanki – część niby istnieje ale autobus na nich nie staje, cześć nie istnieje ale da się tam wsiadać i wysiadać.

Dodać należy, że mimo całego tego folkloru i chaosu wszystko to jakoś działa, wszędzie da się szybko i tanio dojechać (5-10 euro za przejazd w obie strony) i w zasadzie zawsze udawało nam się podróżować w miarę zgodnie z planem.

Podział regionalny wyspy i poglądowa mapa najważniejszych lokacji zabytkowych.

Podział regionalny wyspy i poglądowa mapa najważniejszych lokacji zabytkowych.

Na koniec dodam jeszcze, że z komunikacji miejskiej korzystać nie ma sensu. Rezerwując nocleg warto brać poprawkę na odległość od dworca, który najczęściej znajduje się bardzo blisko dzielnicy zabytkowej. Sama zaś dzielnica, nawet w wielkim Palermo, nie jest tak duża aby transport był nam do czegokolwiek potrzebny.

Jeśli chodzi o transport z lotniska skorzystaliśmy z oferty hotelu, którego pracownik zadzwonił do mnie 5 minut po złożeniu rezerwacji oferując tą usługę za 25 euro. Niby sporo ale lądowaliśmy w Trapani późną nocą, a taksówka kosztowałaby co najmniej 30 euro. Oczywiście zwykle jeżdżą autobusy, jednak nie o tej porze w nocy.

Na lotnisko w Katanii dojazd oferuje linia Alibus (czyli linia 457) oznaczona rysunkiem samolotu zamiast numeru linii, kursująca co ok 20 minut przez większość miasta, startująca z głównego dworca autobusowego. Bilet kosztuje 5 euro, dojazd do lotniska to max pół godziny. Gdy pytaliśmy o autobus dwa razy zdarzyło się, że w kilka minut jak spod ziemi wyrósł jakiś jegomość z samochodem oferujący podwózkę za 10 euro, jednak nie skorzystaliśmy ;) Ot lokalny folklor, pokazujący jak bardzo miejscowi są obrotni, zwłaszcza że na ulicach oznakowanych taksówek jest bardzo niewiele ;)

3. Na co warto brać poprawkę czyli zwyczaje lokalne i koloryt

Pierwszą rzeczą, o której koniecznie musicie pamiętać jadąc na Sycylię, jest sjesta czyli absolutna apokalipsa dla osób nieprzyzwyczajonych. Gdziekolwiek idziecie, jedziecie, cokolwiek chcecie zobaczyć sprawdźcie zawsze czy dane miejsce jest otwarte w godzinach między 12 a 17. Dotyczy to sklepów, instytucji kultury, muzeów, miejsc zabytkowych, a także restauracji. Podczas wymienionych godzin warto planować podróż (komunikacja normalnie działa) ale np. ze zjedzeniem obiadu na mieście może być poważny problem. Nawet w Palermo godzinę zabrało nam znalezienie otwartej restauracji w ścisłym turystycznym centrum. Jeśli lokal już jest otwarty, warto zapytać czy dostaniemy coś ponad kawę i ciastko. Kawiarnie są bowiem pewnym wyjątkiem i bywają otwarte również w godzinach sjesty. Nie jest wyjątkiem otwieranie restauracji i pubów dopiero po 20.

Drugi problem, jaki możecie mieć na Sycylii, to samodzielne zaopatrzenie się w żywność, większość otwartych sklepów bowiem to sklepy arabskie, indyjskie itd. w których dostaniemy np. przyprawy i ziarno na kilogramy albo nawet niezbyt dobre wino ale nie ma co liczyć na chleb, ser, wędlinę czy cokolwiek możliwego do wrzucenia na kanapki bez konieczności gotowania. W centrum sklepów innego typu prawie się nie spotyka, sporo ich jest zaś na przedmieściach, tam gdzie mieszkają prawdziwi Sycylijczycy. Przed wyjazdem sugeruję rozpoznać adresy i godziny otwarcia supermarketów w których dostaniecie wszystko co sycylijskie w cenach dla miejscowych – te sklepy istnieją ale bywają bardzo dobrze ukryte ;)

I tutaj dochodzimy do trzeciej kwestii. Jeśli chcecie zamieszkać blisko dworców i zabytków, przygotujcie się na mieszkanie w biednych kolorowych dzielnicach, które bardziej przypominają obrazki z Ameryki Łacińskiej i Afryki niż z Europy. Jedynymi Włochami (obok turystów), których spotkamy w turystycznym centrum są właściciele sklepów i restauracji, resztę mieszkańców stanowią przybysze z Południa. Włoskich sklepów spożywczych nie ma, bo Włosi dawno wynieśli się z rejonu.

Obok zadbanych i dobrze utrzymanych zabytków, w miastach Sycylii znajdziemy tonące w śmieciach uliczki oblepione plakatami i pomazane graffiti, gdzie miejska biedota gania za swoimi sprawami z naręczami toreb, ręcznymi wózkami i handluje czym tylko się da, od parasoli po drewniane żyrafy. Nad tym wszystkim unosi się zaś lekki zapach marihuany, tytoniu, koksowników do pieczenia kasztanów, gnijącej w rynsztokach zieleniny, ryb i charakterystyczna woń, a nawet smak morza wyraźnie wyczuwalna na podniebieniu. Czasami trzeba też uważać aby w nic nie wdepnąć, choć na Sycylii prawie nie ma psów.

Psów nie ma, bo na Sycylii nie ma też trawników, drzewa to rzadkość, parki zaś i tereny zielone są bardzo nieliczne i najczęściej małe, kiedy już jednak jakiś się trafi, zwykle jest warty obejrzenia ponieważ ta deficytowa zieleń jest bardzo zadbana i uporządkowana. Ogólnie roślinność sycylijska z powodu ubogiej gleby i trudnego klimatu zwykle selekcjonuje swych najbardziej udanych reprezentantów bardzo surowo, stąd istniejące okazy, choć rzadkie,  przybierają często imponujące rozmiary, zachwycające egzotyką form i gatunków.

Wystarczy jednak ruszyć się z Centrum, przejechać kilka dzielnic aby wydostać się z zabytkowej plątaniny uliczek i trafić do normalnego dużego europejskiego miasta. Nowe dzielnice miast włoskich nie różnią się niczym specjalnym od polskich miast, co czyni je zupełnie nieatrakcyjnymi dla turystów. Pełno jest tu sklepów, spożywczych przede wszystkim, ulice są dość czyste, sporo też jest zieleni. Czasami trudno uwierzyć, że dwa światy, tak bardzo odmienne, istnieć mogą tak blisko siebie.

Jadąc na Sycylię w bagażu rejestrowanym zabierz korkociąg, przyda się na pewno ;) warto też pamiętać że układ gniazdek we Włoszech różni się od naszych. Z naładowaniem małej elektroniki np. komórki albo laptopa problemu nie będzie, jednak jeśli masz dużą wtyczkę z bolcem może być kłopot z podłączeniem. Nie warto kupować map, warto natomiast zabrać ze sobą przewodnik. Mapy są zbędne bo znajdziesz je na każdej ulotce, a ulotek wszędzie jest wielka obfitość. Po 2-3 dniach zaczniesz poruszać się po mieście jak u siebie, o ile masz choć trochę orientacji przestrzennej.

Ogólnie Sycylijczycy to gościnni, serdeczni ludzie, chętni do pomocy i dość otwarci. Wszyscy świetnie rozumieją że jesteś turystą, nie musisz wszystkiego wiedzieć i starają się pomóc w miarę możliwości. Odnośnie mafii, o jej istnieniu najmocniej przypominają wszechobecne gadżety z Ojca Chrzestnego przeznaczone dla turystów, Corleone zaś po tej podróży kojarzy mi się głównie ze świetnym winem ;)

Ostatnia kwestia – język. Mówisz po angielsku? To świetnie! Chiński na Sycylii będzie ci równie pomocny. Z pewnością zauważysz to już na etapie planowania podróży, kiedy uświadomisz sobie, że prawie żadna sycylijska instytucja nie posiada anglojęzycznej strony. Jest to szczególnie upierdliwe podczas wyszukiwania połączeń i rozkładów jazdy. Jednym słowem znaj włoski lub umrzyj! :P Po angielsku na wyspie nie mówi prawie nikt. Czasami zdarza się spotkać, zwłaszcza w hotelach ludzi trochę udających, a trochę mówiących w tym języku, przeważnie jednak trzeba uciekać się do gestykulacji i szybko łapać sens różnych wyrażeń aby dało się dogadać. Kłopotami językowymi się nie ma co stresować, bo jak mawiał Doktor Plama z Hydrozagadki: „Język złota to jedyne esperanto!”

4. Fundusze i koszt podróży

Sycylia to nie koniec świata, jednak warto zabrać ze sobą gotówkę. Płatności kartą są akceptowane w większości hoteli, w co bardziej turystycznych restauracjach itd. ,ale w wielu miejscach nic nie zdziałasz bez twardej waluty.

Koszt takiego wyjazdu jak nasz może być różny w zależności od tego jak bardzo jesteś oszczędny lub rozrzutny. My w dwie osoby zmieściliśmy się w 7000 zł wliczając w to przeloty, transport miejscowy, noclegi, wyżywienie, zwiedzanie itd. Przyzwoity hotel to ok 50-100 euro na noc za 2 osoby, za obiad dla 2 osób z butelką wina w zwykłej knajpie zapłacicie 40-60 euro (większość restauracji wlicza tzw. coperto, czyli opłatę za obsługę co zwalnia z konieczności dawania napiwków, osobiście i tak je dawałem). Zwiedzanie w sumie jest najtańszą rzeczą – najdroższe wejściówki nie kosztują więcej niż 10 euro, wstęp do większości miejsc to ok 5 euro od osoby.

Upraszczając – załóż że potrzebujesz na 2 osoby ok 100 euro dziennie (liczę za 2 osoby bo ciężko np. rozbijać koszt noclegu), jeśli chcesz mieszkać w przyzwoitym standardzie, jadać na mieście, od czasu do czasu wypić kawę lub coś przekąsić, zwiedzać wszystko na co masz ochotę i bez zbytniej rozrzutności zwyczajnie dobrze się bawić, delektując się sycylijskim winem. Wyjątkiem jest Etna gdzie potrzeba po 100 euro na głowę (sama kolejka to 30 euro + 15 euro na busa jeśli pogoda pozwala na wjazd).

Pamiątek celowo nie wymieniam, ponieważ pod tym względem Sycylia leży… w sumie przywiozłem książkę o kolumnadzie klasztoru w Monreale, koszulkę, trochę skał z Etny i rasta bransoletkę kupioną w Syrakuzach od pewnego siebie Jamajczyka ;) Z Sycylii lepiej już przytargać dobre wino i sery niż klepaną w Chinach tandetę, którą nabyć można na każdym kroku. Jeśli planujecie kupować rzeczy wartościowe lub markowe, róbcie zakupy w markowych sklepach i zachowujcie paragony, podobno można nieźle beknąć za przewożenie podróbek towarów.

DCIM101GOPROGOPR1083.

Podróż i zwiedzanie

1. Trapani

Trapani to piękne, urokliwe miasto nadmorskie, którego całe życie koncentruje się wokół portu, do którego zawijają duże statki wycieczkowe. Wyraźnie widać że ogromna część mieszkańców żyje z turystyki, dlatego jak na sycylijski standard miasto jest bardzo czyste, można poczuć w nim klimat prawdziwego turystycznego kurortu, który dopiero zyskuje popularność i nie został jeszcze zadeptany. Społeczność tego miasta wygląda i zachowuje się inaczej. Spośród wszystkich miejsc jakie odwiedziliśmy na Sycylii Trapani najbliżej ma do Europy. Nie ma tu imigrantów (za to wielu jest gejów), niemal sami Włosi no i turyści. Spacer uliczkami to przyjemność, powietrze jest bardzo rześkie, pełno jest małych knajpek, kawiarni itd.

Miasto nie ma wielu zabytków, ale warto poświęcić przynajmniej pół dnia na spacer po części historycznej i przejście nadbrzeża gdzie znajduje się targ rybny. Wejścia do portu strzeże twierdza zbudowana w wieku XIX, a wyglądająca jak obronny zamek z czasów Fryderyka II (porównajcie z Castel del Monte). Tworzy ona bardzo malowniczy krajobraz z cumującymi żaglówkami i łodziami rybackimi. Idąc nadbrzeżem warto zajrzeć do małego kamienistego domku, otoczonego czymś na kształt mini ogrodu botanicznego pełnego suchorostów i roślin wybrzeża. Dawniej dom, a teraz malutkie muzeum jakiegoś dziewiętnastowiecznego miejscowego notabla, które się tam znajduje, można odwiedzić bezpłatnie bo i zobaczyć we wnętrzu za wiele nie można. Można natomiast rzucić okiem na piękną panoramę wybrzeża.

DSC01838_wynik

DSC01843_wynik

Równie malowniczy widok rozciąga się z dachu Museo della Preistoria e di Archeologia Marina. Tu akurat zajrzeć warto. Eksponatów jest niewiele, dominują znaleziska wyciągnięte ze statków które zatonęły w pobliżu. Najważniejszym zabytkiem niewątpliwie są dwa rzymskie hełmy typu Montefortino z VI w. p.n.e., należące prawdopodobnie do uczestników I wojny punickiej, a znalezione niedaleko wysp Egadyjskich. Sporo jest amfor, oliwnych lampek, kotwic i monet. Muzeum jest malutkie, składa się zaledwie z kilku izb, wstęp jest biletowany ale nie jest drogi (3 euro).

Z innych wartych zobaczenia zabytków warto zwrócić uwagę na czternastowieczny kościół Sant’Augustino, wzniesiony przez Templariuszy z piękną odrestaurowaną rozetą, po środku której mamy bardzo klasyczne przedstawienie Zbawiciela w postaci Baranka i z od którego rozchodzi się 12 promieni, tworząc centrum dla bogato rzeźbionej rozety. Obok kościoła znajduje się fontanna Neptuna zbudowana w 1342 r. dla uczczenia budowy akweduktu. Podczas spaceru odwiedziliśmy także kościół Santa Maria del Gesu, którego wnętrze kryje obok standardowego barokowego wystroju również ciekawą kryptę z freskami.

Ogólnie na zwiedzanie Trapani mieliśmy tylko pół dnia. Jest to czas wystarczający do przejścia całej części historycznej, zjedzenie obiadu itd. Jeśli planujesz spokojny urlop i chcesz wypocząć sugeruję zostać w mieście dłużej lub potraktować je jako bazę wypadową do rejsu na Egady i do zwiedzania okolicznych miejscowości, takich jak Erice, Segesta i Marsala.

Aby dojechać do Palermo wsiedliśmy w autobus, który odjeżdża z przelotowego przystanku znajdującego się na przeciwko stacji kolejowej. Jest to zwykły przystanek miejski, a bilety można kupić w sklepie po drugiej stronie ulicy. Specjalnie to wspominam bo obok jest dworzec autobusowy, z którego jednak autobusy do Palermi nie jeżdżą. Istnieje też połączenie kolejowe, ale pociągi jeżdżą rzadko. Jazda do Palermo zajmuje ok 2 h, ewentualnie 3 h jeśli autobus zepsuje się w trasie, tak jak w naszym wypadku ;)

2. Palermo

O Palermo nie da się opowiedzieć, Palermo trzeba poczuć. W tym mieście znajdziecie wszystko co spotkać można na Sycylii. Włócząc się ciasnymi uliczkami historycznej dzielnicy mijamy targi i stragany sprzedające warzywa, owoce, ryby i wszelkie możliwe duperele. Klucząc zaułkami mijamy miejsca w których nazwy ulic zapisuje się po arabsku, mijamy indyjskie i pakistańskie sklepy zaraz obok sklepów chińskich, sklepów z pamiątkami i niezliczonych cukierni, kawiarni i restauracji prowadzonych przez Włochów. Ściany budynków pokrywa graffiti i plakaty, wszędzie pełno jest skuterów i miejskich samochodów, dla których klakson jest wyposażeniem ważniejszym od koła zapasowego. To ostatnie wymienicie w warsztatach samochodowych, które znajdują się na każdym kroku.

Wystarczy jednak skręcić na chwilę i dojść do ważnego zabytku aby wszystko natychmiast się zmieniło. Z wąskiej szemranej uliczki wychodzimy na górujący dumnie nad całym miastem Pałac Normański, stanowiący składankę rozmaitych architektonicznych stylów od średniowiecza do XVIII wieku. Można w Palermo zobaczyć wiele, ale to właśnie Pałac Normański, a zwłaszcza Kaplica Palatyńska (zbudowana w latach 1130-1140 przez Rogera II) powinny być tym co musicie zobaczyć koniecznie.

Do kaplicy wchodzi się oddzielnie, ilość odwiedzających jest ograniczana, dlatego zwiedzając Pałac Normański warto zostawić ją sobie na deser. Wchodząc na górne kondygnacje mijamy stojącą w hallu karocę senatorską i wychodzimy na krużganki, idąc schodami piętro wyżej wejdziemy do bardziej współczesnej części pałacu. Większość zdobień, obrazów i mebli w tym miejscu to zabytki osiemnastowieczne. Do zwiedzania udostępniona jest też sala plenarna sycylijskiego zgromadzenia parlamentarnego. W tej sekcji ze względów bezpieczeństwa obowiązuje zakaz fotografowania… aż tu nagle z osiemnastowiecznej części przechodzimy do małej sali Rogera II w której również znajdują się niesamowite mozaiki. Jest to najstarsza część pałacu pochodząca z XI w. Niestety nie wolno tu robić zdjęć, więc mam tylko kilka ;)

Kaplica Palatyńska to miejsce niezwykłe. Całość wnętrza jest bogato zdobiona i stanowi kumulację normańskiej wizji i kamieniarstwa, bizantyjskiego przepychu i blichtru mozaiek, arabskiej rzeźby i ornamentyki geometryczno-roślinnej, tworząc w sumie to co nazywamy normańskim eklektyzmem. Podłogi i ściany wyłożone są pięknym kamieniem, układanym we wzory geometryczne (zwłaszcza na planie ośmiokąta) znane ze sztuki bliskowschodniej i arabskiej. Obok nich znajdziemy rzeźby kamienne z charakterystycznymi motywami zdobniczymi np. walkę z potworami. Nawy pokrywa niesamowity drewniany sufit mukarnasowy głęboko rzeźbiony w ośmiokątne wzory, pokryte arabskimi wersetami (tak, w chrześcijańskiej kaplicy zbudowanej przez prowodyrów krucjat!). Obok nich przedstawiane są scenki rodzajowe i mitologiczne. Opisuję to wszystko, ponieważ łatwo te elementy przeoczyć patrząc na złote mozaiki wypełniające całe sklepienie i większość powierzchni ścian w kaplicy, od których ciężko oderwać wzrok.

Mozaiki sycylijskie, a te z Kaplicy Palatyńskiej zwłaszcza, to unikat na skalę światową. Nigdzie indziej nie zachowały się kościoły tak pięknie zdobione tą techniką, które by w tak fantastycznym stanie dotrwały do współczesności. Prace nad układaniem ornamentów rozpoczęto ok 1140 r. i kontynuowano przez prawie 30 lat. Stanowią prawdziwą obrazkową Biblię, prezentującą główne epizody Starego Testamentu, jak również trochę scen z życia Jezusa. Mamy tu więc stworzenie świata (z okrągłym przedstawieniem ziemi otoczonej wodami), stworzenie ludzi, wygnanie z Raju, grzech Kaina, arkę Noego itd. Przechodząc obrazki po kolei możemy poznawać Biblię bez konieczności jej czytania. Całość wzbogacają przedstawienia patriarchów, ojców Kościoła, aniołów, archaniołów, apostołów i świętych.

Poziom detali uchwyconych na mozaikach jest zadziwiający, dla mnie osobiście właśnie te małe smaczki pokazujące narzędzia, broń itd. stanowią największy skarb w tych przedstawieniach. Warto również, po raz kolejny, zwrócić wzrok ku niebiosom aby przyjrzeć się detalom na sklepieniach naw bocznych, zawierających sceny rodzajowe i pokazujących dusze świętych przyjętych do Królestwa Niebieskiego.

Rzeczą bardzo charakterystyczną dla normańskiego stylu było obrazowanie w centralnej części świątyni postaci Chrystusa Pantokratora, czyli władcy i sędziego nad całym światem. Dla współczesnych Chrześcijan dziwnym może wydać się prawie całkowity brak odniesień do męki Chrystusa, jego śmierci i zmartwychwstania, jest to jednak charakterystyczne dla miejsca i czasu powstania przedstawień. Ten sposób obrazowania Chrystusa jako króla i władcy świata bardzo dobrze współgra z normańskim dążeniem do dominacji i podboju, ambicje Rogera i jemu podobnych nie kończyły się bowiem na Sycylii.

Przedstawienie ofiary Kalwarii jest jednym z najciekawszych detali, które można wyłowić wśród zdobień. Całość została zobrazowana jako ofiara z gołębicy symbolizującej zbawienie, siedzącej na tronie Sądu Ostatecznego pod krzyżem z cierniową koroną. Mamy też mocno symboliczne strącenie Lucyfera. Zwróćcie uwagę na odwrócone oblicze, Lucyfer nie jest nikim konkretnym, jest pewną ideą bez twarzy, każdy może być Lucyferem.

Bardzo ciekawie prezentuje się również Herod, Szymon Mag i Maria Magdalena. Herod przedstawiony jest jako król, jego szaty są bardzo zdobione, osoby zaznajomione z ikonografią epoki z łatwością rozpoznają charakterystyczne wykończenia rękawów, dołu tuniki oraz rozcięcia na głowę. Jego buty wyszywane są drogimi kamieniami, a materiał tkany jest wzorzyście. Herod pokazany jest jako przywiązany do dóbr tego świata władca tronujący, obok niego zaś stoi Szymon Mag, który jako fałszywy filozof skrywa swój bogaty strój (symbol fałszu i obłudy, przywiązania do dóbr doczesnych) pod szatami filozofa, mędrca lub ubogiego ucznia Chrystusa, w jakich przedstawiani są mędrcy i apostołowie. Maria Magdalena natomiast jest jedyną kobietą przedstawioną w rozpuszczonych włosach, co symbolizuje jej rozpustną przeszłość. Jej bardzo duże znaczenie dla wczesnośredniowiecznego Chrześcijaństwa podkreśla miejsce przedstawienia nad ołtarzem obok Marii i apostoła Jana, zaraz pod wizerunkiem Chrystusa.

Zanim opuścimy kaplicę, przyjrzyjmy się jeszcze zdobieniom naw bocznych, a zwłaszcza bardzo charakterystycznemu motywowi lwów, który wprawne oko zapewne wychwyciło już na wcześniejszych zdjęciach. Lew pojawia się w detalach rzeźb, był obecny na mozaikach z kaplicy Rogera II, w kaplicy Palatyńskiej jego najbardziej wymowny wizerunek znajdziemy na przeciwko ołtarza głównego. Symbolika lwa jest niezwykle rozbudowana – oznacza boski majestat, dumę, władzę królewską, zwycięstwo i odwagę, ogień, zmartwychwstanie oraz Mateusza Ewangelistę. W Apokalipsie pod postacią lwa kryje się Chrystus tryumfator. Lew stał się symbolem Sycylii, tak samo jak Anglii. Pojawia się na regaliach koronacyjnych Rogera II (przechowywanych w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum) gdzie powala wielbłąda, jego symbolika jest nieodłącznie związana z normańskim dążeniem do dominacji i tryumfu zwłaszcza nad światem muzułmańskim. 

Wychodząc z Kaplicy warto zwrócić uwagę na zabytkowe tkaniny i chrzcielnicę, a po wyjściu z Pałacu Normanów kroki swe skierować wzdłuż murów aby dojść do zielonych terenów otaczających Pałac. Jedynie kilkaset metrów dzieli park od Katedry, która stanowiła kolejny mocny punkt obowiązkowy podczas zwiedzania Palermo. Ten rejon miasta wyraźnie różni się od reszty historycznej części, zarówno ilością roślinności jak również szerokością ulic, placów i zachowaniem zabytków.

Katedra jest kolejnym przykładem pomieszania epok i stylów, które w sumie współtworzą harmonijną całość. Budynek wzniesiono w wieku XII w stylu normańskim, który na zewnątrz gdzieniegdzie się przebija za sprawą zdobień ściennych w charakterystycznym stylu inspirowanym sztuką arabską.

Rzeźbiony Portal pochodzi z wieku XV i jest przykładem stylu gotycko-katalońskiego pełnego misternych, głębokich i delikatnych zdobień. Do środka wstęp prowadzi przez rzeźbione drzwi. Naprawdę warto zapłacić za zwiedzanie całości aby obejrzeć wszystko co w katedrze jest do zobaczenia.

Zasadnicza część katedry to zadziwiająco wysmakowany neoklasycyzm, w którym spokój białych ścian koresponduje z wszechobecnym srebrem i ciemnym drewnem. Neoklasycystyczna jest także kopuła katedry, pochodząca z XVIII w.

W tej części znajdziecie też strasznie paskudną makietę, przepiękne srebrne relikwiarze świętych, bogato zdobiony ołtarz jak również toaletę, która została misternie ukryta za ołtarzem bocznym :D Najciekawsze jednak dopiero przed nami!

Po lewej stronie od wejścia znajduje się wejście na dach katedry skąd roztacza się niezwykle malowniczy widok na miasto i plac katedralny.

DSC02145_wynik DSC02152_wynik

Zanim jednak wejdziemy na dach mijamy surowe sarkofagi władców normańskich – Fryderyka II, Konstancji Aragońskiej, Henryka VI, Rogera II i Konstancji de Hauteville.

Jeszcze więcej sarkofagów znajdziemy w katedralnej krypcie, niezwykle surowej i klimatycznej. Jest to najstarsza część świątyni, część grobów pochodzi z wczesnego średniowiecza, a w wielu zdobieniach widać wyraźnie antyczną stylistykę.

Po drodze do krypty mijamy okazałą kolekcję skarbca katedralnego w skład której wchodzą bogato zdobione szaty liturgiczne, kielichy i monstrancje, Najciekawszą dla mnie częścią kolekcji były resztki wczesnośredniowiecznych tekstyliów pochodzące z grobów mijanych chwilę wcześniej wraz z biżuterią i koroną cesarską Konstancji Aragońskiej.

Po wyjściu z Katedry warto pospacerować po okolicy, w której znajdziemy między innymi słynną Fontannę Wstydu, nazwaną tak przez zakonnice, zniesmaczone nagością przedstawionych tam niewiast. Fontanna, stojąca na Piazza Pretoria, jest przykładem toskańskiego renesansu i pochodzi z XVI w.

DSC02273_wynik

Bardzo blisko od niej znajduje się kolejny normański zabytek Palermo, a mianowicie pochodzący z XII w. kościół San Giovanni degli Eremiti stanowiący mieszankę stylu arabskiego i normańskiego. Bardzo surowy, z charakterystycznymi czerwonymi kopułami na dachu i arkadowym dziedzińcem z surowymi podwójnymi kolumnami.

Gdzieś po drodze znaleźliśmy jeszcze bliżej niezidentyfikowany kościół, bardzo podobny w formie i z bardzo podobną rozetą, jak na kościele Templariuszy w Trapani.

Jeśli zapragniesz ulgi po zwiedzaniu zabytków i zechcesz nacieszyć się morzem, sugeruję wybrać się na spacer nadbrzeżem, który najlepiej zaczynając gdzieś w okolicy Piazza Marina. Tę nazwę warto zapamiętać bo nie dość, że zaraz obok placu jest Ogród Garibaldiego z ogromnymi figowcami, to jeszcze w okolicach placu istnieją dwie restauracje czynne w godzinach sjesty i jest tam też trochę ukryty Carrefour.

Wychodząc z Piazza Marina na nadbrzeże, trafiamy bezpośrednio na malowniczy port dla żaglówek i małych łodzi, mogąc w tle obserwować prace portu handlowego. Idąc nadbrzeżem wchodzimy na rozległe tereny zielone przylegające do parku Villa Giulia i Ogrodu Botanicznego, który naprawdę warto zobaczyć. Ogród nie jest specjalnie wielki, istnieje jednak bardzo długo i z uwagi na ciepły klimat posiada wielkie bogactwo gatunków roślin z całego świata.

Ogród zostawiliśmy sobie do zwiedzania na ostatni dzień pobytu w Palermo, aby trochę odpocząć przed skokiem do Katanii. Na samo zwiedzanie Palermo jako miasta zabrakło nam minimum jednego dnia, z tego powodu nie udało się wybrać ani do Muzeum Archeologicznego ani do słynnych katakumb Kapucynów (gdzie znajduje się ponad 8000 mumii), ani do normańskiego Castello della Zisa, zamiast tego postawiliśmy na Cefalu i Monreale.

3. Cefalu

O Cefalu wiele powiedzieć nie mogę, ponieważ byliśmy w tej miejscowości bardzo krótko. Jeśli chcecie tam dojechać polecam pociąg odchodzący z Dworca Głównego w Palermo mniej więcej co godzinę. Podróż trwa lekko ponad godzinkę i myślę, że warto ten czas poświęcić ponieważ trafiamy do uroczego, niewielkiego miasta złożonego z ciasnych uliczek nad którym piętrzą się góry, kontrastujące z morzem.

Najważniejszym zabytkiem Cefalu jest katedra (Duomo) wznoszona w latach 1131-1240 w normańskim stylu z niewielkimi naleciałościami arabskimi, z mozaikami podobnymi do tych z Kaplicy Palatyńskiej, jednak mniej okazałymi. Będąc w środku udało mi się zrobić zdjęcia rzeźb znajdujących się z boku, jednak z powodu zaczynającej się niedzielnej mszy turyści zostali wyproszeni do tyłu. Wrócić niestety już się nie udało.

Z boku od katedry znajduje się wejście na arkadowy dziedziniec klasztorny stanowiący, moim zdaniem, największy skarb Cefalu. Dziedziniec otoczony jest kilkudziesięcioma rzeźbionymi kolumnami, z których większość przedstawia ornamenty roślinne, a część sceny rodzajowe i rozmaite dziwaczne bestie.

DSC02447_wynik

Po wizycie w Katedrze i klasztorze poszliśmy zobaczyć morze. Grzechem byłoby nie robić zdjęć, niestety fala którą widać na ostatniej panoramie okazała się kumulacyjna. Mnie przykryła gdy schodziłem z falochronu z włączonym aparatem. W ten właśnie szybki sposób w jednej chwili pozbyliśmy się aparatu i dwóch telefonów. Przemoczeni do suchej nitki i bez ciuchów na zmianę musieliśmy ekspresowo wracać do Palermo (ponad 50 km pociągiem).

DSC02509_wynik DSC02518_wynik

DCIM100GOPROGOPR0142.

Kąpiel zaliczona, aparat i komórki utopione, czas wracać do Palermo ;)

4. Monreale

Następnego dnia pojechaliśmy autobusem do Monreale (odjeżdża z Piazza Giulio Cesare co ok godzinę, bilety kupuje się w sklepie z pamiątkami). Po utopieniu aparatu do dyspozycji zostało już tylko GoPro, sprzęt świetny do filmów, ale kompletnie nieprzydatny do robienia zdjęć architektonicznych detali (stały obiektyw szerokokątny i brak podglądu kadru). Wybaczcie więc wygięcia kadru i kiepską jakość zdjęć. Robiłem co mogłem, zdjęć zrobiłem ponad 1000 i większość nie nadawała się absolutnie do niczego.

Monreale to piękne górskie miasteczko owiewane oczyszczającym powietrzem od morza, bardzo czyste i niezwykle malownicze. Ze wszystkich miast sycylijskich to tutaj mógłbym zamieszkać na emeryturze ;) Klimat jest tu rześki, ulice zadbane, sporo kwiatów i zieleni, widok zaś rozciąga się na całe Palermo i morze, leżące u stóp Monreale.

Katedra (Duomo) w Monreale przypomina Kaplicę Palatyńską, jest jednak trochę młodsza. Zbudował ją Wilhelm II, wnuk Rogera II, prace rozpoczęto w 1172 r. i kontynuowano przez kilkadziesiąt lat, ostatnie mozaiki dokończono w XIII wieku. Katedra jest też większa, przepychem stara się nie tylko nawiązać do Kaplicy ale ją przewyższyć. Warto zauważyć, że układ postaci i schematy przedstawień są tu bardziej uporządkowane, nad głównym ołtarzem zaś góruje znany nam już Chrystus Pantokrator. Ponieważ zdjęcia wyszły naprawdę kiepskie wrzucam tylko kilka poglądowych.

W katedrze warto patrzeć nie tylko na mozaiki, ale też pod nogi, gdzie zobaczyć można wiele skomplikowanych, geometrycznych motywów zdobniczych mających swe źródło w sztuce muzułmańskiej.

O ile wstęp do samej katedry jest bezpłatny, o tyle warto wydać kilka euro aby obejrzeć również barokową boczną kaplicę i katedralny skarbiec, a przede wszystkim po to aby wejść na wieżę katedry i zobaczyć przepiękny widok na miasto, góry, morze i otoczony podwójną kolumnadą wirydarz, będący gwoździem programu naszej wycieczki.

Wejście do wirydarza klasztoru, towarzyszącego katedrze, znajduje się z boku i kosztuje drogo bo 10 euro od osoby, warto jednak wydać aby zobaczyć to co wielu nazywa „najpiękniejszym klasztorem na świecie”. W środku czeka na was kilkaset rzeźbionych podwójnych kolumn z których każda przedstawia inne zdarzenie, rośliny lub sceny rodzajowe. Dodatkowo część kolumn zdobiona jest polichromiami, a narożne kolumny poczwórne zdobione są bardzo charakterystyczną techniką głębokiego świdrowania i całe pokryte są rzeźbionym ornamentem roślinnym z wstawkami rodzajowymi. Znajdziemy tam wojowników, łowy, ofiarowanie katedry, sceny walki, dzikie i egzotyczne zwierzęta i masę innych interesujących detali.

Kolumny zostały wyrzeźbione w wieku XIII, sam klasztor jest starszy, pochodzi z końcówki wieku XII. Jeśli przyjrzycie się dokładnie, zauważycie że kolumny swoim kształtem nie są dopasowane do łuków które wspierają, co sugeruje że zastąpiły wcześniejsze bardziej masywne kolumny. Nie wiadomo w jakich latach dokładnie nowa kolumnada została wyrzeźbiona, natomiast biorąc pod uwagę kontekst historyczny jej pojawienie się można wiązać ze zniszczeniami wojennymi z lat 1220-1225, kiedy to wybuchły potężne starcia między Muzułmanami i Chrześcijanami, a kalsztor stał się polem bitwy. Konflikt związany był ze zmianą dynastyczną i zastąpieniem tolerancyjnych Normanów przez o wiele mniej przyjaznych miejscowym Muzułmanom władców z dynastii Szwabskiej. Z listu opata Caro (1183-1233) do Fryderyka II wynika, że klasztor zamieniono w obóz wojskowy, do kolumn zaś wiązano konie powodując nieodwracalne zniszczenia co tłumaczy późniejszą odbudowę.

5. Katania

Do Katanii warto pojechać pociągiem, który odjeżdża rano i w ciągu 3 h za 10 euro skaczemy na drugi kraniec wyspy, mając jeszcze pół dnia na rekonesans. Po drodze mijamy bezkresne przestrzenie sycylijskiego górzysto-rolniczego interioru i cieszymy oczy widokiem nadmorskich miejscowości. Dopiero jadąc można uzmysłowić sobie jak bardzo sucha i jałowa jest ta kraina, w której prawie cały krajobraz stanowią góry i pagórki, na których uprawia się częściej kaktusy niż winorośl. Krajobraz zmienia się jednak w okolicy Katanii, położonej na równinie nad którą góruje wielka sylwetka Etny.

Będąc w Katanii miałem wrażenie jakbyśmy przenieśli się do innego kraju, ponieważ zarówno klimat jak i wygląd miasta jest tu odmienny. Jest to w całości zasługa Etny, która w 1669 r. praktycznie zrównała miasto z ziemią oraz potężnego trzęsienia ziemi, które dokończyło dzieła zniszczenia w 1693 r. Z tej przyczyny Katania jest niemal w całości barokowa. Miejscami zdarzają się zabytki antyczne, takie jak Odeon i antyczny Teatr Rzymski, które naprawdę warto zwiedzić (wraz z muzeum w którym jest całkiem sporo interesujących zabytków, duży zbiór ceramiki i przedmiotów związanych z funkcjonowaniem teatru od starożytności po wiek XIX).

Oba kataklizmy przetrwał bez uszczerbku Castello Ursino, czyli zamek wzniesiony w latach 1239-1250 przez Fryderyka II, którego niestety nie udało się odwiedzić z powodu szykowanej właśnie wystawy impresjonizmu. Jakoś do zamków na Sycylii nie miałem szczęścia, ponieważ jednym z planowanych miejsc do odwiedzenia była Enna, z której zrezygnowałem nastawiając się właśnie na zamek w Katanii. Jak na złość zamknięte było też Castello Maniace w Syrakuzach.

Katania to czarne miasto dosłownie i w przenośni. Dosłownie, ponieważ do odbudowy użyto miejscowego materiału, czyli czarnej wulkanicznej skały. Zbudowano z niej mury, dziedzińce i wyłożono nią ulice. Dzięki temu nawet miejscowe komary są czarne przez co stały się mistrzami ninja w sztuce upierdliwego podgryzania nocą ;) Katania jest też czarna z powodu ilości imigrantów. W Palermo bywali widoczni, tutaj zdominowali całą zabytkową dzielnicę. Gdy pytaliśmy o drogę do naszego mieszkania pewna młoda dama postraszyła nas, że to bardzo zła okolica. Cóż, żyjemy i nie mieliśmy żadnych problemów, ale nocny spacer ulicami za Castello Ursino, raczej nie jest czymś co bym rekomendował samotnej kobiecie ;)

Zabytkowa dzielnica nie jest specjalnie wielka i można ją obejść w ciągu kilu godzin. Czerń kamienia i tropikalny, malaryczny klimat, który nie daje spać to dwie rzeczy, które najlepiej zapamiętałem z Katanii, choć obiektywnie patrząc w mieście da się żyć, a jeśli lubisz barok będziesz miał co zwiedzać. W Katanii można też całkiem dobrze zjeść, a nawet przy odrobinie wysiłku ogarnąć komunikację i jej nonsensy.

6. Syrakuzy

Do Syrakuz podobno jeździ pociąg, wybranie tej opcji transportu jest jednak dość karkołomne, ponieważ są chyba 2 kursy dzienne i to o dziwnych porach. W tej sytuacji pozostaje skorzystać z autobusu, który odjeżdża z dworca na przeciwko dworca PKP (nawet jeśli nie jest oznaczony na prawie żadnych mapach :P) Oznaczony w sumie nie jest też autobus ani przystanek, kasa z biletami znajduje się zaś w bocznej uliczce. Włochy pełną gębą :D Ogólnie proponuję wpleść dworzec w plan zwiedzania dnia poprzedniego i zapuścić języka u tubylców w sprawie zarówno Syrakuz jak i Etny oraz obczaić kasę biletową.

Na Syrakuzy potrzebujesz dnia. Tyle wystarczy aby porządnie zwiedzić miasto, zajrzeć do Parku Archeologicznego w Neapolis i przejść się na Ortygię. Nie wystarczy jednak to na nic innego, dlatego jeśli możesz, zostań w Syrakuzach na 2 dni (Jeśli chcecie nocować w Syrakuzach zarezerwujcie pokój z widokiem na morze na Ortygii. My nie nocowaliśmy i w sumie na zwiedzanie mieliśmy zaledwie 5 h, ale nawet spacer nadbrzeżem przekonał mnie, że warto w przyszłości w Syrakuzach się zatrzymać :)

Ogólnie Park Archeologiczny i Ortygia leżą na dwóch zupełnie przeciwległych krańcach Syrakuz, dworzec autobusowy jest zaś niemal w środku, trzeba więc się nieźle nałazić, paradoksalnie bardziej niż na Etnie. Ogólnie z Syrakuz wróciliśmy strasznie skonani ponieważ dzień był jak na tę porę roku wyjątkowo upalny, a zwiedzanie było mega intensywne. Koniecznie zabierzcie na tę wycieczkę sporo wody i wygodne buty.

Parku Archeologicznego i sensu jego zwiedzania chyba komentować nie muszę. Obejrzycie Teatr Grecki z ok V w. p.n.e., ogromną i spektakularną grotę Orecchio di Dionisio, Rzymski Amfiteatr i sporo mniejszych zabytków. Generalnie ładna kupa fantastycznych starożytnych ruin na wielkiej palonej słońcem patelni :P Jak to mówią jeśli widziałeś jeden teatr grecki to widziałeś je wszystkie ;)

DCIM101GOPROG0051308. DCIM101GOPROGOPR1339.

O wiele ciekawszą natomiast atrakcję stanowi Ortygia, czyli zabytkowa dzielnica Syrakuz, której praktycznie zdjęć niestety nie robiliśmy, oszczędzając ostatnie resztki baterii w GoPro na Etnę. Robienie zdjęć byłoby w sumie też mało zasadne, ponieważ cała dzielnica ma tak niepowtarzalny klimat i jest tak unikalna, że ciężko byłoby tam nawet wskazać jakieś konkretne punkty warte zobaczenia. Dzielnica składa się ze starej zabudowy, wąskich uliczek pełnych niewielkich knajpek wpasowanych w krajobraz. Co niezwykłe, większość dzielnicy zamknięta jest też całkowicie dla samochodów, dlatego jest to miejsce ucieczki od miejskiego gwaru i hałasu. Całości dopełniają piękne widoki na port, morze i miasto. Warto zarezerwować co najmniej 2-3 h na spokojny spacer po dzielnicy i rozpocząć go w porze sjesty, ponieważ spora część dzielnicy przypomina wtedy miasto duchów. No chyba, że planujecie obiad, wtedy tych godzin nie polecam ;)

6. Etna

Etna to inny świat i zupełnie inne wrażenia. Po tylu dniach gapienia się na zabytki, stworzone ręką ludzką, uderzający jest kontrast z surowym pięknem tej wielkiej góry, stanowiącej w zasadzie gigantyczną pustynię, pełną śladów burzliwej przeszłości. O tym że Etna stała z powierzchni ziemi Katanię już wspominałem, jest to jednak stara historia. Etna jest najaktywniejszym wulkanem Europy wznoszącym się na 3340 m n.p.m., wybucha regularnie raz na kilka lat w spektakularny sposób, ma cztery główne kratery i ponad 200 kraterów bocznych. Ostatnio wybuchła w maju 2015 r., kiedy z powodu erupcji zamknięto lotnisko w Katanii. Wybuchy z 1983 i 2005 r. niszczyły schronisko Rifugio Sapienza, do którego dojedziecie autobusem z Katanii (i w którym naprawdę warto coś przekąsić. Porcje są tam gigantyczne!).

Etna to całodniowa wycieczka, na którą pojedziecie autobusem z dworca autobusowego w Katanii, za kilka euro, kursem o 8:15, a wrócicie tym samym autobusem o 16:30. Bilety kupuje się, wyjątkowo, u kierowcy. Rozsądek nakazywałby zabrać ze sobą dobre buty górskie, ciepłe ubranie, kurkę odporną na deszcz itd. ale w praktyce nie jest to konieczne. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu ludzi takich jak pewna turystka z Polski, która jechała z nami mając na nogach wsuwane drewniaki (!), przygotowano wypożyczalnię ubrań i butów, która znajduje się na stacji końcowej kolejki linowej (30 euro wjazd + 15 euro samochód jeśli chcecie podjechać pod krater). Kolejka rusza z Rifugio Sapienza i pozwala sprawnie dotrzeć na 2500 m. Tam znajduje się bar, sklepy z pamiątkami i baza do dalszej podróży samochodem, warto pamiętać jednak że samochody jeżdżą tylko przy dobrej pogodzie.

Nasza pogoda do najlepszych nie należała, delikatnie rzecz ujmując ;) W kolejce linowej złapała nas burza gradowa z porywistym wiatrem, zacinającym niemal poziomo. Naprawdę świetnie przeżycie, zwłaszcza że akurat jedziemy na aktywny wulkan, jesteśmy wyżej niż Rysy, a wokół rozciąga się czarna pustynia :D

Moja podróż na Etnę skończyła się niewiele wyżej niż stacja kolejki. Gdy pogoda trochę się uspokoiła i widoczność mocno się poprawiła stwierdziłem, że ruszę się ze schroniska rzucić okiem na to co jest niedaleko i wybrałem się na mały rekonesans. Nie było to dalej niż kilkaset metrów od stacji bazowej. Niestety nie udało mi się zajrzeć do krateru, przekonałem się natomiast jak szybko potrafi się zmieniać górska pogoda na takiej wysokości. W ciągu minuty widoczność z naprawdę przyzwoitej spadła niemal do zera. Zdjęcia poniżej wykonałem w odstępie pięciu minut.

Etna nie jest trudną górą do zdobycia. Kamienie o ostrych krawędziach, żwir i głazy mogą utrudniać marsz ale stoki góry są łagodne, w wielu miejscach rozciągają się lekkie pagórki i niemal równiny. Droga którą poruszają się samochody kursujące ze schroniska też wyglądała na całkiem szeroką i dobrze widoczną. Niestety przy takiej mgle okazuje się, że nawet na takiej ścieżce łatwo jest zabłądzić i można stracić poczucie kierunku. Sam siebie tropiłem po własnych śladach, kilka razy wracałem się do zapamiętanego punktu aż wreszcie trafiłem gdzie trzeba. Nie powiem, ciekawie jest zabłądzić bez komórki na czynnym wulkanie we mgle na 3000 m. Przynajmniej jest o czym opowiadać i jako jedyny człowiek tego dnia widziałem choćby zarys krateru centralnego :)

DCIM101GOPROG0081474.

Po powrocie do schroniska i kolejnej godzinie oczekiwania na poprawę pogody stwierdziliśmy, że pora wracać, a następnie wybraliśmy się na spacer po kraterach znajdujących się w okolicy Rifugio Sapienza. Pogoda wtedy nagle całkiem się poprawiła, wyszło słońce, resztę zaś opowiadają zdjęcia, które (mam nadzieję) zwalczą reputację Etny jako „najbrzydszej góry świata” ;)

Wyprawa na Etnę była ukoronowaniem naszej wycieczki. Był to już przedostatni dzień podróży. Ostatni dzień przed wyjazdem zarezerwowaliśmy sobie na uspokojenie, spacer po Katanii, picie wyśmienitego wina i szybką wycieczkę do rzymskiego amfiteatru. Następnego zaś dnia wylecieliśmy do Polski zabierając ze sobą masę wspomnień, którymi postanowiłem się z Wami podzielić.

DCIM101GOPROGOPR1520.

Jeśli więc będziecie mieli okazję odwiedzić Sycylię, skorzystajcie ponieważ jest to jeden z najciekawszych i najbardziej malowniczych zakątków Europy o fantastycznej i bogatej historii, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.

W3 2014 – filmowa relacja z imprezy

niedziela, 2 Listopad 2014

Jakiś czas temu wpadłem z aparatem na Warszawskie Warsztaty Walki i udało mi się zarejestrować większość imprezy. Rozpisywał się nie będę bo nie ma sensu, zwyczajnie zapraszam do oglądania nagrań na moim kanale YouTube. A jak się spodoba no to oczywiście likujcie, udostępniajcie, subskrybujcie, komentujcie :)

Dokładny plan, regulaminy walki itp. informacje znajdziecie na oficjalnej stronie imprezy:

 

Filmy z warsztatów:

 

Podobnie jak w roku ubiegłym na imprezie odbyło się Fechtschule, nieodmiennie cieszące się wielkim powodzeniem, którego sens najlepiej chyba oddaje cytat z regulaminu:

Bez walki o miejsce na podium, bez presji punktów, macie okazję skupić się na Sztuce.
Próbować technik których obawiacie się użyć w trakcie regularnych turniejowych walk.
Wyzwać na pojedynek tych, z którymi zawsze chcieliście się porównać. Pokazać Waszą
biegłość i zdobyć uznanie innych szermierzy. Fechtujcie czysto i honorowo, bawcie się przy
tym dobrze. Pamiętajcie jednak, że udział w „Fechtschule” to przywilej, a nie prawo.

 

Wszystkie warsztaty i Fechtschule odbywały się w sobotę, natomiast w niedzielę rozegrany został turniej długiego miecza:

 

Chciałem w tym miejscu również pogratulować świetnej organizacji i podziękować za fajnie spędzony czas, a osobom sentymentalnym przypomnę, że nagrywałem również turniej zeszłoroczny ;)

 

Życzę miłego oglądania i przepraszam za wszelkie techniczne niedociągnięcia. Sztuka operatorska i montaż to nie są rzeczy, którymi zajmuję się codziennie, sprzęt też mam mocno amatorski ;)

 

Historyczna wyprawa na Giewont 26 IV 2014

czwartek, 1 Maj 2014

Słowem Wstępu

Na wstępie wypada wyjaśnić skąd wziął się pomysł na wyprawę i jak do niej doszło. Dwa tygodnie wcześniej siedzieliśmy i trenowaliśmy na osadzie u naszego znajomego Ingwara, którego w tym miejscu pozdrawiam. Kilka tygodni wcześniej Kondzisław z którym miałem przyjemność iść na tej wyprawie sam wyjechał w góry i planował zdobyć szczyt, przeszkodziło mu jednak nie do końca dobrze dobrane wyposażenie (za dużo sprzętu) oraz zamknięcie szlaku nad Przełęczą w Grzybowcu.

Od słowa do słowa stwierdziliśmy że nie ma mocnych na Eisenów. Nie udało się wtedy to uda się teraz. Postanowiliśmy ruszyć na wyprawę. Początkowo skład miał obejmować cztery osoby, ostatecznie poszliśmy we dwóch. Celem wyprawy miało być przede wszystkim zdobycie samego szczytu, później trening jeśli czas pozwoli. Z uwagi na lokalizację szczytu tym razem zrezygnowaliśmy z noclegu w terenie, nie był on zresztą konieczny do zrealizowania wyprawy.

 Wyposażenie historyczne

Obaj stwierdziliśmy że aby wyprawa miała sens należy zrealizować ją w historycznych strojach, zabraliśmy więc ze sobą komplet stroju i uzbrojenia jaki mógł charakteryzować lekkozbrojne oddziały działające w trudnym terenie górskim. Używaliśmy butów o podeszwach skórzanych, wełny, lnu, skóry tylko i wyłącznie.

Zrezygnowaliśmy z charakterystycznych dla wczesnego średniowiecza dużych tarcz na rzecz hipotetycznie występujących puklerzy (tarcz małych), które czasami pojawiają sie na ikonografiach i w opisach źródłowych. Moim osobistym zdaniem pchanie się w góry z dużą tarczą byłoby sporym utrudnieniem podczas marszu. Dodatkowo zabraliśmy miecze, hełmy normańskie z wytłumieniem, rękawice bojowe gdyby udało się zrealizować trening. Ja dodatkowo zabrałem na wyprawę skórzany plecak.

Jako prowiant wzięliśmy odrobinę (dosłownie odrobinę bo jakieś 100 gram) chleba i domowy wędzony schab (ok 100 g). Był to cały prowiant na trasę dla dwóch osób. Rano zjedliśmy odrobinę tłustej domowej wiejskiej kiełbasy i podobną ilość chleba, jednym słowem raczej przekąskę niż posiłek. Dodatkowo zabraliśmy cztery piwa.

 Elementy niehistoryczne

Dla wierności opisu je również wymienię. Dodatkowym uzupełnieniem płynów na trasie był jeden napój Oshee który został nam z dojazdu, uznaliśmy że może się przydać i faktycznie okazał się bardzo pomocny. Dodatkowo do plecaka zapakowałem awaryjnie współczesne buty taktyczne Magnum zdecydowanie nadające się do górskich wędrówek. Pamiętajmy że bezpieczeństwo na szlaku jest najważniejsze, nie wiedzieliśmy co spotkać nas może w drodze. Zabraliśmy mały kieszonkowy aparat, telefony komórkowe, dokumenty, pieniądze, paczkę fajek oraz zapalniczkę. W miarę marszu oczywiście ilość płynu i prowiantu zmniejszała się sukcesywnie, na dół znieśliśmy śmieci.

 Pogoda

Ten akurat element ewidentnie dopisał. Podczas całego marszu pogoda była bardzo dobra/dobra. Naprzemiennie występował mały deszcz, całkowite zachmurzenie, słońce itd. Mgła kilka razy się pojawiała i znikała, widoczność zawsze była przyzwoita jak na potrzeby wędrówki, dopiero na samym szczycie na chwilę otoczyło nas nieprzejrzyste mleko.

Warto dodać w tym miejscu, że ponad Przełęczą w Grzybowcu szlak na Giewont w dalszym ciągu jest zamknięty, tabliczki informacyjne odradzały marsz tą trasą aż do końca maja głównie z powodu zalegającego na trasie zlodowaciałego śniegu, który dla nas okazał się największym problemem. Śnieg leżał tylko w kilku miejscach jednak przeprawa przez nie była bardzo powolna i niezwykle trudna, osobiście kilka razy nieomal pełzałem po śniegu aby uniknąć ześlizgnięcia. Ktoś może powiedzieć w tym miejscu że powinniśmy zabrać raki i odnośnie tych odcinków ma rację, raki jednak na całej reszcie trasy bardzo utrudniałyby marsz.

Teren i szlak

Nieomal cały szlak wyłożony jest kamieniami w dość przypadkowy sposób. Raki nie wbiją się w kamień, zmniejszyłyby tylko przyczepność odrywając część stopy od podłoża. Byłyby bardzo użyteczne na naturalnych ścieżkach leśnych i w miejscach gliniastych, które też w kilku momentach były problematyczne.

Szliśmy na Giewont szlakiem czerwonym z Doliny Strążyskiej przez Polanę Strążyską i Przełęcz w Grzybowcu na Wyżnią Kondracką Przełęcz, stamtąd dalej szlakiem niebieskim aż na szczyt Giewontu.

Pierwsza część drogi aż do przełęczy, co ciekawe opisywana jako najłatwiejsza i najmniej problematyczna, dała nam solidnie w kość. Samo podejście z obecnej perspektywy faktycznie oceniam jako łatwe jednak w połączeniu z deszczem, zalegającą mgłą i ogólnie wilgotnością iście tropikalną stanowiło mordercze połączenie.

Zamierzałem maszerować w skórzni, co zdawało się dobrym pomysłem, jednak w 2/3 tego odcinka zdecydowałem się zdjąć ją mimo opadów deszczu i pozostać w samej lnianej koszuli. Dodało to kilka kilo w plecaku (na co psioczyłem prawie pod sam szczyt), jednak zapewniło lepsze dotlenienie organizmu.

Po minięciu przełęczy krajobraz szybko się zmienił, las został za nami, weszliśmy w strefę gór wysokich gdzie wszechobecna jest kosodrzewina. Powietrze wyraźnie stało się suchsze, wilgotność przestała być problemem. Ten kolejny odcinek, aż do początku szlaku niebieskiego, wspominam jako najprzyjemniejszą część trasy pełną fantastycznych widoków. Marsz stał sie prawdziwą przyjemnością.

Ostatni odcinek czyli szlak niebieski stanowił większe wyzwanie. W kilku miejscach trzeba było iść bardzo ostrożnie, wyraźnie zwiększyła się ilość śniegu zalegającego na trasie, temperatura spadła, chłód w połączeniu z wiatrem stał się bardzo wyraźny i w tym momencie skończyłem psioczyć na zabranie skórzni. Ostatnia prosta to etap zabezpieczony łańcuchami ułatwiającymi wejście na Giewont. Ten akurat odcinek oceniam jako jeden z łatwiejszych. Wspinanie się z łańcuchami nie stanowiło problemu.

Droga powrotna stanowi oczywiście lustrzane odbicie tego co opisałem wyżej z jedną zasadniczą różnicą. O ile wejście na Giewont było sporym wysiłkiem fizycznym, o tyle schodzenie nie było pod tym względem obciążające zupełnie. Zamiast tego schodzenie niesamowicie mocno obciążało psychikę.

Padający deszcz zamienił każdy kamień w potencjalnie niebezpieczną pułapkę. Dosłownie trzeba było kontrolować każdy krok, każde ułożenie stopy, a i tak przewróciłem się co najmniej 5-6 razy, kolejne kilkadziesiąt razy byłem o włos od utraty równowagi.

Śnieg który podczas marszu w górę był przeszkadzajką teraz zamienił się w realne zagrożenie, zwłaszcza że w wielu miejscach łamał się pod stopami w wyniku czego noga lądowała w głębokiej podśniegowej rozpadlinie. Naprawdę uważać trzeba było na 90% całej trasy co mocno spowolniło marsz powrotny, ryzyko złamania lub skręcenia nogi było ekstremalnie wysokie.

 Czas wyprawy

Według oznaczeń na szlaku którym maszerowaliśmy, podróż na szczyt Giewontu powinna zająć nam ok 3-4 h, a powrót ok 2,5 h. Niestety w realiach marszu historycznego o tej porze roku te wartości brzmią jak kiepski dowcip.

Do Zakopanego przyjechaliśmy przed 7:00 rano, do godziny 8:00 byliśmy już na kwaterze, zjedliśmy śniadanie. Ok 9:30 już byliśmy na trasie, a ok 10:00 weszliśmy na szlak. Na Giewoncie byliśmy ok godziny 16:00, czyli reasumując podróż w strojach historycznych zajęła nam prawie dwa razy dłużej niż to co sugerowały oznaczenia. Owszem, zrobiliśmy kilka przystanków po kilka minut, parę razy zamarudziliśmy aby popatrzeć na widoki ale w sumie najdłuższy postój nie trwał dłużej niż kwadrans.

Jeśli chodzi o drogę powrotną, do Zakopanego dotarliśmy po godzinie 20:00, w tym wypadku różnica w czasie jest jeszcze wyraźniejsza ponieważ mieliśmy o wiele mniej postojów na trasie. Tempo powrotu bardzo mocno warunkowały warunki pogodowe, o których wcześniej wspomniałem, choć nie da się ukryć że im dłużej trwało schodzenie tym szybsze było tempo. Prawdopodobnie jest to jedna z tych rzeczy, które można wypracować, można z czasem na oko oceniać jak stawiać stopy by uniknąć problemów.

 Ciekawostki na szlaku

Po pierwsze na marsz wybraliśmy bardzo dobrą porę pod tym względem, że nie było tłoku. Szlak na Giewont słynie z popularności, latem podobno przypomina autostradę. O tej porze roku nieomal nikogo nie spotkaliśmy. Owszem, w partiach leśnych mijało nas kilku turystów, jak również grupa biegaczy z obozu kondycyjnego (szacun dla tych państwa, podobno zbiegali ze szczytu!), jednak za przełęczą zrobiło się bardzo spokojnie. Na całej reszcie szlaku czerwonego w obie strony minęły nas dwie osoby. Dopiero pod szczytem, na skrzyżowaniu szlaków pojawiło się kilku turystów, wszyscy za to pytali czy w tych butach da się chodzić po górach :P

Po drugie rzeczą bardzo ciekawą było doświadczyć zmian klimatycznych między strefą lasu, górami i zmianami pogody. Zdajemy sobie sprawę że pogodę mieliśmy świetną ale zdecydowanie na takim marszu należy brać pod uwagę pełną rozpiętość aury.

Po trzecie spotkaliśmy trochę fajnych zwierzaków. Giewont jest jednym z jedynych miejsc w Tatrach gdzie zimują kozice górskie więc w okolicach szczytu natknęliśmy się na trzy oddzielne stadka, w sumie ponad 30 osobników, jeśli szacunki są prawidłowe oznacza to że widzieliśmy 1/10 całej populacji tych zwierząt po polskiej stronie gór.

Przed szczytem widzieliśmy również parę kruków co uznaliśmy za wyraźny znak Odyna, że wspiera naszą wyprawę. Po takim omenie nie mogło się nie udać ;)

 

Psychologia

O wysiłku mówić nie będę, był oczywisty. Trasa była trudna, nie przygotowywaliśmy się do marszu wcześniej w jakikolwiek dodatkowy sposób. Jednym słowem spakowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy. To co wypada poruszyć to aspekty psychologiczne. Mówiąc wprost niewiele brakło, a zawrócilibyśmy ze szlaku. Niewielka ilość pożywienia i obciążenie w połączeniu z wysiłkiem mocno siadły, zwłaszcza mi osobiście, na psychikę. W pewnym momencie podczas marszu niebieskim szlakiem, gdy już wiadomo było, że jest niedaleko byłem na skraju odpuszczenia zdobywania szczytu.

Są takie momenty gdy zwycięstwo jest bardzo blisko i jednocześnie niesamowicie daleko. Taki moment nastąpił gdy zobaczyłem krzyż i zdałem sobie sprawę, że czeka nas jeszcze ładny kawał wspinaczki na potencjalnie najtrudniejszym odcinku. Jestem absolutnie pewny że gdybym poszedł sam wtedy bym zawrócił i pewnie cały czas plułbym sobie w brodę, że nie dotrwałem.

To co mnie powstrzymało to ambicja, ponowne ubranie skórzni co zdjęło trochę ciężaru z pleców i oddanie plecaka Kondzisławowi, który cały czas maszerował bez obciążenia. Jako, że w plecaku był między innymi wspólny prowiant i woda to on poniósł plecak aż do przełęczy w drodze powrotnej. Droga powrotna całościowo była szkołą absolutnej koncentracji i skupienia uwagi, tak jak pisałem wcześniej.

 Wnioski z wyprawy

Jakkolwiek większość wyposażenia spisała się dobrze na uwagę zasługuje kilka rzeczy, które wyprawa nam uświadomiła. Po pierwsze absolutnym nonsensem było zabieranie ze sobą hełmów i rękawic. Owszem udało się je wtargać i nawet w sumie nie zawadzały ale mała jest szansa aby w realiach górskich rzeczywiście bardzo się przydały. Wydaje mi się, że przynajmniej część wojowników mogła rezygnować nawet z takiego uzbrojenia tylko po to aby się odciążyć i zyskać na mobilności.

Po drugie plecak okazał się bardziej przeszkadzać niż pomagać. Myślę że o wiele lepiej spisałyby się torby wieszane po bokach równomiernie rozkładające ciężar i dodatkowy tobołek na plecach np. przewiązany liną.

Po trzecie wiem już dokładnie dlaczego w pewnym momencie historii zaczęto stosować pochwy mieczowe wiszące pod kątem zamiast zwisających pionowo. Walory użytkowe przy wyciąganiu broni są tu oczywiste, jednak jestem przekonany, że dodatkowym powodem mogło być doświadczenie podróży w trudnym terenie. Pochwa zwisająca pionowo ma paskudną tendencję do zawadzania, mocno przeszkadza gdy trzeba przykucnąć, pochylić się podczas marszu itd. Przy wywrotce w jednym miejscu perfidnie głowica miecza wbiła mi się pod pachę, raz przy schodzeniu po stromiźnie miecz omal nie wysunął się z pochwy. Ogólnie nie polecam.

Jeśli chodzi o skórznię uczucia mam mieszane. Z jednej strony trzeba ją było nieść przez spory kawałek trasy, więc zawadzała, z drugiej okazała się bardzo pomocna na samej górze. Gdyby doszło do oberwania chmury lub burzy byłaby z pewnością nieoceniona, ogólnie lepiej jednak chyba w tym terenie spisałaby się wełna – ciepła, lekka i łatwa do transportu gdy nie jest potrzebna.

Ta diagnoza zdecydowanie została potwierdzona przez obserwacje Kondzisława, który szedł w wełnianych tunikach. Jego strój był lekki, oddychający i ciepły zarazem. Być może gdyby doszło do rzęsistej ulewy przewaga skórzni stałaby się widoczna, jednak na chwilę obecną należy uznać stosowanie wełny za bardziej optymalne.

Ogólnie w wyniku wyprawy dowiedziałem się jak wiele jeszcze muszę zmienić aby opracować optymalny zestaw marszowy. Plecak i skórznia np. wiele razy sprawdzały się świetnie na równinach, pochwa problemów nie sprawiała. Wystarczyło pójść w góry i całą piękną sielankę diabli wzięli ;)

Fantastycznie dla odmiany sprawdziła się cała reszta wyposażenia, zwłaszcza kaptur skórzany – lekki, zabezpieczający przed opadami, chroniący dokładnie to co trzeba aby zapewnić komfort podróży.

Ilość napojów i prowiantu okazała się wystarczająca, choć raczej jako opcja minimalna. Myślę że rezygnacja z bezsensownych ciężkich rzeczy i zabranie dodatkowej porcji mięsa, chleba i wody byłoby dobrym pomysłem. Koszula i spodnie lniane okazały się wystarczające na 2/3 trasy mimo opadów, buty wytrzymały choć zostały całkowicie przemoczone na odcinkach ośnieżonych.

Jednym słowem po tej wyprawie jesteśmy o wiele mądrzejsi, o wiele bardziej przygotowani do każdej wyprawy jaka mogłaby nas w życiu czekać. Było to niesamowite doświadczenie ale na koniec powiem – dzieci, nie próbujcie tego w domu ;) Mówiąc serio – to że udało nam się wrócić w jednym kawałku, bez kontuzji itd. zawdzięczamy głównie niezwykłej ostrożności, determinacji i po części wędrówkowemu doświadczeniu ale przede wszystkim szczęściu, które nas nie opuszczało ani na moment.

Po tym doświadczeniu o wiele bardziej rozumiemy co czuli krzyżowcy przeprawiający się przez góry i dlaczego stracili tam połowę armii. O wiele lepiej rozumiemy Hannibala i wszystkich tych straceńców, którzy nie mając wyjścia, musieli z górami się zmagać. Kończę ten opis wyrazem głębokiego szacunku dla tych wszystkich, którzy już tam zostali.

Autor opisu: Fiolnir

Autor zdjęć: Kondzisław i Fiolnir

Symbolika miecza w kulturze, historii i tradycji (2)

sobota, 14 Wrzesień 2013

                4.       Miecz w walce dobra ze złem, jako symbol religijny i mitologiczny

                 Czas przejść teraz do symboliki religijnej związanej z mieczem, pamiętając iż właściwie wszędzie funkcje religijne i państwowe się zazębiały, władcy zaś i wojownicy pełnili również funkcję obrońców wiary.

                 Starcie między Jezusem i Szatanem według Ewangelii Łukasza[1] ma być starciem zbrojnym. Nie wiadomo w co dokładnie uzbrojony będzie Szatan, wiadomo jednak, że do zabicia Lewiatana Pan użyć ma „twardego, wielkiego i mocnego miecza”[2]. Skądinąd wiadomo, że miecz ten może być mieczem ognistym, pojawiającym się wiele razy w rozmaitych tradycjach, a pierwszy raz notowanym już w Księdze Rodzaju gdzie czytamy iż: „Bóg wygnał Adama, a przed rajem rozkoszy postawił cherubów i płomienisty miecz wirujący, aby strzegły drogi do drzewa życia”[3]. Między innymi dlatego na wielu przedstawieniach średniowiecznych słowa Jezusa są przedstawione jako miecze (lub miecz) wychodzący z ust[4] (czasami od wieku XIV również Maryję przedstawiano z mieczem, ale ten miecz wbity był w serce na znak matczynej rozpaczy za synem)[5]. Innym ważnym alegorycznym przedstawieniem Chrystusa był jednorożec, symbolizujący czystość, którego róg symbolicznie łączono z mieczem[6]. Oczywiście nic nie łączyło się z symboliką chrześcijańską bardziej niż krzyż, jednak znany był on też o wiele wcześniej stanowiąc amulet przeciwko demonom i złym czarom właśnie ze względu na swoje podobieństwo do miecza[7].

                 Miecze pojawiają się też w symbolice różnych świętych będąc symbolem ich statusu lub męczeńskiej śmierci. Książka przebita mieczem to atrybut św. Bonifacego[8], ucho i miecz to znak św. Piotra nawiązujący do sceny w której uciął ucho rzymskiemu żołnierzowi[9]. Władysław Kopaliński łączy jego symbol między innymi ze św. Pawłem, Jakubem Większym, Jerzym, Adrianem, Agnieszką, Albanem, Apolinarą, Apologetą, Bonifacym, Eufemią, Gerwazym i Protazym, Justyną, Łucją, Marcinem z Tours, Pankracym, Piotrem Męczennikiem, Tomaszem Beckettem[10].

                 Czasem miecze używane były też do zabijania różnych mitycznych potworów – smoków (np. archanioł Michał zabić miał smoka mieczem po tym jak złamał swoją włócznię, Sigurd zabijający Fafnira)[11], hydr, lwów, byków, dzików[12] oraz złych duchów.

                 Miecz w religiach monoteistycznych oznaczał też bożą sprawiedliwość, sąd i nakaz bezwzględny. W Biblii znajdziemy przykaz: ,,Wdowie i sierocie szkodzić nie będziecie (…). Jeśli je pokrzywdzicie (…), pobiję was mieczem”[13]. „A jeśli nie usłuchacie mnie (…), rozproszę was między narody i dobędę miecza za wami”[14]. Znajdziemy tam też miecz złoty symbolizujący niechybne zwycięstwo nad wrogami. Juda Machabeusz we śnie otrzymuje go od proroka Jeremiasza ze słowami: „Weź miecz święty, dar od Boga, którym porazisz wrogów”[15], była to również ulubiona broń Apolla[16].

                 Władysław Kopaliński podaje, że: „Taniec z mieczami wykonywany w różnych epokach na różnych krańcach świata (korybanci, kureci, derwisze, kaukascy górale itd.) jest rodzajem artystycznej zaprawy wojennej, mogącej zapewnić sukces w rzeczywistej walce, a poza tym ma być popisem męskości działającym podniecająco na przypatrujące się kobiety przy okazji ślubów, pogrzebów, uczt; jako magia zmuszająca przyrodę do właściwego następstwa zdarzeń, broni przed złymi duchami, zapewnia płodność, zastępując dawne ofiary z ludzi i zwierząt”[17].

                 W mitologii germańskiej miecz był bronią wielu znakomitych bogów. Lewą ręką władał nim Tyr (po tym jak prawą stracił w paszczy Fenrira), walczył nim również Frey, a miecz jego był tak dobry, że podczas wojny Asów z Wanami przeciął nawet maczugę Thora (który potem dopiero zaczął używać młota)[18]. Miecze i ogólnie broń składano też jako ofiarę dla bogów topiąc ją w jeziorach i bagnach oraz dawano zmarłym składając ją do grobu, przy czym w większości wypadków broń taka, zwłaszcza zaś miecze, była rytualnie niszczona – wyginana, łamana lub nawet dosłownie skręcana w rulon. Podobne zwyczaje występowały również i u Słowian, gdzie posągi bóstw też posiadały miecze oraz składano im ofiary z broni[19].

                 Miecze odgrywać też mają znaczną wolę w skandynawskim końcu świata, Ragnaroku. Na czele Ognistych olbrzymów stać ma Surt (Czarny) uzbrojony w ogromny płomienisty miecz którym podpalić ma cały świat. Gdy Odyn padnie pod szczękami wilka Fenrira rzuci się na niego jego syn, Widar który rozedrze paszczę potwora na strzępy i wbije w nią miecz trafiając w serce. Spleceni w śmiertelnym uścisku padną Garm – olbrzymi pies strzegący krainy umarłych oraz Tyr, bóg wojny, który zanim umrze przebije potwora swoim mieczem.  W walce pod płomiennym mieczem Surta padnie Frey, który onegdaj zastawił swój miecz w zamian za rękę pięknej olbrzymki (walczył potem jelenim rogiem). W walce na miecze wzajemnie i w równym pojedynku pozabijają się Heimdall i Loki[20].

                 Na uwagę zasługuje też w kontekście tej pracy Stoor, którego historia zdumiewająco przypomina krakowską legendę o wawelskim smoku. Andrzej Szrejter pisze: „Stoor jest demonologiczną hipostazą znanego z mitologii Jórmunganda (prawdopodobniejsze wyjście) lub Nidhógga. Przedstawiano go jako gigantycznego morskiego węża-smoka, który, wynurzając się z wody, zatapiał ogromne połacie lądu. Jedynym sposobem przebłagania Stoora było składanie mu w darze dziewic. Miejscowy król – a jego córkę też miano ofiarować – obiecał następstwo tronu, królewnę i magiczny miecz Odyna temu, kto zabije potwora. Wyczyn powiódł się bohaterowi o imieniu Assipatle, który nakarmił Stoora płonącym torfem. (…) Umierający potwór stracił zęby, które wpadły do morza, tworząc łańcuchy Orkadów, Wysp Owczych i Szetlandów. Z ciała smoka utworzyła się Islandia, znana z wybuchów wulkanów (efekt ciągle wrzącego ognia w ciele Stoora). Ostatnim uderzeniem ogona wąż oddzielił Norwegię od północnej Danii (zwanej w opowieści Wyspą Nordjutland chodzi o półwysep Wendsyssel na północy Jutlandii)”[21].

                 5.       Miecz w ręce kobiety

                  Już na wstępie powiedzieć trzeba iż miecz był bronią typowo męską, można powiedzieć wręcz ze arcymęską (łac. gladius oznaczał zarówno miecz jak i penisa[22]), dlatego jeśli w dawnych opowieściach pojawiały się postaci kobiet z mieczem to dotyczyło to zawsze i bez wyjątku sytuacji szczególnych które łączyły się bądź to ze sprawowaniem funkcji kapłańskich bądź z sytuacją wypełniania prawa zemsty przekraczającego nawet zwykłe granice płci. Kobiety w kontekście miecza występowały również jako femme fatale albo symbol świata na opak gdzie prawa są barbarzyńskie, postaram się w skrócie przedstawić również i tę symbolikę.

                 Kształt miecza wiązał go z wojną, zasadą aktywną (pochwa miecza to pasywność i żeńskość)[23], męskością, siłą, płodnością oznaczał męską linię rodu, dziedziczenie „po mieczu” w przeciwieństwie do „kądzieli, kobiecego atrybutu ciągłości życia, oznaczającej linię żeńską, po matce”[24]. Jednocześnie w kulturach wschodnich zdarzały się od tego odstępstwa, i o ile prosty miecz dalej oznaczał męskość o tyle już wygięta szabla przypominająca księżyc kojarzona była z zasadą żeńską[25], na indyjskich reliefach widać np. strażniczki świątyni uzbrojone w szable[26].

                 Za doktorem Hansem Biedermannem można powiedzieć, że: „Tylko w wyjątkowych przypadkach miecz pojawiał się w dłoni niewieściej. Joanna d’Arc stracona na stosie w roku 1431, mówiła, że św. Katarzyna wskazała jej miecz zakopany pod wiejskim kościołem: „Miecz był pod ziemią, zupełnie zardzewiały, a na nim pięć krzyży. Głosy powiedziały mi, że tam jest (…) Poleciłam, by napisano do miejscowego duchowieństwa i poprosiłam, aby mi go dano. I oni mi przysłali ten miecz” (cytat wg A. Holla z akt sądowych sprawy). Mieczem tym wywalczyła Joanna wiele zwycięstw dla Francuzów.

 

                 W dawnych Chinach wierzono, że czarownicy przepędzają mieczami demony, a legenda mówiła o „męskim” i „żeńskim” mieczu, które odlano w górach Kuenlun z wątroby i nerek mitycznego zająca, żywiącego się metalem. Uważano, że gdy kobieta śni, że wyjmuje miecz z pochwy, urodzi syna (miecz ma także w psychoanalizie męski, falliczny charakter). Miecz w snach kobiet oznaczał szczęście, natomiast w snach mężczyzn miecz wpadający do wody zapowiadał śmierć kobiety”[27].

                 Strabon poświadczał istnienie u Celtów szeregu krwawych obrzędów poświęconych bóstwom kobiecym które odprawiane były przez kapłanki dzierżące miecze. Opis ten przytacza Jerzy Gąssowski: „(…) i szły za nimi wróżbitki, które przepowiadały przyszłość. Te kapłanki o białych włosach, biało odziane, nosiły płaszcze wełniane, spięte agrafami i pasem z miedzi. Szły boso, z mieczem w dłoni, przed więźniami. Po ozdobieniu ich wieńcami prowadziły ich do basenu, który mógł zawierać 20 amfor, tam wchodziły po schodkach, podnosiły każdego więźnia aż na brzeg basenu, podcinały mu gardło i według tego, jak ściekała krew – wróżyły. Inne kapłanki otwierały ciało i wróżyły z wnętrzności, oznajmiając zwycięstwo ich armii. Podczas bitwy uderzały w skóry pokrywające ich wozy, co robiło straszny hałas”[28].

                 Jeśli chodzi o zemstę w wykonaniu kobiet to świadczyła ona o najwyższym wzburzeniu, ale również o szlachetności pochodzenia i dotyczyła jedynie sytuacji w których sprawa była gardłowa. W mitologii skandynawskiej pojawia się np. olbrzymka Skadi, córka olbrzyma Thjaziego z Thrymheimu którego bogowie zabili podstępem, a także Gudrun z pieśni Eddaicznych mordująca Atlego (Atyllę) i walkiria Brunhilda[29].

                 W temacie wątków kobiety sprowadzającej nieszczęście warto zauważyć, że symbol ten jest bardzo rozległy i dotyka ogromnej liczby wątków i tabu, a wiąże się z obcością kobiecości w męskim świecie. Księga Przypowieści mówi: ,,Wargi obcej kobiety ociekają miodem, usta jej są gładsze niż oliwa, lecz koniec jej gorzki jak piołun i ostry jak miecz obosieczny. Nogi jej zstępują do śmierci, a kroki jej dochodzą do otchłani”[30], motyw ten wyrażał się zaś np. w tabu krwi, menstruacyjnym, rytuałach przejścia i wielu innych. Kobieta stawała się w tym kontekście również powodem upadku bogów i bohaterów. Frey daje swój miecz Skirnirowi, swemu przyjacielowi po to aby zdobył dla niego piękną olbrzymkę i ginie przez to w dniu Ragnarok (darowuje mu również swego konia, bransoletę i jabłka młodości)[31]. Również Cuchulainn[32], najważniejszy heros celtycki, zabić musi w pojedynku swego najlepszego przyjaciela Ferdiada. Oto jak śpiewał Ferdiad przed pojedynkiem: „Wysiłek to wielki / Bój z Cuchulainnem krwawym!/ Szkoda – że to raczej dwustu mężom z Fal / Nie kazano mi czoła stawić – dwukrotna. / Żałosny to bój, / Który ja i Zręczny Pies ze sobą stoczymy! / Siec będziemy ciało i krew, / Mięśnie i skórę rąbać. / Żałosne to. Boże, / Że między mną i nim stanęła kobieta! / Połową mego serca jest Pies Bez Wady, / A połową serca Psa jestem ja! / Na tarczę moją: / Jeśli polegnie Pies z Ath Cliath, / Pchnę wąski miecz mój / Przez moje serce, mój bok, moją pierś! / Na miecz mój: / Jeśli polegnie Pies z Glinne Bolg, / Nie zabiję żadnego potem człowieka, / Zanim nie przeskoczę na Drugi Brzeg!”[33].

 

                 Jeśli chodzi wreszcie o motyw świata na opak to najbardziej znanym motywem są oczywiście opowieści o Amazonkach[34]. Miały być plemieniem wojowniczych kobiet zamieszkującym Kapadocję strojem i zwyczajami odgrywającymi świat męski. Potykali się z nimi najważniejsi greccy herosi – Bellerofont, Achilles, Tezeusz, Herakles. Historycznie ich istnienie nigdy nie zostało potwierdzone, ale sam motyw dość silnie funkcjonował w wielu miejscach, wpływając między innymi na wczesnośredniowieczne kroniki ruskie gdzie odnajdujemy kolejną słynną mścicielkę – Olgę, okrutnie mszczącą się na Drewlanach którzy zamordowali jej męża kniazia Igora[35].


[1] Łk 11, 21-22.

[2] Iz 27,1.

[3] Rdz 3,24; Roman Jarosiński, op. cit., s. 97-98; J. E. Cirlot, op. cit., s. 317.

[4] Ef 6, 11-17; Iz 49,2; Hbr 4,12; Ap 1,16; Władysław Kopaliński, op. cit., s. 445;  Roman Jarosiński,   op. cit., s. 97-98;  Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 372; J. E. Cirlot, op. cit., s. 31, 167.

[5] Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 426.

[6] J. E. Cirlot, op. cit., s. 357; Władysław Kopaliński, op. cit., s. 121-122.

[7] J. E. Cirlot, op. cit., s. 71; Władysław Kopaliński, op. cit., s. 177.

[8] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 180.

[9] Mt 26,51. Władysław Kopaliński, op. cit., s. 444.

[10] Ibidem, 225-226; Roman Jarosiński, op. cit., s. 10; Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 24.

[11] Ibidem, s. 14; J. E. Cirlot, op. cit., s. 49.

[12] Jerzy Gąssowski, Mitologia Celtów, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1987, s. 193.

[13] Wj 22,22-24.

[14] Kpł 26, 27-33.

[15] 2 Mch 15, 16.

[16] Andrzej Wierciński, op.cit., s. 147.

[17] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 195-196, 225-226.

[18] Artur Szrejter, op. cit., s. 74-78.

[19] Aleksander Gieysztor, op. cit., s. 102, 104, 108, 114.

[20] Artur Szrejter, op. cit., Gdańsk 2006, s. 177-181.

[21] Artur Szrejter, op. cit., s. 281.

[22] Roman Jarosiński, op. cit., s. 97-98.

[23] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 150.

[24] Ibidem, s. 226.

[25] Ibidem..

[26] Kazimierz Michałowski (red.), op. cit., s. 264.

[27] Symbolika miecza, część 1, źródło:  http://dawneuzbrojenie.blogspot.com/2011/02/symbolika-miecza-czesc-1.html (1 marca 2011).

[28] Jerzy Gąssowski, op. cit., s. 60.

[29] Jadwiga Pisowiczowa (red.), Edda poetycka, przeł. Apolonia Załuska-Stromberg, Zakład Narodowy Imienia Ossolińskich, Wrocław 1986, 280-370., 100-106; Artur Szrejter, op. cit., s. 100-106.

[30] Prz 5, 2-5.

[31] Artur Szrejter, op. cit., s. 170-173.

[32] Imię bohatera wiązało się z psem, którego kiedyś zabił stąd pies nie jest w pieśni obraźliwym epitetem.

[33] Jerzy Gąssowski, op. cit., s. 183-184.

[34] Kazimierz Michałowski (red.), op. cit., s. 28-29.

[35] Paweł Żmudzki, Władca i wojownicy. Narracje o wodzach drużynie i wojnach w najdawniejszej historiografii Polski i Rusi, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2009, s. 161-179.

Symbolika miecza w kulturze, historii i tradycji (1)

sobota, 14 Wrzesień 2013

                 1.      Krótki wstęp 

                Dziś odejdziemy trochę od standardu i zajmiemy się tematem bardziej teoretycznym niż praktycznym. Tekst na temat symboliki miecza stanowi jeden z podrozdziałów mojej pracy magisterskiej obronionej w roku 2011 w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego pt. „Motyw miecza we współczesnym kinie amerykańskim” napisanej pod kierunkiem dr hab. Urszuli Jareckiej z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Tekst publikuję bez zmian, rozszerzyłem tylko ilość ikonografii. Miłej lektury.

                2.      Miecz, wojna i śmierć

                Kiedy myślimy o mieczu, pierwszym skojarzeniem jakie przychodzi na myśl jest jego podstawowa funkcja. Miecz jest bronią, został wymyślony po to aby zabijać nim innych ludzi. Nie nadaje się do polowania (pomijając sytuacje wyjątkowe co widać na ilustracji), nie można nim porąbać drewna ani nic zbudować w przeciwieństwie np. do topora. To między innymi dlatego miecz posiada tak bogatą symbolikę łączącą go bezpośrednio z arystokracją, władzą królewską i rycerstwem ale przede wszystkim z wojną i śmiercią.

                Miecz jako narzędzie wojny zawsze łączony był z żywiołem ognia[1], zaś w układzie pojedynku włóczni, trójzębu lub procy i miecza następowało symboliczne zderzenie walki ognia z żywiołem ziemi, wody lub powietrza[2]. W tym kontekście przestają dziwić przedstawienia gladiatorów walczących bardzo jednoznacznie symboliczną bronią, zaś biblijna walka Dawida z Goliatem nabiera zupełnie nowej treści. Dawid zabijający swego adwersarza kamieniem używa broni „pierwotnej i świętej”, przeciwstawia kamień mieczowi[3], nie zawsze jednak walka i wojna były tak czyste, wystarczy przypomnieć rzymskie przysłowia: inter arma silent leges („w szczęku broni milkną prawa”) oraz inter arma silent Musae („w szczęku broni milkną muzy”) by widzieć iż wojna niosła od zawsze chaos i upadek kultury. Dlatego Biblia mówi: „I przekują swoje miecze na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy”[4], zatem zamiana broni w narzędzia rolnicze symbolizuje pokój, którego czasami miecz również był gwarantem.

                Miecz wzniesiony symbolizował sprawiedliwość, odwrócony w dół i zwrócony ku ziemi śmierć, żałobę i zniszczenie, zwrócony ostrzem w przód lub obnażony oznaczał wojnę, w tył lub w pochwie umiarkowanie, roztropność i pokój[5]. To dlatego z mieczem przedstawiany był bożek Thanatos będący greckim uosobieniem śmierci, syn Nocy, brat Hypnosa[6], dlatego też miecz dzierży Wojna, jeden z czterech Jeźdźców Apokalipsy[7], a także Mars, rzymski bóg wojny[8] i Ares, jego grecki odpowiednik[9]. Nic dziwnego również, że szczególnie mocne połączenie znaczeniowe miecza z wojną występowało u Germanów dla których śmierć w walce była niezwykle ważna. To dlatego walkirie: „W czasie bitwy tkały na krosnach kobierce, wyobrażające walkę. Nićmi były jelita poległych, ciężarkami tkackimi – głowy zabitych, bijadłami – miecze, a płochami – strzały”[10]. W Skandynawii wierzono, że: „Poza rzęsami Ymira faluje ocean Garsecg. Od północy nie jest zbyt szeroki, tak że wydaje się rzeką. Dlatego niektórzy nazywają tamtą jego część rzeką Slid (Okrutną), mroźną, pełną mieczy, włóczni i innych zapowiedzi wiecznej wojny”[11].

                W średniowieczu miecz utożsamiano z rozpaczą przedstawiając ją za pomocą wizerunku kobiety przebijającej się ostrzem[12] pamiętając jednocześnie o ewangelicznym napomnieniu, że: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”[13] i o tym, że wojna w imię boże może być sprawiedliwa. W Ewangelii Mateusza Jezus mówi: „Nie przyszedłem zsyłać pokoju ale miecz”[14]. Miecz symbolizować więc mógł również wystąpienie zbrojne, bunt, krucjaty i krzyżowców (zwłaszcza w zestawieniu miecza z tarczą), groźbę („miecz Damoklesa”), nienawiść, fanatyzm, zemstę oraz brak litości dla pokonanych. „Nasze prawo w naszych mieczach” powiedzieć miał w 390 p.n.e. król Gallów, Brennus, do posła rzymskiego. „Biada zwyciężonym!” – łac. vae victis! – wykrzyknąć miał tenże Brennus dorzucając swój miecz na szalę z odważnikami, gdy przy ważeniu złota (kontrybucji wojennej) Rzymianie uskarżali się na przewyższający umówioną wagę ciężar odważników. Stąd: „Rzucić swój miecz na szalę” – narzucić rozstrzygnięcie siłą zbrojną”[15] (czego bardzo szczególnym symbolem było skrzyżowanie mieczy, nawet potocznie oznaczające walkę). W podobnym tonie rozumieć należy również błyskotliwe użycie miecza przez Aleksandra Wielkiego rozcinającego węzeł gordyjski[16] i rozwiązującego nierozwiązywalny problem.

                3.      Miecz i królewskość, władza, rycerskość, sprawiedliwość

                Obok wojny miecz wiązano również bardzo silnie z władcami, rycerzami[17], wojownikami, książętami i wszystkimi osobami zajmującymi się w jakiś sposób walką, ale również z kapłanami i poetami[18]. Jak już pisałem wcześniej, było tak dlatego, że miecz stanowił tylko i wyłącznie broń i długo mogli pozwolić sobie na niego tylko najbogatsi. Funkcje królewskie zaczął pełnić już w starożytnym Egipcie (zakrzywiony miecz chepesz[19], zresztą obok kilku rodzajów bereł)[20] i Mezopotamii, gdzie nawet wcześniej niż w Egipcie zaczęły być symbolem bogów (np. Nergala, boga podziemi,  dzierżącego charakterystyczny miecz o sierpowatym kształcie)[21] i istot chroniących przed złem (np. tzw. „lwa-centaura” urmahlullu uzbrojonego w prosty kończysty miecz i walczącego z demonami pod postaciami lwów)[22] oraz królów (czego przykładem jest np. doskonały relief z Niniwy przedstawiający króla Asurbanipala zabijającego rannego lwa prostym mieczem[23], a jeszcze bardziej całkowicie zachowany brązowy miecz sierpowaty z inskrypcją „Sun Eniil – Nirari króla Asyrii”[24]). Analizując historię uzbrojenia dość łatwo można zauważyć, że w swych funkcjach zastąpił berło oraz, bardziej jeszcze archaiczną, włócznię[25].

                Stając się symbolem królewskim i rycerskim miecz wszedł do heraldyki już w starożytności (Partowie używali go na swych sztandarach)[26]. Znany był w tym charakterze również w świecie muzułmańskim jako tzw. „miecz Alego” (Zu’1-fikar) mający postać szabli często o pofalowanym ostrzu[27]. W średniowieczu oznaczał obronę, wykonanie wyroku w imię sprawiedliwości albo osobę wolną. Był symbolem powodzenia i zwycięstwa, łączył się z cnotami rycerskimi, zwłaszcza z czystością[28]. W wielu kulturach istniał zwyczaj uświęcający miecz jako strażnika dziewictwa i cnoty, polegający na umieszczaniu go w łożu między mężczyzną i kobietą (król Marek zaskakuje Tristana i Izoldę pogrążonych niewinnie we śnie, przedzielonych nagim, obosiecznym mieczem)[29]. Jako, że dzierżony był przeważnie w prawicy z czasem prawa strona zaczęła być uznawana za bardziej zaszczytną[30], co ciekawe w starożytności rzymscy legioniści nosili gladius (którego nazwa oznaczała również penisa) po prawej stronie, oficerowie zaś mieli prawo do noszenia go po lewej (w pochwie zwanej vagina)[31]. Już w czasach biblijnych widać wyraźnie iż prawica była stroną ważniejszą i bardziej symboliczną. W Księdze Zachariasza czytamy: „Biada pasterzowi nieużytecznemu, który porzuca owce! Niech miecz spadnie na jego ramię i na jego prawe oko!”[32].

                Ze względu na swój związek z władzą miecze stawały się również wyznacznikami pozycji i prawości pretensji do tronu. Prawowitym władcą okazywał się ten kto był w stanie wyciągnąć miecz ze skały (Excalibur dawniej zwany Caliburn jest tu oczywiście najbardziej znanym przykładem mieniący się wieloma kolorami i wykonany z klejnotów symbolizujących cnoty)[33]. W jednej z wersji legendy Artur otrzymuje magiczne ostrze od Pani Jeziora który potem zostaje jej zwrócony po śmierci króla i znów zdobyć go może tylko najczystszy ze wszystkich rycerzy – Sir Galahad. Legendy mieczowe nie są związane jednak tylko z cyklem arturiańskim. W Polsce mamy Szczerbiec, królowie angielscy posługują się tępym mieczem miłosierdzie – Curtaną, wiązaną z postacią Edwarda Wyznawcy, albo francuski miecz Joyeuse należący ponoć do Karola Wielkiego[34]. Jak widać szczególnie ważnym mieczom często nadawano imiona. Wymienić tu wypada oczywiście jeszcze przynajmniej miecze takie jak Colada lub Tizona (miecz Cyda), Durendal (miecz Rolanda), Gram (miecz Sigurda), Hrunting oraz Nægling (miecze Beowulfa) i wiele innych.

                Ponieważ miecz był zarówno symbolem prawa i sprawiedliwości jak i męstwa, honoru i uczciwości dlatego bardzo rozpowszechnione było składanie najbardziej znaczących przysiąg właśnie na miecz[35] i to na długo jeszcze zanim powstał kodeks rycerski. W opisie traktatu zawartego między Rusią i Bizancjum w 907 roku czytamy iż kniaź Oleg i jego wojownicy: „Klęli się na swoje miecze i na Peruna swojego boga, i na Wołosa boga bydlęcego, i tak został utwierdzony pokój”[36].

                W razie złamania przysięgi zaś zemsta przynależała do broni na którą przysięgano. Według porozumienia z 944 r. krzywoprzysięzca: „nie obroni się własną tarczą i zostanie rozsieczon własnym mieczem, strzałami i innym orężem swoim”[37]. Miecz był również wykonawcą wyroku za pogwałcenie najbardziej elementarnych praw gościnności w świecie skandynawskim. W opowieści o dwóch braciach Geirrodzie i Agnarze Odyn wypowiada te słowa: Przepowiadam ci śmierć z własnej ręki. Przepowiadam ci śmierć haniebną. Przepowiadam ci, że nie zasiądziesz w Walhalli. Przepowiadam, że tron po tobie przejmie syn twój, Agnar, i będzie rządził długo i sprawiedliwie, jak rządziłby brat twój tego samego imienia. To ci wieszczę! Geirrod zrozumiał swój błąd i, wiedziony raczej strachem niż skruchą, zerwał się zza stołu, by uwolnić Odyna. Wtedy jednak zza pasa wysunął mu się miecz i upadł na posadzkę. Nie zauważywszy tego, Geirrod nadepnął na ostrze, a to uniosło się i wbiło w jego brzuch. Król umarł w męczarniach, nikt nie potrafił mu pomóc ani zmniejszyć bólu”[38].

                Szalenie istotnym symbolem pojawiającym się wielokrotnie była również broń złamana symbolizująca impotencję, nieszczęście, bezpłodność i jałowość[39]. W świecie celtyckim w którym tradycja ta była szczególnie silna bezpośrednio utożsamiano króla z krajem którym władał, dlatego klęski nieurodzaju przypisywano nieprawości władcy. Symbol złamanej broni i jej reperacji wywodzi się z tej tradycji, pojawia się również w kontekście opowieści o Nibelungach gdzie strzaskany miecz Siegmunda (nazywany Balmunga) reperuje jego syn Siegfried. Również w legendach arturiańskich pojawia się ten wątek – Gawain i Parsival otrzymują potrzaskany miecz, którego jednak nie udaje im się naprawić. Ta broń symbolizuje śmierć[40].

              Nie trudno zgadnąć, że symbol z taką tradycją z biegiem lat nabierał dziesiątków nowych znaczeń. Był najważniejszym symbolem męstwa[41], jednej z cnót kardynalnych, występował też w symbolice wszystkich pozostałych. Umiarkowanie i roztropność w starożytności reprezentowała Temperana: „przedstawiana z lwem, wielbłądem, gołębiem, czaszką, klepsydrą, cyrklem lub mocno osadzonym w pochwie mieczem”[42]. Obok niej mamy Sprawiedliwość czyli Justitię[43] lub Temidę z wagą i mieczem, czasami też z rogiem obfitości i przepaską na oczy[44], Fortitudo zaś z maczugą, mieczem tarczą lub lwem[45]. Ze sprawiedliwością łączy się również złoty miecz Chrysaor symbolizujący duchową wzniosłość[46].

                Szczególne powiązanie miecza z władzą podkreśla pośrednio jego zestawienie z innymi rodzajami broni. Dla przykładu maczuga (pomijając berło, buzdygan etc.) zostaje zredukowana do roli broni chłopstwa i pospólstwa, jest też narzędziem kary oraz w pewien sposób przeciwieństwem rycerskości. W bitwach średniowiecznych używają jej już przede wszystkim duchowni objęci ciągle tabu przelewania krwi, tacy jak biskup Odo przedstawiony na powyższym fragmencie Tkaniny z Bayeux[47] (biskupi o władztwie świeckim używali również miecza co przetrwało między innymi w heraldyce oraz w Pieśni o Rolandzie gdzie pojawia się Almace – miecz arcybiskupa Reims)[48]. Nowych pejoratywnych znaczeń nabrał również nóż[49]: „przeciwieństwo miecza, nikczemna, skrytobójcza broń przeciw bohaterskiej; reprezentuje instynktowne moce, popychające rękę z nożem do działań związanych z zemstą, morderstwem, obroną przed nagłym napadem, ale i z ofiarą, podczas gdy miecz jest obrazem wzniosłości ducha rycerskiego”[50].

<<<Część Druga>>>


[1] J. E. Cirlot, A Dictionary of symbols, Routledge & Kegan Paul Ltd, London 1971, s. 106.

[2] Władysław Kopaliński, Słownik Symboli, Wiedza Powszechna, Warszawa 1990, s. 30, 436;  J. E. Cirlot, op. cit., s. 351.

[3] Ibidem, 142.

[4] Iz 2,4.

[5] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 29-30.

[6] Kazimierz Michałowski (red.), Encyklopedia sztuki starożytnej – Europa, Azja, Ameryka, Afryka,  Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1974, s. 445.

[7] Ap 6,2-8; Krystyna Kubalska-Sulkiewicz (red.), Słownik terminologiczny sztuk pięknych, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2003, s. 17.

[8] J. E. Cirlot, op. cit., s. xxxviii.

[9] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 97-98.

[10] Artur Szrejter, Mitologia germańska, Wydawnictwo L&L, Gdańsk 2006, s. 269.

[11] Ibidem, s. 59.

[12] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 224.

[13] Mt 26,52.

[14] Mt 10,34.

[15] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 224-226.

[16] Ibidem, s. 456; J. E. Cirlot, op. cit., s. 173.

[17] Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 52.

[18] J. E. Cirlot, op. cit., s. xlvii.

[19] Ibidem, s. 90.

[20] Guy Rachet, op. cit., s. 59-60, 64-65.

[21] Jeremy Blacki, Anthony Green, Słownik mitologii Mezopotamii, przeł. Andrzej Reiche, Wydawnictwo Książnica, Katowice 1998, 19, 195.

[22] Ibidem, 108.

[23] Ibidem, 150.

[24] David Harding, op.cit., s. 35.

[25] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 478; Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., 161.

[26] J. E. Cirlot, op. cit., s. 108.

[27] Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 455.

[28] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 225-226.

[29] Ibidem.

[30] Ibidem, s. 340.

[31] Zbigniew Żygulski jun., Broń starożytna – Grecja, Rzym, Galia, Germania, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1998, s. 84.

[32] Za 11,17.

[33] J. E. Cirlot, op. cit., s. 240-241.

[34] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 225.

[35] Ibidem, s. 226.

[36] Aleksander Gieysztor, Mitologia Słowian, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1982, s. 58, 66-67.

[37] Ibidem, s. 114.

[38] Artur Szrejter, op. cit., s. 141-142.

[39] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 226.

[40] J. E. Cirlot, op. cit., s. 83, 241, 325.

[41] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 59.

[42] Roman Jarosiński (red.), Leksykon symboli, Wydawnictwo ROK, Warszawa 1991, s. 163.

[43] Ibidem, s. 69.

[44] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 447

[45] Roman Jarosiński, op. cit., s. 43.

[46] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 502; J. E. Cirlot, op. cit., s. 120.

[47] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 220-221.

[48] Krystyna Kubalska-Sulkiewicz, op. cit., s. 204.

[49] J. E. Cirlot, op. cit., s. 169.

[50] Władysław Kopaliński, op. cit., s. 261.

Dział ogólny

piątek, 31 Maj 2013

W tym miejscu pojawiać się będą wpisy dotyczące wszelkich aspektów związanych z rekonstrukcją historyczną jako taką.  Zapraszam do śledzenia strony, za jakiś czas na pewno coś się tutaj pojawi :)