Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archiwum kategorii ‘Strój i ozdoby’

Krok po kroku – Jak wykonać pochwę do miecza

niedziela, 24 Maj 2015

Jak zapewne zdążyliście zauważyć w mojej kolekcji przybyło ostatnio kilka mieczy, a że miecz bez pochwy jest o połowę mniej wart (jak przekazują nam frankijskie źródła), zatem do dzieła.

Krok pierwszy – źródła

W tym artykule mówię o pochwach konkretnie ale ta uwaga tyczy się wszystkich możliwych zagadnień w rekonstrukcji. Zanim cokolwiek zrobisz, zanim kupisz poszukaj źródeł na temat tego co chcesz zrobić. Historyczność wiele osób postrzega jako upierdliwość skutkującą ciągłym wymienianiem sprzętu, tymczasem rzeczy historyczne zwyczajnie… są historyczne. Dziś, jutro, za 10 lat jeśli zrobisz coś na podstawie zachowanych zabytków i źródeł będziesz miał drogi czytelniku święty spokój.

O tym elemencie, czyli źródłach właśnie, powstanie oddzielny tekst który właśnie się pisze, dlatego aby nie dublować, tutaj zajmę się tylko i wyłącznie kwestią wykonania pochwy i postaram się w możliwie łopatologiczny sposób pokazać wszystko krok po kroku.

Generalne zasady konstrukcyjne pochew pozostają bardzo podobne na przestrzeni wieków, to co ulega modyfikacjom to sposób mocowania pasów na pochwie. Co jest istotne – proste rozwiązania bywają stosowane bardzo długo, mnogość rozwiązań konstrukcyjnych w tym wypadku jest niemal tak duża jak ilość możliwych do wyobrażenia opcji, więc większość kombinacji jest historyczna.

f6661f3efdaa38c7b61632f9a80b82f2

Krok drugi - materiał

Z tego co nam o temacie wiadomo pochwy średniowieczne były sztywne, wykonywane z drewna i zazwyczaj bardzo cienkiej skóry (najczęściej koziej lub owczej), czasami dodatkowo używano płótna lnianego najwyższej jakości samodzielnie lub jako dodatkowej warstwy pod skórą. Do konstrukcji używano też naturalnych klejów – w grę wchodzi skórny, rybi i kazeinowy. Moje pochwy wykonałem z listewek olchowych o grubości 1 cm, szerokości 7 cm i długości ok 100 cm, które rzecz jasna poprzycinałem na wymiar przed obróbką, całość kryta jest 0,5 mm miękką i wytrzymałą skórą i szyta naturalną dratwą lnianą. Pasy wykonane są z 2 mm skóry bydlęcej, całość impregnowana jest na gorąco olejem lnianym (wstępnie) oraz pastą mojej produkcji na bazie oleju lnianego i wosku pszczelego na gorąco (dla wzmocnienia i utrwalenia impregnacji).

Zastanawiałem się w toku produkcji nad użyciem dodatkowych warstw konstrukcyjnych – dodanie wyściółki filcowej byłoby dobre pod tym względem, że zawarta w wełnie lanolina zabezpiecza głownię przed rdzewieniem, dodanie dodatkowej warstwy klejonego lnu od zewnątrz wzmocniłoby konstrukcję. Z tego pierwszego zrezygnowałem ponieważ wymagałoby to głębszego żłobienia co mogłoby się niekorzystnie odbić na wytrzymałości (listewki już miałem). Dodatkowo gdyby pochwa mocno zamokła wilgoć może w takiej pochwie długo się utrzymywać. Z lnu zrezygnowałem bo uznałem że nie jest niezbędny – tylko raz zdarzyło mi się złamać pochwę drewnianą i to w sytuacji podobnej do ilustracji poniżej ;)

296

ONB Han. Cod. 2554 Bible Moralisee, Österreichische Nationalbibliothek, Paryż Francja, 1225-1249 r.

Krok trzeci – narzędzia

Do wykonania pochwy wystarczy następujący zestaw:

- coś do zaznaczania na drewnie – czarny długopis lub ołówek będzie ok, od bidy starczy kawałek węgla drzewnego

- piła – w zasadzie jakakolwiek jednak przy cięciu desek tak cienkich najlepiej postarać się o piłę o drobnych ząbkach – linia cięcia jest wtedy delikatniejsza i mniejsze jest ryzyko odłupania się drzazg

- ostry nóż – może być zwyczajnie nóż tapicerski

- ostre duże nożyczki

- płaskie dłuto o szerokości max 1,5 cm

- pobijak, bardzo ewentualnie młotek (ale młotkiem gorzej się pracuje i niszczy rękojeść dłuta)

- gruby i średni papier ścierny

- duże klamry papiernicze – przynajmniej 3-4 sztuki i małe klamry papiernicze – 3-4 sztuki

- szydło (przy cienkiej skórze wystarczająca jest ostra igła do skóry)

- porządna igła, najlepiej do skóry, i dratwa lniana

- kombinerki (pomagają przy przeciąganiu nici, nie są absolutnie niezbędne, zależy w jakim materiale pracujesz)

- kawałek wosku do woskowania nici

Dodatkowo rzeczy potrzebne do impregnacji np. naczynie do podgrzania oleju, szmatka lniana itd.

Krok czwarty – wstępne przygotowanie

1. Zaczynamy od przycięcia desek. W tym celu przycinamy obie deski z jednej strony tak aby był idealny kąt prosty – to jest nasza baza pomiarowa, w tym miejscu pochwa będzie miała wejście.

2. Odrysowujemy na jednej z desek nasz miecz przykładając go tak aby idealnie pasował, następnie wokół tego obrysu na oko zaznaczamy dodatkowy obrys pochwy – osobiście dodałem ok 1 cm

3. Przycinamy deskę do rozmiaru aby łatwiej się obrabiało, ostrym nożem obrabiamy deskę zgrubnie tak aby zostawić tylko to co ma być naszą pochwą

4. Przykładamy to co otrzymaliśmy do drugiej deski i odrysowujemy. Tu ważna uwaga – może się zdarzyć, że będziecie pracowali z deskami które nie są idealnie proste. Paczenie się drewna to rzecz naturalna więc jeśli deski są mniej więcej proste nie ma się czym przejmować, jednak jeśli mamy taką możliwość deski powinniśmy złożyć ze sobą tak aby ich krzywizny nie układały się w tę samą stronę. Wyobraźcie sobie dwa łuki złożone cięciwami tak aby powstał łuk obustronny. Co to daje? To, że przy tym ułożeniu po sklejeniu lub obciągnięciu skórą siły będą się wzajemnie równoważyć – pochwa będzie prosta i nie będzie się paczyła. Siły działające przeciwstawnie dają nam więc korzyść :) Jeśli czas nas nie goni po wycięciu obu połówek (punkt 5) można ścisnąć je klamrami i zostawić na jakiś czas w pozycji pionowej.

5. Wycinamy drugą połówkę pochwy, zaznaczamy linię od sztychu na obu połówkach i składamy je punkt do punktu, sprawdzamy czy wszystko jest w miarę OK, jeśli tak odrysowujemy miecz na drugiej połowie pochwy.

Niestety tego etapu nie mam udokumentowanego bo na pomysł napisania artykułu wpadłem dopiero po nim ;)

Krok piąty – obróbka drewnianego wkładu

1. Bierzemy ostry nóż i po linii odrysu ostrza miecza wcinamy się pionowo na ok 2 mm na całej długości. Następnie od wewnątrz wcinamy się pod kątek ok 45 stopni 2-3 mm obok. Powinien powstać rowek wyznaczający krawędź pochwy.

2. Następnie tym samym ostrym nożem robimy wzdłużne nacięcia na całej szerokości pod głownię miecza. To ułatwia później zbieranie materiału, nie jest to konieczne.

3. Zaczynamy dłutowanie. W zasadzie każda metoda jest dobra ale najefektywniej i najbezpieczniej robić to tak jak widać. Systematycznie zbieramy materiał na głębokość ok połowy grubości głowni. Pamiętajcie o uwzględnianiu linii słojów! Jeśli wbijając dłuto zauważacie że działacie za głęboko najpewniej oznacza to, że linie włókien idą wgłąb materiału, w tej sytuacji odwracacie element i dłutujecie od drugiej strony.

4. Wyrównujecie rowek na głębokość aby było OK, szlifujecie dodatkowo papierem ściernym, następnie przykładacie miecz. Jeśli robiliście dokładny odrys dobrze jest w tym etapie raz jeszcze użyć ostrego noża i nadciąć ok 1 mm zapasu aby minimalnie poszerzyć miejsce na miecz.

6. To samo robicie z drugą połówką.

7. Składacie połówki do kupy, zaciskacie klamrami obie części tak aby do siebie dokładnie przylegały i wkładacie miecz. Jeśli pasuje to super, jeśli jest za ciasno najlepiej wkładać miecz powoli, zdiagnozować na jakiej mniej więcej wysokości trzeba podszlifować pochwę i powinno być OK. W idealnie dopasowanej pochwie miecz siedzi nieruchomo, nie ma luzów, jednocześnie powinien wychodzić z pochwy z minimalnym oporem (filmik poniżej). Gdyby okazało się że przycięliście za bardzo można minimalnie podszlifować te elementy pochwy które się stykają aby tym samym zwęzić otwór ale unikajcie tego za wszelką cenę bo bez odpowiedniej wprawy trudno jest to zrobić równo, no chyba że dysponujecie większym zapleczem narzędziowym.

8. OK, mamy już dwie połówki – teraz czas zgrubnie obrobić je od zewnątrz. Najłatwiej użyć ostrego noża do szybkiego usunięcia większości niepotrzebnego materiału. Pamiętajcie o liniach słojów tak jak w punkcie 3!

9. Dopasowujecie raz jeszcze wszystko na ściskach, sprawdzacie czy wszystko jest OK, jeśli tak kleicie obie połówki. Zaraz po złożeniu połówek i zaciśnięciu włóżcie miecz do pochwy aby upewnić się że nic się nie przesunęło.

10. Po odczekaniu czasu potrzebnego na sklejenie szlifujecie całość papierem ściernym. Mamy już wewnętrzny wkład do pochwy, czyli najbardziej pracochłonna część roboty za nami :)

11. Przed obszywaniem drewniany wkład do pochwy można dodatkowo zaimpregnować – osobiście tego nie robiłem ale to na pewno nie zaszkodzi :)

 

 

Krok szósty – obszywanie pochwy

1. Przykładamy pochwę do skóry i wycinamy odpowiednio duży kawałek. Odpowiednio duży czyli taki aby od dołu było jeszcze ok 2-3 cm zapasu, aby od góry był jeszcze dodatkowo 1-2 cm (chyba że skóra z pochwy ma być trochę wydłużona wtedy trzeba to doliczyć). Boczna szerokość powinna z każdej strony mieć ok 1,5 cm nadwyżki aby dało się ją wygodnie złapać klamrą i naciągnąć przy obszywaniu.

2. Zakładamy klamry pilnując aby linia szycia wypadała na środku. Skórę przed szyciem można namoczyć – powinna być wilgotna, nie mokra. Podczas szycia można użyć gąbki aby zapobiegać wysychaniu. Osobiście tego nie robiłem.

3. Odnoście szwu – osobiście preferuję szyć za igłą, wiele osób (zwłaszcza mających małe doświadczenie w szyciu) będzie preferowało szew na dwie igły. Ten pierwszy jest szybszy, ten drugi łatwiej ściąga skórę i łatwiej w nim o utrzymanie równego ściegu. Pamiętajcie o nawoskowaniu nici – wystarczy przeciągnąć ją kilka razy przez kawałek wosku.

4. Osobiście obszywanie zaczynam od dołu pochwy, od miejsca w którym szerokość pochwy zaczyna być w miarę równomierna. Od tego miejsca zakładam 2-3 szwy w górę, a następnie zmieniam kierunek i szyję w dół pochwy dbając o mocne naciągnięcie skóry. Dzięki temu otrzymujemy bez większych problemów bardzo dobre i ścisłe dopasowanie.

5. Dalsze szycie jest już normalne – dojeżdżamy do końca pochwy, później wracamy szwem powrotnym. Co bardzo ważne, trzeba pamiętać o ściąganiu nici zgodnie z linią szycia, a nie w bok. Dzięki temu minimalizujemy naprężenia boczne, co w przypadku skóry cienkiej jest ważne bo unikamy rozrywania skóry.

6. Po zakończeniu szycia obcinamy nożyczkami nadwyżkę skóry nad szwem. Dzięki użyciu nożyczek można ciąć blisko szwu minimalizując ryzyko jego uszkodzenia, ostrym nożem oczywiście można zrobić to samo ale wystarczy mały błąd aby powstał spory problem ;)

 

 

7. Wykonujemy wstępną impregnację pochwy – w moim wypadku olejem lnianym (na trzy pochwy zużyłem 200 ml oleju).

Krok siódmy – paski

UWAGA!

Zanim zaczniecie robić nacięcia zastanówcie się 4 razy. Najlepiej róbcie je w miarę oplatania pochwy, tylko wtedy wszystko będzie idealnie wymierzone. Pospiech na tym etapie to najgorszy doradca.

1. Wycinamy proste pasy skórzane o określonej szerokości – odnośnie długości – lepiej wyciąć długi i skrócić niż za krótki. Na skomplikowany oplot potrzeba całkiem sporo materiału, ale pas jest dzielony na dwie części – 2 kawałki o długości 120 cm powinny być wystarczające dla większości ludzi. Trzeba też pamiętać o doliczeniu materiału na wiązanie jeśli decydujemy się na użycie tego wzoru.

2. Rozcinamy pasy wzdłużnie aby wykonać oplot. Co istotne nie robimy prostego cięcia na pół ale wycinamy ze środka pasek o szerokości kilku mm aby powstałe cieńsze paski lepiej się układały. Na tym etapie nie wykonujemy jeszcze rozcięcia do wiązania – lepiej zrobić to na końcu po przymierzeniu pochwy, będzie wiadomo jak głęboko ciąć.

3. Wykonujemy nacięcia i oplot element po elemencie tak jak widać na zdjęciach. Robimy serię pionowych nacięć i przeciągamy przez nie górny rzemień górnego pasa. Odwracamy pochwę na drugą stronę i wykonujemy jeszcze 4 ostatnie nacięcia pionowe. Przeplatamy rzemień i rozcinamy go wzdłuż na odcinku pomiędzy szlufkami. Przekładamy górny rzemień pod spodem niego samego i przeplatamy go górą przez rozcięcie które wykonaliśmy przed chwilą. Odwracamy pochwę na drugą stronę. Mamy już górny oplot. Teraz krzyżujemy obie części górnego pasa z przodu, mierzymy gdzie wypada rozcięcie i wykonujemy 2 równoległe nacięcia w skórze pochwy wzdłuż kierunku ułożenia dolnego rzemienia. Rozcinamy go tak aby przełożyć powstałą szlufkę przez środek rozcięcia. Na tym etapie trzeba być bardzo ostrożnym. Do wyciągnięcia i przytrzymania przeplotu warto użyć igły albo kawałka nici. Przeplatamy górny rzemień przez szlufkę nad dolnym rzemieniem i odwracamy pochwę na drugą stronę. Wykonujemy prostopadłe nacięcia w pochwie i 4 prostopadłe nacięcia w dolnym pasie mieczowym. Nacięcia muszą być tak dopasowane aby dało się przez nie wykonać przeplot. Rzemienie z górnego pasa przechodzą od góry przez drugi pas następnie przez skórę pochwy na krzyż i znów przez skórę pochwy i dolną połowę pasa od dołu. Odwracamy pochwę i pozostałe kawałki rzemieni zwężamy tak aby dały się związać w ciasny supeł. Wykonujemy jeszcze po 2 nacięcia z każdej strony pochwy aby przepleść rzemienie, następnie wszystko związujemy. Drugi pas wystarczy zszyć ciasno przy pochwie.

4. Przymierzamy całość w najgrubszym pancerzu jaki mamy, sprawdzamy czy nie trzeba skrócić pasków (zawsze trzeba zostawić trochę nadwyżki). Następnie przymierzamy po raz drugi, tym razem na koszulę i sprawdzamy jak głęboko należy wzdłużnie rozciąć pasek.

5. Do zapinania pochwy można użyć odpowiedniej klamry lub (bardzo popularnego zwłaszcza od XII w.) wiązania rzemieni rozciętego dolnego pasa w tzw. „jaskółczy ogon”. Co ciekawe analizując ikonografię można łatwo przekonać się, że najpewniej istniał jeden ustalony sposób wiązania pasa mieczowego obowiązujący przez wiele stuleci, stosowany przez miłośników „jaskółczego ogona”.

386

BL Additional 17687 B The Massacre of the Innocents, British Library, Niemcy, 1240 r.

Krok ósmy – impregnacja

Tak jak wcześniej wspominałem impregnację można wykonać na kilku etapach. Osobiście do wstępnej impregnacji używam rozgrzanego oleju lnianego. Wlewam go zwyczajnie do niewielkiego garnuszka, rozgrzewam na małym ogniu przez dosłownie 1-2 minuty (olej nie może mieć temperatury wrzenia, bardzo łatwo może się zapalić!). Następnie kawałkiem lnianej szmatki lub pędzlem nanosimy impregnat 2-3 razy i odstawiamy do wyschnięcia. Elementy drewniane warto odstawić minimum na godzinę, skóra przyjmuje i wchłania impregnat prawie natychmiast ale też warto odczekać chwilkę aby olej dobrze się wchłonął.

Przed impregnowaniu skóry zawsze warto poeksperymentować na małym ścinku aby sprawdzić jak zmieni się kolor i właściwości skóry po impregnacji. Trzeba pamiętać o tym, że jeśli już położymy olej, skóra nie wchłonie np. brązownika który mógłby wzmocnić kolor. Na ostatnich zdjęciach widać przy okazji jak różne odcienie i kolory można uzyskać stosując tylko i wyłącznie impregnowanie naturalne, różnicując ilość warstw i temperaturę. Wszystkie pochwy zostały wykonane z tej samej skóry, podobnie jak pasy obu późniejszych mieczy, mimo tego różnica jest radykalna i oczywiście efekt był zamierzony :)

Po wstępnej impregnacji olejem wykonujemy dodatkową impregnację pastą na bazie oleju lnianego i wosku. Po zaimpregnowaniu pochwa jest gotowa.

Pastę taką można wykonać samodzielnie w bardzo łatwy sposób.

UWAGA!

Robiąc cokolwiek z gorącym woskiem i olejem trzeba bardzo uważać. Osobiście używam rękawic spawalniczych i nie jest to przesadna ostrożność.

1. Bierzemy garnek i napełniamy go wodą, stawiamy na małym ogniu.

2. W garnku umieszczamy mały słoik do którego wrzucamy wosk (dzięki temu od razu mamy pojemnik, więc słoik powinien mieć zakrętkę). Całość podgrzewamy – dzięki użyciu 2 garnków wosk się nie przypali tylko roztopi.

3. Do wosku ostrożnie dolewamy olej lniany. Co do proporcji – tu wszystko zależy od naszych celów. Dobra pasta ma konsystencję kremu i taką proporcję uzyskamy dodając ok 2 części oleju na 1 część wosku (ogólnie więcej oleju niż wosku). Jeśli proporcje będą równe pasta będzie dość twarda i będzie wymagała podgrzania przed zastosowaniem.

4. Przez chwilę mieszamy wszystko podczas podgrzewania, później zdejmujemy impregnat i mieszamy podczas stygnięcia. Trochę to potrwa, nie trzeba mieszać cały czas ale dobrze jest całość zabełtać co najmniej kilkanaście razy aby olej i wosk się nie rozdzieliły. Po ostygnięciu pasta jest gotowa :)

Przed użyciem dobrze jest pastę lekko podgrzać aby lepiej się wchłaniała (zwłaszcza jeśli pasta którą ma stałą twardą konsystencję), zwykle wystarczy przez chwilkę pobawić się zapalniczką. Bierzemy szmatkę i nakładamy impregnat rozsmarowując cieniutką warstwę, później warto jeszcze całość przetrzeć szmatką lnianą z grubego siermiężnego lnu aby usunąć nadmiar i wydobyć połysk.

Pasta tego typu idealnie nadaje się do impregnacji skóry, zwłaszcza elementów pracujących mechanicznie np. butów. jako dodatkowy składnik można użyć lanoliny. Jest ona dostępna w niektórych aptekach stacjonarnych, bez problemu można ją dostać w sklepach półproduktami do kosmetyków.

Krok dziewiąty – czas potrzebny na wykonanie pochwy

Czasy tu podane odnoszą się do wykonywania trzech pochew. Teoretycznie mógłbym podzielić czas przez 3 ale pochwy miały różne rozmiary więc podam czas zbiorczy. Rzecz jasna uwzględniam tylko rzeczywistą robociznę (bez czasu spędzonego na szukaniu źródeł), przy wykonaniu pochew nie użyłem jakichkolwiek elektrycznych narzędzi. Osobiście wolę sobie na spokojnie dłubać :)

- wstępna obróbka – ok 2 h

- obróbka drewnianego wkładu – ok 12 h

- klejenie – zależny od typu kleju – wstępne sklejenie umożliwiające pracę mamy już po ok 1-2 h, dla pewności zwykle dobrze odczekać 12 h

- obszywanie pochwy – ok 6 h

- wykonanie pasków – ok 4 h

- wykończenie i impregnacja – ok 1 h

Ogólnie średnio wprawna osoba jedną pochwę jest w stanie wykonać w jeden dzień.

Krok dziesiąty – wszystko świetnie się udało, zobaczmy jak całość się prezentuje.

Konstrukcji pasów u wikinga nie omawiam bo jest prosta jak budowa cepa ;) W jego wypadku zastosuję zapięcie na klamrę kutą D-kształtną.

Historyczna wyprawa na Giewont 26 IV 2014

czwartek, 1 Maj 2014

Słowem Wstępu

Na wstępie wypada wyjaśnić skąd wziął się pomysł na wyprawę i jak do niej doszło. Dwa tygodnie wcześniej siedzieliśmy i trenowaliśmy na osadzie u naszego znajomego Ingwara, którego w tym miejscu pozdrawiam. Kilka tygodni wcześniej Kondzisław z którym miałem przyjemność iść na tej wyprawie sam wyjechał w góry i planował zdobyć szczyt, przeszkodziło mu jednak nie do końca dobrze dobrane wyposażenie (za dużo sprzętu) oraz zamknięcie szlaku nad Przełęczą w Grzybowcu.

Od słowa do słowa stwierdziliśmy że nie ma mocnych na Eisenów. Nie udało się wtedy to uda się teraz. Postanowiliśmy ruszyć na wyprawę. Początkowo skład miał obejmować cztery osoby, ostatecznie poszliśmy we dwóch. Celem wyprawy miało być przede wszystkim zdobycie samego szczytu, później trening jeśli czas pozwoli. Z uwagi na lokalizację szczytu tym razem zrezygnowaliśmy z noclegu w terenie, nie był on zresztą konieczny do zrealizowania wyprawy.

 Wyposażenie historyczne

Obaj stwierdziliśmy że aby wyprawa miała sens należy zrealizować ją w historycznych strojach, zabraliśmy więc ze sobą komplet stroju i uzbrojenia jaki mógł charakteryzować lekkozbrojne oddziały działające w trudnym terenie górskim. Używaliśmy butów o podeszwach skórzanych, wełny, lnu, skóry tylko i wyłącznie.

Zrezygnowaliśmy z charakterystycznych dla wczesnego średniowiecza dużych tarcz na rzecz hipotetycznie występujących puklerzy (tarcz małych), które czasami pojawiają sie na ikonografiach i w opisach źródłowych. Moim osobistym zdaniem pchanie się w góry z dużą tarczą byłoby sporym utrudnieniem podczas marszu. Dodatkowo zabraliśmy miecze, hełmy normańskie z wytłumieniem, rękawice bojowe gdyby udało się zrealizować trening. Ja dodatkowo zabrałem na wyprawę skórzany plecak.

Jako prowiant wzięliśmy odrobinę (dosłownie odrobinę bo jakieś 100 gram) chleba i domowy wędzony schab (ok 100 g). Był to cały prowiant na trasę dla dwóch osób. Rano zjedliśmy odrobinę tłustej domowej wiejskiej kiełbasy i podobną ilość chleba, jednym słowem raczej przekąskę niż posiłek. Dodatkowo zabraliśmy cztery piwa.

 Elementy niehistoryczne

Dla wierności opisu je również wymienię. Dodatkowym uzupełnieniem płynów na trasie był jeden napój Oshee który został nam z dojazdu, uznaliśmy że może się przydać i faktycznie okazał się bardzo pomocny. Dodatkowo do plecaka zapakowałem awaryjnie współczesne buty taktyczne Magnum zdecydowanie nadające się do górskich wędrówek. Pamiętajmy że bezpieczeństwo na szlaku jest najważniejsze, nie wiedzieliśmy co spotkać nas może w drodze. Zabraliśmy mały kieszonkowy aparat, telefony komórkowe, dokumenty, pieniądze, paczkę fajek oraz zapalniczkę. W miarę marszu oczywiście ilość płynu i prowiantu zmniejszała się sukcesywnie, na dół znieśliśmy śmieci.

 Pogoda

Ten akurat element ewidentnie dopisał. Podczas całego marszu pogoda była bardzo dobra/dobra. Naprzemiennie występował mały deszcz, całkowite zachmurzenie, słońce itd. Mgła kilka razy się pojawiała i znikała, widoczność zawsze była przyzwoita jak na potrzeby wędrówki, dopiero na samym szczycie na chwilę otoczyło nas nieprzejrzyste mleko.

Warto dodać w tym miejscu, że ponad Przełęczą w Grzybowcu szlak na Giewont w dalszym ciągu jest zamknięty, tabliczki informacyjne odradzały marsz tą trasą aż do końca maja głównie z powodu zalegającego na trasie zlodowaciałego śniegu, który dla nas okazał się największym problemem. Śnieg leżał tylko w kilku miejscach jednak przeprawa przez nie była bardzo powolna i niezwykle trudna, osobiście kilka razy nieomal pełzałem po śniegu aby uniknąć ześlizgnięcia. Ktoś może powiedzieć w tym miejscu że powinniśmy zabrać raki i odnośnie tych odcinków ma rację, raki jednak na całej reszcie trasy bardzo utrudniałyby marsz.

Teren i szlak

Nieomal cały szlak wyłożony jest kamieniami w dość przypadkowy sposób. Raki nie wbiją się w kamień, zmniejszyłyby tylko przyczepność odrywając część stopy od podłoża. Byłyby bardzo użyteczne na naturalnych ścieżkach leśnych i w miejscach gliniastych, które też w kilku momentach były problematyczne.

Szliśmy na Giewont szlakiem czerwonym z Doliny Strążyskiej przez Polanę Strążyską i Przełęcz w Grzybowcu na Wyżnią Kondracką Przełęcz, stamtąd dalej szlakiem niebieskim aż na szczyt Giewontu.

Pierwsza część drogi aż do przełęczy, co ciekawe opisywana jako najłatwiejsza i najmniej problematyczna, dała nam solidnie w kość. Samo podejście z obecnej perspektywy faktycznie oceniam jako łatwe jednak w połączeniu z deszczem, zalegającą mgłą i ogólnie wilgotnością iście tropikalną stanowiło mordercze połączenie.

Zamierzałem maszerować w skórzni, co zdawało się dobrym pomysłem, jednak w 2/3 tego odcinka zdecydowałem się zdjąć ją mimo opadów deszczu i pozostać w samej lnianej koszuli. Dodało to kilka kilo w plecaku (na co psioczyłem prawie pod sam szczyt), jednak zapewniło lepsze dotlenienie organizmu.

Po minięciu przełęczy krajobraz szybko się zmienił, las został za nami, weszliśmy w strefę gór wysokich gdzie wszechobecna jest kosodrzewina. Powietrze wyraźnie stało się suchsze, wilgotność przestała być problemem. Ten kolejny odcinek, aż do początku szlaku niebieskiego, wspominam jako najprzyjemniejszą część trasy pełną fantastycznych widoków. Marsz stał sie prawdziwą przyjemnością.

Ostatni odcinek czyli szlak niebieski stanowił większe wyzwanie. W kilku miejscach trzeba było iść bardzo ostrożnie, wyraźnie zwiększyła się ilość śniegu zalegającego na trasie, temperatura spadła, chłód w połączeniu z wiatrem stał się bardzo wyraźny i w tym momencie skończyłem psioczyć na zabranie skórzni. Ostatnia prosta to etap zabezpieczony łańcuchami ułatwiającymi wejście na Giewont. Ten akurat odcinek oceniam jako jeden z łatwiejszych. Wspinanie się z łańcuchami nie stanowiło problemu.

Droga powrotna stanowi oczywiście lustrzane odbicie tego co opisałem wyżej z jedną zasadniczą różnicą. O ile wejście na Giewont było sporym wysiłkiem fizycznym, o tyle schodzenie nie było pod tym względem obciążające zupełnie. Zamiast tego schodzenie niesamowicie mocno obciążało psychikę.

Padający deszcz zamienił każdy kamień w potencjalnie niebezpieczną pułapkę. Dosłownie trzeba było kontrolować każdy krok, każde ułożenie stopy, a i tak przewróciłem się co najmniej 5-6 razy, kolejne kilkadziesiąt razy byłem o włos od utraty równowagi.

Śnieg który podczas marszu w górę był przeszkadzajką teraz zamienił się w realne zagrożenie, zwłaszcza że w wielu miejscach łamał się pod stopami w wyniku czego noga lądowała w głębokiej podśniegowej rozpadlinie. Naprawdę uważać trzeba było na 90% całej trasy co mocno spowolniło marsz powrotny, ryzyko złamania lub skręcenia nogi było ekstremalnie wysokie.

 Czas wyprawy

Według oznaczeń na szlaku którym maszerowaliśmy, podróż na szczyt Giewontu powinna zająć nam ok 3-4 h, a powrót ok 2,5 h. Niestety w realiach marszu historycznego o tej porze roku te wartości brzmią jak kiepski dowcip.

Do Zakopanego przyjechaliśmy przed 7:00 rano, do godziny 8:00 byliśmy już na kwaterze, zjedliśmy śniadanie. Ok 9:30 już byliśmy na trasie, a ok 10:00 weszliśmy na szlak. Na Giewoncie byliśmy ok godziny 16:00, czyli reasumując podróż w strojach historycznych zajęła nam prawie dwa razy dłużej niż to co sugerowały oznaczenia. Owszem, zrobiliśmy kilka przystanków po kilka minut, parę razy zamarudziliśmy aby popatrzeć na widoki ale w sumie najdłuższy postój nie trwał dłużej niż kwadrans.

Jeśli chodzi o drogę powrotną, do Zakopanego dotarliśmy po godzinie 20:00, w tym wypadku różnica w czasie jest jeszcze wyraźniejsza ponieważ mieliśmy o wiele mniej postojów na trasie. Tempo powrotu bardzo mocno warunkowały warunki pogodowe, o których wcześniej wspomniałem, choć nie da się ukryć że im dłużej trwało schodzenie tym szybsze było tempo. Prawdopodobnie jest to jedna z tych rzeczy, które można wypracować, można z czasem na oko oceniać jak stawiać stopy by uniknąć problemów.

 Ciekawostki na szlaku

Po pierwsze na marsz wybraliśmy bardzo dobrą porę pod tym względem, że nie było tłoku. Szlak na Giewont słynie z popularności, latem podobno przypomina autostradę. O tej porze roku nieomal nikogo nie spotkaliśmy. Owszem, w partiach leśnych mijało nas kilku turystów, jak również grupa biegaczy z obozu kondycyjnego (szacun dla tych państwa, podobno zbiegali ze szczytu!), jednak za przełęczą zrobiło się bardzo spokojnie. Na całej reszcie szlaku czerwonego w obie strony minęły nas dwie osoby. Dopiero pod szczytem, na skrzyżowaniu szlaków pojawiło się kilku turystów, wszyscy za to pytali czy w tych butach da się chodzić po górach :P

Po drugie rzeczą bardzo ciekawą było doświadczyć zmian klimatycznych między strefą lasu, górami i zmianami pogody. Zdajemy sobie sprawę że pogodę mieliśmy świetną ale zdecydowanie na takim marszu należy brać pod uwagę pełną rozpiętość aury.

Po trzecie spotkaliśmy trochę fajnych zwierzaków. Giewont jest jednym z jedynych miejsc w Tatrach gdzie zimują kozice górskie więc w okolicach szczytu natknęliśmy się na trzy oddzielne stadka, w sumie ponad 30 osobników, jeśli szacunki są prawidłowe oznacza to że widzieliśmy 1/10 całej populacji tych zwierząt po polskiej stronie gór.

Przed szczytem widzieliśmy również parę kruków co uznaliśmy za wyraźny znak Odyna, że wspiera naszą wyprawę. Po takim omenie nie mogło się nie udać ;)

 

Psychologia

O wysiłku mówić nie będę, był oczywisty. Trasa była trudna, nie przygotowywaliśmy się do marszu wcześniej w jakikolwiek dodatkowy sposób. Jednym słowem spakowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy. To co wypada poruszyć to aspekty psychologiczne. Mówiąc wprost niewiele brakło, a zawrócilibyśmy ze szlaku. Niewielka ilość pożywienia i obciążenie w połączeniu z wysiłkiem mocno siadły, zwłaszcza mi osobiście, na psychikę. W pewnym momencie podczas marszu niebieskim szlakiem, gdy już wiadomo było, że jest niedaleko byłem na skraju odpuszczenia zdobywania szczytu.

Są takie momenty gdy zwycięstwo jest bardzo blisko i jednocześnie niesamowicie daleko. Taki moment nastąpił gdy zobaczyłem krzyż i zdałem sobie sprawę, że czeka nas jeszcze ładny kawał wspinaczki na potencjalnie najtrudniejszym odcinku. Jestem absolutnie pewny że gdybym poszedł sam wtedy bym zawrócił i pewnie cały czas plułbym sobie w brodę, że nie dotrwałem.

To co mnie powstrzymało to ambicja, ponowne ubranie skórzni co zdjęło trochę ciężaru z pleców i oddanie plecaka Kondzisławowi, który cały czas maszerował bez obciążenia. Jako, że w plecaku był między innymi wspólny prowiant i woda to on poniósł plecak aż do przełęczy w drodze powrotnej. Droga powrotna całościowo była szkołą absolutnej koncentracji i skupienia uwagi, tak jak pisałem wcześniej.

 Wnioski z wyprawy

Jakkolwiek większość wyposażenia spisała się dobrze na uwagę zasługuje kilka rzeczy, które wyprawa nam uświadomiła. Po pierwsze absolutnym nonsensem było zabieranie ze sobą hełmów i rękawic. Owszem udało się je wtargać i nawet w sumie nie zawadzały ale mała jest szansa aby w realiach górskich rzeczywiście bardzo się przydały. Wydaje mi się, że przynajmniej część wojowników mogła rezygnować nawet z takiego uzbrojenia tylko po to aby się odciążyć i zyskać na mobilności.

Po drugie plecak okazał się bardziej przeszkadzać niż pomagać. Myślę że o wiele lepiej spisałyby się torby wieszane po bokach równomiernie rozkładające ciężar i dodatkowy tobołek na plecach np. przewiązany liną.

Po trzecie wiem już dokładnie dlaczego w pewnym momencie historii zaczęto stosować pochwy mieczowe wiszące pod kątem zamiast zwisających pionowo. Walory użytkowe przy wyciąganiu broni są tu oczywiste, jednak jestem przekonany, że dodatkowym powodem mogło być doświadczenie podróży w trudnym terenie. Pochwa zwisająca pionowo ma paskudną tendencję do zawadzania, mocno przeszkadza gdy trzeba przykucnąć, pochylić się podczas marszu itd. Przy wywrotce w jednym miejscu perfidnie głowica miecza wbiła mi się pod pachę, raz przy schodzeniu po stromiźnie miecz omal nie wysunął się z pochwy. Ogólnie nie polecam.

Jeśli chodzi o skórznię uczucia mam mieszane. Z jednej strony trzeba ją było nieść przez spory kawałek trasy, więc zawadzała, z drugiej okazała się bardzo pomocna na samej górze. Gdyby doszło do oberwania chmury lub burzy byłaby z pewnością nieoceniona, ogólnie lepiej jednak chyba w tym terenie spisałaby się wełna – ciepła, lekka i łatwa do transportu gdy nie jest potrzebna.

Ta diagnoza zdecydowanie została potwierdzona przez obserwacje Kondzisława, który szedł w wełnianych tunikach. Jego strój był lekki, oddychający i ciepły zarazem. Być może gdyby doszło do rzęsistej ulewy przewaga skórzni stałaby się widoczna, jednak na chwilę obecną należy uznać stosowanie wełny za bardziej optymalne.

Ogólnie w wyniku wyprawy dowiedziałem się jak wiele jeszcze muszę zmienić aby opracować optymalny zestaw marszowy. Plecak i skórznia np. wiele razy sprawdzały się świetnie na równinach, pochwa problemów nie sprawiała. Wystarczyło pójść w góry i całą piękną sielankę diabli wzięli ;)

Fantastycznie dla odmiany sprawdziła się cała reszta wyposażenia, zwłaszcza kaptur skórzany – lekki, zabezpieczający przed opadami, chroniący dokładnie to co trzeba aby zapewnić komfort podróży.

Ilość napojów i prowiantu okazała się wystarczająca, choć raczej jako opcja minimalna. Myślę że rezygnacja z bezsensownych ciężkich rzeczy i zabranie dodatkowej porcji mięsa, chleba i wody byłoby dobrym pomysłem. Koszula i spodnie lniane okazały się wystarczające na 2/3 trasy mimo opadów, buty wytrzymały choć zostały całkowicie przemoczone na odcinkach ośnieżonych.

Jednym słowem po tej wyprawie jesteśmy o wiele mądrzejsi, o wiele bardziej przygotowani do każdej wyprawy jaka mogłaby nas w życiu czekać. Było to niesamowite doświadczenie ale na koniec powiem – dzieci, nie próbujcie tego w domu ;) Mówiąc serio – to że udało nam się wrócić w jednym kawałku, bez kontuzji itd. zawdzięczamy głównie niezwykłej ostrożności, determinacji i po części wędrówkowemu doświadczeniu ale przede wszystkim szczęściu, które nas nie opuszczało ani na moment.

Po tym doświadczeniu o wiele bardziej rozumiemy co czuli krzyżowcy przeprawiający się przez góry i dlaczego stracili tam połowę armii. O wiele lepiej rozumiemy Hannibala i wszystkich tych straceńców, którzy nie mając wyjścia, musieli z górami się zmagać. Kończę ten opis wyrazem głębokiego szacunku dla tych wszystkich, którzy już tam zostali.

Autor opisu: Fiolnir

Autor zdjęć: Kondzisław i Fiolnir

Strój i ozdoby

piątek, 31 Maj 2013

W tym miejscu pojawiać się będą wpisy dotyczące wszelkich aspektów związanych z ubiorem i dodatkami do niego.  Zapraszam do śledzenia strony, za jakiś czas na pewno coś się tutaj pojawi :)