Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archiwum kategorii ‘Życie codzienne’

Wyprawa na Sycylię – październik 2015

sobota, 28 Listopad 2015

Sycylia. Kraina zamieszkiwana w dawnych czasach przez Fenicjan, Greków, Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizantyjczyków, Normanów i wiele mniej znaczących nacji. Kraina kontrastująca olśniewającym bogactwem i skrajną nędzą, gdzie współegzystują zabytki prawie wszystkich wymienionych cywilizacji. Kraina multikulturowości z czasów, zanim to stało się modne, kraina gór, wina i słońca, która nie tylko na mapie jest bliżej Tunisu niż Rzymu, ale i mentalnie jest bliższa Afryce i Arabii niż Europie. Kraina mafii. Jednym słowem – Sycylia.

Wybór tego akurat kierunku podróży wyszedł nam w sumie dość przypadkowo i przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz pomyślałem o tym aby jechać na Sycylię mocno zastanawiałem się czy warto. Dopiero dokładny research uświadomił mi jak wiele w tym miejscu jest do zobaczenia, a tło normańskiej historii, na trwale wpisanej w krajobraz regionu, ostatecznie przekonał mnie do tego, że właśnie tam powinniśmy się w tym roku wybrać.

Ten tekst ma być subiektywnym zapisem spostrzeżeń, odpuszczę sobie szczegółowe objaśnienia i wykład odnośnie historii i znaczenia tego co pokażę, ponieważ te informacje znajdziecie w wielu miejscach, skoncentruję się na tym co dla mnie osobiście było interesujące. I naprawdę, jeśli macie chęć wybrać się na niezapomniane wakacje, to Sycylię rekomenduję.

12195985_927482490633593_411286334643713357_n

Kilka rad praktycznych na początek

1. Na ile i kiedy pojechać?

Nasza podróż trwała w sumie 10 dni:

  • Dzień 1 – 8 X – Modlin-Trapani Lot
  • Dzień 2 – 9 X – Trapani-Palermo
  • Dzień 3 – 10 X – Palermo
  • Dzień 4 – 11 X – Palermo-Cefalu
  • Dzień 5 – 12 X – Palermo-Monreale
  • Dzień 6 – 13 X – Palermo-Katania
  • Dzień 7 – 14 X – Katania-Syrakuzy
  • Dzień 8 – 15 X – Katania-Etna
  • Dzień 9 – 16 X – Katania
  • Dzień 10 – 17 X – Katania-Warszawa Lot

 

Jak widać plan był bardzo napięty, ponieważ chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Udało nam się bez większych opóźnień i problemów odwiedzić wszystkie lokacje, natomiast patrząc na to teraz, zdecydowanie doradzam skrócenie pobytu w Katanii o jeden dzień i poświęcenie tego dnia na Palermo. Jedynym powodem aby tego nie uczynić jest zamiłowanie do baroku, którego osobiście za grosz nie posiadam. Jeśli to tylko możliwe sugerowałbym rozciągnięcie pobytu do 14 dni z których co najmniej 5 warto przeznaczyć na eksplorację Palermo i okolic, pozostałe zaś wykorzystać na wycieczkę do Agrygentu, Enny oraz Piazza Armerina, na które nam zabrakło czasu.

Sycylia trasa

Po drugie, warto na Sycylię pojechać jesienią, większość przewodników jeszcze bardziej rekomenduje wiosnę. Podczas naszej jesiennej podróży stało się jasne, że w porze letniej egzystowanie czy jakiekolwiek zwiedzanie Sycylii jest raczej niemożliwe. Klimat jest jednym z elementów upodabniających Sycylię do Afryki. Latem temperatury czasami dobijają do +40 stopni Celsjusza, wysoka wilgotność zaś powoduje (zwłaszcza w Katanii o iście malarycznym klimacie) bardzo duży dyskomfort, zapachu ulic natomiast wolę sobie nie wyobrażać ;)

Podróżując jesienią można liczyć na temperatury ok 20-30 stopni i da się żyć. Jesienną porą lepiej też dostępna jest Etna, na której wiosną może jeszcze leżeć śnieg. Jesienna pogoda jest lekko kapryśna, deszcz i burze zdarzają się prawie codziennie, ale nie jest to wielki problem, raczej urozmaicenie ułatwiające życie i dające ochłodę. Katania jest wyjątkiem, parująca woda tworzy w tym mieście zawiesistą atmosferę sauny.

Warto pamiętać, że sezon turystyczny na Sycylii trwa do około końca października i zaczyna się około marca. Poza sezonem ceny na pewno będą niższe, ale też część miejsc może być niedostępna dla zwiedzających i komunikacja może być trudniejsza.

2. Transport i komunikacja

Oczywiście na Sycylię lecimy samolotem i w ten sam sposób wracamy. Inne wersje są możliwe, ale mogą mieć sens tylko dla osób szykujących dłuższa podróż przez Europę lub dla masochistów. Na Sycylię lecieliśmy samolotem Ryanair z Modlina do Trapani, a wracaliśmy WizzAir na Okęcie z Katanii co dla osób jadących z Warszawy jest chyba najlepszą opcją. Są to dwa przeciwległe krańce wyspy, co ułatwia planowanie wyprawy. Komunikacja z Okęcia jest lepsza niż z Modlina, dlatego wybraliśmy ten wariant – powrót jest trudniejszy niż wyjazd. Cen biletów nie omawiam bo są zmienne.

Przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad wynajęciem na wyspie samochodu aby zyskać niezależność i mieć elastyczne możliwości komunikacji. Z tego pomysłu zrezygnowaliśmy dosłownie dzień albo dwa przed wylotem. Z perspektywy czasu uważam, że była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy podczas tego wyjazdu, kolejną bowiem afrykańską cechą Sycylii jest ruch uliczny. O ile na autostradach i głównych drogach jeszcze jakoś to wygląda, o tyle w mieście, a zwłaszcza w zabytkowych ciasnych uliczkach centrum miast, ruch uliczny jest jednym wielkim chaosem, gdzie wszelkie przepisy są tylko niewinną wskazówką. Serio mam porównanie, choćby z Rzymem, gdzie nie jest z tym najlepiej, to jednak co widziałem na Sycylii, Rzym bije na głowę.

Pomijając samą sprawę kierowania, tak aby nic ani nikogo nie rozjechać, dodać trzeba jeszcze nieuniknione problemy z parkowaniem (wszędzie), koszt wynajmu samochodu i konieczność walki z chaosem uliczek jednokierunkowych. No i wino. Argument kończący. Być na Sycylii i nie pić wina to grzech!

Sicilian-Wine-Regions

Rejony produkcji wina na Sycylii

Jak zatem się poruszać? Do wyboru oczywiście mamy autobusy i kolej, mając zaś możliwość wyboru sugeruję stawiać na kolej. Koleje na Sycylii łączą większość ważnych lokacji turystycznych, są bardzo tanie (10 euro za bilet normalny Palermo-Katania) i zadziwiająco dobrze utrzymane. Nawet pociągi regionalne bez miejscówek mają standard porównywalny z naszym IC. Koleje to też oczywiście szybkość, wygoda i możliwość podziwiania fantastycznych widoków. Jadąc gdziekolwiek zawsze rozpoznaj dokładnie opcje powrotu, zdarzają się bowiem miejsca turystyczne słabo skomunikowane (Etna). Nigdy też nie planuj wycieczek w dzień odlotu, istnieje bowiem spora szansa na przygodę ;)

Uwaga! Jeżdżąc pociągami we Włoszech, zwłaszcza bez miejscówki, zawsze pamiętaj o kowalidacji (skasowaniu) biletu na stacji w specjalnym kasowniku. W pociągach kasowników nie ma. Bez skasowania bilet jest nieważny i możesz dostać bardzo wysoką karę. Na wszelki wypadek kasuj wszystko ;)

Jeśli chodzi o komunikację autobusową, jest to jedyna dostępna opcja by dojechać do mniejszych lokacji, często też autobusy jeżdżą kilkanaście razy częściej niż pociągi . Standard autobusów jest bardzo różny, ale dominują stare busy, jakich w Polsce już raczej się nie spotyka. Taki właśnie autobus rozkraczył się w trasie podczas naszej podróży z Trapani do Palermo drugiego dnia pobytu. Żelazny spokój i zrozumienie na twarzach współpasażerów pokazało nam, że podobne sytuacje są normalne i tak to zwyczajnie działa ;)

Innym elementem autobusowego folkloru jest kupowanie biletów. Jeśli gdzieś istnieje przystanek, w okolicy najbliższej należy poszukać sklepu. Ale nie tak jak u nas kiosku ruchu ale np. mięsnego lub kawiarni, która przy okazji sprzedaje bilety, o czym zwykła informować kartka na szybie, rzecz jasna po włosku. Gdy zaś już mamy stację i nawet są na niej kasy biletowe, najczęściej jest ich kilka i każda sprzedaje bilety innego przewoźnika, prawie każda zaś wygląda jak wyjęta z filmów Barei. Rozkłady jazdy to w dużej części niezobowiązujące sugestie (o ile istnieją), aktualne zaś informacje o kursach najlepiej uzyskać od tubylców trudniących się handlem biletami lub od samych kierowców. Pewnym teoretycznym bytem są również przystanki – część niby istnieje ale autobus na nich nie staje, cześć nie istnieje ale da się tam wsiadać i wysiadać.

Dodać należy, że mimo całego tego folkloru i chaosu wszystko to jakoś działa, wszędzie da się szybko i tanio dojechać (5-10 euro za przejazd w obie strony) i w zasadzie zawsze udawało nam się podróżować w miarę zgodnie z planem.

Podział regionalny wyspy i poglądowa mapa najważniejszych lokacji zabytkowych.

Podział regionalny wyspy i poglądowa mapa najważniejszych lokacji zabytkowych.

Na koniec dodam jeszcze, że z komunikacji miejskiej korzystać nie ma sensu. Rezerwując nocleg warto brać poprawkę na odległość od dworca, który najczęściej znajduje się bardzo blisko dzielnicy zabytkowej. Sama zaś dzielnica, nawet w wielkim Palermo, nie jest tak duża aby transport był nam do czegokolwiek potrzebny.

Jeśli chodzi o transport z lotniska skorzystaliśmy z oferty hotelu, którego pracownik zadzwonił do mnie 5 minut po złożeniu rezerwacji oferując tą usługę za 25 euro. Niby sporo ale lądowaliśmy w Trapani późną nocą, a taksówka kosztowałaby co najmniej 30 euro. Oczywiście zwykle jeżdżą autobusy, jednak nie o tej porze w nocy.

Na lotnisko w Katanii dojazd oferuje linia Alibus (czyli linia 457) oznaczona rysunkiem samolotu zamiast numeru linii, kursująca co ok 20 minut przez większość miasta, startująca z głównego dworca autobusowego. Bilet kosztuje 5 euro, dojazd do lotniska to max pół godziny. Gdy pytaliśmy o autobus dwa razy zdarzyło się, że w kilka minut jak spod ziemi wyrósł jakiś jegomość z samochodem oferujący podwózkę za 10 euro, jednak nie skorzystaliśmy ;) Ot lokalny folklor, pokazujący jak bardzo miejscowi są obrotni, zwłaszcza że na ulicach oznakowanych taksówek jest bardzo niewiele ;)

3. Na co warto brać poprawkę czyli zwyczaje lokalne i koloryt

Pierwszą rzeczą, o której koniecznie musicie pamiętać jadąc na Sycylię, jest sjesta czyli absolutna apokalipsa dla osób nieprzyzwyczajonych. Gdziekolwiek idziecie, jedziecie, cokolwiek chcecie zobaczyć sprawdźcie zawsze czy dane miejsce jest otwarte w godzinach między 12 a 17. Dotyczy to sklepów, instytucji kultury, muzeów, miejsc zabytkowych, a także restauracji. Podczas wymienionych godzin warto planować podróż (komunikacja normalnie działa) ale np. ze zjedzeniem obiadu na mieście może być poważny problem. Nawet w Palermo godzinę zabrało nam znalezienie otwartej restauracji w ścisłym turystycznym centrum. Jeśli lokal już jest otwarty, warto zapytać czy dostaniemy coś ponad kawę i ciastko. Kawiarnie są bowiem pewnym wyjątkiem i bywają otwarte również w godzinach sjesty. Nie jest wyjątkiem otwieranie restauracji i pubów dopiero po 20.

Drugi problem, jaki możecie mieć na Sycylii, to samodzielne zaopatrzenie się w żywność, większość otwartych sklepów bowiem to sklepy arabskie, indyjskie itd. w których dostaniemy np. przyprawy i ziarno na kilogramy albo nawet niezbyt dobre wino ale nie ma co liczyć na chleb, ser, wędlinę czy cokolwiek możliwego do wrzucenia na kanapki bez konieczności gotowania. W centrum sklepów innego typu prawie się nie spotyka, sporo ich jest zaś na przedmieściach, tam gdzie mieszkają prawdziwi Sycylijczycy. Przed wyjazdem sugeruję rozpoznać adresy i godziny otwarcia supermarketów w których dostaniecie wszystko co sycylijskie w cenach dla miejscowych – te sklepy istnieją ale bywają bardzo dobrze ukryte ;)

I tutaj dochodzimy do trzeciej kwestii. Jeśli chcecie zamieszkać blisko dworców i zabytków, przygotujcie się na mieszkanie w biednych kolorowych dzielnicach, które bardziej przypominają obrazki z Ameryki Łacińskiej i Afryki niż z Europy. Jedynymi Włochami (obok turystów), których spotkamy w turystycznym centrum są właściciele sklepów i restauracji, resztę mieszkańców stanowią przybysze z Południa. Włoskich sklepów spożywczych nie ma, bo Włosi dawno wynieśli się z rejonu.

Obok zadbanych i dobrze utrzymanych zabytków, w miastach Sycylii znajdziemy tonące w śmieciach uliczki oblepione plakatami i pomazane graffiti, gdzie miejska biedota gania za swoimi sprawami z naręczami toreb, ręcznymi wózkami i handluje czym tylko się da, od parasoli po drewniane żyrafy. Nad tym wszystkim unosi się zaś lekki zapach marihuany, tytoniu, koksowników do pieczenia kasztanów, gnijącej w rynsztokach zieleniny, ryb i charakterystyczna woń, a nawet smak morza wyraźnie wyczuwalna na podniebieniu. Czasami trzeba też uważać aby w nic nie wdepnąć, choć na Sycylii prawie nie ma psów.

Psów nie ma, bo na Sycylii nie ma też trawników, drzewa to rzadkość, parki zaś i tereny zielone są bardzo nieliczne i najczęściej małe, kiedy już jednak jakiś się trafi, zwykle jest warty obejrzenia ponieważ ta deficytowa zieleń jest bardzo zadbana i uporządkowana. Ogólnie roślinność sycylijska z powodu ubogiej gleby i trudnego klimatu zwykle selekcjonuje swych najbardziej udanych reprezentantów bardzo surowo, stąd istniejące okazy, choć rzadkie,  przybierają często imponujące rozmiary, zachwycające egzotyką form i gatunków.

Wystarczy jednak ruszyć się z Centrum, przejechać kilka dzielnic aby wydostać się z zabytkowej plątaniny uliczek i trafić do normalnego dużego europejskiego miasta. Nowe dzielnice miast włoskich nie różnią się niczym specjalnym od polskich miast, co czyni je zupełnie nieatrakcyjnymi dla turystów. Pełno jest tu sklepów, spożywczych przede wszystkim, ulice są dość czyste, sporo też jest zieleni. Czasami trudno uwierzyć, że dwa światy, tak bardzo odmienne, istnieć mogą tak blisko siebie.

Jadąc na Sycylię w bagażu rejestrowanym zabierz korkociąg, przyda się na pewno ;) warto też pamiętać że układ gniazdek we Włoszech różni się od naszych. Z naładowaniem małej elektroniki np. komórki albo laptopa problemu nie będzie, jednak jeśli masz dużą wtyczkę z bolcem może być kłopot z podłączeniem. Nie warto kupować map, warto natomiast zabrać ze sobą przewodnik. Mapy są zbędne bo znajdziesz je na każdej ulotce, a ulotek wszędzie jest wielka obfitość. Po 2-3 dniach zaczniesz poruszać się po mieście jak u siebie, o ile masz choć trochę orientacji przestrzennej.

Ogólnie Sycylijczycy to gościnni, serdeczni ludzie, chętni do pomocy i dość otwarci. Wszyscy świetnie rozumieją że jesteś turystą, nie musisz wszystkiego wiedzieć i starają się pomóc w miarę możliwości. Odnośnie mafii, o jej istnieniu najmocniej przypominają wszechobecne gadżety z Ojca Chrzestnego przeznaczone dla turystów, Corleone zaś po tej podróży kojarzy mi się głównie ze świetnym winem ;)

Ostatnia kwestia – język. Mówisz po angielsku? To świetnie! Chiński na Sycylii będzie ci równie pomocny. Z pewnością zauważysz to już na etapie planowania podróży, kiedy uświadomisz sobie, że prawie żadna sycylijska instytucja nie posiada anglojęzycznej strony. Jest to szczególnie upierdliwe podczas wyszukiwania połączeń i rozkładów jazdy. Jednym słowem znaj włoski lub umrzyj! :P Po angielsku na wyspie nie mówi prawie nikt. Czasami zdarza się spotkać, zwłaszcza w hotelach ludzi trochę udających, a trochę mówiących w tym języku, przeważnie jednak trzeba uciekać się do gestykulacji i szybko łapać sens różnych wyrażeń aby dało się dogadać. Kłopotami językowymi się nie ma co stresować, bo jak mawiał Doktor Plama z Hydrozagadki: „Język złota to jedyne esperanto!”

4. Fundusze i koszt podróży

Sycylia to nie koniec świata, jednak warto zabrać ze sobą gotówkę. Płatności kartą są akceptowane w większości hoteli, w co bardziej turystycznych restauracjach itd. ,ale w wielu miejscach nic nie zdziałasz bez twardej waluty.

Koszt takiego wyjazdu jak nasz może być różny w zależności od tego jak bardzo jesteś oszczędny lub rozrzutny. My w dwie osoby zmieściliśmy się w 7000 zł wliczając w to przeloty, transport miejscowy, noclegi, wyżywienie, zwiedzanie itd. Przyzwoity hotel to ok 50-100 euro na noc za 2 osoby, za obiad dla 2 osób z butelką wina w zwykłej knajpie zapłacicie 40-60 euro (większość restauracji wlicza tzw. coperto, czyli opłatę za obsługę co zwalnia z konieczności dawania napiwków, osobiście i tak je dawałem). Zwiedzanie w sumie jest najtańszą rzeczą – najdroższe wejściówki nie kosztują więcej niż 10 euro, wstęp do większości miejsc to ok 5 euro od osoby.

Upraszczając – załóż że potrzebujesz na 2 osoby ok 100 euro dziennie (liczę za 2 osoby bo ciężko np. rozbijać koszt noclegu), jeśli chcesz mieszkać w przyzwoitym standardzie, jadać na mieście, od czasu do czasu wypić kawę lub coś przekąsić, zwiedzać wszystko na co masz ochotę i bez zbytniej rozrzutności zwyczajnie dobrze się bawić, delektując się sycylijskim winem. Wyjątkiem jest Etna gdzie potrzeba po 100 euro na głowę (sama kolejka to 30 euro + 15 euro na busa jeśli pogoda pozwala na wjazd).

Pamiątek celowo nie wymieniam, ponieważ pod tym względem Sycylia leży… w sumie przywiozłem książkę o kolumnadzie klasztoru w Monreale, koszulkę, trochę skał z Etny i rasta bransoletkę kupioną w Syrakuzach od pewnego siebie Jamajczyka ;) Z Sycylii lepiej już przytargać dobre wino i sery niż klepaną w Chinach tandetę, którą nabyć można na każdym kroku. Jeśli planujecie kupować rzeczy wartościowe lub markowe, róbcie zakupy w markowych sklepach i zachowujcie paragony, podobno można nieźle beknąć za przewożenie podróbek towarów.

DCIM101GOPROGOPR1083.

Podróż i zwiedzanie

1. Trapani

Trapani to piękne, urokliwe miasto nadmorskie, którego całe życie koncentruje się wokół portu, do którego zawijają duże statki wycieczkowe. Wyraźnie widać że ogromna część mieszkańców żyje z turystyki, dlatego jak na sycylijski standard miasto jest bardzo czyste, można poczuć w nim klimat prawdziwego turystycznego kurortu, który dopiero zyskuje popularność i nie został jeszcze zadeptany. Społeczność tego miasta wygląda i zachowuje się inaczej. Spośród wszystkich miejsc jakie odwiedziliśmy na Sycylii Trapani najbliżej ma do Europy. Nie ma tu imigrantów (za to wielu jest gejów), niemal sami Włosi no i turyści. Spacer uliczkami to przyjemność, powietrze jest bardzo rześkie, pełno jest małych knajpek, kawiarni itd.

Miasto nie ma wielu zabytków, ale warto poświęcić przynajmniej pół dnia na spacer po części historycznej i przejście nadbrzeża gdzie znajduje się targ rybny. Wejścia do portu strzeże twierdza zbudowana w wieku XIX, a wyglądająca jak obronny zamek z czasów Fryderyka II (porównajcie z Castel del Monte). Tworzy ona bardzo malowniczy krajobraz z cumującymi żaglówkami i łodziami rybackimi. Idąc nadbrzeżem warto zajrzeć do małego kamienistego domku, otoczonego czymś na kształt mini ogrodu botanicznego pełnego suchorostów i roślin wybrzeża. Dawniej dom, a teraz malutkie muzeum jakiegoś dziewiętnastowiecznego miejscowego notabla, które się tam znajduje, można odwiedzić bezpłatnie bo i zobaczyć we wnętrzu za wiele nie można. Można natomiast rzucić okiem na piękną panoramę wybrzeża.

DSC01838_wynik

DSC01843_wynik

Równie malowniczy widok rozciąga się z dachu Museo della Preistoria e di Archeologia Marina. Tu akurat zajrzeć warto. Eksponatów jest niewiele, dominują znaleziska wyciągnięte ze statków które zatonęły w pobliżu. Najważniejszym zabytkiem niewątpliwie są dwa rzymskie hełmy typu Montefortino z VI w. p.n.e., należące prawdopodobnie do uczestników I wojny punickiej, a znalezione niedaleko wysp Egadyjskich. Sporo jest amfor, oliwnych lampek, kotwic i monet. Muzeum jest malutkie, składa się zaledwie z kilku izb, wstęp jest biletowany ale nie jest drogi (3 euro).

Z innych wartych zobaczenia zabytków warto zwrócić uwagę na czternastowieczny kościół Sant’Augustino, wzniesiony przez Templariuszy z piękną odrestaurowaną rozetą, po środku której mamy bardzo klasyczne przedstawienie Zbawiciela w postaci Baranka i z od którego rozchodzi się 12 promieni, tworząc centrum dla bogato rzeźbionej rozety. Obok kościoła znajduje się fontanna Neptuna zbudowana w 1342 r. dla uczczenia budowy akweduktu. Podczas spaceru odwiedziliśmy także kościół Santa Maria del Gesu, którego wnętrze kryje obok standardowego barokowego wystroju również ciekawą kryptę z freskami.

Ogólnie na zwiedzanie Trapani mieliśmy tylko pół dnia. Jest to czas wystarczający do przejścia całej części historycznej, zjedzenie obiadu itd. Jeśli planujesz spokojny urlop i chcesz wypocząć sugeruję zostać w mieście dłużej lub potraktować je jako bazę wypadową do rejsu na Egady i do zwiedzania okolicznych miejscowości, takich jak Erice, Segesta i Marsala.

Aby dojechać do Palermo wsiedliśmy w autobus, który odjeżdża z przelotowego przystanku znajdującego się na przeciwko stacji kolejowej. Jest to zwykły przystanek miejski, a bilety można kupić w sklepie po drugiej stronie ulicy. Specjalnie to wspominam bo obok jest dworzec autobusowy, z którego jednak autobusy do Palermi nie jeżdżą. Istnieje też połączenie kolejowe, ale pociągi jeżdżą rzadko. Jazda do Palermo zajmuje ok 2 h, ewentualnie 3 h jeśli autobus zepsuje się w trasie, tak jak w naszym wypadku ;)

2. Palermo

O Palermo nie da się opowiedzieć, Palermo trzeba poczuć. W tym mieście znajdziecie wszystko co spotkać można na Sycylii. Włócząc się ciasnymi uliczkami historycznej dzielnicy mijamy targi i stragany sprzedające warzywa, owoce, ryby i wszelkie możliwe duperele. Klucząc zaułkami mijamy miejsca w których nazwy ulic zapisuje się po arabsku, mijamy indyjskie i pakistańskie sklepy zaraz obok sklepów chińskich, sklepów z pamiątkami i niezliczonych cukierni, kawiarni i restauracji prowadzonych przez Włochów. Ściany budynków pokrywa graffiti i plakaty, wszędzie pełno jest skuterów i miejskich samochodów, dla których klakson jest wyposażeniem ważniejszym od koła zapasowego. To ostatnie wymienicie w warsztatach samochodowych, które znajdują się na każdym kroku.

Wystarczy jednak skręcić na chwilę i dojść do ważnego zabytku aby wszystko natychmiast się zmieniło. Z wąskiej szemranej uliczki wychodzimy na górujący dumnie nad całym miastem Pałac Normański, stanowiący składankę rozmaitych architektonicznych stylów od średniowiecza do XVIII wieku. Można w Palermo zobaczyć wiele, ale to właśnie Pałac Normański, a zwłaszcza Kaplica Palatyńska (zbudowana w latach 1130-1140 przez Rogera II) powinny być tym co musicie zobaczyć koniecznie.

Do kaplicy wchodzi się oddzielnie, ilość odwiedzających jest ograniczana, dlatego zwiedzając Pałac Normański warto zostawić ją sobie na deser. Wchodząc na górne kondygnacje mijamy stojącą w hallu karocę senatorską i wychodzimy na krużganki, idąc schodami piętro wyżej wejdziemy do bardziej współczesnej części pałacu. Większość zdobień, obrazów i mebli w tym miejscu to zabytki osiemnastowieczne. Do zwiedzania udostępniona jest też sala plenarna sycylijskiego zgromadzenia parlamentarnego. W tej sekcji ze względów bezpieczeństwa obowiązuje zakaz fotografowania… aż tu nagle z osiemnastowiecznej części przechodzimy do małej sali Rogera II w której również znajdują się niesamowite mozaiki. Jest to najstarsza część pałacu pochodząca z XI w. Niestety nie wolno tu robić zdjęć, więc mam tylko kilka ;)

Kaplica Palatyńska to miejsce niezwykłe. Całość wnętrza jest bogato zdobiona i stanowi kumulację normańskiej wizji i kamieniarstwa, bizantyjskiego przepychu i blichtru mozaiek, arabskiej rzeźby i ornamentyki geometryczno-roślinnej, tworząc w sumie to co nazywamy normańskim eklektyzmem. Podłogi i ściany wyłożone są pięknym kamieniem, układanym we wzory geometryczne (zwłaszcza na planie ośmiokąta) znane ze sztuki bliskowschodniej i arabskiej. Obok nich znajdziemy rzeźby kamienne z charakterystycznymi motywami zdobniczymi np. walkę z potworami. Nawy pokrywa niesamowity drewniany sufit mukarnasowy głęboko rzeźbiony w ośmiokątne wzory, pokryte arabskimi wersetami (tak, w chrześcijańskiej kaplicy zbudowanej przez prowodyrów krucjat!). Obok nich przedstawiane są scenki rodzajowe i mitologiczne. Opisuję to wszystko, ponieważ łatwo te elementy przeoczyć patrząc na złote mozaiki wypełniające całe sklepienie i większość powierzchni ścian w kaplicy, od których ciężko oderwać wzrok.

Mozaiki sycylijskie, a te z Kaplicy Palatyńskiej zwłaszcza, to unikat na skalę światową. Nigdzie indziej nie zachowały się kościoły tak pięknie zdobione tą techniką, które by w tak fantastycznym stanie dotrwały do współczesności. Prace nad układaniem ornamentów rozpoczęto ok 1140 r. i kontynuowano przez prawie 30 lat. Stanowią prawdziwą obrazkową Biblię, prezentującą główne epizody Starego Testamentu, jak również trochę scen z życia Jezusa. Mamy tu więc stworzenie świata (z okrągłym przedstawieniem ziemi otoczonej wodami), stworzenie ludzi, wygnanie z Raju, grzech Kaina, arkę Noego itd. Przechodząc obrazki po kolei możemy poznawać Biblię bez konieczności jej czytania. Całość wzbogacają przedstawienia patriarchów, ojców Kościoła, aniołów, archaniołów, apostołów i świętych.

Poziom detali uchwyconych na mozaikach jest zadziwiający, dla mnie osobiście właśnie te małe smaczki pokazujące narzędzia, broń itd. stanowią największy skarb w tych przedstawieniach. Warto również, po raz kolejny, zwrócić wzrok ku niebiosom aby przyjrzeć się detalom na sklepieniach naw bocznych, zawierających sceny rodzajowe i pokazujących dusze świętych przyjętych do Królestwa Niebieskiego.

Rzeczą bardzo charakterystyczną dla normańskiego stylu było obrazowanie w centralnej części świątyni postaci Chrystusa Pantokratora, czyli władcy i sędziego nad całym światem. Dla współczesnych Chrześcijan dziwnym może wydać się prawie całkowity brak odniesień do męki Chrystusa, jego śmierci i zmartwychwstania, jest to jednak charakterystyczne dla miejsca i czasu powstania przedstawień. Ten sposób obrazowania Chrystusa jako króla i władcy świata bardzo dobrze współgra z normańskim dążeniem do dominacji i podboju, ambicje Rogera i jemu podobnych nie kończyły się bowiem na Sycylii.

Przedstawienie ofiary Kalwarii jest jednym z najciekawszych detali, które można wyłowić wśród zdobień. Całość została zobrazowana jako ofiara z gołębicy symbolizującej zbawienie, siedzącej na tronie Sądu Ostatecznego pod krzyżem z cierniową koroną. Mamy też mocno symboliczne strącenie Lucyfera. Zwróćcie uwagę na odwrócone oblicze, Lucyfer nie jest nikim konkretnym, jest pewną ideą bez twarzy, każdy może być Lucyferem.

Bardzo ciekawie prezentuje się również Herod, Szymon Mag i Maria Magdalena. Herod przedstawiony jest jako król, jego szaty są bardzo zdobione, osoby zaznajomione z ikonografią epoki z łatwością rozpoznają charakterystyczne wykończenia rękawów, dołu tuniki oraz rozcięcia na głowę. Jego buty wyszywane są drogimi kamieniami, a materiał tkany jest wzorzyście. Herod pokazany jest jako przywiązany do dóbr tego świata władca tronujący, obok niego zaś stoi Szymon Mag, który jako fałszywy filozof skrywa swój bogaty strój (symbol fałszu i obłudy, przywiązania do dóbr doczesnych) pod szatami filozofa, mędrca lub ubogiego ucznia Chrystusa, w jakich przedstawiani są mędrcy i apostołowie. Maria Magdalena natomiast jest jedyną kobietą przedstawioną w rozpuszczonych włosach, co symbolizuje jej rozpustną przeszłość. Jej bardzo duże znaczenie dla wczesnośredniowiecznego Chrześcijaństwa podkreśla miejsce przedstawienia nad ołtarzem obok Marii i apostoła Jana, zaraz pod wizerunkiem Chrystusa.

Zanim opuścimy kaplicę, przyjrzyjmy się jeszcze zdobieniom naw bocznych, a zwłaszcza bardzo charakterystycznemu motywowi lwów, który wprawne oko zapewne wychwyciło już na wcześniejszych zdjęciach. Lew pojawia się w detalach rzeźb, był obecny na mozaikach z kaplicy Rogera II, w kaplicy Palatyńskiej jego najbardziej wymowny wizerunek znajdziemy na przeciwko ołtarza głównego. Symbolika lwa jest niezwykle rozbudowana – oznacza boski majestat, dumę, władzę królewską, zwycięstwo i odwagę, ogień, zmartwychwstanie oraz Mateusza Ewangelistę. W Apokalipsie pod postacią lwa kryje się Chrystus tryumfator. Lew stał się symbolem Sycylii, tak samo jak Anglii. Pojawia się na regaliach koronacyjnych Rogera II (przechowywanych w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum) gdzie powala wielbłąda, jego symbolika jest nieodłącznie związana z normańskim dążeniem do dominacji i tryumfu zwłaszcza nad światem muzułmańskim. 

Wychodząc z Kaplicy warto zwrócić uwagę na zabytkowe tkaniny i chrzcielnicę, a po wyjściu z Pałacu Normanów kroki swe skierować wzdłuż murów aby dojść do zielonych terenów otaczających Pałac. Jedynie kilkaset metrów dzieli park od Katedry, która stanowiła kolejny mocny punkt obowiązkowy podczas zwiedzania Palermo. Ten rejon miasta wyraźnie różni się od reszty historycznej części, zarówno ilością roślinności jak również szerokością ulic, placów i zachowaniem zabytków.

Katedra jest kolejnym przykładem pomieszania epok i stylów, które w sumie współtworzą harmonijną całość. Budynek wzniesiono w wieku XII w stylu normańskim, który na zewnątrz gdzieniegdzie się przebija za sprawą zdobień ściennych w charakterystycznym stylu inspirowanym sztuką arabską.

Rzeźbiony Portal pochodzi z wieku XV i jest przykładem stylu gotycko-katalońskiego pełnego misternych, głębokich i delikatnych zdobień. Do środka wstęp prowadzi przez rzeźbione drzwi. Naprawdę warto zapłacić za zwiedzanie całości aby obejrzeć wszystko co w katedrze jest do zobaczenia.

Zasadnicza część katedry to zadziwiająco wysmakowany neoklasycyzm, w którym spokój białych ścian koresponduje z wszechobecnym srebrem i ciemnym drewnem. Neoklasycystyczna jest także kopuła katedry, pochodząca z XVIII w.

W tej części znajdziecie też strasznie paskudną makietę, przepiękne srebrne relikwiarze świętych, bogato zdobiony ołtarz jak również toaletę, która została misternie ukryta za ołtarzem bocznym :D Najciekawsze jednak dopiero przed nami!

Po lewej stronie od wejścia znajduje się wejście na dach katedry skąd roztacza się niezwykle malowniczy widok na miasto i plac katedralny.

DSC02145_wynik DSC02152_wynik

Zanim jednak wejdziemy na dach mijamy surowe sarkofagi władców normańskich – Fryderyka II, Konstancji Aragońskiej, Henryka VI, Rogera II i Konstancji de Hauteville.

Jeszcze więcej sarkofagów znajdziemy w katedralnej krypcie, niezwykle surowej i klimatycznej. Jest to najstarsza część świątyni, część grobów pochodzi z wczesnego średniowiecza, a w wielu zdobieniach widać wyraźnie antyczną stylistykę.

Po drodze do krypty mijamy okazałą kolekcję skarbca katedralnego w skład której wchodzą bogato zdobione szaty liturgiczne, kielichy i monstrancje, Najciekawszą dla mnie częścią kolekcji były resztki wczesnośredniowiecznych tekstyliów pochodzące z grobów mijanych chwilę wcześniej wraz z biżuterią i koroną cesarską Konstancji Aragońskiej.

Po wyjściu z Katedry warto pospacerować po okolicy, w której znajdziemy między innymi słynną Fontannę Wstydu, nazwaną tak przez zakonnice, zniesmaczone nagością przedstawionych tam niewiast. Fontanna, stojąca na Piazza Pretoria, jest przykładem toskańskiego renesansu i pochodzi z XVI w.

DSC02273_wynik

Bardzo blisko od niej znajduje się kolejny normański zabytek Palermo, a mianowicie pochodzący z XII w. kościół San Giovanni degli Eremiti stanowiący mieszankę stylu arabskiego i normańskiego. Bardzo surowy, z charakterystycznymi czerwonymi kopułami na dachu i arkadowym dziedzińcem z surowymi podwójnymi kolumnami.

Gdzieś po drodze znaleźliśmy jeszcze bliżej niezidentyfikowany kościół, bardzo podobny w formie i z bardzo podobną rozetą, jak na kościele Templariuszy w Trapani.

Jeśli zapragniesz ulgi po zwiedzaniu zabytków i zechcesz nacieszyć się morzem, sugeruję wybrać się na spacer nadbrzeżem, który najlepiej zaczynając gdzieś w okolicy Piazza Marina. Tę nazwę warto zapamiętać bo nie dość, że zaraz obok placu jest Ogród Garibaldiego z ogromnymi figowcami, to jeszcze w okolicach placu istnieją dwie restauracje czynne w godzinach sjesty i jest tam też trochę ukryty Carrefour.

Wychodząc z Piazza Marina na nadbrzeże, trafiamy bezpośrednio na malowniczy port dla żaglówek i małych łodzi, mogąc w tle obserwować prace portu handlowego. Idąc nadbrzeżem wchodzimy na rozległe tereny zielone przylegające do parku Villa Giulia i Ogrodu Botanicznego, który naprawdę warto zobaczyć. Ogród nie jest specjalnie wielki, istnieje jednak bardzo długo i z uwagi na ciepły klimat posiada wielkie bogactwo gatunków roślin z całego świata.

Ogród zostawiliśmy sobie do zwiedzania na ostatni dzień pobytu w Palermo, aby trochę odpocząć przed skokiem do Katanii. Na samo zwiedzanie Palermo jako miasta zabrakło nam minimum jednego dnia, z tego powodu nie udało się wybrać ani do Muzeum Archeologicznego ani do słynnych katakumb Kapucynów (gdzie znajduje się ponad 8000 mumii), ani do normańskiego Castello della Zisa, zamiast tego postawiliśmy na Cefalu i Monreale.

3. Cefalu

O Cefalu wiele powiedzieć nie mogę, ponieważ byliśmy w tej miejscowości bardzo krótko. Jeśli chcecie tam dojechać polecam pociąg odchodzący z Dworca Głównego w Palermo mniej więcej co godzinę. Podróż trwa lekko ponad godzinkę i myślę, że warto ten czas poświęcić ponieważ trafiamy do uroczego, niewielkiego miasta złożonego z ciasnych uliczek nad którym piętrzą się góry, kontrastujące z morzem.

Najważniejszym zabytkiem Cefalu jest katedra (Duomo) wznoszona w latach 1131-1240 w normańskim stylu z niewielkimi naleciałościami arabskimi, z mozaikami podobnymi do tych z Kaplicy Palatyńskiej, jednak mniej okazałymi. Będąc w środku udało mi się zrobić zdjęcia rzeźb znajdujących się z boku, jednak z powodu zaczynającej się niedzielnej mszy turyści zostali wyproszeni do tyłu. Wrócić niestety już się nie udało.

Z boku od katedry znajduje się wejście na arkadowy dziedziniec klasztorny stanowiący, moim zdaniem, największy skarb Cefalu. Dziedziniec otoczony jest kilkudziesięcioma rzeźbionymi kolumnami, z których większość przedstawia ornamenty roślinne, a część sceny rodzajowe i rozmaite dziwaczne bestie.

DSC02447_wynik

Po wizycie w Katedrze i klasztorze poszliśmy zobaczyć morze. Grzechem byłoby nie robić zdjęć, niestety fala którą widać na ostatniej panoramie okazała się kumulacyjna. Mnie przykryła gdy schodziłem z falochronu z włączonym aparatem. W ten właśnie szybki sposób w jednej chwili pozbyliśmy się aparatu i dwóch telefonów. Przemoczeni do suchej nitki i bez ciuchów na zmianę musieliśmy ekspresowo wracać do Palermo (ponad 50 km pociągiem).

DSC02509_wynik DSC02518_wynik

DCIM100GOPROGOPR0142.

Kąpiel zaliczona, aparat i komórki utopione, czas wracać do Palermo ;)

4. Monreale

Następnego dnia pojechaliśmy autobusem do Monreale (odjeżdża z Piazza Giulio Cesare co ok godzinę, bilety kupuje się w sklepie z pamiątkami). Po utopieniu aparatu do dyspozycji zostało już tylko GoPro, sprzęt świetny do filmów, ale kompletnie nieprzydatny do robienia zdjęć architektonicznych detali (stały obiektyw szerokokątny i brak podglądu kadru). Wybaczcie więc wygięcia kadru i kiepską jakość zdjęć. Robiłem co mogłem, zdjęć zrobiłem ponad 1000 i większość nie nadawała się absolutnie do niczego.

Monreale to piękne górskie miasteczko owiewane oczyszczającym powietrzem od morza, bardzo czyste i niezwykle malownicze. Ze wszystkich miast sycylijskich to tutaj mógłbym zamieszkać na emeryturze ;) Klimat jest tu rześki, ulice zadbane, sporo kwiatów i zieleni, widok zaś rozciąga się na całe Palermo i morze, leżące u stóp Monreale.

Katedra (Duomo) w Monreale przypomina Kaplicę Palatyńską, jest jednak trochę młodsza. Zbudował ją Wilhelm II, wnuk Rogera II, prace rozpoczęto w 1172 r. i kontynuowano przez kilkadziesiąt lat, ostatnie mozaiki dokończono w XIII wieku. Katedra jest też większa, przepychem stara się nie tylko nawiązać do Kaplicy ale ją przewyższyć. Warto zauważyć, że układ postaci i schematy przedstawień są tu bardziej uporządkowane, nad głównym ołtarzem zaś góruje znany nam już Chrystus Pantokrator. Ponieważ zdjęcia wyszły naprawdę kiepskie wrzucam tylko kilka poglądowych.

W katedrze warto patrzeć nie tylko na mozaiki, ale też pod nogi, gdzie zobaczyć można wiele skomplikowanych, geometrycznych motywów zdobniczych mających swe źródło w sztuce muzułmańskiej.

O ile wstęp do samej katedry jest bezpłatny, o tyle warto wydać kilka euro aby obejrzeć również barokową boczną kaplicę i katedralny skarbiec, a przede wszystkim po to aby wejść na wieżę katedry i zobaczyć przepiękny widok na miasto, góry, morze i otoczony podwójną kolumnadą wirydarz, będący gwoździem programu naszej wycieczki.

Wejście do wirydarza klasztoru, towarzyszącego katedrze, znajduje się z boku i kosztuje drogo bo 10 euro od osoby, warto jednak wydać aby zobaczyć to co wielu nazywa „najpiękniejszym klasztorem na świecie”. W środku czeka na was kilkaset rzeźbionych podwójnych kolumn z których każda przedstawia inne zdarzenie, rośliny lub sceny rodzajowe. Dodatkowo część kolumn zdobiona jest polichromiami, a narożne kolumny poczwórne zdobione są bardzo charakterystyczną techniką głębokiego świdrowania i całe pokryte są rzeźbionym ornamentem roślinnym z wstawkami rodzajowymi. Znajdziemy tam wojowników, łowy, ofiarowanie katedry, sceny walki, dzikie i egzotyczne zwierzęta i masę innych interesujących detali.

Kolumny zostały wyrzeźbione w wieku XIII, sam klasztor jest starszy, pochodzi z końcówki wieku XII. Jeśli przyjrzycie się dokładnie, zauważycie że kolumny swoim kształtem nie są dopasowane do łuków które wspierają, co sugeruje że zastąpiły wcześniejsze bardziej masywne kolumny. Nie wiadomo w jakich latach dokładnie nowa kolumnada została wyrzeźbiona, natomiast biorąc pod uwagę kontekst historyczny jej pojawienie się można wiązać ze zniszczeniami wojennymi z lat 1220-1225, kiedy to wybuchły potężne starcia między Muzułmanami i Chrześcijanami, a kalsztor stał się polem bitwy. Konflikt związany był ze zmianą dynastyczną i zastąpieniem tolerancyjnych Normanów przez o wiele mniej przyjaznych miejscowym Muzułmanom władców z dynastii Szwabskiej. Z listu opata Caro (1183-1233) do Fryderyka II wynika, że klasztor zamieniono w obóz wojskowy, do kolumn zaś wiązano konie powodując nieodwracalne zniszczenia co tłumaczy późniejszą odbudowę.

5. Katania

Do Katanii warto pojechać pociągiem, który odjeżdża rano i w ciągu 3 h za 10 euro skaczemy na drugi kraniec wyspy, mając jeszcze pół dnia na rekonesans. Po drodze mijamy bezkresne przestrzenie sycylijskiego górzysto-rolniczego interioru i cieszymy oczy widokiem nadmorskich miejscowości. Dopiero jadąc można uzmysłowić sobie jak bardzo sucha i jałowa jest ta kraina, w której prawie cały krajobraz stanowią góry i pagórki, na których uprawia się częściej kaktusy niż winorośl. Krajobraz zmienia się jednak w okolicy Katanii, położonej na równinie nad którą góruje wielka sylwetka Etny.

Będąc w Katanii miałem wrażenie jakbyśmy przenieśli się do innego kraju, ponieważ zarówno klimat jak i wygląd miasta jest tu odmienny. Jest to w całości zasługa Etny, która w 1669 r. praktycznie zrównała miasto z ziemią oraz potężnego trzęsienia ziemi, które dokończyło dzieła zniszczenia w 1693 r. Z tej przyczyny Katania jest niemal w całości barokowa. Miejscami zdarzają się zabytki antyczne, takie jak Odeon i antyczny Teatr Rzymski, które naprawdę warto zwiedzić (wraz z muzeum w którym jest całkiem sporo interesujących zabytków, duży zbiór ceramiki i przedmiotów związanych z funkcjonowaniem teatru od starożytności po wiek XIX).

Oba kataklizmy przetrwał bez uszczerbku Castello Ursino, czyli zamek wzniesiony w latach 1239-1250 przez Fryderyka II, którego niestety nie udało się odwiedzić z powodu szykowanej właśnie wystawy impresjonizmu. Jakoś do zamków na Sycylii nie miałem szczęścia, ponieważ jednym z planowanych miejsc do odwiedzenia była Enna, z której zrezygnowałem nastawiając się właśnie na zamek w Katanii. Jak na złość zamknięte było też Castello Maniace w Syrakuzach.

Katania to czarne miasto dosłownie i w przenośni. Dosłownie, ponieważ do odbudowy użyto miejscowego materiału, czyli czarnej wulkanicznej skały. Zbudowano z niej mury, dziedzińce i wyłożono nią ulice. Dzięki temu nawet miejscowe komary są czarne przez co stały się mistrzami ninja w sztuce upierdliwego podgryzania nocą ;) Katania jest też czarna z powodu ilości imigrantów. W Palermo bywali widoczni, tutaj zdominowali całą zabytkową dzielnicę. Gdy pytaliśmy o drogę do naszego mieszkania pewna młoda dama postraszyła nas, że to bardzo zła okolica. Cóż, żyjemy i nie mieliśmy żadnych problemów, ale nocny spacer ulicami za Castello Ursino, raczej nie jest czymś co bym rekomendował samotnej kobiecie ;)

Zabytkowa dzielnica nie jest specjalnie wielka i można ją obejść w ciągu kilu godzin. Czerń kamienia i tropikalny, malaryczny klimat, który nie daje spać to dwie rzeczy, które najlepiej zapamiętałem z Katanii, choć obiektywnie patrząc w mieście da się żyć, a jeśli lubisz barok będziesz miał co zwiedzać. W Katanii można też całkiem dobrze zjeść, a nawet przy odrobinie wysiłku ogarnąć komunikację i jej nonsensy.

6. Syrakuzy

Do Syrakuz podobno jeździ pociąg, wybranie tej opcji transportu jest jednak dość karkołomne, ponieważ są chyba 2 kursy dzienne i to o dziwnych porach. W tej sytuacji pozostaje skorzystać z autobusu, który odjeżdża z dworca na przeciwko dworca PKP (nawet jeśli nie jest oznaczony na prawie żadnych mapach :P) Oznaczony w sumie nie jest też autobus ani przystanek, kasa z biletami znajduje się zaś w bocznej uliczce. Włochy pełną gębą :D Ogólnie proponuję wpleść dworzec w plan zwiedzania dnia poprzedniego i zapuścić języka u tubylców w sprawie zarówno Syrakuz jak i Etny oraz obczaić kasę biletową.

Na Syrakuzy potrzebujesz dnia. Tyle wystarczy aby porządnie zwiedzić miasto, zajrzeć do Parku Archeologicznego w Neapolis i przejść się na Ortygię. Nie wystarczy jednak to na nic innego, dlatego jeśli możesz, zostań w Syrakuzach na 2 dni (Jeśli chcecie nocować w Syrakuzach zarezerwujcie pokój z widokiem na morze na Ortygii. My nie nocowaliśmy i w sumie na zwiedzanie mieliśmy zaledwie 5 h, ale nawet spacer nadbrzeżem przekonał mnie, że warto w przyszłości w Syrakuzach się zatrzymać :)

Ogólnie Park Archeologiczny i Ortygia leżą na dwóch zupełnie przeciwległych krańcach Syrakuz, dworzec autobusowy jest zaś niemal w środku, trzeba więc się nieźle nałazić, paradoksalnie bardziej niż na Etnie. Ogólnie z Syrakuz wróciliśmy strasznie skonani ponieważ dzień był jak na tę porę roku wyjątkowo upalny, a zwiedzanie było mega intensywne. Koniecznie zabierzcie na tę wycieczkę sporo wody i wygodne buty.

Parku Archeologicznego i sensu jego zwiedzania chyba komentować nie muszę. Obejrzycie Teatr Grecki z ok V w. p.n.e., ogromną i spektakularną grotę Orecchio di Dionisio, Rzymski Amfiteatr i sporo mniejszych zabytków. Generalnie ładna kupa fantastycznych starożytnych ruin na wielkiej palonej słońcem patelni :P Jak to mówią jeśli widziałeś jeden teatr grecki to widziałeś je wszystkie ;)

DCIM101GOPROG0051308. DCIM101GOPROGOPR1339.

O wiele ciekawszą natomiast atrakcję stanowi Ortygia, czyli zabytkowa dzielnica Syrakuz, której praktycznie zdjęć niestety nie robiliśmy, oszczędzając ostatnie resztki baterii w GoPro na Etnę. Robienie zdjęć byłoby w sumie też mało zasadne, ponieważ cała dzielnica ma tak niepowtarzalny klimat i jest tak unikalna, że ciężko byłoby tam nawet wskazać jakieś konkretne punkty warte zobaczenia. Dzielnica składa się ze starej zabudowy, wąskich uliczek pełnych niewielkich knajpek wpasowanych w krajobraz. Co niezwykłe, większość dzielnicy zamknięta jest też całkowicie dla samochodów, dlatego jest to miejsce ucieczki od miejskiego gwaru i hałasu. Całości dopełniają piękne widoki na port, morze i miasto. Warto zarezerwować co najmniej 2-3 h na spokojny spacer po dzielnicy i rozpocząć go w porze sjesty, ponieważ spora część dzielnicy przypomina wtedy miasto duchów. No chyba, że planujecie obiad, wtedy tych godzin nie polecam ;)

6. Etna

Etna to inny świat i zupełnie inne wrażenia. Po tylu dniach gapienia się na zabytki, stworzone ręką ludzką, uderzający jest kontrast z surowym pięknem tej wielkiej góry, stanowiącej w zasadzie gigantyczną pustynię, pełną śladów burzliwej przeszłości. O tym że Etna stała z powierzchni ziemi Katanię już wspominałem, jest to jednak stara historia. Etna jest najaktywniejszym wulkanem Europy wznoszącym się na 3340 m n.p.m., wybucha regularnie raz na kilka lat w spektakularny sposób, ma cztery główne kratery i ponad 200 kraterów bocznych. Ostatnio wybuchła w maju 2015 r., kiedy z powodu erupcji zamknięto lotnisko w Katanii. Wybuchy z 1983 i 2005 r. niszczyły schronisko Rifugio Sapienza, do którego dojedziecie autobusem z Katanii (i w którym naprawdę warto coś przekąsić. Porcje są tam gigantyczne!).

Etna to całodniowa wycieczka, na którą pojedziecie autobusem z dworca autobusowego w Katanii, za kilka euro, kursem o 8:15, a wrócicie tym samym autobusem o 16:30. Bilety kupuje się, wyjątkowo, u kierowcy. Rozsądek nakazywałby zabrać ze sobą dobre buty górskie, ciepłe ubranie, kurkę odporną na deszcz itd. ale w praktyce nie jest to konieczne. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu ludzi takich jak pewna turystka z Polski, która jechała z nami mając na nogach wsuwane drewniaki (!), przygotowano wypożyczalnię ubrań i butów, która znajduje się na stacji końcowej kolejki linowej (30 euro wjazd + 15 euro samochód jeśli chcecie podjechać pod krater). Kolejka rusza z Rifugio Sapienza i pozwala sprawnie dotrzeć na 2500 m. Tam znajduje się bar, sklepy z pamiątkami i baza do dalszej podróży samochodem, warto pamiętać jednak że samochody jeżdżą tylko przy dobrej pogodzie.

Nasza pogoda do najlepszych nie należała, delikatnie rzecz ujmując ;) W kolejce linowej złapała nas burza gradowa z porywistym wiatrem, zacinającym niemal poziomo. Naprawdę świetnie przeżycie, zwłaszcza że akurat jedziemy na aktywny wulkan, jesteśmy wyżej niż Rysy, a wokół rozciąga się czarna pustynia :D

Moja podróż na Etnę skończyła się niewiele wyżej niż stacja kolejki. Gdy pogoda trochę się uspokoiła i widoczność mocno się poprawiła stwierdziłem, że ruszę się ze schroniska rzucić okiem na to co jest niedaleko i wybrałem się na mały rekonesans. Nie było to dalej niż kilkaset metrów od stacji bazowej. Niestety nie udało mi się zajrzeć do krateru, przekonałem się natomiast jak szybko potrafi się zmieniać górska pogoda na takiej wysokości. W ciągu minuty widoczność z naprawdę przyzwoitej spadła niemal do zera. Zdjęcia poniżej wykonałem w odstępie pięciu minut.

Etna nie jest trudną górą do zdobycia. Kamienie o ostrych krawędziach, żwir i głazy mogą utrudniać marsz ale stoki góry są łagodne, w wielu miejscach rozciągają się lekkie pagórki i niemal równiny. Droga którą poruszają się samochody kursujące ze schroniska też wyglądała na całkiem szeroką i dobrze widoczną. Niestety przy takiej mgle okazuje się, że nawet na takiej ścieżce łatwo jest zabłądzić i można stracić poczucie kierunku. Sam siebie tropiłem po własnych śladach, kilka razy wracałem się do zapamiętanego punktu aż wreszcie trafiłem gdzie trzeba. Nie powiem, ciekawie jest zabłądzić bez komórki na czynnym wulkanie we mgle na 3000 m. Przynajmniej jest o czym opowiadać i jako jedyny człowiek tego dnia widziałem choćby zarys krateru centralnego :)

DCIM101GOPROG0081474.

Po powrocie do schroniska i kolejnej godzinie oczekiwania na poprawę pogody stwierdziliśmy, że pora wracać, a następnie wybraliśmy się na spacer po kraterach znajdujących się w okolicy Rifugio Sapienza. Pogoda wtedy nagle całkiem się poprawiła, wyszło słońce, resztę zaś opowiadają zdjęcia, które (mam nadzieję) zwalczą reputację Etny jako „najbrzydszej góry świata” ;)

Wyprawa na Etnę była ukoronowaniem naszej wycieczki. Był to już przedostatni dzień podróży. Ostatni dzień przed wyjazdem zarezerwowaliśmy sobie na uspokojenie, spacer po Katanii, picie wyśmienitego wina i szybką wycieczkę do rzymskiego amfiteatru. Następnego zaś dnia wylecieliśmy do Polski zabierając ze sobą masę wspomnień, którymi postanowiłem się z Wami podzielić.

DCIM101GOPROGOPR1520.

Jeśli więc będziecie mieli okazję odwiedzić Sycylię, skorzystajcie ponieważ jest to jeden z najciekawszych i najbardziej malowniczych zakątków Europy o fantastycznej i bogatej historii, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.

Trening indywidualny mieczem i krótką włócznią

sobota, 21 Listopad 2015

Dlaczego warto trenować w domu?

Dziś tak na szybko wrzucam dwa krótkie filmy treningowe. Podsumuję krótko to co widać aby cele wideo były jasne, zacznijmy jednak od małego cytatu, opisu idealnego wojownika, który pokazuje cel do którego osobiście staram się dążyć i pod który staram się optymalizować mój trening:

Był rosły i silny i był doskonałym wojownikiem. Potrafił walczyć mieczem i rzucać włócznią każdą ręką jeśli tylko chciał i był tak biegły w walce mieczem że gdy nim machał wydawało się jak by machał trzema mieczami na raz. Potrafił strzelać z łuku lepiej niż ktokolwiek i zawsze trafiał w cel. Potrafił skakać wyżej niż wynosił jego wzrost w pełnym oporządzeniu bojowym zarówno w przód jak i w tył.

(Brennu-Njáls saga)

Jak widać wojownik idealny to istny „człowiek orkiestra” – zwinny, sprawny, silny i szybki, wszechstronny wojownik, istna maszyna do zabijania, biegle władający każdą bronią, używający obu rąk. Specjalizacja wojowników i preferencje na pewno istniały, jednak wszechstronność była tym co szczególnie akcentowano jako wzór do naśladowania. Moim osobistym zdaniem nie jest możliwe pełne zrozumienie walki z epoki bez szerszej perspektywy i wszechstronnego treningu różną bronią, a jest to zaledwie wstęp do szerszego zagadnienia jakim jest zrozumienie realiów życia w epoce w kontekście społecznym, prawnym, ekonomicznym, duchowym i mentalnym. Walka zawsze była szerokim zagadnieniem, dlatego każda wąska próba jej analizy będzie skazana na porażkę podobnie jak czyste teoretyzowanie na temat lub ograniczona praktyka (w tym również trening w jednostajnych idealnych warunkach).

Oglądając filmy warto zwrócić uwagę na kilka elementów. Po pierwsze trenuję w bardzo ciasnym, nieprzyjaznym otoczeniu. Pełno mebli, bibelotów, żyrandol nad głowa itd. Cała przestrzeń, którą mam do dyspozycji, to około 9 metrów kwadratowych (z czego zwykle wykorzystuję połowę). Rzecz w tym, że gdy przyjrzymy się opisom konfrontacji z epoki, niezwykle często znajdziemy walkę w takim własnie ciasnym otoczeniu. Dla walk opisanych w sagach islandzkich jest to wręcz sytuacja standardowa, ponieważ wojna w tym kraju miała charakter lokalnej wróżdy rodowej. Palenie halli, burdy na ucztach, nocne napady na śpiących, wraz z sytuacjami wycofania się do halli lub ucieczki z niej pod naporem wroga są niezwykle barwne i częste. W pełnym spektrum prezentują też konieczność radzenia sobie z walką w takim ciasnym środowisku, ponieważ o zwycięstwie lub klęsce niejednokrotnie decydowało blokowanie broni o rozmaite elementy wystroju. Trenowanie w domu uczy naprawdę dobrej kontroli terenu i użycia broni w bardzo ciasnym otoczeniu.

Kilka przykładów – tłumaczenie moje:

Osłaniając się tarczą Gunnar wycofywał się przed Grettirem, który atakował go energicznie przeskakują na boczną ławkę stojącą najbliżej drzwi. Ręce Gunnara, dzierżące tarczę, były ciągle w drzwiach więc Grettir ciął w dół pomiędzy jego ręce i ciało obcinając jego obie ręce w nadgarstkach. Gunnar upadł w tył przez drzwi. Następnie wyciągnął swój saks, obciął Gunnarowi głowę i umieścił ją naprzeciwko jego tyłka.

(Grettis saga)

Grettir zamachnął się swym saksem na Vikara, towarzysza Hjaltiego Thordarsona uderzając go w lewe ramię kiedy ten wskoczył do chaty, cięcie przeszło przez jego ramiona ukośnie aż do lewej dolnej części jego ciała. Mężczyzna został przecięty w czysty sposób na pół, a jego ciało upadło na ziemię w dwóch połowach. Grettir nie mógł podnieść swego saksa tak szybko jak by chciał i w tej samej chwili Thorbjorn Hak przeszył go włócznią między ramionami zadając mu wielką ranę. Grettir powiedział „Odsłonięte są plecy człowieka który nie posiada brata”. IIIugi nakrył wtedy tarczą Grettira I chronił go tak dzielnie, że wszyscy wychwalali jego obronę. Następnie Hak nakazał swym ludziom aby zbliżyli się do Illugiego ze swymi tarczami „ponieważ nigdy nie widziałem człowieka jak ten któren jest tak młody”. Zrobili wedle rozkazu i otoczyli go tak ciasno tarczami i bronią, że nie był w stanie dalej utrzymać obrony byli więc w stanie pojmać go i przytrzymać.

(Grettis saga)

Pewnego ranka Gudbrand poprosił go aby dał mu konia i wyszedł wraz z Thorirem za nim na zewnątrz. Jak tylko Gudbrand doszedł do progu i schylił się Thorir zamierzył się na niego toporem , gdy usłyszał on świst topora wyskoczył przez drzwi, a cios Thorira uderzył w belkę która wystawała z krokwi. Topór uderzył szybko w belkę a Thorir wybiegł na dziedziniec ścigany przez Gudbranda. Thorir przeskoczył ponad korytem rzeki i legł tam przyklejony płasko do ziemi. Gudbrand rzucił za nim swoim mieczem i trafił on go w przeponę. Był on owinięty uzdą dookoła ciała i miecz trafił idealnie w pierścień uzdy. Gudbrand przeskoczył nad rzeką i dopadł do Thorira, ten jednak już był martwy. W tej sytuacji narzucił on na niego ziemię i pochował go dokładnie tam gdzie padł martwy. W mieczu pojawiły się szczerby, jedna z nich miała wielkość paznokcia. Miecz ten został później naostrzony , była to doskonała broń.

(Vatnsdala saga)

Szkatułka z Auzon - wykonana z kości wieloryba skrzynka na klejnoty lub relikwie, wyrzeźbiona około 700 roku w Northumbrii

Szkatułka z Auzon wyrzeźbiona około 700 roku w Northumbrii. Egil broni domu – zwróćcie uwagę na chwyt krótkiej włóczni i ustawienie tarczy u atakującego.

Kiedy Thormod poczuł siłę w człowieku przed nim, zeskoczył na ławkę obok łóżka. Olaf zeskakując sięgnął po swój topór zamierzając zadać mu cios, nie był jednak dość szybki, Thormod natomiast wśliznął się pod jego uchwyt i kurczowo uchwycił się jego talii. Olaf skontrował i rozpoczęła się niezwykle zaciekła walka. Thormod walczył tak mocno, że rozrywał gołymi rękami ciało Olafa gdziekolwiek się go uchwycił. W drobny mak rozwalili wszystko co stało im na drodze i nagle zgasło również światło, co odpowiadało Olafowi odrobinę bardziej. Thormod wtedy zaatakował z zaciekłością i obaj znaleźli się na zewnątrz. Leżał tam spory kawałek drewna wyrzucony przez fale i Thormond przypadkiem nadepnął na okrągły pień upadając na plecy. Olaf podciągnąl swe kolano pod jego pachwinę i gdy tylko wyczekał odpowiedni moment rozprawił się z przeciwnikiem tak jak uznał za stosowne.

(Hávarðar saga Ísfirðing)

Bork umieścił Eyjolfa na honorowym miejscu obok swych kompanów blisko drzwi. Rzucili swoją broń na podłogę. Bork usiadł obok Eyjolfa po wewnętrznej stronie ze Snorrim obok niego. Thordis przyniosła miskę owsianki (kaszy) w której tkwiły drewniane łyżki, jednak gdy postawiła porcję Eyjolfa przed nim łyżka wypadła jej na podłogę. Schyliła się aby ją podnieść jednak zamiast tego wzięła miecz Eyjolfa szybko pchając nim pod stołem . Miecz przebił udo Eyjolfa I nawet pomimo tego, że rękojeść uderzyła w stół rana była bardzo poważna. Bork popchnął stół daleko od nich I uderzył na Thordis. Snorri popchnął Borka tak że upadł on i pchnął jego matkę na miejsce obok siebie mówiąc, że wycierpiała ona dość bez bicia. Eyjolf I jego ludzie zerwali się ze swoich miejsc i wzajemnie się powstrzymywali po tym wydarzeniu.

(Eyrbyggja saga)

Kiedy to usłyszał wskoczył do łóżka I ściągnął ze ściany miecz który tam wisiał nad nim. Ljot nakazał swym ludziom zgromadzonym w halli obudzić się i uszykować broń. Havard w tym momencie wskoczył na skrzynię łóżka i ciął Ljota w lewy bark, ten jednak uskoczył bardzo szybko i miecz jedynie zadrasnął jego ramię ścinając skórę z jego ramienia i rozcinając je na wysokości łokcia. Ljot skoczył naprzód zeskakując z łózka z obnażonym mieczem i zamiarem zaatakowania Havarda, jednak wtedy Eyjolf natarł na jego prawy bark i ubili Ljota na miejscu.

(Hávarðar saga Ísfirðing)

Gdzie jeszcze mamy ciasne otoczenie? Oczywiście w bitwie oraz podczas walki na okrętach. Umiejętność walki z mieczem prowadzonym bardzo blisko ciała, kiedy broń mija nas tylko o centymetry obok oczywistej korzyści oszczędzania przestrzeni uczy też ekonomii ruchu i to przede wszystkim w sytuacji walki bez możliwości użycia pracy nóg, często z przygiętym łokciem, gdzie wcale nie działamy na maksymalnym dystansie, ale właśnie bardzo blisko przy zwarciu tarcza w tarczę. Dzięki łączeniu tego treningu w ciasnej przestrzeni z treningiem w przestrzeni nieograniczonej, tworzymy w sumie bardzo elastyczny repertuar akcji i technik. Podstawowym kontekstem użycia układu miecz-tarcza jest bitwa w której większość akcji rozgrywano w ciasnym dystansie.

Kilka przykładów takich sytuacji – zmagania na okrętach:

Hallgrim i jego brat wskoczyli na statek Gunnara, który odwrócił się aby stawić im czoła. Hallgrim pchnął w kierunku Gunnara swą halabardą. Bom leżał wzdłuż okrętu i Gunnar cofając się przeskoczył przez niego, jego tarcza nadal była z przodu przed bomem I halabarda Hallgroma przebiła ją trafiając w bom. Gunnar ciął w rękę Hallgrima okaleczając ją (łamiąc kości) jednak miecz nie wbił się w ciało. Halabarda wypadła przeciwnikowi z rąk, Gunnar złapał ją i przebił nią Hallgrima, później już zawsze nosił ją ze sobą.

(Brennu-Njáls saga)

Zmagali się już czas dłuższy kiedy Kari przeskoczył na okręt Snaekolfsa, ten odwrócił się by stawić mu czoła i natychmiast wyprowadził uderzenie. Kari wykonał odskok w tył przez jeden z okrętowych bomów, uderzenie Snaekolfsa, które nie doszło celu, było tak potężne że miecz utkwił w bomie na głębokość obu ostrzy. Kari skontrował uderzając w ramię przeciwnika ucinając mu rękę w wyniku czego Snaekolf padł martwy.

(Brennu-Njáls saga)

Thorstein znajdował się wtedy na achterdeku. Ljot widział jak daleko sprawy już zaszły i rzucił swoim mieczem w braci, starał się jednocześnie przeskoczyć ponad pokładem ponieważ nie widział innej drogi ucieczki. Thorstein przygwoździł go do pokładu pałką z taką siłą że jego głowa i ramiona opadły za burtę a nogi do wewnątrz okrętu. Zrobiło się już tak ciemno, że nie można było zmyć krwi z pokładu ani usunąć zwłok ze statku.

(Svarfdala saga)

Trochę ikonografii bitewnej – zwróćcie uwagę na uderzenia ze zgiętym łokciem:

Jeśli chodzi o tempo treningu, z racji że jest to trening właśnie, a otoczenie nie jest do końca przyjazne, nie wszystkie akcje wykonuję na 100% prędkości, zwłaszcza gdy używam miecza ostrego lub trenuję akcje oburęczne mieczem jednoręcznym. Tylko kilka sekwencji wykonanych jest na pełnej prędkości, większość akcji mieczem jednoręcznym wykonane jest na 3/4 prędkości, akcje oburęczne wykonuję zwykle dość wolno (1/3 do 2/3 prędkości).

Te ostatnie szczególnie zasługują na uwagę. Rozwijać techniki dwuręczne mieczami jednoręcznymi zacząłem dopiero jakiś czas temu, daleko tu jeszcze do doskonałości, chcę raczej zaprezentować, że takie użycie mieczy jest wykonalne i czasami bywa sensowne, zwłaszcza jeśli miecz który mamy do dyspozycji ma parametry i dynamikę taką jak mój miecz z Soborg.

Akcje dwuręcze testuję obecnie na wszystkich mieczach, które posiadam, również na moim mieczu wczesnym o bardzo ciasnej rękojeści. Wydaje mi się, że w większości przypadków udało mi się zoptymalizować chwyt miecza tak aby był najbardziej efektywny natomiast wstrzymam się tu na dziś z rozwijaniem tematu ponieważ nie wszystko jeszcze sprawdziłem i nie wszystko przetrenowałem w wystarczającym stopniu. W przyszłości napisze na ten temat osobny tekst.

Morgan M.739 Book of Hours, Morgan Library, Bamberg Niemcy, 1204-1219 r.

Morgan M.739 Book of Hours, Morgan Library, Bamberg Niemcy, 1204-1219 r.

Element którego na filmie nie ma, to trening lewą ręką. Na dziś niewiele mam tu do pokazania bo jest to u mnie ręka znacznie słabsza, po pół roku treningu osiągnąłem w niej sprawność wystarczającą do w miarę prawidłowego prowadzenia podstawowych akcji, użycie sekwencyjne dopiero zaczynam trenować. Ogólnie to co widać to minimalny wycinek treningu trwającego ponad 2 h. Szybki trening sekwencyjny przedzielony jest treningiem technicznym, który koncentruje się na raczej powolnym ale dokładnym wykonywaniu poszczególnych uderzeń, całość zaś poprzedzona jest półgodzinną rozgrzewką. Sens tego treningu jest podwójny – z jednaj strony rozbudowuje w prawidłowy sposób mięśnie odpowiedzialne konkretnie za użycie miecza, z drugiej prowadzi po pewnym czasie do mistrzowskiego wykonywania akcji szermierczych. W szlifowaniu podstaw tkwi klucz do wszystkiego innego ponieważ jest to nasza „skrzynka z narzędziami”. Gdy zachodzi konieczność automatycznie sięgamy po to co najlepiej się sprawdza.

Brak użycia tarczy oznacza tylko tyle, że nie używam jej w tym konkretnym treningu. Czasami trenuję z tarczą, czasami bez niej. Położenie ręki w tym dziwnym miejscu jest pewnym kompromisem, mającym w choćby minimalnym stopniu symulować położenie tarczy, kwestia położenia ręki bez miecza przy walce/treningu mieczem jednoręcznym lub kordem jest zupełnie osobnym, skomplikowanym zagadnieniem. I owszem, to co robię nie jest optymalne, jest natomiast sensowne w tym konkretnym kontekście.

Rzecz ostatnia – dlaczego oglądam sobie serial podczas treningu? :D Cóż powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze, jestem człowiekiem niezwykle zajętym i zwyczajnie muszę łączyć różne rzeczy. Po drugie, serial jest dodatkowym czynnikiem rozpraszającym, oglądanie go zmusza do wzmocnionej koncentracji, która musi radzić sobie nie tylko z mieczem ale też z dodatkowymi bodźcami, fabułą itd. Wzmacnia to nieprzyjazność środowiska treningowego, wybór tematyki serialu nie jest przypadkowy ;) Po trzecie wreszcie, większość starych podręczników szermierki zaleca trening sylwetkowy, w którym ćwiczono uderzenia w odniesieniu do planszy przedstawiającej przeciwnika. Trening do serialu stanowi współczesne rozbudowanie tej metody. Na ekranie pojawiają się postaci w ruchu, uderzając staram się prowadzić miecz tak aby uderzenia i pchnięcia kierowane były w te ruchome sylwetki, zawsze celując w punkty witalne.

Joachim Meÿer, Gründtliche Beschreibung der Kunst des Fechtens, Strasbourg 1570 r.

Joachim Meÿer, Gründtliche Beschreibung der Kunst des Fechtens, Strasbourg 1570 r.

Trening z krótką włócznią z tarczą i bez tarczy

Od wielu lat w dyskusjach dotyczących drzewcówek pojawia się kwestia tego co jeszcze jest włócznią, co już jest oszczepem i gdzie przebiega granica. Zagadnienie i problem tego typu stworzyć mógł tylko jakiś akademik, szukający pomysłów na systematyzację znalezisk, ponieważ praktycznie to rozróżnienie prawie nigdy nie ma znaczenia.

Oczywiście jeśli mówimy o broni bardzo, bardzo długiej, podobnej do włóczni z Jeziora Lednickiego, widocznej na zdjęciu poniższym, klasyfikacja jest oczywista. Podobnie oczywista jest klasyfikacja niewielkich oszczepów ciskanych np. za pomocą atlatla. Co jednak w sytuacji gdy mamy do czynienia z obiektem takim jaki widzicie na filmie lub na szkatułce z Auzon?

Włócznia z Jeziora Lednickiego wydobyta w okolicach mostu, długość całkowita 321 cm, drzewiec jesionowy XI wiek. Znalezisko przechowywane w Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.

Włócznia z Jeziora Lednickiego wydobyta w okolicach mostu, długość całkowita 321 cm, drzewiec jesionowy XI wiek. Znalezisko przechowywane w Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.

Bronią o tej pośredniej długości można zarówno efektywnie walczyć wręcz jak również rzucać nią tak jak oszczepem. Jest to niezwykle skuteczne, tanie i poręczne rozwiązanie o bardzo wszechstronnych możliwościach. W chwili obecnej posiadam trzy włócznie/oszczepy tej długości oraz potężną włócznię dwuręczną. Wszystkie egzemplarze osobiście naostrzyłem ręcznie na kamieniach (co trwało ok 20 h w sumie) i mogę śmiało powiedzieć, że w wersji finalnej jest to straszna broń.

Podczas obróbki jesionowego drzewca lekko zahaczyłem o wyostrzony grot, który luźno leżał na stołku czekając na osadzenie. Grot wbił się na centymetr w mięso bez najmniejszego problemu. Siła uderzeń widocznych na filmie jest absolutnie wystarczająca do wyeliminowania każdego nieopancerzonego przeciwnika, przy odrobinie szczęścia byłoby możliwe przebicie takim uderzeniem tarczy i pancerza.

Zanim przejdziemy do filmów dodam jeszcze przykład użycia takiej krótkiej włóczni w zwarciu bez użycia tarczy aby udowodnić również ćwiczenia w tej formie.

Cambridge MS R.17.1 Eadwine Psalter, Cambridge University Library, Canterbury, Anglia, 1150 r.

Cambridge MS R.17.1 Eadwine Psalter, Cambridge University Library, Canterbury, Anglia, 1150 r.

Ogólnie na sam koniec – nie wszystko w tym filmie wykonane jest poprawnie, nie ze wszystkiego jestem zadowolony, wiele elementów nadal uważam za wersję roboczą technik nad którymi pracuję. Film publikuję bo chciałem pokazać, że trening w tak ciasnym otoczeniu jest wykonalny, sensowny i może stanowić świetne rozwiązanie, a także uzupełnienie innych form treningu, zwłaszcza w okresie gdy pogoda do wychodzenia z domu nie zachęca.

Tak więc nie szukajcie wymówek, ruszcie zadek z fotela i trenujcie, a w międzyczasie życzę miłego seansu :)

Krok po kroku – Jak wykonać pochwę do miecza

niedziela, 24 Maj 2015

Jak zapewne zdążyliście zauważyć w mojej kolekcji przybyło ostatnio kilka mieczy, a że miecz bez pochwy jest o połowę mniej wart (jak przekazują nam frankijskie źródła), zatem do dzieła.

Krok pierwszy – źródła

W tym artykule mówię o pochwach konkretnie ale ta uwaga tyczy się wszystkich możliwych zagadnień w rekonstrukcji. Zanim cokolwiek zrobisz, zanim kupisz poszukaj źródeł na temat tego co chcesz zrobić. Historyczność wiele osób postrzega jako upierdliwość skutkującą ciągłym wymienianiem sprzętu, tymczasem rzeczy historyczne zwyczajnie… są historyczne. Dziś, jutro, za 10 lat jeśli zrobisz coś na podstawie zachowanych zabytków i źródeł będziesz miał drogi czytelniku święty spokój.

O tym elemencie, czyli źródłach właśnie, powstanie oddzielny tekst który właśnie się pisze, dlatego aby nie dublować, tutaj zajmę się tylko i wyłącznie kwestią wykonania pochwy i postaram się w możliwie łopatologiczny sposób pokazać wszystko krok po kroku.

Generalne zasady konstrukcyjne pochew pozostają bardzo podobne na przestrzeni wieków, to co ulega modyfikacjom to sposób mocowania pasów na pochwie. Co jest istotne – proste rozwiązania bywają stosowane bardzo długo, mnogość rozwiązań konstrukcyjnych w tym wypadku jest niemal tak duża jak ilość możliwych do wyobrażenia opcji, więc większość kombinacji jest historyczna.

f6661f3efdaa38c7b61632f9a80b82f2

Krok drugi - materiał

Z tego co nam o temacie wiadomo pochwy średniowieczne były sztywne, wykonywane z drewna i zazwyczaj bardzo cienkiej skóry (najczęściej koziej lub owczej), czasami dodatkowo używano płótna lnianego najwyższej jakości samodzielnie lub jako dodatkowej warstwy pod skórą. Do konstrukcji używano też naturalnych klejów – w grę wchodzi skórny, rybi i kazeinowy. Moje pochwy wykonałem z listewek olchowych o grubości 1 cm, szerokości 7 cm i długości ok 100 cm, które rzecz jasna poprzycinałem na wymiar przed obróbką, całość kryta jest 0,5 mm miękką i wytrzymałą skórą i szyta naturalną dratwą lnianą. Pasy wykonane są z 2 mm skóry bydlęcej, całość impregnowana jest na gorąco olejem lnianym (wstępnie) oraz pastą mojej produkcji na bazie oleju lnianego i wosku pszczelego na gorąco (dla wzmocnienia i utrwalenia impregnacji).

Zastanawiałem się w toku produkcji nad użyciem dodatkowych warstw konstrukcyjnych – dodanie wyściółki filcowej byłoby dobre pod tym względem, że zawarta w wełnie lanolina zabezpiecza głownię przed rdzewieniem, dodanie dodatkowej warstwy klejonego lnu od zewnątrz wzmocniłoby konstrukcję. Z tego pierwszego zrezygnowałem ponieważ wymagałoby to głębszego żłobienia co mogłoby się niekorzystnie odbić na wytrzymałości (listewki już miałem). Dodatkowo gdyby pochwa mocno zamokła wilgoć może w takiej pochwie długo się utrzymywać. Z lnu zrezygnowałem bo uznałem że nie jest niezbędny – tylko raz zdarzyło mi się złamać pochwę drewnianą i to w sytuacji podobnej do ilustracji poniżej ;)

296

ONB Han. Cod. 2554 Bible Moralisee, Österreichische Nationalbibliothek, Paryż Francja, 1225-1249 r.

Krok trzeci – narzędzia

Do wykonania pochwy wystarczy następujący zestaw:

- coś do zaznaczania na drewnie – czarny długopis lub ołówek będzie ok, od bidy starczy kawałek węgla drzewnego

- piła – w zasadzie jakakolwiek jednak przy cięciu desek tak cienkich najlepiej postarać się o piłę o drobnych ząbkach – linia cięcia jest wtedy delikatniejsza i mniejsze jest ryzyko odłupania się drzazg

- ostry nóż – może być zwyczajnie nóż tapicerski

- ostre duże nożyczki

- płaskie dłuto o szerokości max 1,5 cm

- pobijak, bardzo ewentualnie młotek (ale młotkiem gorzej się pracuje i niszczy rękojeść dłuta)

- gruby i średni papier ścierny

- duże klamry papiernicze – przynajmniej 3-4 sztuki i małe klamry papiernicze – 3-4 sztuki

- szydło (przy cienkiej skórze wystarczająca jest ostra igła do skóry)

- porządna igła, najlepiej do skóry, i dratwa lniana

- kombinerki (pomagają przy przeciąganiu nici, nie są absolutnie niezbędne, zależy w jakim materiale pracujesz)

- kawałek wosku do woskowania nici

Dodatkowo rzeczy potrzebne do impregnacji np. naczynie do podgrzania oleju, szmatka lniana itd.

Krok czwarty – wstępne przygotowanie

1. Zaczynamy od przycięcia desek. W tym celu przycinamy obie deski z jednej strony tak aby był idealny kąt prosty – to jest nasza baza pomiarowa, w tym miejscu pochwa będzie miała wejście.

2. Odrysowujemy na jednej z desek nasz miecz przykładając go tak aby idealnie pasował, następnie wokół tego obrysu na oko zaznaczamy dodatkowy obrys pochwy – osobiście dodałem ok 1 cm

3. Przycinamy deskę do rozmiaru aby łatwiej się obrabiało, ostrym nożem obrabiamy deskę zgrubnie tak aby zostawić tylko to co ma być naszą pochwą

4. Przykładamy to co otrzymaliśmy do drugiej deski i odrysowujemy. Tu ważna uwaga – może się zdarzyć, że będziecie pracowali z deskami które nie są idealnie proste. Paczenie się drewna to rzecz naturalna więc jeśli deski są mniej więcej proste nie ma się czym przejmować, jednak jeśli mamy taką możliwość deski powinniśmy złożyć ze sobą tak aby ich krzywizny nie układały się w tę samą stronę. Wyobraźcie sobie dwa łuki złożone cięciwami tak aby powstał łuk obustronny. Co to daje? To, że przy tym ułożeniu po sklejeniu lub obciągnięciu skórą siły będą się wzajemnie równoważyć – pochwa będzie prosta i nie będzie się paczyła. Siły działające przeciwstawnie dają nam więc korzyść :) Jeśli czas nas nie goni po wycięciu obu połówek (punkt 5) można ścisnąć je klamrami i zostawić na jakiś czas w pozycji pionowej.

5. Wycinamy drugą połówkę pochwy, zaznaczamy linię od sztychu na obu połówkach i składamy je punkt do punktu, sprawdzamy czy wszystko jest w miarę OK, jeśli tak odrysowujemy miecz na drugiej połowie pochwy.

Niestety tego etapu nie mam udokumentowanego bo na pomysł napisania artykułu wpadłem dopiero po nim ;)

Krok piąty – obróbka drewnianego wkładu

1. Bierzemy ostry nóż i po linii odrysu ostrza miecza wcinamy się pionowo na ok 2 mm na całej długości. Następnie od wewnątrz wcinamy się pod kątek ok 45 stopni 2-3 mm obok. Powinien powstać rowek wyznaczający krawędź pochwy.

2. Następnie tym samym ostrym nożem robimy wzdłużne nacięcia na całej szerokości pod głownię miecza. To ułatwia później zbieranie materiału, nie jest to konieczne.

3. Zaczynamy dłutowanie. W zasadzie każda metoda jest dobra ale najefektywniej i najbezpieczniej robić to tak jak widać. Systematycznie zbieramy materiał na głębokość ok połowy grubości głowni. Pamiętajcie o uwzględnianiu linii słojów! Jeśli wbijając dłuto zauważacie że działacie za głęboko najpewniej oznacza to, że linie włókien idą wgłąb materiału, w tej sytuacji odwracacie element i dłutujecie od drugiej strony.

4. Wyrównujecie rowek na głębokość aby było OK, szlifujecie dodatkowo papierem ściernym, następnie przykładacie miecz. Jeśli robiliście dokładny odrys dobrze jest w tym etapie raz jeszcze użyć ostrego noża i nadciąć ok 1 mm zapasu aby minimalnie poszerzyć miejsce na miecz.

6. To samo robicie z drugą połówką.

7. Składacie połówki do kupy, zaciskacie klamrami obie części tak aby do siebie dokładnie przylegały i wkładacie miecz. Jeśli pasuje to super, jeśli jest za ciasno najlepiej wkładać miecz powoli, zdiagnozować na jakiej mniej więcej wysokości trzeba podszlifować pochwę i powinno być OK. W idealnie dopasowanej pochwie miecz siedzi nieruchomo, nie ma luzów, jednocześnie powinien wychodzić z pochwy z minimalnym oporem (filmik poniżej). Gdyby okazało się że przycięliście za bardzo można minimalnie podszlifować te elementy pochwy które się stykają aby tym samym zwęzić otwór ale unikajcie tego za wszelką cenę bo bez odpowiedniej wprawy trudno jest to zrobić równo, no chyba że dysponujecie większym zapleczem narzędziowym.

8. OK, mamy już dwie połówki – teraz czas zgrubnie obrobić je od zewnątrz. Najłatwiej użyć ostrego noża do szybkiego usunięcia większości niepotrzebnego materiału. Pamiętajcie o liniach słojów tak jak w punkcie 3!

9. Dopasowujecie raz jeszcze wszystko na ściskach, sprawdzacie czy wszystko jest OK, jeśli tak kleicie obie połówki. Zaraz po złożeniu połówek i zaciśnięciu włóżcie miecz do pochwy aby upewnić się że nic się nie przesunęło.

10. Po odczekaniu czasu potrzebnego na sklejenie szlifujecie całość papierem ściernym. Mamy już wewnętrzny wkład do pochwy, czyli najbardziej pracochłonna część roboty za nami :)

11. Przed obszywaniem drewniany wkład do pochwy można dodatkowo zaimpregnować – osobiście tego nie robiłem ale to na pewno nie zaszkodzi :)

 

 

Krok szósty – obszywanie pochwy

1. Przykładamy pochwę do skóry i wycinamy odpowiednio duży kawałek. Odpowiednio duży czyli taki aby od dołu było jeszcze ok 2-3 cm zapasu, aby od góry był jeszcze dodatkowo 1-2 cm (chyba że skóra z pochwy ma być trochę wydłużona wtedy trzeba to doliczyć). Boczna szerokość powinna z każdej strony mieć ok 1,5 cm nadwyżki aby dało się ją wygodnie złapać klamrą i naciągnąć przy obszywaniu.

2. Zakładamy klamry pilnując aby linia szycia wypadała na środku. Skórę przed szyciem można namoczyć – powinna być wilgotna, nie mokra. Podczas szycia można użyć gąbki aby zapobiegać wysychaniu. Osobiście tego nie robiłem.

3. Odnoście szwu – osobiście preferuję szyć za igłą, wiele osób (zwłaszcza mających małe doświadczenie w szyciu) będzie preferowało szew na dwie igły. Ten pierwszy jest szybszy, ten drugi łatwiej ściąga skórę i łatwiej w nim o utrzymanie równego ściegu. Pamiętajcie o nawoskowaniu nici – wystarczy przeciągnąć ją kilka razy przez kawałek wosku.

4. Osobiście obszywanie zaczynam od dołu pochwy, od miejsca w którym szerokość pochwy zaczyna być w miarę równomierna. Od tego miejsca zakładam 2-3 szwy w górę, a następnie zmieniam kierunek i szyję w dół pochwy dbając o mocne naciągnięcie skóry. Dzięki temu otrzymujemy bez większych problemów bardzo dobre i ścisłe dopasowanie.

5. Dalsze szycie jest już normalne – dojeżdżamy do końca pochwy, później wracamy szwem powrotnym. Co bardzo ważne, trzeba pamiętać o ściąganiu nici zgodnie z linią szycia, a nie w bok. Dzięki temu minimalizujemy naprężenia boczne, co w przypadku skóry cienkiej jest ważne bo unikamy rozrywania skóry.

6. Po zakończeniu szycia obcinamy nożyczkami nadwyżkę skóry nad szwem. Dzięki użyciu nożyczek można ciąć blisko szwu minimalizując ryzyko jego uszkodzenia, ostrym nożem oczywiście można zrobić to samo ale wystarczy mały błąd aby powstał spory problem ;)

 

 

7. Wykonujemy wstępną impregnację pochwy – w moim wypadku olejem lnianym (na trzy pochwy zużyłem 200 ml oleju).

Krok siódmy – paski

UWAGA!

Zanim zaczniecie robić nacięcia zastanówcie się 4 razy. Najlepiej róbcie je w miarę oplatania pochwy, tylko wtedy wszystko będzie idealnie wymierzone. Pospiech na tym etapie to najgorszy doradca.

1. Wycinamy proste pasy skórzane o określonej szerokości – odnośnie długości – lepiej wyciąć długi i skrócić niż za krótki. Na skomplikowany oplot potrzeba całkiem sporo materiału, ale pas jest dzielony na dwie części – 2 kawałki o długości 120 cm powinny być wystarczające dla większości ludzi. Trzeba też pamiętać o doliczeniu materiału na wiązanie jeśli decydujemy się na użycie tego wzoru.

2. Rozcinamy pasy wzdłużnie aby wykonać oplot. Co istotne nie robimy prostego cięcia na pół ale wycinamy ze środka pasek o szerokości kilku mm aby powstałe cieńsze paski lepiej się układały. Na tym etapie nie wykonujemy jeszcze rozcięcia do wiązania – lepiej zrobić to na końcu po przymierzeniu pochwy, będzie wiadomo jak głęboko ciąć.

3. Wykonujemy nacięcia i oplot element po elemencie tak jak widać na zdjęciach. Robimy serię pionowych nacięć i przeciągamy przez nie górny rzemień górnego pasa. Odwracamy pochwę na drugą stronę i wykonujemy jeszcze 4 ostatnie nacięcia pionowe. Przeplatamy rzemień i rozcinamy go wzdłuż na odcinku pomiędzy szlufkami. Przekładamy górny rzemień pod spodem niego samego i przeplatamy go górą przez rozcięcie które wykonaliśmy przed chwilą. Odwracamy pochwę na drugą stronę. Mamy już górny oplot. Teraz krzyżujemy obie części górnego pasa z przodu, mierzymy gdzie wypada rozcięcie i wykonujemy 2 równoległe nacięcia w skórze pochwy wzdłuż kierunku ułożenia dolnego rzemienia. Rozcinamy go tak aby przełożyć powstałą szlufkę przez środek rozcięcia. Na tym etapie trzeba być bardzo ostrożnym. Do wyciągnięcia i przytrzymania przeplotu warto użyć igły albo kawałka nici. Przeplatamy górny rzemień przez szlufkę nad dolnym rzemieniem i odwracamy pochwę na drugą stronę. Wykonujemy prostopadłe nacięcia w pochwie i 4 prostopadłe nacięcia w dolnym pasie mieczowym. Nacięcia muszą być tak dopasowane aby dało się przez nie wykonać przeplot. Rzemienie z górnego pasa przechodzą od góry przez drugi pas następnie przez skórę pochwy na krzyż i znów przez skórę pochwy i dolną połowę pasa od dołu. Odwracamy pochwę i pozostałe kawałki rzemieni zwężamy tak aby dały się związać w ciasny supeł. Wykonujemy jeszcze po 2 nacięcia z każdej strony pochwy aby przepleść rzemienie, następnie wszystko związujemy. Drugi pas wystarczy zszyć ciasno przy pochwie.

4. Przymierzamy całość w najgrubszym pancerzu jaki mamy, sprawdzamy czy nie trzeba skrócić pasków (zawsze trzeba zostawić trochę nadwyżki). Następnie przymierzamy po raz drugi, tym razem na koszulę i sprawdzamy jak głęboko należy wzdłużnie rozciąć pasek.

5. Do zapinania pochwy można użyć odpowiedniej klamry lub (bardzo popularnego zwłaszcza od XII w.) wiązania rzemieni rozciętego dolnego pasa w tzw. „jaskółczy ogon”. Co ciekawe analizując ikonografię można łatwo przekonać się, że najpewniej istniał jeden ustalony sposób wiązania pasa mieczowego obowiązujący przez wiele stuleci, stosowany przez miłośników „jaskółczego ogona”.

386

BL Additional 17687 B The Massacre of the Innocents, British Library, Niemcy, 1240 r.

Krok ósmy – impregnacja

Tak jak wcześniej wspominałem impregnację można wykonać na kilku etapach. Osobiście do wstępnej impregnacji używam rozgrzanego oleju lnianego. Wlewam go zwyczajnie do niewielkiego garnuszka, rozgrzewam na małym ogniu przez dosłownie 1-2 minuty (olej nie może mieć temperatury wrzenia, bardzo łatwo może się zapalić!). Następnie kawałkiem lnianej szmatki lub pędzlem nanosimy impregnat 2-3 razy i odstawiamy do wyschnięcia. Elementy drewniane warto odstawić minimum na godzinę, skóra przyjmuje i wchłania impregnat prawie natychmiast ale też warto odczekać chwilkę aby olej dobrze się wchłonął.

Przed impregnowaniu skóry zawsze warto poeksperymentować na małym ścinku aby sprawdzić jak zmieni się kolor i właściwości skóry po impregnacji. Trzeba pamiętać o tym, że jeśli już położymy olej, skóra nie wchłonie np. brązownika który mógłby wzmocnić kolor. Na ostatnich zdjęciach widać przy okazji jak różne odcienie i kolory można uzyskać stosując tylko i wyłącznie impregnowanie naturalne, różnicując ilość warstw i temperaturę. Wszystkie pochwy zostały wykonane z tej samej skóry, podobnie jak pasy obu późniejszych mieczy, mimo tego różnica jest radykalna i oczywiście efekt był zamierzony :)

Po wstępnej impregnacji olejem wykonujemy dodatkową impregnację pastą na bazie oleju lnianego i wosku. Po zaimpregnowaniu pochwa jest gotowa.

Pastę taką można wykonać samodzielnie w bardzo łatwy sposób.

UWAGA!

Robiąc cokolwiek z gorącym woskiem i olejem trzeba bardzo uważać. Osobiście używam rękawic spawalniczych i nie jest to przesadna ostrożność.

1. Bierzemy garnek i napełniamy go wodą, stawiamy na małym ogniu.

2. W garnku umieszczamy mały słoik do którego wrzucamy wosk (dzięki temu od razu mamy pojemnik, więc słoik powinien mieć zakrętkę). Całość podgrzewamy – dzięki użyciu 2 garnków wosk się nie przypali tylko roztopi.

3. Do wosku ostrożnie dolewamy olej lniany. Co do proporcji – tu wszystko zależy od naszych celów. Dobra pasta ma konsystencję kremu i taką proporcję uzyskamy dodając ok 2 części oleju na 1 część wosku (ogólnie więcej oleju niż wosku). Jeśli proporcje będą równe pasta będzie dość twarda i będzie wymagała podgrzania przed zastosowaniem.

4. Przez chwilę mieszamy wszystko podczas podgrzewania, później zdejmujemy impregnat i mieszamy podczas stygnięcia. Trochę to potrwa, nie trzeba mieszać cały czas ale dobrze jest całość zabełtać co najmniej kilkanaście razy aby olej i wosk się nie rozdzieliły. Po ostygnięciu pasta jest gotowa :)

Przed użyciem dobrze jest pastę lekko podgrzać aby lepiej się wchłaniała (zwłaszcza jeśli pasta którą ma stałą twardą konsystencję), zwykle wystarczy przez chwilkę pobawić się zapalniczką. Bierzemy szmatkę i nakładamy impregnat rozsmarowując cieniutką warstwę, później warto jeszcze całość przetrzeć szmatką lnianą z grubego siermiężnego lnu aby usunąć nadmiar i wydobyć połysk.

Pasta tego typu idealnie nadaje się do impregnacji skóry, zwłaszcza elementów pracujących mechanicznie np. butów. jako dodatkowy składnik można użyć lanoliny. Jest ona dostępna w niektórych aptekach stacjonarnych, bez problemu można ją dostać w sklepach półproduktami do kosmetyków.

Krok dziewiąty – czas potrzebny na wykonanie pochwy

Czasy tu podane odnoszą się do wykonywania trzech pochew. Teoretycznie mógłbym podzielić czas przez 3 ale pochwy miały różne rozmiary więc podam czas zbiorczy. Rzecz jasna uwzględniam tylko rzeczywistą robociznę (bez czasu spędzonego na szukaniu źródeł), przy wykonaniu pochew nie użyłem jakichkolwiek elektrycznych narzędzi. Osobiście wolę sobie na spokojnie dłubać :)

- wstępna obróbka – ok 2 h

- obróbka drewnianego wkładu – ok 12 h

- klejenie – zależny od typu kleju – wstępne sklejenie umożliwiające pracę mamy już po ok 1-2 h, dla pewności zwykle dobrze odczekać 12 h

- obszywanie pochwy – ok 6 h

- wykonanie pasków – ok 4 h

- wykończenie i impregnacja – ok 1 h

Ogólnie średnio wprawna osoba jedną pochwę jest w stanie wykonać w jeden dzień.

Krok dziesiąty – wszystko świetnie się udało, zobaczmy jak całość się prezentuje.

Konstrukcji pasów u wikinga nie omawiam bo jest prosta jak budowa cepa ;) W jego wypadku zastosuję zapięcie na klamrę kutą D-kształtną.

Historyczna wyprawa na Giewont 26 IV 2014

czwartek, 1 Maj 2014

Słowem Wstępu

Na wstępie wypada wyjaśnić skąd wziął się pomysł na wyprawę i jak do niej doszło. Dwa tygodnie wcześniej siedzieliśmy i trenowaliśmy na osadzie u naszego znajomego Ingwara, którego w tym miejscu pozdrawiam. Kilka tygodni wcześniej Kondzisław z którym miałem przyjemność iść na tej wyprawie sam wyjechał w góry i planował zdobyć szczyt, przeszkodziło mu jednak nie do końca dobrze dobrane wyposażenie (za dużo sprzętu) oraz zamknięcie szlaku nad Przełęczą w Grzybowcu.

Od słowa do słowa stwierdziliśmy że nie ma mocnych na Eisenów. Nie udało się wtedy to uda się teraz. Postanowiliśmy ruszyć na wyprawę. Początkowo skład miał obejmować cztery osoby, ostatecznie poszliśmy we dwóch. Celem wyprawy miało być przede wszystkim zdobycie samego szczytu, później trening jeśli czas pozwoli. Z uwagi na lokalizację szczytu tym razem zrezygnowaliśmy z noclegu w terenie, nie był on zresztą konieczny do zrealizowania wyprawy.

 Wyposażenie historyczne

Obaj stwierdziliśmy że aby wyprawa miała sens należy zrealizować ją w historycznych strojach, zabraliśmy więc ze sobą komplet stroju i uzbrojenia jaki mógł charakteryzować lekkozbrojne oddziały działające w trudnym terenie górskim. Używaliśmy butów o podeszwach skórzanych, wełny, lnu, skóry tylko i wyłącznie.

Zrezygnowaliśmy z charakterystycznych dla wczesnego średniowiecza dużych tarcz na rzecz hipotetycznie występujących puklerzy (tarcz małych), które czasami pojawiają sie na ikonografiach i w opisach źródłowych. Moim osobistym zdaniem pchanie się w góry z dużą tarczą byłoby sporym utrudnieniem podczas marszu. Dodatkowo zabraliśmy miecze, hełmy normańskie z wytłumieniem, rękawice bojowe gdyby udało się zrealizować trening. Ja dodatkowo zabrałem na wyprawę skórzany plecak.

Jako prowiant wzięliśmy odrobinę (dosłownie odrobinę bo jakieś 100 gram) chleba i domowy wędzony schab (ok 100 g). Był to cały prowiant na trasę dla dwóch osób. Rano zjedliśmy odrobinę tłustej domowej wiejskiej kiełbasy i podobną ilość chleba, jednym słowem raczej przekąskę niż posiłek. Dodatkowo zabraliśmy cztery piwa.

 Elementy niehistoryczne

Dla wierności opisu je również wymienię. Dodatkowym uzupełnieniem płynów na trasie był jeden napój Oshee który został nam z dojazdu, uznaliśmy że może się przydać i faktycznie okazał się bardzo pomocny. Dodatkowo do plecaka zapakowałem awaryjnie współczesne buty taktyczne Magnum zdecydowanie nadające się do górskich wędrówek. Pamiętajmy że bezpieczeństwo na szlaku jest najważniejsze, nie wiedzieliśmy co spotkać nas może w drodze. Zabraliśmy mały kieszonkowy aparat, telefony komórkowe, dokumenty, pieniądze, paczkę fajek oraz zapalniczkę. W miarę marszu oczywiście ilość płynu i prowiantu zmniejszała się sukcesywnie, na dół znieśliśmy śmieci.

 Pogoda

Ten akurat element ewidentnie dopisał. Podczas całego marszu pogoda była bardzo dobra/dobra. Naprzemiennie występował mały deszcz, całkowite zachmurzenie, słońce itd. Mgła kilka razy się pojawiała i znikała, widoczność zawsze była przyzwoita jak na potrzeby wędrówki, dopiero na samym szczycie na chwilę otoczyło nas nieprzejrzyste mleko.

Warto dodać w tym miejscu, że ponad Przełęczą w Grzybowcu szlak na Giewont w dalszym ciągu jest zamknięty, tabliczki informacyjne odradzały marsz tą trasą aż do końca maja głównie z powodu zalegającego na trasie zlodowaciałego śniegu, który dla nas okazał się największym problemem. Śnieg leżał tylko w kilku miejscach jednak przeprawa przez nie była bardzo powolna i niezwykle trudna, osobiście kilka razy nieomal pełzałem po śniegu aby uniknąć ześlizgnięcia. Ktoś może powiedzieć w tym miejscu że powinniśmy zabrać raki i odnośnie tych odcinków ma rację, raki jednak na całej reszcie trasy bardzo utrudniałyby marsz.

Teren i szlak

Nieomal cały szlak wyłożony jest kamieniami w dość przypadkowy sposób. Raki nie wbiją się w kamień, zmniejszyłyby tylko przyczepność odrywając część stopy od podłoża. Byłyby bardzo użyteczne na naturalnych ścieżkach leśnych i w miejscach gliniastych, które też w kilku momentach były problematyczne.

Szliśmy na Giewont szlakiem czerwonym z Doliny Strążyskiej przez Polanę Strążyską i Przełęcz w Grzybowcu na Wyżnią Kondracką Przełęcz, stamtąd dalej szlakiem niebieskim aż na szczyt Giewontu.

Pierwsza część drogi aż do przełęczy, co ciekawe opisywana jako najłatwiejsza i najmniej problematyczna, dała nam solidnie w kość. Samo podejście z obecnej perspektywy faktycznie oceniam jako łatwe jednak w połączeniu z deszczem, zalegającą mgłą i ogólnie wilgotnością iście tropikalną stanowiło mordercze połączenie.

Zamierzałem maszerować w skórzni, co zdawało się dobrym pomysłem, jednak w 2/3 tego odcinka zdecydowałem się zdjąć ją mimo opadów deszczu i pozostać w samej lnianej koszuli. Dodało to kilka kilo w plecaku (na co psioczyłem prawie pod sam szczyt), jednak zapewniło lepsze dotlenienie organizmu.

Po minięciu przełęczy krajobraz szybko się zmienił, las został za nami, weszliśmy w strefę gór wysokich gdzie wszechobecna jest kosodrzewina. Powietrze wyraźnie stało się suchsze, wilgotność przestała być problemem. Ten kolejny odcinek, aż do początku szlaku niebieskiego, wspominam jako najprzyjemniejszą część trasy pełną fantastycznych widoków. Marsz stał sie prawdziwą przyjemnością.

Ostatni odcinek czyli szlak niebieski stanowił większe wyzwanie. W kilku miejscach trzeba było iść bardzo ostrożnie, wyraźnie zwiększyła się ilość śniegu zalegającego na trasie, temperatura spadła, chłód w połączeniu z wiatrem stał się bardzo wyraźny i w tym momencie skończyłem psioczyć na zabranie skórzni. Ostatnia prosta to etap zabezpieczony łańcuchami ułatwiającymi wejście na Giewont. Ten akurat odcinek oceniam jako jeden z łatwiejszych. Wspinanie się z łańcuchami nie stanowiło problemu.

Droga powrotna stanowi oczywiście lustrzane odbicie tego co opisałem wyżej z jedną zasadniczą różnicą. O ile wejście na Giewont było sporym wysiłkiem fizycznym, o tyle schodzenie nie było pod tym względem obciążające zupełnie. Zamiast tego schodzenie niesamowicie mocno obciążało psychikę.

Padający deszcz zamienił każdy kamień w potencjalnie niebezpieczną pułapkę. Dosłownie trzeba było kontrolować każdy krok, każde ułożenie stopy, a i tak przewróciłem się co najmniej 5-6 razy, kolejne kilkadziesiąt razy byłem o włos od utraty równowagi.

Śnieg który podczas marszu w górę był przeszkadzajką teraz zamienił się w realne zagrożenie, zwłaszcza że w wielu miejscach łamał się pod stopami w wyniku czego noga lądowała w głębokiej podśniegowej rozpadlinie. Naprawdę uważać trzeba było na 90% całej trasy co mocno spowolniło marsz powrotny, ryzyko złamania lub skręcenia nogi było ekstremalnie wysokie.

 Czas wyprawy

Według oznaczeń na szlaku którym maszerowaliśmy, podróż na szczyt Giewontu powinna zająć nam ok 3-4 h, a powrót ok 2,5 h. Niestety w realiach marszu historycznego o tej porze roku te wartości brzmią jak kiepski dowcip.

Do Zakopanego przyjechaliśmy przed 7:00 rano, do godziny 8:00 byliśmy już na kwaterze, zjedliśmy śniadanie. Ok 9:30 już byliśmy na trasie, a ok 10:00 weszliśmy na szlak. Na Giewoncie byliśmy ok godziny 16:00, czyli reasumując podróż w strojach historycznych zajęła nam prawie dwa razy dłużej niż to co sugerowały oznaczenia. Owszem, zrobiliśmy kilka przystanków po kilka minut, parę razy zamarudziliśmy aby popatrzeć na widoki ale w sumie najdłuższy postój nie trwał dłużej niż kwadrans.

Jeśli chodzi o drogę powrotną, do Zakopanego dotarliśmy po godzinie 20:00, w tym wypadku różnica w czasie jest jeszcze wyraźniejsza ponieważ mieliśmy o wiele mniej postojów na trasie. Tempo powrotu bardzo mocno warunkowały warunki pogodowe, o których wcześniej wspomniałem, choć nie da się ukryć że im dłużej trwało schodzenie tym szybsze było tempo. Prawdopodobnie jest to jedna z tych rzeczy, które można wypracować, można z czasem na oko oceniać jak stawiać stopy by uniknąć problemów.

 Ciekawostki na szlaku

Po pierwsze na marsz wybraliśmy bardzo dobrą porę pod tym względem, że nie było tłoku. Szlak na Giewont słynie z popularności, latem podobno przypomina autostradę. O tej porze roku nieomal nikogo nie spotkaliśmy. Owszem, w partiach leśnych mijało nas kilku turystów, jak również grupa biegaczy z obozu kondycyjnego (szacun dla tych państwa, podobno zbiegali ze szczytu!), jednak za przełęczą zrobiło się bardzo spokojnie. Na całej reszcie szlaku czerwonego w obie strony minęły nas dwie osoby. Dopiero pod szczytem, na skrzyżowaniu szlaków pojawiło się kilku turystów, wszyscy za to pytali czy w tych butach da się chodzić po górach :P

Po drugie rzeczą bardzo ciekawą było doświadczyć zmian klimatycznych między strefą lasu, górami i zmianami pogody. Zdajemy sobie sprawę że pogodę mieliśmy świetną ale zdecydowanie na takim marszu należy brać pod uwagę pełną rozpiętość aury.

Po trzecie spotkaliśmy trochę fajnych zwierzaków. Giewont jest jednym z jedynych miejsc w Tatrach gdzie zimują kozice górskie więc w okolicach szczytu natknęliśmy się na trzy oddzielne stadka, w sumie ponad 30 osobników, jeśli szacunki są prawidłowe oznacza to że widzieliśmy 1/10 całej populacji tych zwierząt po polskiej stronie gór.

Przed szczytem widzieliśmy również parę kruków co uznaliśmy za wyraźny znak Odyna, że wspiera naszą wyprawę. Po takim omenie nie mogło się nie udać ;)

 

Psychologia

O wysiłku mówić nie będę, był oczywisty. Trasa była trudna, nie przygotowywaliśmy się do marszu wcześniej w jakikolwiek dodatkowy sposób. Jednym słowem spakowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy. To co wypada poruszyć to aspekty psychologiczne. Mówiąc wprost niewiele brakło, a zawrócilibyśmy ze szlaku. Niewielka ilość pożywienia i obciążenie w połączeniu z wysiłkiem mocno siadły, zwłaszcza mi osobiście, na psychikę. W pewnym momencie podczas marszu niebieskim szlakiem, gdy już wiadomo było, że jest niedaleko byłem na skraju odpuszczenia zdobywania szczytu.

Są takie momenty gdy zwycięstwo jest bardzo blisko i jednocześnie niesamowicie daleko. Taki moment nastąpił gdy zobaczyłem krzyż i zdałem sobie sprawę, że czeka nas jeszcze ładny kawał wspinaczki na potencjalnie najtrudniejszym odcinku. Jestem absolutnie pewny że gdybym poszedł sam wtedy bym zawrócił i pewnie cały czas plułbym sobie w brodę, że nie dotrwałem.

To co mnie powstrzymało to ambicja, ponowne ubranie skórzni co zdjęło trochę ciężaru z pleców i oddanie plecaka Kondzisławowi, który cały czas maszerował bez obciążenia. Jako, że w plecaku był między innymi wspólny prowiant i woda to on poniósł plecak aż do przełęczy w drodze powrotnej. Droga powrotna całościowo była szkołą absolutnej koncentracji i skupienia uwagi, tak jak pisałem wcześniej.

 Wnioski z wyprawy

Jakkolwiek większość wyposażenia spisała się dobrze na uwagę zasługuje kilka rzeczy, które wyprawa nam uświadomiła. Po pierwsze absolutnym nonsensem było zabieranie ze sobą hełmów i rękawic. Owszem udało się je wtargać i nawet w sumie nie zawadzały ale mała jest szansa aby w realiach górskich rzeczywiście bardzo się przydały. Wydaje mi się, że przynajmniej część wojowników mogła rezygnować nawet z takiego uzbrojenia tylko po to aby się odciążyć i zyskać na mobilności.

Po drugie plecak okazał się bardziej przeszkadzać niż pomagać. Myślę że o wiele lepiej spisałyby się torby wieszane po bokach równomiernie rozkładające ciężar i dodatkowy tobołek na plecach np. przewiązany liną.

Po trzecie wiem już dokładnie dlaczego w pewnym momencie historii zaczęto stosować pochwy mieczowe wiszące pod kątem zamiast zwisających pionowo. Walory użytkowe przy wyciąganiu broni są tu oczywiste, jednak jestem przekonany, że dodatkowym powodem mogło być doświadczenie podróży w trudnym terenie. Pochwa zwisająca pionowo ma paskudną tendencję do zawadzania, mocno przeszkadza gdy trzeba przykucnąć, pochylić się podczas marszu itd. Przy wywrotce w jednym miejscu perfidnie głowica miecza wbiła mi się pod pachę, raz przy schodzeniu po stromiźnie miecz omal nie wysunął się z pochwy. Ogólnie nie polecam.

Jeśli chodzi o skórznię uczucia mam mieszane. Z jednej strony trzeba ją było nieść przez spory kawałek trasy, więc zawadzała, z drugiej okazała się bardzo pomocna na samej górze. Gdyby doszło do oberwania chmury lub burzy byłaby z pewnością nieoceniona, ogólnie lepiej jednak chyba w tym terenie spisałaby się wełna – ciepła, lekka i łatwa do transportu gdy nie jest potrzebna.

Ta diagnoza zdecydowanie została potwierdzona przez obserwacje Kondzisława, który szedł w wełnianych tunikach. Jego strój był lekki, oddychający i ciepły zarazem. Być może gdyby doszło do rzęsistej ulewy przewaga skórzni stałaby się widoczna, jednak na chwilę obecną należy uznać stosowanie wełny za bardziej optymalne.

Ogólnie w wyniku wyprawy dowiedziałem się jak wiele jeszcze muszę zmienić aby opracować optymalny zestaw marszowy. Plecak i skórznia np. wiele razy sprawdzały się świetnie na równinach, pochwa problemów nie sprawiała. Wystarczyło pójść w góry i całą piękną sielankę diabli wzięli ;)

Fantastycznie dla odmiany sprawdziła się cała reszta wyposażenia, zwłaszcza kaptur skórzany – lekki, zabezpieczający przed opadami, chroniący dokładnie to co trzeba aby zapewnić komfort podróży.

Ilość napojów i prowiantu okazała się wystarczająca, choć raczej jako opcja minimalna. Myślę że rezygnacja z bezsensownych ciężkich rzeczy i zabranie dodatkowej porcji mięsa, chleba i wody byłoby dobrym pomysłem. Koszula i spodnie lniane okazały się wystarczające na 2/3 trasy mimo opadów, buty wytrzymały choć zostały całkowicie przemoczone na odcinkach ośnieżonych.

Jednym słowem po tej wyprawie jesteśmy o wiele mądrzejsi, o wiele bardziej przygotowani do każdej wyprawy jaka mogłaby nas w życiu czekać. Było to niesamowite doświadczenie ale na koniec powiem – dzieci, nie próbujcie tego w domu ;) Mówiąc serio – to że udało nam się wrócić w jednym kawałku, bez kontuzji itd. zawdzięczamy głównie niezwykłej ostrożności, determinacji i po części wędrówkowemu doświadczeniu ale przede wszystkim szczęściu, które nas nie opuszczało ani na moment.

Po tym doświadczeniu o wiele bardziej rozumiemy co czuli krzyżowcy przeprawiający się przez góry i dlaczego stracili tam połowę armii. O wiele lepiej rozumiemy Hannibala i wszystkich tych straceńców, którzy nie mając wyjścia, musieli z górami się zmagać. Kończę ten opis wyrazem głębokiego szacunku dla tych wszystkich, którzy już tam zostali.

Autor opisu: Fiolnir

Autor zdjęć: Kondzisław i Fiolnir

Życie codzienne

piątek, 31 Maj 2013

W tym miejscu pojawiać się będą wpisy dotyczące wszelkich aspektów życia codziennego.  Zapraszam do śledzenia strony, za jakiś czas na pewno coś się tutaj pojawi :)