Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archiwum kategorii ‘Recenzje i ciekawostki’

Wyprawa na Sycylię – październik 2015

sobota, 28 Listopad 2015

Sycylia. Kraina zamieszkiwana w dawnych czasach przez Fenicjan, Greków, Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizantyjczyków, Normanów i wiele mniej znaczących nacji. Kraina kontrastująca olśniewającym bogactwem i skrajną nędzą, gdzie współegzystują zabytki prawie wszystkich wymienionych cywilizacji. Kraina multikulturowości z czasów, zanim to stało się modne, kraina gór, wina i słońca, która nie tylko na mapie jest bliżej Tunisu niż Rzymu, ale i mentalnie jest bliższa Afryce i Arabii niż Europie. Kraina mafii. Jednym słowem – Sycylia.

Wybór tego akurat kierunku podróży wyszedł nam w sumie dość przypadkowo i przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz pomyślałem o tym aby jechać na Sycylię mocno zastanawiałem się czy warto. Dopiero dokładny research uświadomił mi jak wiele w tym miejscu jest do zobaczenia, a tło normańskiej historii, na trwale wpisanej w krajobraz regionu, ostatecznie przekonał mnie do tego, że właśnie tam powinniśmy się w tym roku wybrać.

Ten tekst ma być subiektywnym zapisem spostrzeżeń, odpuszczę sobie szczegółowe objaśnienia i wykład odnośnie historii i znaczenia tego co pokażę, ponieważ te informacje znajdziecie w wielu miejscach, skoncentruję się na tym co dla mnie osobiście było interesujące. I naprawdę, jeśli macie chęć wybrać się na niezapomniane wakacje, to Sycylię rekomenduję.

12195985_927482490633593_411286334643713357_n

Kilka rad praktycznych na początek

1. Na ile i kiedy pojechać?

Nasza podróż trwała w sumie 10 dni:

  • Dzień 1 – 8 X – Modlin-Trapani Lot
  • Dzień 2 – 9 X – Trapani-Palermo
  • Dzień 3 – 10 X – Palermo
  • Dzień 4 – 11 X – Palermo-Cefalu
  • Dzień 5 – 12 X – Palermo-Monreale
  • Dzień 6 – 13 X – Palermo-Katania
  • Dzień 7 – 14 X – Katania-Syrakuzy
  • Dzień 8 – 15 X – Katania-Etna
  • Dzień 9 – 16 X – Katania
  • Dzień 10 – 17 X – Katania-Warszawa Lot

 

Jak widać plan był bardzo napięty, ponieważ chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Udało nam się bez większych opóźnień i problemów odwiedzić wszystkie lokacje, natomiast patrząc na to teraz, zdecydowanie doradzam skrócenie pobytu w Katanii o jeden dzień i poświęcenie tego dnia na Palermo. Jedynym powodem aby tego nie uczynić jest zamiłowanie do baroku, którego osobiście za grosz nie posiadam. Jeśli to tylko możliwe sugerowałbym rozciągnięcie pobytu do 14 dni z których co najmniej 5 warto przeznaczyć na eksplorację Palermo i okolic, pozostałe zaś wykorzystać na wycieczkę do Agrygentu, Enny oraz Piazza Armerina, na które nam zabrakło czasu.

Sycylia trasa

Po drugie, warto na Sycylię pojechać jesienią, większość przewodników jeszcze bardziej rekomenduje wiosnę. Podczas naszej jesiennej podróży stało się jasne, że w porze letniej egzystowanie czy jakiekolwiek zwiedzanie Sycylii jest raczej niemożliwe. Klimat jest jednym z elementów upodabniających Sycylię do Afryki. Latem temperatury czasami dobijają do +40 stopni Celsjusza, wysoka wilgotność zaś powoduje (zwłaszcza w Katanii o iście malarycznym klimacie) bardzo duży dyskomfort, zapachu ulic natomiast wolę sobie nie wyobrażać ;)

Podróżując jesienią można liczyć na temperatury ok 20-30 stopni i da się żyć. Jesienną porą lepiej też dostępna jest Etna, na której wiosną może jeszcze leżeć śnieg. Jesienna pogoda jest lekko kapryśna, deszcz i burze zdarzają się prawie codziennie, ale nie jest to wielki problem, raczej urozmaicenie ułatwiające życie i dające ochłodę. Katania jest wyjątkiem, parująca woda tworzy w tym mieście zawiesistą atmosferę sauny.

Warto pamiętać, że sezon turystyczny na Sycylii trwa do około końca października i zaczyna się około marca. Poza sezonem ceny na pewno będą niższe, ale też część miejsc może być niedostępna dla zwiedzających i komunikacja może być trudniejsza.

2. Transport i komunikacja

Oczywiście na Sycylię lecimy samolotem i w ten sam sposób wracamy. Inne wersje są możliwe, ale mogą mieć sens tylko dla osób szykujących dłuższa podróż przez Europę lub dla masochistów. Na Sycylię lecieliśmy samolotem Ryanair z Modlina do Trapani, a wracaliśmy WizzAir na Okęcie z Katanii co dla osób jadących z Warszawy jest chyba najlepszą opcją. Są to dwa przeciwległe krańce wyspy, co ułatwia planowanie wyprawy. Komunikacja z Okęcia jest lepsza niż z Modlina, dlatego wybraliśmy ten wariant – powrót jest trudniejszy niż wyjazd. Cen biletów nie omawiam bo są zmienne.

Przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad wynajęciem na wyspie samochodu aby zyskać niezależność i mieć elastyczne możliwości komunikacji. Z tego pomysłu zrezygnowaliśmy dosłownie dzień albo dwa przed wylotem. Z perspektywy czasu uważam, że była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy podczas tego wyjazdu, kolejną bowiem afrykańską cechą Sycylii jest ruch uliczny. O ile na autostradach i głównych drogach jeszcze jakoś to wygląda, o tyle w mieście, a zwłaszcza w zabytkowych ciasnych uliczkach centrum miast, ruch uliczny jest jednym wielkim chaosem, gdzie wszelkie przepisy są tylko niewinną wskazówką. Serio mam porównanie, choćby z Rzymem, gdzie nie jest z tym najlepiej, to jednak co widziałem na Sycylii, Rzym bije na głowę.

Pomijając samą sprawę kierowania, tak aby nic ani nikogo nie rozjechać, dodać trzeba jeszcze nieuniknione problemy z parkowaniem (wszędzie), koszt wynajmu samochodu i konieczność walki z chaosem uliczek jednokierunkowych. No i wino. Argument kończący. Być na Sycylii i nie pić wina to grzech!

Sicilian-Wine-Regions

Rejony produkcji wina na Sycylii

Jak zatem się poruszać? Do wyboru oczywiście mamy autobusy i kolej, mając zaś możliwość wyboru sugeruję stawiać na kolej. Koleje na Sycylii łączą większość ważnych lokacji turystycznych, są bardzo tanie (10 euro za bilet normalny Palermo-Katania) i zadziwiająco dobrze utrzymane. Nawet pociągi regionalne bez miejscówek mają standard porównywalny z naszym IC. Koleje to też oczywiście szybkość, wygoda i możliwość podziwiania fantastycznych widoków. Jadąc gdziekolwiek zawsze rozpoznaj dokładnie opcje powrotu, zdarzają się bowiem miejsca turystyczne słabo skomunikowane (Etna). Nigdy też nie planuj wycieczek w dzień odlotu, istnieje bowiem spora szansa na przygodę ;)

Uwaga! Jeżdżąc pociągami we Włoszech, zwłaszcza bez miejscówki, zawsze pamiętaj o kowalidacji (skasowaniu) biletu na stacji w specjalnym kasowniku. W pociągach kasowników nie ma. Bez skasowania bilet jest nieważny i możesz dostać bardzo wysoką karę. Na wszelki wypadek kasuj wszystko ;)

Jeśli chodzi o komunikację autobusową, jest to jedyna dostępna opcja by dojechać do mniejszych lokacji, często też autobusy jeżdżą kilkanaście razy częściej niż pociągi . Standard autobusów jest bardzo różny, ale dominują stare busy, jakich w Polsce już raczej się nie spotyka. Taki właśnie autobus rozkraczył się w trasie podczas naszej podróży z Trapani do Palermo drugiego dnia pobytu. Żelazny spokój i zrozumienie na twarzach współpasażerów pokazało nam, że podobne sytuacje są normalne i tak to zwyczajnie działa ;)

Innym elementem autobusowego folkloru jest kupowanie biletów. Jeśli gdzieś istnieje przystanek, w okolicy najbliższej należy poszukać sklepu. Ale nie tak jak u nas kiosku ruchu ale np. mięsnego lub kawiarni, która przy okazji sprzedaje bilety, o czym zwykła informować kartka na szybie, rzecz jasna po włosku. Gdy zaś już mamy stację i nawet są na niej kasy biletowe, najczęściej jest ich kilka i każda sprzedaje bilety innego przewoźnika, prawie każda zaś wygląda jak wyjęta z filmów Barei. Rozkłady jazdy to w dużej części niezobowiązujące sugestie (o ile istnieją), aktualne zaś informacje o kursach najlepiej uzyskać od tubylców trudniących się handlem biletami lub od samych kierowców. Pewnym teoretycznym bytem są również przystanki – część niby istnieje ale autobus na nich nie staje, cześć nie istnieje ale da się tam wsiadać i wysiadać.

Dodać należy, że mimo całego tego folkloru i chaosu wszystko to jakoś działa, wszędzie da się szybko i tanio dojechać (5-10 euro za przejazd w obie strony) i w zasadzie zawsze udawało nam się podróżować w miarę zgodnie z planem.

Podział regionalny wyspy i poglądowa mapa najważniejszych lokacji zabytkowych.

Podział regionalny wyspy i poglądowa mapa najważniejszych lokacji zabytkowych.

Na koniec dodam jeszcze, że z komunikacji miejskiej korzystać nie ma sensu. Rezerwując nocleg warto brać poprawkę na odległość od dworca, który najczęściej znajduje się bardzo blisko dzielnicy zabytkowej. Sama zaś dzielnica, nawet w wielkim Palermo, nie jest tak duża aby transport był nam do czegokolwiek potrzebny.

Jeśli chodzi o transport z lotniska skorzystaliśmy z oferty hotelu, którego pracownik zadzwonił do mnie 5 minut po złożeniu rezerwacji oferując tą usługę za 25 euro. Niby sporo ale lądowaliśmy w Trapani późną nocą, a taksówka kosztowałaby co najmniej 30 euro. Oczywiście zwykle jeżdżą autobusy, jednak nie o tej porze w nocy.

Na lotnisko w Katanii dojazd oferuje linia Alibus (czyli linia 457) oznaczona rysunkiem samolotu zamiast numeru linii, kursująca co ok 20 minut przez większość miasta, startująca z głównego dworca autobusowego. Bilet kosztuje 5 euro, dojazd do lotniska to max pół godziny. Gdy pytaliśmy o autobus dwa razy zdarzyło się, że w kilka minut jak spod ziemi wyrósł jakiś jegomość z samochodem oferujący podwózkę za 10 euro, jednak nie skorzystaliśmy ;) Ot lokalny folklor, pokazujący jak bardzo miejscowi są obrotni, zwłaszcza że na ulicach oznakowanych taksówek jest bardzo niewiele ;)

3. Na co warto brać poprawkę czyli zwyczaje lokalne i koloryt

Pierwszą rzeczą, o której koniecznie musicie pamiętać jadąc na Sycylię, jest sjesta czyli absolutna apokalipsa dla osób nieprzyzwyczajonych. Gdziekolwiek idziecie, jedziecie, cokolwiek chcecie zobaczyć sprawdźcie zawsze czy dane miejsce jest otwarte w godzinach między 12 a 17. Dotyczy to sklepów, instytucji kultury, muzeów, miejsc zabytkowych, a także restauracji. Podczas wymienionych godzin warto planować podróż (komunikacja normalnie działa) ale np. ze zjedzeniem obiadu na mieście może być poważny problem. Nawet w Palermo godzinę zabrało nam znalezienie otwartej restauracji w ścisłym turystycznym centrum. Jeśli lokal już jest otwarty, warto zapytać czy dostaniemy coś ponad kawę i ciastko. Kawiarnie są bowiem pewnym wyjątkiem i bywają otwarte również w godzinach sjesty. Nie jest wyjątkiem otwieranie restauracji i pubów dopiero po 20.

Drugi problem, jaki możecie mieć na Sycylii, to samodzielne zaopatrzenie się w żywność, większość otwartych sklepów bowiem to sklepy arabskie, indyjskie itd. w których dostaniemy np. przyprawy i ziarno na kilogramy albo nawet niezbyt dobre wino ale nie ma co liczyć na chleb, ser, wędlinę czy cokolwiek możliwego do wrzucenia na kanapki bez konieczności gotowania. W centrum sklepów innego typu prawie się nie spotyka, sporo ich jest zaś na przedmieściach, tam gdzie mieszkają prawdziwi Sycylijczycy. Przed wyjazdem sugeruję rozpoznać adresy i godziny otwarcia supermarketów w których dostaniecie wszystko co sycylijskie w cenach dla miejscowych – te sklepy istnieją ale bywają bardzo dobrze ukryte ;)

I tutaj dochodzimy do trzeciej kwestii. Jeśli chcecie zamieszkać blisko dworców i zabytków, przygotujcie się na mieszkanie w biednych kolorowych dzielnicach, które bardziej przypominają obrazki z Ameryki Łacińskiej i Afryki niż z Europy. Jedynymi Włochami (obok turystów), których spotkamy w turystycznym centrum są właściciele sklepów i restauracji, resztę mieszkańców stanowią przybysze z Południa. Włoskich sklepów spożywczych nie ma, bo Włosi dawno wynieśli się z rejonu.

Obok zadbanych i dobrze utrzymanych zabytków, w miastach Sycylii znajdziemy tonące w śmieciach uliczki oblepione plakatami i pomazane graffiti, gdzie miejska biedota gania za swoimi sprawami z naręczami toreb, ręcznymi wózkami i handluje czym tylko się da, od parasoli po drewniane żyrafy. Nad tym wszystkim unosi się zaś lekki zapach marihuany, tytoniu, koksowników do pieczenia kasztanów, gnijącej w rynsztokach zieleniny, ryb i charakterystyczna woń, a nawet smak morza wyraźnie wyczuwalna na podniebieniu. Czasami trzeba też uważać aby w nic nie wdepnąć, choć na Sycylii prawie nie ma psów.

Psów nie ma, bo na Sycylii nie ma też trawników, drzewa to rzadkość, parki zaś i tereny zielone są bardzo nieliczne i najczęściej małe, kiedy już jednak jakiś się trafi, zwykle jest warty obejrzenia ponieważ ta deficytowa zieleń jest bardzo zadbana i uporządkowana. Ogólnie roślinność sycylijska z powodu ubogiej gleby i trudnego klimatu zwykle selekcjonuje swych najbardziej udanych reprezentantów bardzo surowo, stąd istniejące okazy, choć rzadkie,  przybierają często imponujące rozmiary, zachwycające egzotyką form i gatunków.

Wystarczy jednak ruszyć się z Centrum, przejechać kilka dzielnic aby wydostać się z zabytkowej plątaniny uliczek i trafić do normalnego dużego europejskiego miasta. Nowe dzielnice miast włoskich nie różnią się niczym specjalnym od polskich miast, co czyni je zupełnie nieatrakcyjnymi dla turystów. Pełno jest tu sklepów, spożywczych przede wszystkim, ulice są dość czyste, sporo też jest zieleni. Czasami trudno uwierzyć, że dwa światy, tak bardzo odmienne, istnieć mogą tak blisko siebie.

Jadąc na Sycylię w bagażu rejestrowanym zabierz korkociąg, przyda się na pewno ;) warto też pamiętać że układ gniazdek we Włoszech różni się od naszych. Z naładowaniem małej elektroniki np. komórki albo laptopa problemu nie będzie, jednak jeśli masz dużą wtyczkę z bolcem może być kłopot z podłączeniem. Nie warto kupować map, warto natomiast zabrać ze sobą przewodnik. Mapy są zbędne bo znajdziesz je na każdej ulotce, a ulotek wszędzie jest wielka obfitość. Po 2-3 dniach zaczniesz poruszać się po mieście jak u siebie, o ile masz choć trochę orientacji przestrzennej.

Ogólnie Sycylijczycy to gościnni, serdeczni ludzie, chętni do pomocy i dość otwarci. Wszyscy świetnie rozumieją że jesteś turystą, nie musisz wszystkiego wiedzieć i starają się pomóc w miarę możliwości. Odnośnie mafii, o jej istnieniu najmocniej przypominają wszechobecne gadżety z Ojca Chrzestnego przeznaczone dla turystów, Corleone zaś po tej podróży kojarzy mi się głównie ze świetnym winem ;)

Ostatnia kwestia – język. Mówisz po angielsku? To świetnie! Chiński na Sycylii będzie ci równie pomocny. Z pewnością zauważysz to już na etapie planowania podróży, kiedy uświadomisz sobie, że prawie żadna sycylijska instytucja nie posiada anglojęzycznej strony. Jest to szczególnie upierdliwe podczas wyszukiwania połączeń i rozkładów jazdy. Jednym słowem znaj włoski lub umrzyj! :P Po angielsku na wyspie nie mówi prawie nikt. Czasami zdarza się spotkać, zwłaszcza w hotelach ludzi trochę udających, a trochę mówiących w tym języku, przeważnie jednak trzeba uciekać się do gestykulacji i szybko łapać sens różnych wyrażeń aby dało się dogadać. Kłopotami językowymi się nie ma co stresować, bo jak mawiał Doktor Plama z Hydrozagadki: „Język złota to jedyne esperanto!”

4. Fundusze i koszt podróży

Sycylia to nie koniec świata, jednak warto zabrać ze sobą gotówkę. Płatności kartą są akceptowane w większości hoteli, w co bardziej turystycznych restauracjach itd. ,ale w wielu miejscach nic nie zdziałasz bez twardej waluty.

Koszt takiego wyjazdu jak nasz może być różny w zależności od tego jak bardzo jesteś oszczędny lub rozrzutny. My w dwie osoby zmieściliśmy się w 7000 zł wliczając w to przeloty, transport miejscowy, noclegi, wyżywienie, zwiedzanie itd. Przyzwoity hotel to ok 50-100 euro na noc za 2 osoby, za obiad dla 2 osób z butelką wina w zwykłej knajpie zapłacicie 40-60 euro (większość restauracji wlicza tzw. coperto, czyli opłatę za obsługę co zwalnia z konieczności dawania napiwków, osobiście i tak je dawałem). Zwiedzanie w sumie jest najtańszą rzeczą – najdroższe wejściówki nie kosztują więcej niż 10 euro, wstęp do większości miejsc to ok 5 euro od osoby.

Upraszczając – załóż że potrzebujesz na 2 osoby ok 100 euro dziennie (liczę za 2 osoby bo ciężko np. rozbijać koszt noclegu), jeśli chcesz mieszkać w przyzwoitym standardzie, jadać na mieście, od czasu do czasu wypić kawę lub coś przekąsić, zwiedzać wszystko na co masz ochotę i bez zbytniej rozrzutności zwyczajnie dobrze się bawić, delektując się sycylijskim winem. Wyjątkiem jest Etna gdzie potrzeba po 100 euro na głowę (sama kolejka to 30 euro + 15 euro na busa jeśli pogoda pozwala na wjazd).

Pamiątek celowo nie wymieniam, ponieważ pod tym względem Sycylia leży… w sumie przywiozłem książkę o kolumnadzie klasztoru w Monreale, koszulkę, trochę skał z Etny i rasta bransoletkę kupioną w Syrakuzach od pewnego siebie Jamajczyka ;) Z Sycylii lepiej już przytargać dobre wino i sery niż klepaną w Chinach tandetę, którą nabyć można na każdym kroku. Jeśli planujecie kupować rzeczy wartościowe lub markowe, róbcie zakupy w markowych sklepach i zachowujcie paragony, podobno można nieźle beknąć za przewożenie podróbek towarów.

DCIM101GOPROGOPR1083.

Podróż i zwiedzanie

1. Trapani

Trapani to piękne, urokliwe miasto nadmorskie, którego całe życie koncentruje się wokół portu, do którego zawijają duże statki wycieczkowe. Wyraźnie widać że ogromna część mieszkańców żyje z turystyki, dlatego jak na sycylijski standard miasto jest bardzo czyste, można poczuć w nim klimat prawdziwego turystycznego kurortu, który dopiero zyskuje popularność i nie został jeszcze zadeptany. Społeczność tego miasta wygląda i zachowuje się inaczej. Spośród wszystkich miejsc jakie odwiedziliśmy na Sycylii Trapani najbliżej ma do Europy. Nie ma tu imigrantów (za to wielu jest gejów), niemal sami Włosi no i turyści. Spacer uliczkami to przyjemność, powietrze jest bardzo rześkie, pełno jest małych knajpek, kawiarni itd.

Miasto nie ma wielu zabytków, ale warto poświęcić przynajmniej pół dnia na spacer po części historycznej i przejście nadbrzeża gdzie znajduje się targ rybny. Wejścia do portu strzeże twierdza zbudowana w wieku XIX, a wyglądająca jak obronny zamek z czasów Fryderyka II (porównajcie z Castel del Monte). Tworzy ona bardzo malowniczy krajobraz z cumującymi żaglówkami i łodziami rybackimi. Idąc nadbrzeżem warto zajrzeć do małego kamienistego domku, otoczonego czymś na kształt mini ogrodu botanicznego pełnego suchorostów i roślin wybrzeża. Dawniej dom, a teraz malutkie muzeum jakiegoś dziewiętnastowiecznego miejscowego notabla, które się tam znajduje, można odwiedzić bezpłatnie bo i zobaczyć we wnętrzu za wiele nie można. Można natomiast rzucić okiem na piękną panoramę wybrzeża.

DSC01838_wynik

DSC01843_wynik

Równie malowniczy widok rozciąga się z dachu Museo della Preistoria e di Archeologia Marina. Tu akurat zajrzeć warto. Eksponatów jest niewiele, dominują znaleziska wyciągnięte ze statków które zatonęły w pobliżu. Najważniejszym zabytkiem niewątpliwie są dwa rzymskie hełmy typu Montefortino z VI w. p.n.e., należące prawdopodobnie do uczestników I wojny punickiej, a znalezione niedaleko wysp Egadyjskich. Sporo jest amfor, oliwnych lampek, kotwic i monet. Muzeum jest malutkie, składa się zaledwie z kilku izb, wstęp jest biletowany ale nie jest drogi (3 euro).

Z innych wartych zobaczenia zabytków warto zwrócić uwagę na czternastowieczny kościół Sant’Augustino, wzniesiony przez Templariuszy z piękną odrestaurowaną rozetą, po środku której mamy bardzo klasyczne przedstawienie Zbawiciela w postaci Baranka i z od którego rozchodzi się 12 promieni, tworząc centrum dla bogato rzeźbionej rozety. Obok kościoła znajduje się fontanna Neptuna zbudowana w 1342 r. dla uczczenia budowy akweduktu. Podczas spaceru odwiedziliśmy także kościół Santa Maria del Gesu, którego wnętrze kryje obok standardowego barokowego wystroju również ciekawą kryptę z freskami.

Ogólnie na zwiedzanie Trapani mieliśmy tylko pół dnia. Jest to czas wystarczający do przejścia całej części historycznej, zjedzenie obiadu itd. Jeśli planujesz spokojny urlop i chcesz wypocząć sugeruję zostać w mieście dłużej lub potraktować je jako bazę wypadową do rejsu na Egady i do zwiedzania okolicznych miejscowości, takich jak Erice, Segesta i Marsala.

Aby dojechać do Palermo wsiedliśmy w autobus, który odjeżdża z przelotowego przystanku znajdującego się na przeciwko stacji kolejowej. Jest to zwykły przystanek miejski, a bilety można kupić w sklepie po drugiej stronie ulicy. Specjalnie to wspominam bo obok jest dworzec autobusowy, z którego jednak autobusy do Palermi nie jeżdżą. Istnieje też połączenie kolejowe, ale pociągi jeżdżą rzadko. Jazda do Palermo zajmuje ok 2 h, ewentualnie 3 h jeśli autobus zepsuje się w trasie, tak jak w naszym wypadku ;)

2. Palermo

O Palermo nie da się opowiedzieć, Palermo trzeba poczuć. W tym mieście znajdziecie wszystko co spotkać można na Sycylii. Włócząc się ciasnymi uliczkami historycznej dzielnicy mijamy targi i stragany sprzedające warzywa, owoce, ryby i wszelkie możliwe duperele. Klucząc zaułkami mijamy miejsca w których nazwy ulic zapisuje się po arabsku, mijamy indyjskie i pakistańskie sklepy zaraz obok sklepów chińskich, sklepów z pamiątkami i niezliczonych cukierni, kawiarni i restauracji prowadzonych przez Włochów. Ściany budynków pokrywa graffiti i plakaty, wszędzie pełno jest skuterów i miejskich samochodów, dla których klakson jest wyposażeniem ważniejszym od koła zapasowego. To ostatnie wymienicie w warsztatach samochodowych, które znajdują się na każdym kroku.

Wystarczy jednak skręcić na chwilę i dojść do ważnego zabytku aby wszystko natychmiast się zmieniło. Z wąskiej szemranej uliczki wychodzimy na górujący dumnie nad całym miastem Pałac Normański, stanowiący składankę rozmaitych architektonicznych stylów od średniowiecza do XVIII wieku. Można w Palermo zobaczyć wiele, ale to właśnie Pałac Normański, a zwłaszcza Kaplica Palatyńska (zbudowana w latach 1130-1140 przez Rogera II) powinny być tym co musicie zobaczyć koniecznie.

Do kaplicy wchodzi się oddzielnie, ilość odwiedzających jest ograniczana, dlatego zwiedzając Pałac Normański warto zostawić ją sobie na deser. Wchodząc na górne kondygnacje mijamy stojącą w hallu karocę senatorską i wychodzimy na krużganki, idąc schodami piętro wyżej wejdziemy do bardziej współczesnej części pałacu. Większość zdobień, obrazów i mebli w tym miejscu to zabytki osiemnastowieczne. Do zwiedzania udostępniona jest też sala plenarna sycylijskiego zgromadzenia parlamentarnego. W tej sekcji ze względów bezpieczeństwa obowiązuje zakaz fotografowania… aż tu nagle z osiemnastowiecznej części przechodzimy do małej sali Rogera II w której również znajdują się niesamowite mozaiki. Jest to najstarsza część pałacu pochodząca z XI w. Niestety nie wolno tu robić zdjęć, więc mam tylko kilka ;)

Kaplica Palatyńska to miejsce niezwykłe. Całość wnętrza jest bogato zdobiona i stanowi kumulację normańskiej wizji i kamieniarstwa, bizantyjskiego przepychu i blichtru mozaiek, arabskiej rzeźby i ornamentyki geometryczno-roślinnej, tworząc w sumie to co nazywamy normańskim eklektyzmem. Podłogi i ściany wyłożone są pięknym kamieniem, układanym we wzory geometryczne (zwłaszcza na planie ośmiokąta) znane ze sztuki bliskowschodniej i arabskiej. Obok nich znajdziemy rzeźby kamienne z charakterystycznymi motywami zdobniczymi np. walkę z potworami. Nawy pokrywa niesamowity drewniany sufit mukarnasowy głęboko rzeźbiony w ośmiokątne wzory, pokryte arabskimi wersetami (tak, w chrześcijańskiej kaplicy zbudowanej przez prowodyrów krucjat!). Obok nich przedstawiane są scenki rodzajowe i mitologiczne. Opisuję to wszystko, ponieważ łatwo te elementy przeoczyć patrząc na złote mozaiki wypełniające całe sklepienie i większość powierzchni ścian w kaplicy, od których ciężko oderwać wzrok.

Mozaiki sycylijskie, a te z Kaplicy Palatyńskiej zwłaszcza, to unikat na skalę światową. Nigdzie indziej nie zachowały się kościoły tak pięknie zdobione tą techniką, które by w tak fantastycznym stanie dotrwały do współczesności. Prace nad układaniem ornamentów rozpoczęto ok 1140 r. i kontynuowano przez prawie 30 lat. Stanowią prawdziwą obrazkową Biblię, prezentującą główne epizody Starego Testamentu, jak również trochę scen z życia Jezusa. Mamy tu więc stworzenie świata (z okrągłym przedstawieniem ziemi otoczonej wodami), stworzenie ludzi, wygnanie z Raju, grzech Kaina, arkę Noego itd. Przechodząc obrazki po kolei możemy poznawać Biblię bez konieczności jej czytania. Całość wzbogacają przedstawienia patriarchów, ojców Kościoła, aniołów, archaniołów, apostołów i świętych.

Poziom detali uchwyconych na mozaikach jest zadziwiający, dla mnie osobiście właśnie te małe smaczki pokazujące narzędzia, broń itd. stanowią największy skarb w tych przedstawieniach. Warto również, po raz kolejny, zwrócić wzrok ku niebiosom aby przyjrzeć się detalom na sklepieniach naw bocznych, zawierających sceny rodzajowe i pokazujących dusze świętych przyjętych do Królestwa Niebieskiego.

Rzeczą bardzo charakterystyczną dla normańskiego stylu było obrazowanie w centralnej części świątyni postaci Chrystusa Pantokratora, czyli władcy i sędziego nad całym światem. Dla współczesnych Chrześcijan dziwnym może wydać się prawie całkowity brak odniesień do męki Chrystusa, jego śmierci i zmartwychwstania, jest to jednak charakterystyczne dla miejsca i czasu powstania przedstawień. Ten sposób obrazowania Chrystusa jako króla i władcy świata bardzo dobrze współgra z normańskim dążeniem do dominacji i podboju, ambicje Rogera i jemu podobnych nie kończyły się bowiem na Sycylii.

Przedstawienie ofiary Kalwarii jest jednym z najciekawszych detali, które można wyłowić wśród zdobień. Całość została zobrazowana jako ofiara z gołębicy symbolizującej zbawienie, siedzącej na tronie Sądu Ostatecznego pod krzyżem z cierniową koroną. Mamy też mocno symboliczne strącenie Lucyfera. Zwróćcie uwagę na odwrócone oblicze, Lucyfer nie jest nikim konkretnym, jest pewną ideą bez twarzy, każdy może być Lucyferem.

Bardzo ciekawie prezentuje się również Herod, Szymon Mag i Maria Magdalena. Herod przedstawiony jest jako król, jego szaty są bardzo zdobione, osoby zaznajomione z ikonografią epoki z łatwością rozpoznają charakterystyczne wykończenia rękawów, dołu tuniki oraz rozcięcia na głowę. Jego buty wyszywane są drogimi kamieniami, a materiał tkany jest wzorzyście. Herod pokazany jest jako przywiązany do dóbr tego świata władca tronujący, obok niego zaś stoi Szymon Mag, który jako fałszywy filozof skrywa swój bogaty strój (symbol fałszu i obłudy, przywiązania do dóbr doczesnych) pod szatami filozofa, mędrca lub ubogiego ucznia Chrystusa, w jakich przedstawiani są mędrcy i apostołowie. Maria Magdalena natomiast jest jedyną kobietą przedstawioną w rozpuszczonych włosach, co symbolizuje jej rozpustną przeszłość. Jej bardzo duże znaczenie dla wczesnośredniowiecznego Chrześcijaństwa podkreśla miejsce przedstawienia nad ołtarzem obok Marii i apostoła Jana, zaraz pod wizerunkiem Chrystusa.

Zanim opuścimy kaplicę, przyjrzyjmy się jeszcze zdobieniom naw bocznych, a zwłaszcza bardzo charakterystycznemu motywowi lwów, który wprawne oko zapewne wychwyciło już na wcześniejszych zdjęciach. Lew pojawia się w detalach rzeźb, był obecny na mozaikach z kaplicy Rogera II, w kaplicy Palatyńskiej jego najbardziej wymowny wizerunek znajdziemy na przeciwko ołtarza głównego. Symbolika lwa jest niezwykle rozbudowana – oznacza boski majestat, dumę, władzę królewską, zwycięstwo i odwagę, ogień, zmartwychwstanie oraz Mateusza Ewangelistę. W Apokalipsie pod postacią lwa kryje się Chrystus tryumfator. Lew stał się symbolem Sycylii, tak samo jak Anglii. Pojawia się na regaliach koronacyjnych Rogera II (przechowywanych w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum) gdzie powala wielbłąda, jego symbolika jest nieodłącznie związana z normańskim dążeniem do dominacji i tryumfu zwłaszcza nad światem muzułmańskim. 

Wychodząc z Kaplicy warto zwrócić uwagę na zabytkowe tkaniny i chrzcielnicę, a po wyjściu z Pałacu Normanów kroki swe skierować wzdłuż murów aby dojść do zielonych terenów otaczających Pałac. Jedynie kilkaset metrów dzieli park od Katedry, która stanowiła kolejny mocny punkt obowiązkowy podczas zwiedzania Palermo. Ten rejon miasta wyraźnie różni się od reszty historycznej części, zarówno ilością roślinności jak również szerokością ulic, placów i zachowaniem zabytków.

Katedra jest kolejnym przykładem pomieszania epok i stylów, które w sumie współtworzą harmonijną całość. Budynek wzniesiono w wieku XII w stylu normańskim, który na zewnątrz gdzieniegdzie się przebija za sprawą zdobień ściennych w charakterystycznym stylu inspirowanym sztuką arabską.

Rzeźbiony Portal pochodzi z wieku XV i jest przykładem stylu gotycko-katalońskiego pełnego misternych, głębokich i delikatnych zdobień. Do środka wstęp prowadzi przez rzeźbione drzwi. Naprawdę warto zapłacić za zwiedzanie całości aby obejrzeć wszystko co w katedrze jest do zobaczenia.

Zasadnicza część katedry to zadziwiająco wysmakowany neoklasycyzm, w którym spokój białych ścian koresponduje z wszechobecnym srebrem i ciemnym drewnem. Neoklasycystyczna jest także kopuła katedry, pochodząca z XVIII w.

W tej części znajdziecie też strasznie paskudną makietę, przepiękne srebrne relikwiarze świętych, bogato zdobiony ołtarz jak również toaletę, która została misternie ukryta za ołtarzem bocznym :D Najciekawsze jednak dopiero przed nami!

Po lewej stronie od wejścia znajduje się wejście na dach katedry skąd roztacza się niezwykle malowniczy widok na miasto i plac katedralny.

DSC02145_wynik DSC02152_wynik

Zanim jednak wejdziemy na dach mijamy surowe sarkofagi władców normańskich – Fryderyka II, Konstancji Aragońskiej, Henryka VI, Rogera II i Konstancji de Hauteville.

Jeszcze więcej sarkofagów znajdziemy w katedralnej krypcie, niezwykle surowej i klimatycznej. Jest to najstarsza część świątyni, część grobów pochodzi z wczesnego średniowiecza, a w wielu zdobieniach widać wyraźnie antyczną stylistykę.

Po drodze do krypty mijamy okazałą kolekcję skarbca katedralnego w skład której wchodzą bogato zdobione szaty liturgiczne, kielichy i monstrancje, Najciekawszą dla mnie częścią kolekcji były resztki wczesnośredniowiecznych tekstyliów pochodzące z grobów mijanych chwilę wcześniej wraz z biżuterią i koroną cesarską Konstancji Aragońskiej.

Po wyjściu z Katedry warto pospacerować po okolicy, w której znajdziemy między innymi słynną Fontannę Wstydu, nazwaną tak przez zakonnice, zniesmaczone nagością przedstawionych tam niewiast. Fontanna, stojąca na Piazza Pretoria, jest przykładem toskańskiego renesansu i pochodzi z XVI w.

DSC02273_wynik

Bardzo blisko od niej znajduje się kolejny normański zabytek Palermo, a mianowicie pochodzący z XII w. kościół San Giovanni degli Eremiti stanowiący mieszankę stylu arabskiego i normańskiego. Bardzo surowy, z charakterystycznymi czerwonymi kopułami na dachu i arkadowym dziedzińcem z surowymi podwójnymi kolumnami.

Gdzieś po drodze znaleźliśmy jeszcze bliżej niezidentyfikowany kościół, bardzo podobny w formie i z bardzo podobną rozetą, jak na kościele Templariuszy w Trapani.

Jeśli zapragniesz ulgi po zwiedzaniu zabytków i zechcesz nacieszyć się morzem, sugeruję wybrać się na spacer nadbrzeżem, który najlepiej zaczynając gdzieś w okolicy Piazza Marina. Tę nazwę warto zapamiętać bo nie dość, że zaraz obok placu jest Ogród Garibaldiego z ogromnymi figowcami, to jeszcze w okolicach placu istnieją dwie restauracje czynne w godzinach sjesty i jest tam też trochę ukryty Carrefour.

Wychodząc z Piazza Marina na nadbrzeże, trafiamy bezpośrednio na malowniczy port dla żaglówek i małych łodzi, mogąc w tle obserwować prace portu handlowego. Idąc nadbrzeżem wchodzimy na rozległe tereny zielone przylegające do parku Villa Giulia i Ogrodu Botanicznego, który naprawdę warto zobaczyć. Ogród nie jest specjalnie wielki, istnieje jednak bardzo długo i z uwagi na ciepły klimat posiada wielkie bogactwo gatunków roślin z całego świata.

Ogród zostawiliśmy sobie do zwiedzania na ostatni dzień pobytu w Palermo, aby trochę odpocząć przed skokiem do Katanii. Na samo zwiedzanie Palermo jako miasta zabrakło nam minimum jednego dnia, z tego powodu nie udało się wybrać ani do Muzeum Archeologicznego ani do słynnych katakumb Kapucynów (gdzie znajduje się ponad 8000 mumii), ani do normańskiego Castello della Zisa, zamiast tego postawiliśmy na Cefalu i Monreale.

3. Cefalu

O Cefalu wiele powiedzieć nie mogę, ponieważ byliśmy w tej miejscowości bardzo krótko. Jeśli chcecie tam dojechać polecam pociąg odchodzący z Dworca Głównego w Palermo mniej więcej co godzinę. Podróż trwa lekko ponad godzinkę i myślę, że warto ten czas poświęcić ponieważ trafiamy do uroczego, niewielkiego miasta złożonego z ciasnych uliczek nad którym piętrzą się góry, kontrastujące z morzem.

Najważniejszym zabytkiem Cefalu jest katedra (Duomo) wznoszona w latach 1131-1240 w normańskim stylu z niewielkimi naleciałościami arabskimi, z mozaikami podobnymi do tych z Kaplicy Palatyńskiej, jednak mniej okazałymi. Będąc w środku udało mi się zrobić zdjęcia rzeźb znajdujących się z boku, jednak z powodu zaczynającej się niedzielnej mszy turyści zostali wyproszeni do tyłu. Wrócić niestety już się nie udało.

Z boku od katedry znajduje się wejście na arkadowy dziedziniec klasztorny stanowiący, moim zdaniem, największy skarb Cefalu. Dziedziniec otoczony jest kilkudziesięcioma rzeźbionymi kolumnami, z których większość przedstawia ornamenty roślinne, a część sceny rodzajowe i rozmaite dziwaczne bestie.

DSC02447_wynik

Po wizycie w Katedrze i klasztorze poszliśmy zobaczyć morze. Grzechem byłoby nie robić zdjęć, niestety fala którą widać na ostatniej panoramie okazała się kumulacyjna. Mnie przykryła gdy schodziłem z falochronu z włączonym aparatem. W ten właśnie szybki sposób w jednej chwili pozbyliśmy się aparatu i dwóch telefonów. Przemoczeni do suchej nitki i bez ciuchów na zmianę musieliśmy ekspresowo wracać do Palermo (ponad 50 km pociągiem).

DSC02509_wynik DSC02518_wynik

DCIM100GOPROGOPR0142.

Kąpiel zaliczona, aparat i komórki utopione, czas wracać do Palermo ;)

4. Monreale

Następnego dnia pojechaliśmy autobusem do Monreale (odjeżdża z Piazza Giulio Cesare co ok godzinę, bilety kupuje się w sklepie z pamiątkami). Po utopieniu aparatu do dyspozycji zostało już tylko GoPro, sprzęt świetny do filmów, ale kompletnie nieprzydatny do robienia zdjęć architektonicznych detali (stały obiektyw szerokokątny i brak podglądu kadru). Wybaczcie więc wygięcia kadru i kiepską jakość zdjęć. Robiłem co mogłem, zdjęć zrobiłem ponad 1000 i większość nie nadawała się absolutnie do niczego.

Monreale to piękne górskie miasteczko owiewane oczyszczającym powietrzem od morza, bardzo czyste i niezwykle malownicze. Ze wszystkich miast sycylijskich to tutaj mógłbym zamieszkać na emeryturze ;) Klimat jest tu rześki, ulice zadbane, sporo kwiatów i zieleni, widok zaś rozciąga się na całe Palermo i morze, leżące u stóp Monreale.

Katedra (Duomo) w Monreale przypomina Kaplicę Palatyńską, jest jednak trochę młodsza. Zbudował ją Wilhelm II, wnuk Rogera II, prace rozpoczęto w 1172 r. i kontynuowano przez kilkadziesiąt lat, ostatnie mozaiki dokończono w XIII wieku. Katedra jest też większa, przepychem stara się nie tylko nawiązać do Kaplicy ale ją przewyższyć. Warto zauważyć, że układ postaci i schematy przedstawień są tu bardziej uporządkowane, nad głównym ołtarzem zaś góruje znany nam już Chrystus Pantokrator. Ponieważ zdjęcia wyszły naprawdę kiepskie wrzucam tylko kilka poglądowych.

W katedrze warto patrzeć nie tylko na mozaiki, ale też pod nogi, gdzie zobaczyć można wiele skomplikowanych, geometrycznych motywów zdobniczych mających swe źródło w sztuce muzułmańskiej.

O ile wstęp do samej katedry jest bezpłatny, o tyle warto wydać kilka euro aby obejrzeć również barokową boczną kaplicę i katedralny skarbiec, a przede wszystkim po to aby wejść na wieżę katedry i zobaczyć przepiękny widok na miasto, góry, morze i otoczony podwójną kolumnadą wirydarz, będący gwoździem programu naszej wycieczki.

Wejście do wirydarza klasztoru, towarzyszącego katedrze, znajduje się z boku i kosztuje drogo bo 10 euro od osoby, warto jednak wydać aby zobaczyć to co wielu nazywa „najpiękniejszym klasztorem na świecie”. W środku czeka na was kilkaset rzeźbionych podwójnych kolumn z których każda przedstawia inne zdarzenie, rośliny lub sceny rodzajowe. Dodatkowo część kolumn zdobiona jest polichromiami, a narożne kolumny poczwórne zdobione są bardzo charakterystyczną techniką głębokiego świdrowania i całe pokryte są rzeźbionym ornamentem roślinnym z wstawkami rodzajowymi. Znajdziemy tam wojowników, łowy, ofiarowanie katedry, sceny walki, dzikie i egzotyczne zwierzęta i masę innych interesujących detali.

Kolumny zostały wyrzeźbione w wieku XIII, sam klasztor jest starszy, pochodzi z końcówki wieku XII. Jeśli przyjrzycie się dokładnie, zauważycie że kolumny swoim kształtem nie są dopasowane do łuków które wspierają, co sugeruje że zastąpiły wcześniejsze bardziej masywne kolumny. Nie wiadomo w jakich latach dokładnie nowa kolumnada została wyrzeźbiona, natomiast biorąc pod uwagę kontekst historyczny jej pojawienie się można wiązać ze zniszczeniami wojennymi z lat 1220-1225, kiedy to wybuchły potężne starcia między Muzułmanami i Chrześcijanami, a kalsztor stał się polem bitwy. Konflikt związany był ze zmianą dynastyczną i zastąpieniem tolerancyjnych Normanów przez o wiele mniej przyjaznych miejscowym Muzułmanom władców z dynastii Szwabskiej. Z listu opata Caro (1183-1233) do Fryderyka II wynika, że klasztor zamieniono w obóz wojskowy, do kolumn zaś wiązano konie powodując nieodwracalne zniszczenia co tłumaczy późniejszą odbudowę.

5. Katania

Do Katanii warto pojechać pociągiem, który odjeżdża rano i w ciągu 3 h za 10 euro skaczemy na drugi kraniec wyspy, mając jeszcze pół dnia na rekonesans. Po drodze mijamy bezkresne przestrzenie sycylijskiego górzysto-rolniczego interioru i cieszymy oczy widokiem nadmorskich miejscowości. Dopiero jadąc można uzmysłowić sobie jak bardzo sucha i jałowa jest ta kraina, w której prawie cały krajobraz stanowią góry i pagórki, na których uprawia się częściej kaktusy niż winorośl. Krajobraz zmienia się jednak w okolicy Katanii, położonej na równinie nad którą góruje wielka sylwetka Etny.

Będąc w Katanii miałem wrażenie jakbyśmy przenieśli się do innego kraju, ponieważ zarówno klimat jak i wygląd miasta jest tu odmienny. Jest to w całości zasługa Etny, która w 1669 r. praktycznie zrównała miasto z ziemią oraz potężnego trzęsienia ziemi, które dokończyło dzieła zniszczenia w 1693 r. Z tej przyczyny Katania jest niemal w całości barokowa. Miejscami zdarzają się zabytki antyczne, takie jak Odeon i antyczny Teatr Rzymski, które naprawdę warto zwiedzić (wraz z muzeum w którym jest całkiem sporo interesujących zabytków, duży zbiór ceramiki i przedmiotów związanych z funkcjonowaniem teatru od starożytności po wiek XIX).

Oba kataklizmy przetrwał bez uszczerbku Castello Ursino, czyli zamek wzniesiony w latach 1239-1250 przez Fryderyka II, którego niestety nie udało się odwiedzić z powodu szykowanej właśnie wystawy impresjonizmu. Jakoś do zamków na Sycylii nie miałem szczęścia, ponieważ jednym z planowanych miejsc do odwiedzenia była Enna, z której zrezygnowałem nastawiając się właśnie na zamek w Katanii. Jak na złość zamknięte było też Castello Maniace w Syrakuzach.

Katania to czarne miasto dosłownie i w przenośni. Dosłownie, ponieważ do odbudowy użyto miejscowego materiału, czyli czarnej wulkanicznej skały. Zbudowano z niej mury, dziedzińce i wyłożono nią ulice. Dzięki temu nawet miejscowe komary są czarne przez co stały się mistrzami ninja w sztuce upierdliwego podgryzania nocą ;) Katania jest też czarna z powodu ilości imigrantów. W Palermo bywali widoczni, tutaj zdominowali całą zabytkową dzielnicę. Gdy pytaliśmy o drogę do naszego mieszkania pewna młoda dama postraszyła nas, że to bardzo zła okolica. Cóż, żyjemy i nie mieliśmy żadnych problemów, ale nocny spacer ulicami za Castello Ursino, raczej nie jest czymś co bym rekomendował samotnej kobiecie ;)

Zabytkowa dzielnica nie jest specjalnie wielka i można ją obejść w ciągu kilu godzin. Czerń kamienia i tropikalny, malaryczny klimat, który nie daje spać to dwie rzeczy, które najlepiej zapamiętałem z Katanii, choć obiektywnie patrząc w mieście da się żyć, a jeśli lubisz barok będziesz miał co zwiedzać. W Katanii można też całkiem dobrze zjeść, a nawet przy odrobinie wysiłku ogarnąć komunikację i jej nonsensy.

6. Syrakuzy

Do Syrakuz podobno jeździ pociąg, wybranie tej opcji transportu jest jednak dość karkołomne, ponieważ są chyba 2 kursy dzienne i to o dziwnych porach. W tej sytuacji pozostaje skorzystać z autobusu, który odjeżdża z dworca na przeciwko dworca PKP (nawet jeśli nie jest oznaczony na prawie żadnych mapach :P) Oznaczony w sumie nie jest też autobus ani przystanek, kasa z biletami znajduje się zaś w bocznej uliczce. Włochy pełną gębą :D Ogólnie proponuję wpleść dworzec w plan zwiedzania dnia poprzedniego i zapuścić języka u tubylców w sprawie zarówno Syrakuz jak i Etny oraz obczaić kasę biletową.

Na Syrakuzy potrzebujesz dnia. Tyle wystarczy aby porządnie zwiedzić miasto, zajrzeć do Parku Archeologicznego w Neapolis i przejść się na Ortygię. Nie wystarczy jednak to na nic innego, dlatego jeśli możesz, zostań w Syrakuzach na 2 dni (Jeśli chcecie nocować w Syrakuzach zarezerwujcie pokój z widokiem na morze na Ortygii. My nie nocowaliśmy i w sumie na zwiedzanie mieliśmy zaledwie 5 h, ale nawet spacer nadbrzeżem przekonał mnie, że warto w przyszłości w Syrakuzach się zatrzymać :)

Ogólnie Park Archeologiczny i Ortygia leżą na dwóch zupełnie przeciwległych krańcach Syrakuz, dworzec autobusowy jest zaś niemal w środku, trzeba więc się nieźle nałazić, paradoksalnie bardziej niż na Etnie. Ogólnie z Syrakuz wróciliśmy strasznie skonani ponieważ dzień był jak na tę porę roku wyjątkowo upalny, a zwiedzanie było mega intensywne. Koniecznie zabierzcie na tę wycieczkę sporo wody i wygodne buty.

Parku Archeologicznego i sensu jego zwiedzania chyba komentować nie muszę. Obejrzycie Teatr Grecki z ok V w. p.n.e., ogromną i spektakularną grotę Orecchio di Dionisio, Rzymski Amfiteatr i sporo mniejszych zabytków. Generalnie ładna kupa fantastycznych starożytnych ruin na wielkiej palonej słońcem patelni :P Jak to mówią jeśli widziałeś jeden teatr grecki to widziałeś je wszystkie ;)

DCIM101GOPROG0051308. DCIM101GOPROGOPR1339.

O wiele ciekawszą natomiast atrakcję stanowi Ortygia, czyli zabytkowa dzielnica Syrakuz, której praktycznie zdjęć niestety nie robiliśmy, oszczędzając ostatnie resztki baterii w GoPro na Etnę. Robienie zdjęć byłoby w sumie też mało zasadne, ponieważ cała dzielnica ma tak niepowtarzalny klimat i jest tak unikalna, że ciężko byłoby tam nawet wskazać jakieś konkretne punkty warte zobaczenia. Dzielnica składa się ze starej zabudowy, wąskich uliczek pełnych niewielkich knajpek wpasowanych w krajobraz. Co niezwykłe, większość dzielnicy zamknięta jest też całkowicie dla samochodów, dlatego jest to miejsce ucieczki od miejskiego gwaru i hałasu. Całości dopełniają piękne widoki na port, morze i miasto. Warto zarezerwować co najmniej 2-3 h na spokojny spacer po dzielnicy i rozpocząć go w porze sjesty, ponieważ spora część dzielnicy przypomina wtedy miasto duchów. No chyba, że planujecie obiad, wtedy tych godzin nie polecam ;)

6. Etna

Etna to inny świat i zupełnie inne wrażenia. Po tylu dniach gapienia się na zabytki, stworzone ręką ludzką, uderzający jest kontrast z surowym pięknem tej wielkiej góry, stanowiącej w zasadzie gigantyczną pustynię, pełną śladów burzliwej przeszłości. O tym że Etna stała z powierzchni ziemi Katanię już wspominałem, jest to jednak stara historia. Etna jest najaktywniejszym wulkanem Europy wznoszącym się na 3340 m n.p.m., wybucha regularnie raz na kilka lat w spektakularny sposób, ma cztery główne kratery i ponad 200 kraterów bocznych. Ostatnio wybuchła w maju 2015 r., kiedy z powodu erupcji zamknięto lotnisko w Katanii. Wybuchy z 1983 i 2005 r. niszczyły schronisko Rifugio Sapienza, do którego dojedziecie autobusem z Katanii (i w którym naprawdę warto coś przekąsić. Porcje są tam gigantyczne!).

Etna to całodniowa wycieczka, na którą pojedziecie autobusem z dworca autobusowego w Katanii, za kilka euro, kursem o 8:15, a wrócicie tym samym autobusem o 16:30. Bilety kupuje się, wyjątkowo, u kierowcy. Rozsądek nakazywałby zabrać ze sobą dobre buty górskie, ciepłe ubranie, kurkę odporną na deszcz itd. ale w praktyce nie jest to konieczne. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu ludzi takich jak pewna turystka z Polski, która jechała z nami mając na nogach wsuwane drewniaki (!), przygotowano wypożyczalnię ubrań i butów, która znajduje się na stacji końcowej kolejki linowej (30 euro wjazd + 15 euro samochód jeśli chcecie podjechać pod krater). Kolejka rusza z Rifugio Sapienza i pozwala sprawnie dotrzeć na 2500 m. Tam znajduje się bar, sklepy z pamiątkami i baza do dalszej podróży samochodem, warto pamiętać jednak że samochody jeżdżą tylko przy dobrej pogodzie.

Nasza pogoda do najlepszych nie należała, delikatnie rzecz ujmując ;) W kolejce linowej złapała nas burza gradowa z porywistym wiatrem, zacinającym niemal poziomo. Naprawdę świetnie przeżycie, zwłaszcza że akurat jedziemy na aktywny wulkan, jesteśmy wyżej niż Rysy, a wokół rozciąga się czarna pustynia :D

Moja podróż na Etnę skończyła się niewiele wyżej niż stacja kolejki. Gdy pogoda trochę się uspokoiła i widoczność mocno się poprawiła stwierdziłem, że ruszę się ze schroniska rzucić okiem na to co jest niedaleko i wybrałem się na mały rekonesans. Nie było to dalej niż kilkaset metrów od stacji bazowej. Niestety nie udało mi się zajrzeć do krateru, przekonałem się natomiast jak szybko potrafi się zmieniać górska pogoda na takiej wysokości. W ciągu minuty widoczność z naprawdę przyzwoitej spadła niemal do zera. Zdjęcia poniżej wykonałem w odstępie pięciu minut.

Etna nie jest trudną górą do zdobycia. Kamienie o ostrych krawędziach, żwir i głazy mogą utrudniać marsz ale stoki góry są łagodne, w wielu miejscach rozciągają się lekkie pagórki i niemal równiny. Droga którą poruszają się samochody kursujące ze schroniska też wyglądała na całkiem szeroką i dobrze widoczną. Niestety przy takiej mgle okazuje się, że nawet na takiej ścieżce łatwo jest zabłądzić i można stracić poczucie kierunku. Sam siebie tropiłem po własnych śladach, kilka razy wracałem się do zapamiętanego punktu aż wreszcie trafiłem gdzie trzeba. Nie powiem, ciekawie jest zabłądzić bez komórki na czynnym wulkanie we mgle na 3000 m. Przynajmniej jest o czym opowiadać i jako jedyny człowiek tego dnia widziałem choćby zarys krateru centralnego :)

DCIM101GOPROG0081474.

Po powrocie do schroniska i kolejnej godzinie oczekiwania na poprawę pogody stwierdziliśmy, że pora wracać, a następnie wybraliśmy się na spacer po kraterach znajdujących się w okolicy Rifugio Sapienza. Pogoda wtedy nagle całkiem się poprawiła, wyszło słońce, resztę zaś opowiadają zdjęcia, które (mam nadzieję) zwalczą reputację Etny jako „najbrzydszej góry świata” ;)

Wyprawa na Etnę była ukoronowaniem naszej wycieczki. Był to już przedostatni dzień podróży. Ostatni dzień przed wyjazdem zarezerwowaliśmy sobie na uspokojenie, spacer po Katanii, picie wyśmienitego wina i szybką wycieczkę do rzymskiego amfiteatru. Następnego zaś dnia wylecieliśmy do Polski zabierając ze sobą masę wspomnień, którymi postanowiłem się z Wami podzielić.

DCIM101GOPROGOPR1520.

Jeśli więc będziecie mieli okazję odwiedzić Sycylię, skorzystajcie ponieważ jest to jeden z najciekawszych i najbardziej malowniczych zakątków Europy o fantastycznej i bogatej historii, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.

Top 10 profesjonalnych kanałów o DESW na YouTube

wtorek, 23 Grudzień 2014

Koniec roku za momencik, święta jeszcze bliżej. Można oczywiście spędzić je w siedząc na kanapie oglądając po raz 50 Kevina na Polsacie, ale można też czas ten spożytkować w trochę sensowniejszy sposób. Skoro już i tak będziemy jedli, pili i zajmowali się świątecznym obżarstwem można wcinając pierogi zajrzeć w kilka fajnych miejsc na YouTube :)

Poniższe zestawienie dotyczy tylko kanałów profesjonalnych. Profesjonalnych tzn. prowadzonych przez osoby o powszechnie uznanej reputacji, związane z powszechnie uznanymi organizacjami lub oficjalne kanały tychże organizacji. Jednym słowem – wielu kanałów powszechnie znanych tu nie ma i jest to celowe, znajdą się w kolejnym zestawieniu ;)

Przyporządkowując miejsca brałem pod uwagę to jak wiele mi osobiście udało się zyskać dzięki oglądaniu danego kanału, co za tym idzie najważniejsze elementy decydujące o miejscu to ilość materiałów, ich tematyka i wartość praktyczna, oznacza to również że wszystko w tym zestawieniu jest absolutnie subiektywne ;)

1. Scholagladiatoria

 

  • 44,908 subscribers
  • 5,572,868 views

 

Mój absolutny numer 1, prawdę mówiąc rzadko kiedy jem kolację bez gapienia się w uśmiechniętą gębę Matta Eastona ;) Jest to o tyle łatwe, że zwykł on publikować kilka filmów tygodniowo w związku z czym na kanale wisi niesamowita ilość materiałów. Nie sztuką jest pójść w ilość, sztuką jest ilość łączyć z jakością. Matt wypracował bardzo fajną formułę łapania nowych tematów do swoich filmów polegającą bardzo często na komentowaniu komentarzy i prostowaniu przeinaczeń z którymi w komentarzach się spotkał. Zdecydowanie jest ekspertem którego warto posłuchać ponieważ wiedzę praktyczną i teoretyczną łączy w jedną spójną całość. Archeolog z wykształcenia, zajmujący się HEMA od 1997 r. w teorii i praktyce, organizator FightCamp, kolekcjoner i handlarz bronią białą. Ciężko byłoby o lepszego eksperta w temacie. Matt udowadnia to zwłaszcza gdy bierze na warsztat tematy na pierwszy rzut oka banalne, które po rozłożeniu na czynniki pierwsze całą swą banalność tracą. Jeśli lubisz szukać przysłowiowego „diabła w szczegółach” to zdecydowanie jest to kanał dla Ciebie!

schola Youtube_logo-200x115

 

2. Roland Warzecha

 

  • 1,647 subscribers
  • 43,532 views

 

Tego pana większości czytelników tej strony zapewne nie trzeba przedstawiać, ponieważ jeśli ktoś interesuje się tematem walki wczesnośredniowiecznej i walki z użyciem miecza i puklerza według traktatu I.33 zapewne o Rolandzie słyszał. Spośród wszystkich kanałów w tym zestawieniu wymienionych ten najmocniej mieści się w moich osobistych zainteresowaniach badawczych. Obecnie Roland Warzecha całą swoją energię poświęca projektowi DIMICATOR, którego celem jest odtworzenie najwcześniejszych znanych elementów walki z użyciem tarcz różnego rodzaju, a to co robi dla mnie osobiście bardzo wysoko ustawia poprzeczkę, zwłaszcza że mówimy o instruktorze z kilkunastoletnim doświadczeniem, członku HEMAC, CFAA i dawnym instruktorze grupy Hammaborg. Kanał YouTube Rolanda dopiero się rozwija jednak już teraz można śmiało powiedzieć że wyznacza zupełnie nowy poziom nie tylko przez świetną merytorykę ale również jakość techniczną materiałów tam publikowanych. Nic dziwnego – Roland z zawodu jest ilustratorem.

dimicator Youtube_logo-200x115

 

3. Kuba Potocki

 

  • 910 subscribers
  • 286,415 views

 

„Nazywam się Kuba Potocki i lubię nakurwiać mieczem”. W tej jednaj krótkiej sentencji znajduje się w sumie cała idea kanału jako indywiadualnego projektu jednego ze scholarów ARMA-PL trenującego walkę mieczem od 2007 r. Mnie osobiście ten catchphrase bardzo odpowiada – świetnie pasuje do internetowego luźnego stylu komunikacji. Inicjatywa Kuby jak na polskie (a może i światowe) realia jest całkowicie unikatowa, już z samej tej przyczyny kanał na tej liście wypadałoby wymienić, wyjątkowy już w trochę szerszej skali jest sam projekt stworzenia całościowego kursu z zakresu indywidualnego treningu DESW dla początkujących – za to wielki szacun bo jest to naprawdę potrzebne :) Dodatkowo na kanale znajdziecie różnego rodzaju warsztaty, wykłady, filmy z treningów, zawodów etc. Przeczytane? Obejrzane? Fajnie. A teraz idźcie nakurwiać!

kuba Youtube_logo-200x115

 

4. Ilkka Hartikainen

 

  • 2,147 subscribers
  • 267,546 views

 

W tym wypadku nazwa kanału to przy okazji nazwisko prowadzącego. Ilkka Hartikainen specjalizuje się w fechtunku szesnastowiecznym ze szczególnym uwzględnieniem takich mistrzów szkoły bolońskiej jak Achille Marozzo i Antonio Manciolino. Fechtunek w tym okresie wzniósł się na wyżyny perfekcjonizmu jeśli chodzi o dopracowanie detali, technik i form walki dzięki zastosowaniu zasad matematyki i geometrii. Ilkka Hartikainen pod względem technicznym jest absolutnie niesamowity, osobiście zestawiając jego filmy z materiałem źródłowym mam odczucie jakby obrazy ożyły. Wypracowanie takiej dokładności i precyzji wykonywania technik wymaga lat treningu i żelaznej dyscypliny. Jest to jeden z tych kanałów których wartość jest o wiele wyższa niż ilość subskrypcji jakie otrzymały więc zdecydowanie zachęcam do oglądania i subskrybowania – z ogłoszeń na jego stronie i profilu FB wynika, że to  dopiero początek :)

marozzo Youtube_logo-200x115

 

5. EnglishMartialArts

 

  • 823 subscribers
  • 36,427 views

 

Sam kanał jest bardzo młody, natomiast prowadzi go całkiem stary wyjadacz - Martin „Oz” Austwick – założyciel English Martial Arts Academy, jeden ze współzałożycieli HEMAC, praktyk z prawie dwudziestoletnim doświadczeniem, ekspert zwłaszcza w dziedzinie boksu tradycyjnego i zapasów. Na kanale znajdziemy trochę informacji z tego zakresu, jednak większość nowych materiałów dotyczy walki mieczem z czasów elżbietańskich według szkoły angielskiej. Mocną stroną kanału jest podejście praktyczne i skoncentrowanie się na zagadnieniach istotnych w treningu, a także duże skupienie na detalach i łatwa do zrozumienia forma przekazywania wiedzy. Największym minusem jest jakość techniczna materiałów i specyficzna maniera prowadzącego która nie każdemu się spodoba ;) W każdym razie warto zajrzeć zwłaszcza, że kanał dopiero się rozkręca.

english Youtube_logo-200x115

 

6. learn-sword-fighting.com

 

  • 1,265 subscribers
  • 45,228 views

 

Ten kanał stanowi dopełnienie tego co prezentuje kanał TheRealGladiatores, prowadzą go Johannes Pelzer i Sven Baumgarten z grupy Gladiatores. O ile kanał TheRealGladiatores nastawiony jest na prezentowanie atrakcyjnych wizualnie materiałów promujących walkę bronią średniowieczną, o tyle ten jest świetnym zbiorem filmów instruktażowych w zakresie fechtunku mieczem długim według szkoły niemieckiej. Filmy prezentowane na kanale stanowią gotowe sekwencje ruchów i akcji i są świetną pomocą przy indywidualnym treningu. Tych filmów nie ma sensu oglądać siedząc wygodnie i zajadając pierogi, trzeba zwyczajnie iść nakurwiać ;) A jeśli ktoś naprawdę mieszka gdzieś daleko, nie ma szans dojeżdżać na treningi do żadnej z istniejących grup zajmujących się walką, lub zwyczajnie chciałby potrenować samodzielnie, na stronie istnieje możliwość wykupienia rocznego dostępu do 128 filmów za 123 euro – opcja zdecydowanie warta rozważenia choć sam z niej nie korzystałem więc ciężko mi w pełni ocenić wartość materiałów dostępnych po wykupieniu dostępu.

learn Youtube_logo-200x115

 

7. TheRealGladiatores

 

  • 7,701 subscribers
  • 2,005,880 views

 

Ten kanał trochę nie pasuje do reszty pod tym względem, że jego celem nie jest edukacja. Jest na nim zaledwie siedem filmów i pomijając jeden nowy, dodany dwa tygodnie temu, inne pojawiły się tam 2-7 lat temu. Postanowiłem dodać go do tej listy z tej banalnej przyczyny, że kanał mimo tej niewielkiej zawartości jest niezwykle popularny, filmy te pokazują walkę średniowieczną w rewelacyjny sposób i jak dotąd, w mojej osobistej opinii, niewiele jest materiałów zdolnych im dorównać pod względem wizualnym. Jeśli ktoś szuka inspiracji do tego jak można prezentować dawne sztuki walki w atrakcyjny sposób to w tym miejscu powinien zacząć. Opracowanie jest autorstwa grupy Gladiatores, jednaj z większych niemieckich organizacji zajmujących się DESW z okresu XIV-XVII w.

gladiatores Youtube_logo-200x115

 

8. ARMAPolska

 

  • 148 subscribers
  • 10,786 views

 

Ten kanał subskrybuję nie z powodu unikatowego kontentu  ale z powodu bardzo wartościowych linków które się na nim pojawiają, no i trochę przez sentyment. Filmów na kanale jest zaledwie kilka, są to głównie krótkie klipy promocyjne. Fajnie by było gdyby znalazła się jakaś dobra i kompetentna dusza zdolna rozruszać kanał, ponieważ ciągle ilość dobrych polskich materiałów o DESW jest minimalna. Sam Kuba Potocki świata nie podbije, zwłaszcza że „nakurwia” co samo w sobie dla wielu jest kontrowersyjne. Nie ma lepszego miejsca aby dzielić się konkretną wiedzą i przesłaniem niż YouTube, zwłaszcza jeśli chodzi o docieranie do młodych odbiorców. Myślę też że nie ma lepszego miejsca na propagowanie DESW niż oficjalny kanał organizacji takiej jak ARMA-PL, trzeba to tylko wykorzystać :)

arma Youtube_logo-200x115

 

9. HEMA Instructor Nick Thomas

 

  • 4,965 subscribers
  • 1,302,499 views

 

Kanał tworzy Nick Thomas, jeden z dwóch braci prowadzących Academy of Historical Fencing, klub mający dwie filie w UK. Nie znajdziecie na nim praktycznie żadnych materiałów instruktażowych, natomiast 99% stanowią filmy ze sparingów z użyciem bardzo różnej broni. W ostatnim czasie Nick zamieścił wideo z informacją, że działalność kanału zostaje zawieszona. Zamiast jego indywidualnego projektu działa teraz zbiorczy kanał Academy of Historical Fencing, jednak jako że subskrybuje go dopiero 360 osób uznałem że lepiej będzie opisać tu kanał wcześniejszy.

academy Youtube_logo-200x115

 

10. LondonLongsword

 

  • 311 subscribers
  • 28,944 views

 

Kanał przynależy do The London Longsword Academy prowadzonej przez Davea Rawlingsa. Jeśli ktoś interesuje się walką w układzie miecza i puklerza prawdopodobnie słyszał o tym jegomościu w kontekście drugiego z jego projektów – grupy Boars Tooth, która to grupa wydała całkiem fajną serię filmów instruktażowych z interpretacją traktatu I.33. Kanał zawiera głównie walki, odrobinę filmów instruktażowych – warto przynajmniej raz przewertować zawartość.

london Youtube_logo-200x115

 

W3 2014 – filmowa relacja z imprezy

niedziela, 2 Listopad 2014

Jakiś czas temu wpadłem z aparatem na Warszawskie Warsztaty Walki i udało mi się zarejestrować większość imprezy. Rozpisywał się nie będę bo nie ma sensu, zwyczajnie zapraszam do oglądania nagrań na moim kanale YouTube. A jak się spodoba no to oczywiście likujcie, udostępniajcie, subskrybujcie, komentujcie :)

Dokładny plan, regulaminy walki itp. informacje znajdziecie na oficjalnej stronie imprezy:

 

Filmy z warsztatów:

 

Podobnie jak w roku ubiegłym na imprezie odbyło się Fechtschule, nieodmiennie cieszące się wielkim powodzeniem, którego sens najlepiej chyba oddaje cytat z regulaminu:

Bez walki o miejsce na podium, bez presji punktów, macie okazję skupić się na Sztuce.
Próbować technik których obawiacie się użyć w trakcie regularnych turniejowych walk.
Wyzwać na pojedynek tych, z którymi zawsze chcieliście się porównać. Pokazać Waszą
biegłość i zdobyć uznanie innych szermierzy. Fechtujcie czysto i honorowo, bawcie się przy
tym dobrze. Pamiętajcie jednak, że udział w „Fechtschule” to przywilej, a nie prawo.

 

Wszystkie warsztaty i Fechtschule odbywały się w sobotę, natomiast w niedzielę rozegrany został turniej długiego miecza:

 

Chciałem w tym miejscu również pogratulować świetnej organizacji i podziękować za fajnie spędzony czas, a osobom sentymentalnym przypomnę, że nagrywałem również turniej zeszłoroczny ;)

 

Życzę miłego oglądania i przepraszam za wszelkie techniczne niedociągnięcia. Sztuka operatorska i montaż to nie są rzeczy, którymi zajmuję się codziennie, sprzęt też mam mocno amatorski ;)

 

Dlaczego warto używać wiernych replik? Recenzja Porównawcza kilku mieczy jednoręcznych

sobota, 11 Październik 2014

Słowem wstępu

W ostatnich tekstach publikowanych na stronie odnosiłem się do wielu problematycznych elementów związanych z używaniem mieczy nieodpowiadających oryginałom. Temat omawiałem ogólnie, natomiast w tym tekście przekujemy ogół w konkret. Postanowiłem zrobić małe studium porównawcze mieczy, które osobiście posiadam koncentrując się nie tylko na elementach dotyczących wyglądu ale przede wszystkim na kwestiach technicznych i użytkowych, które dla mnie osobiście są najważniejsze.

Do porównania wybrałem pięć mieczy mieszczących się datowaniem w okresie wczesnego i pełnego średniowiecza, czyli w epoce walki w układzie miecza z tarczą z przeciwnikiem nieopancerzonym lub przeciwnikiem lekko opancerzonym (kolczuga, zbroja miękka). Dwa pierwsze miecze są najbliższe oryginałom, trzeci z wymienionych mieczy jest kombinacją oryginałów, nie jest zatem rekonstrukcją, jednak pod względem cech użytkowych doskonale mieści się w standardzie epoki, dwa ostatnie miecze są w moim posiadaniu od wielu lat i były kupowane w czasach gdy koncentrowałem się na walce rekonstrukcyjnej.

wszystkie wszystkie2

1. Rekonstrukcja miecza z sygnaturą +VLFBERHT+ z Rijksmuseum van Oudheden datowanego na 950-1000 r. – producent Maciej Kopciuch

Wymiary oryginału:

Typologia: Typ H wg. Petersena, głownia w typie 3 Geibiga o jednolitej grubości ok 0,5 cm
Waga: 1554 g
Długość całkowita: 99,6 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 6,48 cm
Długość rękojeści: ok 10 cm
Rok odkrycia: 1983
Literatura i źródła zdjęć:

  • J. Ypey, Drei neuerworbene Waffen im Rijksmuseum van Oudheden: ein Ulfberht-Schwert, ein Katzbalger und ein Linkhanddolch, Żródło: Oudheidkundige Mededelingen uit het Rijksmuseum van Oudheden te Leden 66, 1986 s. 139-151.
  • http://www.myarmoury.com/talk/viewtopic.php?p=56574

 

Zdjęcia oryginału:

 peth.l100.ulfbertnoord-brabantlithnetherlands.allobjz_209 peth.l100.ulfbertforteinlaynoord-brabantlithnetherlands.9th.rol.avnsmall_178 peth.l100.ulfbertforteinlayreverse.noord-brabantlithnetherlands..9th.rol.avnsmall_331 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlandshiltjz_190 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlandshilt.jz_193 12030118_295 12030116_132 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlands9th.rol.avnsmall_192 12030119_146 10500558_443985139072176_5954673070458013709_n 10347410_443932482410775_5758333778422839285_n 12030115_245 11190138_749 10364045_429838710486819_7568711848717869080_n 10336779_429838853820138_2120646527508162375_n 10342951_437612243042799_1357964215675402836_n 10250295_429838683820155_6861702551719748898_n 10269523_429838687153488_8439471877836642446_n

Wymiary rekonstrukcji:

Długość całkowita: 94 cm
Długość głowni od jelca: 77,5 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 5,5 cm
Długość zbrocza: 70 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 2,5 cm
Długość jelca: 9 cm
Szerokość jelca: 3 cm
Wysokość jelca: 1,5 cm
Długość rękojeści: 9,7 cm
Waga: 1500 g (1430 g bez rękojeści)
Wyważenie: 15 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 56 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – brąz i srebro, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Miecz sygnowany obustronnie. Z jednej strony +VLFBERHT+ z drugiej IIIXXXIII – tak jak w oryginałach napisy są integralnym elementem głowni, są słabo dostrzegalne. Rekonstrukcja posiada głownię trochę krótszą i trochę węższą niż oryginał, celem było zbliżenie wagi tępego miecza do wagi oryginału. Brakuje srebrnego drucika ozdobnego między elementami głowicy, sam zdecydowałem że wolę go pominąć.

Zdjęcie rekonstrukcji:

 viking_rijksmuseum_02 viking_01A viking_rijksmuseum_01 DSC01183 10624769_714846731886488_3294338261895222356_n DSC01167 10660141_479254648878558_3351089655111732216_n porownanie 10628453_479254745545215_1496312878075315851_n 10592898_469492986521391_7532956646496382131_n 10599316_715424668495361_4557705569778928730_n 10606032_479254702211886_9196469514288454170_n 10570482_478713028932720_516167381910633574_n 10361567_469492983188058_8617716482139264041_n 10500558_443985139072176_5954673070458013709_n — kopia

Cechy użytkowe:

Siła tej broni jest porażająca, jest to pierwsze wrażenie jakie ma większość osób którym dawałem go do ręki. Naprawdę czuć że trzymamy w ręku broń, która w wersji ostrej byłaby idealna do zadawania potężnych krojących uderzeń z całego ramienia, zwłaszcza jeśli dodatkowo dołożymy krok do wykonywanej akcji. Użycie miecza z pełnym przyłożeniem siły nawet w wersji tępej i w hełmie stalowym z dobrym wytłumieniem mogłoby posłać na dechy niejednego kozaka ;)

W pierwszej chwili przesiadając się z o wiele lżejszych mieczy opisanych niżej czułem, że miecz jest dość ciężki. To wrażenie bardzo szybko zniknęło po kilkudniowym intensywnym treningu uderzeń. Jednocześnie mimo wagi nigdy nie miałem wrażenia, że ta broń jest w jakikolwiek sposób toporna, jest to ten typ broni która raz wprowadzona w ruch sama idealnie układa się w linii ataku, gdy nie zatrzymujemy cyrkulacji i nie stopujemy głowni bez potrzeby można nim zadawać bardzo szybkie uderzenia z różnych kierunków i uderzać kombinacjami. Tak naprawdę ze względu na masę nie jest konieczne przykładanie dodatkowej siły aby skutecznie atakować, wystarczy wprowadzić broń w ruch w odpowiednim momencie i w odpowiedniej linii aby osiągnąć efekt. Z tego właśnie powodu w walce tym mieczem nie koniecznie trzeba polegać na stosowaniu chwytu młotkowego, można zastosować stosunkowo lekki chwyt długi z dość luźno ułożoną dłonią, dzięki czemu głowica nie uwiera w nadgarstek.

Ciężko ocenić efektywność cięcia tą techniką bez testów z wykorzystaniem ostrej repliki o dokładnie takich samych parametrach, jednak jest to jedna z metod zdecydowanie wartych rozważenia, zwłaszcza że jej stosowanie w epoce jest dobrze udokumentowane. Na ten temat toczyła się gorąca dyskusja na forum MyArmoury, osobiście jestem zdania, że chwyt młotkowy w epoce był dominujący (mamy przytłaczającą przewagę ikonografii w której się pojawia), jednak chwyt długi stanowi bardzo dobre uzupełnienie repertuaru technik, zwłaszcza w sytuacji gdy zależy nam na maksymalizacji zasięgu w walce jeden na jeden.

Blokowanie takiej głowni w jakikolwiek sztywny sposób nie ma sensu nawet przy użyciu ostrza. W realiach prawdziwej walki z pełną siłą uderzenia ten miecz jest w stanie przełamać praktycznie każdą obronę tego typu, jestem absolutnie przekonany że wersja ostra byłaby w stanie bez trudu np. amputować nogę w udzie, co wielokrotnie pojawia się w opisach walki.

Ciasna rękojeść zapewnia fantastyczną pewność chwytu, głowica minimalnie przeszkadza przy operowaniu mieczem za pomocą chwytu młotkowego  jednak jest to mocno odczuwalne dopiero po ok 100 uderzeniach w szybkiej serii i to tylko w sytuacji stopowania ruchu, czego w realnej walce raczej się nie wykonuje. Miecz prowadzony ze sztywnym nadgarstkiem  sprawdza się fantastycznie jako broń przełamująca. Jedną z ciekawszych rzeczy jakie zauważyłem przy okazji treningu tą bronią jest jej zdolność do odsłaniania przeciwnika przez wybijanie tarczy, jednak jest to możliwe tylko wtedy gdy tarcza jest za ciężka (jedna z naszych treningowych jest całkiem toporna). Na pewno był to jeden z powodów dla których tarcze z epoki były raczej lekkie.

Niezwykły efekt użytkowy daje przełożenie palca wskazującego przez jelec. Miecz wtedy zaczyna zupełnie inaczej leżeć w dłoni. Ta niewielka zmiana chwytu zamienia twardą przełamującą głownię w finezyjne narzędzie które idealnie pracuje przy pchnięciach i lekkich akcjach nadgarstkowych. Chwyt długi jest możliwy do wykonania ale linię lepiej trzyma się z przełożeniem palca przez jelec. O przekładaniu palca przez jelec wiadomo od dawna ale dopiero zastosowanie tego w mieczu o odpowiedniej wadze i wyważeniu uświadomiło mi jak mocno ten detal warunkuje technikę.

Mieczem nie da się nijak wykonać chwytu kciukowego ponieważ jelec jest na tyle gruby i szeroki, że kciuk zwyczajnie odstaje od głowni, sama zaś budowa rękojeści sprawia, że stosowanie go jest utrudnione – przejście z chwytu młotkowego do kciukowego wymagałoby przestawienia całego ułożenia dłoni na rękojeści.

Reasumując – ten miecz to doskonała broń swoich czasów, potężny oręż bitewny idealny do walki w bliskim bitewnym dystansie, nadający się do bardziej finezyjnej walki gdy używano go np. w pojedynku. W starciu z taką bronią nieopancerzony przeciwnik byłby bez szans, miecz tego typu był w stanie zadawać ziejące, głębokie rany oraz amputować kończyny. Nadawał się do pchnięć, uderzeń, cięć i zdecydowanie do terroryzowania każdego kto stał mu na drodze stąd nadałem mu imię Terror. Gdybym szedł do bitwy pieszej to własnie ten miecz zabrałbym ze sobą jako najefektywniejszą przełamującą broń bitewną w zestawie z dużą okrągłą tarczą w stylu germańskim.

DSC01222 DSC01223 DSC01224 DSC01225 DSC01226 DSC01228 DSC01264 DSC01268 DSC01269

2. Rekonstrukcja miecza z zamku Søborg w Danii przechowywanego w Muzeum Narodowym w Kopenhadze datowanego na 1100-1175 r. - producent Maciej Kopciuch

Wymiary oryginału:

Typologia: według Oakeshotta typ XI z głowicą typu A i jelcem typu 1, według Geibiga typ 9 z głowicą kombinowaną typu 16 wariant 1
Długość całkowita: 109 cm
Długość głowni od jelca: 93.8 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Wyważenie: 16 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 61 cm
Waga: 1200 g
Nr. inwentarzowy: D 8801
Uwagi: Peter Johnsson opracował ten miecz tak perfekcyjnie, że ciężko cokolwiek dodać w temacie. Szczerze polecam lekturę tekstu na temat tego miecza i wszystkich innych ze strony tak Petera Johnssona jak i Albion Swords.
Literatura i źródła zdjęć:

 

Zdjęcia oryginału:

4216317-seks-af-de-svrd-som-tidligere-er-fundet-ved-sborg-det-nye-fund-ligner-mest-nummer-to-fra-hjre Soeborg

Wymiary rekonstrukcji:

Długość całkowita: 105 cm
Długość głowni od jelca: 88,2 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 74 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 1,5 cm
Długość jelca: 20 cm
Szerokość jelca: 1,2 cm
Grubość jelca: 1 cm
Długość rękojeści: 11 cm
Waga: 1380 g
Wyważenie: 20 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 61 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – stal, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Miecz sygnowany obustronnie napisami +BENEDICoATNTIVoSEToMAoT+ i S(CT)SPETRN(NU)S. Podobnie jak w oryginale napisy są dobrze widoczne, pisane cienką zawijastą kreską. Idealnie został oddany styl napisu, został on wygrawerowany, w oryginale litery wypełnione były srebrem. Sprawę ostatecznego kształtu głowni tego miecza i rękojeści konsultowaliśmy kilka razy. Ostatecznie jako, że miecz miał być tępy zdecydowaliśmy o lekkim skróceniu głowni aby nie przesadzić z wagą i przeważeniem głowni ku przodowi. Głownia jest krótsza o 5,5 cm, mimo tego miecz nadal jest bardzo długi, oryginał przewyższał długością prawie wszystkie miecze jednoręczne swoich czasów. Była to typowa broń kawaleryjska, zaprojektowana tak aby łatwiej było dosięgać przeciwników z wysokości końskiego grzbietu, mimo tego dobrze sprawdza się też w walce pojedynkowej z tarczą zapewniając solidną przewagę dystansu. Oprawa rękojeści wzorowana jest na ikonografii z okresu i kilku zachowanych egzemplarzach w których występowało karbowanie różnego typu, rękojeść nie zachowała się w oryginale.

Zdjęcie rekonstrukcji:

10312508_477449169059106_7854884774711516406_n 10363973_477440799059943_4132123448092183425_n 10403366_479274265543263_8466771500254914953_n 10599345_479274145543275_340048158834334683_n 10599440_479274218876601_4722802007991077555_n 10599615_477454862391870_7128903258134952101_n DSC01162 DSC01168   Soeborg2

DSC01172DSC01170

Cechy użytkowe:

Jest to broń o niesamowitej i niepowtarzalnej dynamice. To z kolei jest pierwsze wrażenie jakie pojawia się przy walce tym mieczem, który niewątpliwie stanowi największą ozdobę mojej kolekcji. Przy wykonywaniu akcji nieomal namacalnie czuć jak masa miecza przepływa w stronę sztychu podczas uderzenia. Miecz trzymany pionowo wydaje się lekki jak piórko, praktycznie nie czuć jego wagi, gdy broń wychyla się od pionu do kąta ok 45 stopni jej waga zaczyna być bardzo wyraźna, gdy dochodzimy do ułożenia horyzontalnego otrzymujemy pozycję w której miecz leży w dłoni dość ciężko, utrzymanie go w tym ułożeniu w poziomym sztychu, znanym z wielu przedstawień walki kawaleryjskiej jest możliwe, staje się jednak dużo łatwiejsze po przełożeniu palca wskazującego przez jelec. Taką sugestię co do techniki podał również w swoich tekstach Peter Johnsson, z którym pod tym względem całkowicie się zgadzam.

Jest to typowy długi normański miecz kawaleryjski idealnie nadający się do rażenia przeciwników z wysokości końskiego grzbietu. Przy walce pieszej, zwłaszcza w warunkach bitewnego ścisku, tak długa głownia raczej by przeszkadzała niż pomagała, jednak w warunkach pojedynku znaczna długość głowni zapewnia znaczną przewagę dystansu, co oczywiście wraz z odpowiednią siłą uderzenia można wykorzystać.

Miecz ten nadaje się dokładnie do tego do czego został zaprojektowany – głownia raz puszczona w ruch prowadzi się zadziwiająco pewnie, uderzenia są czystą przyjemnością, prawie nie wymagają przyłożenia dodatkowej siły. Przy uderzaniu z konia wystarczyłoby puścić ramie w ruch na zasadzie wiatraka bez zawracania sobie głowy finezyjnym fechtunkiem.

Mieczem tym można wykonać pełny repertuar technik jeśli chodzi o chwyty rękojeści, uderzenia i pchnięcia. Rękojeść jest trochę dłuższa niż we wcześniej opisanym egzemplarzu, dzięki czemu nie ma problemów z uderzaniem głowicy o nadgarstek. Nadgarstek może też pracować nieco luźniej, stąd chwyt długi w wypadku tego miecza może przyjąć zarówno formę opisaną przez Petera Johnssona jak również wariant z chwytem młotkowym i ugiętym nadgarstkiem. Obie metody działają dobrze pod warunkiem, że nie staramy się w żaden sposób stopować broni w trakcie wykonywania akcji, oba chwyty są za słabe aby skutecznie zatrzymać uderzenie tak długą głownią z tak mocno przesuniętym środkiem ciężkości. Przy stosowaniu chwytu młotkowego w wersji sztywnej zasięg się zmniejsza ale prowadzenie broni staje się wyraźnie łatwiejsze.

Do sztychów i sztychowej walki kawaleryjskiej na wyprostowanej ręce najlepiej nadaje się poprzednio wspomniany chwyt z przełożeniem palca wskazującego przez jelec. Chwyt kciukowy jest bardzo wygodny, dobrze dopasowany, nie sprawia jakichkolwiek problemów. Przy walce pieszej ustawienie miecza w pozycji do sztychów górnych i dolnych jest niezwykle intuicyjne, długa głownia stabilizuje linię sztychu, wyraźnie widać że w epoce w której ta broń powstała zmierzano w kierunku zapewnienia maksymalnej ergonomii wykonywania tej akcji.

Długi jelec w połączeniu z szeroką głowicą nadaje się do uderzania w tarczę bez narażania dłoni na uszkodzenie, jelca można też użyć do wyhaczania tarczy przeciwnika, jednak broń ta zdecydowanie nie jest przeznaczona do walki w tak ciasnym dystansie. Prawidłową techniką walki pieszej byłoby w tym wypadku mocne sztychowanie, granie dystansem itd.

Dla uzyskania pełnego potencjału ofensywnego należy tym mieczem przede wszystkim wykonywać uderzenia z całego ramienia z dodaniem kroku, co wymaga odpowiedniej przestrzeni, zamiennie można używać sztychów, finezyjna nadgarstkowa szermierka tą bronią jest dość problematyczna, wykonalna przy odpowiedniej ilości treningu, jest dość prawdopodobne, że w walce pieszej przeciwko opancerzonemu przeciwnikowi używano przy głowniach tego typu chwytu dwuręcznego, co zdarza się widzieć na ikonografiach. Ułożenie drugiej dłoni na głowicy jest bardzo wygodne, miejsca wystarcza do położenia jednego palca na rękojeści.

Chwyt dwuręczny maksymalizuje możliwą do wygenerowania siłę, jednocześnie skraca dość znacznie dystans optymalny walki tą bronią. Mam tu oczywiście na myśli dystans optymalny w walce pieszej gdy ilość dostępnej przestrzeni jest ograniczona. Jeśli walczyłbym z konia zdecydowanie zabrałbym ze sobą ten własnie miecz w komplecie z tarczą migdałową lub trójkątną.

DSC01273 DSC01260 DSC01259 DSC01258 DSC01257 DSC01256 DSC01255 DSC01254 DSC01253

DSC01252 DSC01251

3. Typowy miecz trzynastowieczny łączący cechy miecza ze Szczecina i z Malborka - producent Maciej Kopciuch

Wymiary rekonstrukcji:

Typologia: według Oakeshotta typ XII głowica typu J jelec typu 1
Długość całkowita: 97 cm
Długość głowni od jelca: 81 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 5,5 cm
Długość zbrocza: 53 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 1,7 cm
Długość jelca: 19,5 cm
Szerokość jelca: 1 cm
Grubość jelca: 1,2 cm
Długość rękojeści: 10 cm
Waga: ok. 1200g
Wyważenie: 13,5 cm
Punkt Uderzenia (COP): 53 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – stal, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Nigdzie niestety nie znalazłem wymiarowania oryginałów na podstawie których miecz powstał jednak w tym wypadku rekonstrukcja była tworzona po wizycie w muzeum i obejrzeniu oryginałów, można więc przyjąć, że całość jest zbliżona do standardu najbardziej jak to tylko możliwe. Ogólny kształt głowni i napis zostały wzięte z miecza przechowywanego w Muzeum Narodowego w Szczecinie pochodzącego z nieznanego miejsca w Polsce. Oryginał był sygnowany obustronnie napisem +NRCDISEC+NRCDISEC+NRCDISIG+ERCDISIG+NRCDISII z jednaj strony i +NRCDISIC+ENSNRCH+NRCDISDV+ERCDISIA z drugiej, w oryginale litery były wypełnione złotym metalem. Napis na moim mieczu jest kombinacją elementów tych napisów, natomiast głowica została wzięta z miecza malborskiego. Oba egzemplarze są bardzo podobne jeśli chodzi o wszystkie detale konstrukcyjne (kształt, długość głowni etc.). Miecz malborski ma trochę dłuższe zbrocze. Głowice wykonywane z metali kolorowych były w średniowieczu niezwykle popularne, zdają się nawet przeważać liczebnie nad ich żelaznymi odpowiednikami. O popularności mogła tu decydować łatwość produkcji seryjnej, większa waga materiału oraz względy symboliczne. Treść napisu na mieczu do dziś nie została rozszyfrowana mimo, że jest to jedna z najdłuższych inskrypcji tego typu znanych z terytorium Polski.
Literatura:

  • M. Głosek, Znaki i napisy na mieczach średniowiecznych w Polsce, Ossolineum, Wrocław 1973, s. 109.

Zdjęcia oryginału:

DSC_0851 DSC_0857 DSC_0858 DSC_0859 DSC_0860 DSC_0865 DSC_0866 DSC_0875 DSC_0880 miecz_szczecin_muzeum_NAPISY_black szczecin wizualizacja_miecz1a

Zdjęcie rekonstrukcji:

10411283_450400645097292_2798119631123762545_n DSC01163 DSC01173 DSC01177 nrc_01 nrc_02 nrc_03 sword2 7352_467159183421438_5648465214217736764_n

Cechy użytkowe:

O ile poprzednio omówione miecze były do pewnego stopnia wyspecjalizowanymi konstrukcjami predestynowanymi do używania ich w konkretnych sytuacjach, o tyle w wypadku tego miecza mamy do czynienia z niesamowicie wszechstronną bronią nadającą się do walki w każdej sytuacji. Z jednej strony jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego (w realiach walki bitewnej lepiej sprawdziłby się wiking, w walce z konia zaś Søborg), z drugiej jednak strony w sytuacji codziennego życia, podróży, poruszania się ten miecz jest niezastąpiony. Głownia jest dość długa, lekka i fantastycznie wyważona. Miecz idealnie nadaje się do technicznego fechtunku, prowadzeniu akcji ze związań. Jego największą zaletą jest właśnie szybkość, mobilność, doskonałe wyważenie. Oczywiście można tego miecza użyć do walki w ciężkim opancerzeniu ale przypomina to trochę kastrację. Tego typu broń idealnie sprawdza się w pojedynkowej i traktatowej walce bez pancerza.

Ze względu na cechy fizyczne i wszechstronność nic nie ogranicza repertuaru technik możliwych do wykonania tym mieczem, nie zaryzykowałbym też stawiania jakiejkolwiek tezy o przewadze jednych technik nad innymi w jego wypadku, tutaj praktycznie wszystko zależy od indywidualnych preferencji. Miecz przez swój kształt idealnie nadaje się do pchnięć, bez problemu można zastosować w nim zarówno chwyt kciukowy jak i przełożenie palca wskazującego przez jelec.

Chwyt młotkowy może być zarówno stosowany sztywno jak również z pełną ruchomością nadgarstka. Miecz nadaje się zarówno do uderzania z całego ramienia jak również do wykonywania szybkich strzałów nadgarstkowych. Chwyt długi w tym wypadku byłby raczej formą preferowaną w obu wariantach, można nawet dodać kolejną formę w której kciuk ułożony jest wzdłuż rękojeści (co jest słabo udokumentowane dla średniowiecza jednak w późniejszych epokach staje się często akcją preferowaną zwłaszcza w hiszpańskich dziewiętnastowiecznych szablach konstruowanych specjalnie pod ten chwyt). Chwyt tego typu moim zdaniem da się dostrzec np. w scenie rzezi niewiniątek ze Złotego Kodeksu Pułtuskiego z ok 1080 r.

Możliwe jest wykonanie chwytu dwuręcznego ale jest to w tym wypadku raczej przerost formy nad treścią. Niewielka waga broni zapewnia pełną swobodę ruchów przy chwycie jednoręcznym, chwyt dwuręczny nic nie daje, a raczej ogranicza. Okrągła niewielka głowica wraz z budową rękojeści tworzą zestaw w którym nic nie przeszkadza przy wykonywaniu ataków, trzymanie przeciwnika na dystans statycznym chwytem długim ze sztychem jest lekkie, łatwe i przyjemne, dodawanie przełożenia palca przez jelec nie jest konieczne. Można to wykorzystać zarówno do grania dystansem w walce pieszej jak i w walce konnej.

Gdybym miał walczyć w pojedynku posługując się lekką tarczą trójkątną lub puklerzem, a zwłaszcza gdybym miał walczyć bez uzbrojenia ochronnego np. broniąc się podczas napadu na drodze podczas cywilnej podróży, ten własnie miecz zabrałbym ze sobą jako najbardziej wszechstronny, lekki oręż zapewniający możliwość wykonania wszelkich znanych z walki mieczem akcji szermierczych. Niezbyt długa głownia, waga broni itd. sprawiają że miecz nie zawadza, dobrze sprawdzałby się w walce w ciasnych pomieszczeniach, byłby też dobrą bronią boczną dla lekkiej trzynastowiecznej piechoty.

DSC01242 DSC01243 DSC01244 DSC01245 DSC01246 DSC01247

DSC01261 DSC01272

4. Turniejowy miecz wczesnośredniowieczny IX-X w. – producent Wojciech Szanek

Wymiary miecza:

Typologia: dwuczęściowa głowica z trzema wypustkami z dominującym środkowym z lekko wygiętą podstawą i lekko wygiętym dość masywnym jelcem najlepiej pasuje do typu VI według typologii R.E.M. Wheelera, jednak z tego co mi wiadomo miecz nie jest interpretacją konkretnego znaleziska.
Długość całkowita: 92 cm
Długość głowni od jelca: 73 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 71
Szerokość zbrocza przy jelcu: 3,5 (a w zasadzie 1 cm od jelca, zbrocze nie wchodzi pod jelec)
Długość jelca: 11 cm
Szerokość jelca: 2 cm
Grubość jelca: 1,2 cm
Długość rękojeści: 11,5 cm
Waga: ok 1000 g
Wyważenie: 7 cm
Punkt Uderzenia (COP): 42 cm
Materiał: bardzo sprężysta i jednocześnie dość twarda stal jakościowa, skóra na rękojeści pod spodem prawdopodobnie oplot sznurowy
Dodatkowe uwagi: Odstępstwa od orygianłów w tym wypadku to: głownia zaklepana na dwuczęściowej głowicy, za szerokie zbrocze poprowadzone po prawie całej szerokości głowni ale nie wchodzące pod jelec, za długa rękojeść, za bliski punkt wyważenia, za duża sprężystość głowni, za mała waga jak na standard epoki. Zwróćcie też uwagę że COP wypada tu niemal w połowie długości głowni – tym mieczem nawet po naostrzeniu nie dało by się ciąć efektywnie.

Zdjęcia:

DSC01166 DSC01179

Cechy użytkowe:

Odnośnie tego miecza mam jedną ciekawą obserwację. Zrobiłem mały eksperyment dając kilku osobom wszystkie wymienione miecze do ręki, a następnie prosząc o przetestowanie tego własnie miecza. Wrażenia były całkowicie zgodne i dobrze oddaje je określenie użyte przez wszystkie wymienione osoby, mianowicie „zabawka”. Słowa tego użyli wszyscy i jakkolwiek mieczowi nic nie można zarzucić jeśli chodzi o jego turniejową użyteczność, o tyle jego waga, wyważenie, dynamika, kształt głowni, rękojeści, jednym słowem wszystko nijak nie odpowiada oryginałom ani nawet ich nie przypomina.

Spośród wszystkich mieczy tu opisanych ten zdecydowanie najbardziej odstaje od rzeczywistości, jednocześnie pod względem możliwości wykonywania akcji szermierczych ten miecz przebija wszystkie wyżej wymienione.  Za długa rękojeść umożliwia wykonywanie wszelkich możliwych do wyobrażenia akcji nadgarstkowych, głowica o nic się nie blokuje, nie uwiera. Wszystkie chwyty miecza możliwe do wykonania mogą w tym mieczu być zastosowane. Punkt wyważenia ok 7 cm od jelca sprawia że miecz ten jest szczególnie efektywny własnie przy fechtunku bardzo szybkim, nadgarstkowym i walki uderzeniami. Jeśli chodzi o pchnięcia oczywiście są możliwe ale przeważenie ku rękojeści połączone z dość krótką głownią nie pomaga w ustawianiu sztychu w linii.

Miecz kiepsko nadaje się do walki na związaniach bo jest bardzo elastyczny, zachowuje się trochę jak sprężyna. Elastyczność zapewnia my trwałość, mimo że miecz używany jest już ponad trzy lata nie widać na nim prawie śladów użytkowania – najgłębsza wżera na głowni ma poniżej 1 mm. Główne ślady użytkowania występują na oprawie rękojeści.

W praktyce nie da się opisać całego uczucia jakie towarzyszy porównaniu pierwszego z opisanych mieczy i tego egzemplarza. Różnica jest kolosalna własnie pod względem użytkowym. Z jednej strony mamy relatywnie ciężką sztywną bojową głownię o ciasnej oprawie rękojeści, z przeważeniem w stronę sztychu, która nadaje się do mocnej walki nastawionej na przełamujące uderzenia i siłę. Cała konstrukcja tej broni wymusza stosowanie konkretnych technik chwytu i nakłada bardzo wyraźne ograniczenia na nasz repertuar.

Z drugiej strony mamy lekką, elastyczną, krótką i wąską głownię przeznaczoną do szybkiego nadgarstkowego fechtunku z długą rękojeścią, przeważeniem blisko jelca którą można wykonać wszystko co sobie WYMYŚLIMY. W rezultacie mamy sytuację w której broń pozwala nam na sporo więcej niż realnie powinna. Wszelkie próby interpretacji realnych technik walki taką bronią są skazane na niepowodzenie ponieważ ulepszamy rzeczywistość. Jednym z głównych problemów jakie napotykamy interpretując techniki jest poznanie ograniczeń epoki. Bardzo łatwo jest dokonać nadinterpretacji ponieważ każdy kto poważnie zajmuje się tematem jest świadomy potencjału większej ilości technik niż tylko tych używanych w danej epoce. Zawsze istnieje pokusa założenia, że „ludzie wtedy byli mądrzy” i na pewno na pewne rzeczy wpadli skoro później lub wcześniej coś gdzieś się pojawia.

Niestety z problemami i percepcją problem polega na tym, że każdy rozwiązany problem wydaje się prosty i banalny, a każda stosowana technika wydaje się intuicyjna jeśli ją znamy. W praktyce pewne techniki zaczynają się pojawiać dopiero w bardzo określonym momencie historycznym, jeszcze trudniejszym zagadnieniem jest określenie szybkości rozprzestrzeniania się idei. Spójrzmy jak bardzo różnią się między sobą rozmaite późne szkoły walki mieczem długim, rapierem, szpadą itd. Z jednej strony wszystko jest podobne, z drugiej każdy mistrz, każda szkoła jest w pewien sposób wyjątkowa i indywidualna. W czasach wczesnego średniowiecza gdzie przekaz pisemny w tym temacie praktycznie nie istniał (a na pewno nie istniał w podręcznikowej i traktatowej formie) zagadnienie staje się jeszcze bardziej skomplikowane. Skazani jesteśmy na interpretację ikonografii, opisów literackich, kronikarskich i badanie samego narzędzia, po to raczej aby określić maksymalny zakres możliwości niż dokładny obowiązujący zawsze zestaw technik. Jeśli narzędzie którego używamy nie odpowiada realiom epoki wszystko co robimy staje się absolutnie niemiarodajne.

Oczywiście miecze w epoce były różne, rozstrzał cech użytkowych jest bardzo wyraźny i zdarzały się egzemplarze mniej lub bardziej predysponowane do konkretnej formy walki, istnieje jednak coś takiego jak standard, zwłaszcza że do naszych czasów dotrwało kilka tysięcy zachowanych egzemplarzy. Odtwarzając zawsze należy skupiać się na tym co było typowe, zamiast szukać na siłę wyjątków.

DSC01229 DSC01230 DSC01231 DSC01232 DSC01233 DSC01234

DSC01249 DSC01270

5. Ostry miecz wczesnośredniowieczny IX-X w. – producent ARMA Maciejko

Wymiary miecza:

Typologia: głownia wszystkimi parametrami mieści się w typie 4 Geibiga, oprawa rękojeści z tego co wiem nie była wzorowana na żadnym konkretnym znalezisku. Ogólnie pięcioczęściowa głowica pasuje do typu R według J. Petersena, minimalnie ugięty jelec znajdziemy w typie Y oraz w typie VII według R.E.M. Wheelera
Długość całkowita: 92 cm
Długość głowni od jelca: 74 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 69 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 2,5 cm
Długość jelca: 11 cm
Szerokość jelca: 2 cm
Grubość jelca: 1 cm
Długość rękojeści: 11,5 cm
Waga: ok 1100 g
Wyważenie: 10 cm
Punkt Uderzenia (COP): 50 cm
Materiał: sztywna i twarda stal wysokowęglowa, na rękojeści oplot skórzany.
Dodatkowe uwagi: Gdy zestawimy ze sobą ten miecz z egzemplarzem opisanym wyżej szybko okaże się, że parametry są bardzo zbliżone, a jednocześnie w kilku istotnych miejscach zupełnie inne, dzięki czemu miecz jest o wiele lepszą rekonstrukcją. Uwagę zwraca zwałszcza COP (50 cm zamiast 42), lepszy profil głowni, lepsza sztywność, trochę dalsze wyważenie, trochę większa waga ale te 3 cm i 100 g decydują o tym że miecz mieści się w dolnej granicy tolerancji, przed ostrzeniem miecz ważył ok 1300 g dzięki czemu wyważenie było ok 15,5 cm od jelca. Uzasadnienia źródłowego nie ma dodanie rowków na jelcu, przedłużenie dzielenia głowicy na jej podstawę oraz ricasso powstałe wskutek ostrzenia oprawionego już egzemplarza. Rękojeść jest za długa. Poważnie zastanawiam się nad zmianą oprawy tego miecza na bardziej odpowiadającą oryginałom.

Zdjęcia:

DSC01165 DSC01181

Cechy użytkowe:

Ten miecz pod względem użytkowym plasuje się gdzieś pomiędzy mieczem produkcji Wojciecha Szanka i mieczem skandynawskim produkcji Macieja Kopciucha opisanym na początku. Pod względem zestawienia cech użytkowych mieści się gdzieś w dolnej skali egzemplarzy znanych z epoki jeśli chodzi o wagę i wyważenie.

Typologicznie miecz jest raczej wariacją na temat. Kształt głowicy jest mocno nietypowy choć zasadniczo jest to typowa dwuczęściowa duża głowica wczesnośredniowieczna podzielona na pięć wypustków z dominującym centralnym. Lekko wygięte jelce w epoce się zdarzały od wieku X, niestety rękojeść jest zdecydowanie za długa, tego elementu nie da się obronić. Mieczem tym da się przeprowadzać sensowne testy cięć jednak trzeba zwracać uwagę na chwyt i pracę nadgarstkiem aby nie wypaczać techniki. Zdecydowanie planuję dodanie do kolekcji jeszcze jednego ostrego egzemplarza odpowiadającego specyfiką pierwszemu z opisanych tu mieczy.

Głownia została przerobiony na wersję ostrą z tępego egzemplarza, dlatego przy jelcu pojawia się ricasso. Oczywiście egzemplarze historyczne go nie posiadały, głownie były ostrzone na całej długości. Nie przeszkadza to przy standardowych cięciach wykonywanych na odpowiednim dystansie, przy chwycie z przełożeniem palca wskazującego przez jelec brakuje elementu kontaktu palca z ostrą głownią. Ciężko w tej sytuacji zweryfikować, które elementy techniki mogłyby być problematyczne.

Stal użyta w tym mieczu ma bardzo dobre, wzorcowe wręcz właściwości dla stali jednorodnej – jest dość sztywna i twarda. Dzięki temu naostrzenie głowni było możliwe. W wersji tępej miecz mimo ok 7 lat użytkowania (w tym 4 w moim wykonaniu) praktycznie nie posiadał szczerb ani głębokich wżerów. Miecz pochodzi z czasów w których głownie Maciejki były jednymi z lepszych dostępnych na rynku. W obecnej chwili właściwości fizyczne głowni od tego producenta są tak różnorodne, że bardzo ciężko stwierdzić jakiej klasy miecz wpadnie nam w ręce. Osobiście byłem świadkiem sytuacji gdy do nas i do jednej z zaprzyjaźnionych grup dotarły w odstępie tygodnia dwie paczki. W jednej były miecze wykonane z bardzo przyzwoitej stali, w drugiej miecze po pierwszym treningu miały wżery głębokości 3-5 mm.

Mieczem tym można wykonać pełen repertuar technik w tym również chwyt kciukowy ponieważ jelec jest wąski i cienki, nie przeszkadza w ułożeniu kciuka na płazie. Za długa rękojeść nie przeszkadza przy akcjach nadgarstkowych. Głownia ma odpowiednią sztywność, dzięki czemu tnie całkiem nieźle zarówno cele miękkie jaki i np. zbitki młodych gałęzi oraz tarczę. W tym ostatnim wypadku maksymalnym efektem uderzenia jaki udało mi się uzyskać było rozłupanie tarczy drewnianej oklejanej lnem migdałowej uderzeniem górnym wzdłuż słojów do głębokości ok 40 cm, nie ulega wątpliwości, że taki atak zakończyłby się co najmniej uszkodzeniem ręki przeciwnika za tarczą.

Osobiście myślę że ostra wersja pierwszego z opisanych mieczy byłaby zdolna ciąć jeszcze efektywniej ze względu na większą wagę i dalej przesunięty punkt wyważenia. Głownia w tym mieczu na skutek ostrzenia została lekko ścieniona, poważne znaczenie dla efektywności mogłoby mieć również zmienienie profilu ostrza. Miecz ostrzony jest w kąt ostry podczas gdy oryginały raczej miały profil podobny do soczewki. Profil tego typu idealnie nadaje się do przecinania nieopancerzonych przeciwników (jest charakterystyczny np. dla mieczy japońskich).

Grubość głowni może mieć kapitalne znaczenie przy ocenie klinowania się ostrza w tarczy podczas uderzenia. Cienka głownia ma wyraźną tendencję do więźnięcia w deskach – po wbiciu miecz ciężko wyciągnąć (a mówiąc ciężko mam na myśli np. dwuręczne szarpanie z całej siły po stanięciu na tarczy celem jej przytrzymania trwające kilkanaście sekund). Szersza głownia łupałaby deski. Przypomina to trochę porównywanie efektywności siekiery do topora. Głownie wczesnośredniowieczne najczęściej nie były cieniowane w płaszczyźnie bocznej, utrzymywały równą grubość na całej długości i mogło to wynikać właśnie z tego aby zapobiegać grzęźnięciu głowni w tarczy przeciwnika.

Reasumując, mój ostry miecz jest całkiem niezły do tego aby oswoić się z ostrą bronią, wyrobić podstawowe dobre nawyki, poćwiczyć linie uderzeń i techniki cięcia. Jednocześnie ze względu na błędy konstrukcyjne (ricasso, długa rękojeść, za mała grubość głowni, nie do końca prawidłowy profil ostrzenia) nie nadaje się do oceniania rzeczywistej efektywności głowni historycznych ponieważ pewne elementy są niemożliwe do oceny, inne mogą powodować wyraźne wypaczenie wyników testów. Z tej właśnie przyczyny do przeprowadzania w pełni wiarygodnych testów będę potrzebował uzupełnienia kolekcji o jeszcze jedną ostrą głownię idealnie odpowiadającą egzemplarzom historycznym.

DSC01235 DSC01236 DSC01237 DSC01238 DSC01239 DSC01240 DSC01241 DSC01250 DSC01271

Wnioski

Myślę że wnioski z tego całego tekstu są dość jasne. Dla ułatwienia postaram się je wypunktować.

Nie jest możliwe wyciąganie jakichkolwiek wiążących wniosków dotyczących sposobów walki, stylu, technik i efektywności broni z epoki bez posługiwania się w walce bronią odpowiadającą DOKŁADNIE temu co znamy z wykopalisk.

Posługiwanie się bronią, która nie jest dobrym odwzorowaniem powoduje nie tylko wypaczenie techniki używania broni ale też wprowadza do repertuaru technik całą masę elementów które w epoce były nieznane lub ich wykonanie nie miałoby sensu. W efekcie to co można obserwować nijak nie przystaje do realiów.

W mojej osobistej opinii na polskim rynku jest w tej chwili tylko jeden wytwórca mieczy historycznych. Osobą tą jest Maciej Kopciuch który stworzył trzy pierwsze opisane egzemplarze. Nie jest tak, że inni polscy wytwórcy nie są w stanie stworzyć mieczy odpowiadającym oryginałom, gdybym twierdził coś takiego obraziłbym niesłusznie wielu dobrych producentów. Problem polega na tym, że producenci owi w standardzie takich mieczy nie oferują, a dodatkowo gdy przyjrzymy się szczegółom wykonania różnych elementów bez problemu znajdziemy liczne błędy i wypaczenia. Diabeł tkwi w szczegółach.

Przez kilkanaście lat mojej zabawy w rekonstrukcję miałem w dłoni kilkaset mieczy, bardzo różnych producentów i dopiero miecze Macieja mogę uznać za zakup naprawdę wart swojej ceny. Na mieczach tych nie znajdziemy nic co by nie było odwzorowaniem oryginałów. Najdrobniejsze detale konstrukcyjne w stylu młotkowania na głowicy, drobne niedoskonałości nadające mieczom indywidualny charakter to elementy które bez trudu znajdziemy w historycznych odpowiednikach, a zdecydowanie brakuje ich w idealnych konstrukcjach najbardziej uznanych na rynku producentów np. Albiona. Jeśli do tego dodamy niezwykle łatwy kontakt z producentem (uzgadniamy najdrobniejsze detale), wzorową terminowość (co do dni) i świetną cenę (serio, porównajcie z wytwórcami do których warto porównywać, a nie z najtańszymi producentami na rynku) oraz wiedzę ekspercką (starczy spojrzeć na stronę Mieczy Średniowiecznych przez którą można się z nim skontaktować) myślę że Maciej Kopciuch wyznaczył na rynku zupełnie nowy standard do którego innym producentom ciężko będzie się zbliżyć.

Postscriptum

Gwoli wyjaśnienia aby nie było nieporozumień – mój huraoptymistyczny opis mieczy produkcji Macieja wynika całkowicie z tego, że jestem zadowolonym klientem. Nie dostałem za to kasy, nikt mnie o pisanie tej recenzji nie prosił, jedyne co z Maciejem uzgodniłem to zgoda na wykorzystanie w tekście jego zdjęć, które były niezbędne i za co w tym miejscu bardzo dziękuję. Napisałem recenzję bo uważam, że dobrych rzemieślników warto wspierać. Inaczej rzucą swoje rzemiosło albo wyjadą za granicę gdzie ich praca zostanie należycie doceniona, a my nadal będziemy skazani na współpracę z ludźmi, którzy albo mają niewielkie pojęcie o tym czym się zajmują, albo mają „w głębokim poważaniu”  klienta ignorując kontakt z nim miesiącami, albo też dyktują ceny nieprzystające do realnej wartości tego co radośnie produkują. Nie kieruję tych słów pod adresem jakiegokolwiek konkretnego producenta, jest to ogólna obserwacja rynku z którą, jak sądzę, zgodzi się wiele osób, którym zdarzało się zamawiać miecze od różnych rzemieślników.

Katarzyna Anna Kapitan „Z mieczem na wiec. Konflikt i metody jego rozwiązywania w wybranych sagach islandzkich”

czwartek, 12 Grudzień 2013

Z nieukrywaną przyjemnością przeczytałem ostatnio całkiem świeżą, bo wydaną w roku 2012 nakładem wydawnictwa Chronicon, publikację Katarzyny Anny Kapitan pt. „Z mieczem na wiec. Konflikt i metody jego rozwiązywania w wybranych sagach islandzkich”.

Książka mile zaskakuje od pierwszego momentu, nie tylko ze względu na swoją merytoryczną zawartość, ale również z powodu bardzo starannego wydania. Twarda oprawa, świetny papier, bardzo dobrze dobrana typografia oraz minimalizm formy wyznaczają nowy standard wydawania książek naukowych, który zdecydowanie wart jest naśladowania. Nie forma jest jednak tutaj najważniejsza, a treść.

Wśród całkiem sporej ilości literatury skandynawistycznej wydanej w Polsce poświęconej tematyce średniowiecznej sagi zajmują miejsce szczególne. Mimo ich dużej popularności i wydawania kolejnych polskich tłumaczeń, których z roku na rok jest coraz więcej, bardzo niewiele jest w języku polskim publikacji traktujących sagi w sposób przekrojowy i analityczny. Tym bardziej cieszy ta nowa publikacja, młodej autorki, absolwentki historii i archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego oraz studentki Medieval Icelandic Studies na Háskóli Íslands w Reykjaviku.

katarzyna_ksiazka2

Książka łączy w sobie kilka cech spotykanych rzadko jednocześnie – bogactwo odniesień źródłowych i konkretnych informacji, jasność i przejrzystość wykładu oraz niezwykłą zwartość formy (zaledwie 160 stron). Przez to całość jest bardzo lekka i może stanowić świetne wprowadzenie w świat sag nawet dla kogoś, kto nie zetknął się z nimi wcześniej w szerszy sposób. Pod tym względem prawdziwym arcydziełem jest wstęp wyjaśniający na zaledwie trzydziestu stronach wszystkie podstawowe teorie dotyczące sag oraz obecny stan badań.

W kolejnych rozdziałach przechodzimy do merytorycznej i bardzo wyczerpującej części ułożonej w bardzo jasny, przemyślany sposób. Zaczynamy od przyczyn konfliktów w sagach. Następny rozdział poświęcony jest przebiegowi konfliktów, a ostatni ich skutkom. Taka struktura pracy związana jest z faktem, iż autorka zdecydowała się pracować na wybranym case study składającym się z trzech sag – „Saga o Egilu”, „Saga rodu z Laxdalu” oraz „Saga o Gunnlaugu Wężowym Języku”, których akcja dzieje się w niewielkim rejonie Borgafjordu. W rezultacie daje nam to współgranie trzech klasycznych dramaturgicznych jedności: miejsca, czasu i akcji, które dobrze koresponduje z sagami jako „literaturą konfliktu”.

Publikacja łączy w sobie studia nad sagami jako dziełami literackimi z analizą praw i obyczajów epoki. Z całości zaś wyłania się coś, co jest wręcz przeciwieństwem tematu. Autorka wielokrotnie, słusznie wskazuje na to, że sagi przekazują nam bardzo specyficzny i mocno zniekształcony obraz rzeczywistości islandzkiej, w której dramatyczne i krwawe wróżdy rodowe zdarzały się dość rzadko. Konflikt zaś, gdy już się pojawiał nad wyraz często rozwiązywany był pokojowo.

Elementu miecza w książce nie ma wiele. Na szczególne uznanie zasługuje dość wyczerpujące przedstawienie roli kobiet jako prowokatorek zemsty, zasad i praw pojedynkowych oraz niuansów dawnych praw zwyczajowych regulujących prawo własności i banicję.

Reasumując, książka stanowi świetną lekturę, którą mogę spokojnie polecić wszystkim fascynatom Skandynawii, dla miłośników sag zaś powinna być to pozycja absolutnie obowiązkowa.

KSIĄŻKA DO NABYCIA NA STRONIE WYDAWNICTWA

Testy karwasza i tarczy – Bunt Mazowsza 2013

piątek, 4 Październik 2013

Tytułem wstępu

W dzisiejszym odcinku lekko zmieniamy formułę. Tym razem mniej będzie słów, a więcej obrazów. Podczas Buntu Mazowsza 2013 organizowanego przez Arkonę w okolicach Ciechanowa miałem zaszczyt prowadzić warsztaty walki. Warsztaty to w zasadzie zbyt szumna nazwa dla tego co się działo, wykład pasuje tutaj trochę bardziej ponieważ praktyki było mało teorii sporo więcej (za rok mam nadzieję odwrócić proporcje, wciąż opracowuję źródła na temat walki aby stworzyć podstawy tej praktyki). Jednym z elementów warsztatów były testy wytrzymałości skórzanych karwaszy i tarczy którą regularnie mordujemy od kilku lat.

Skąd pomysł na te właśnie testy? Cóż, temat używania skórzanych pancerzy i ich sensu przewija się w rozmaitych dyskusjach od bardzo, bardzo dawna. Niewiele osób zajmuje tu stanowisko umiarkowane, większość albo mocno wierzy w ich istnienie (wierzy ponieważ udowodnić ich istnienia u nas we wczesnym średniowieczu na dziś się nie da), albo podchodzi do sprawy sceptycznie i z racji braku znalezisk ich istnienie zupełnie kwestionuje (nie na zasadzie „na pewno nie było” tylko na zasadzie „nie ma dowodów na istnienie więc nie było”). Argumentów w tych dyskusjach przewija się cała masa, zwolennicy istnienia skórzanego opancerzenia najczęściej wskazują na jego doskonałe właściwości ochronne, niewielki koszt wykonania itd. Przeciwnicy zwykli to kwestionować wysuwając argumenty wręcz odwrotne – skóra chroni kiepsko, a jej przygotowanie zajmuje dużo czasu. Postanowiliśmy w tej sytuacji zabawić się w „Pogromców mitów”, a to co nam wyszło uwiecznić na filmie.

Co i czym testowaliśmy

Karwasz testowany składał się z dwóch warstw utwardzanej woskiem skóry o grubości 6 mm (czyli w sumie ok 1,2 cm grubości) z podkładem filcowym też o grubości 6 mm (razem prawie 2 cm pancerza).
Aby uniknąć wątpliwości dotyczących rezultatów testy powtarzane była kilka razy przez różnych ludzi i co ciekawe efekty zawsze były zbliżone. Użyliśmy różnej broni – miecza, langsaksa i topora o budowie i parametrach wzorowanych na tym co znamy z wykopalisk.
Odnośnie testów tarczy celem było głównie pokazanie:

  • różnic w dzisiejszym sposobie jej używania w stosunku do walki realnej
  • bezsensowności blokowania rantem dla obu walczących
  • różnic między konfrontacją tarczy z mieczem i toporem wraz z udowodnieniem realizmu opisów sag dotyczących przecinania tarczy wraz z delikwentem za tarczą
  • realnej wytrzymałości tarczy drewnianej w zderzeniu z toporem i mieczem (tarcza stanowi wierne odwzorowanie standardu znanego z wykopalisk pod wzgledem użytych materiałów konstrukcyjnych, budowy itd.)

 

 

Wnioski z testów karwaszów są trzy:

  1. Jeśli skóra chroni części twarde (takie jak czaszka lub dłonie) jej przydatność jest bardzo mała. Jej przecięcie nie stanowi problemu. Uderzaliśmy w karwasz luźno zamocowany na mocno zbutwiałym kołku (czyli miękkim drewnie). Karwasz był przecinany bez problemu razem z filcowym podkładem i drewnem pod karwaszem na głębokość ok 1 cm (w szczelinę po uderzeniu dało radę później włożyć cztery palce co widać na zdjęciach niżej). Ten rezultat uzyskaliśmy w każdym teście w którym uderzenie mieczem i langsaksem kierowane było po właściwej trajektorii. Pierwszy test z uderzeniem pod złym kątem i tak przeciął pierwszą warstwę skóry. Hełmy skórzane i rękawice w tej sytuacji to raczej fikcja. Przypominam, że karwasz miał solidne wytłumienie i nie był zamocowany sztywno co utrudniało jego przecięcie.
  2. Jeśli skóra chroni części miękkie ich sprężystość powoduje że faktycznie sprawdza się jako pancerz, problem jest taki że np. ręce bliżej mają do elastyczności zbutwiałego drewna niż grubego mięsa, starczy napiąć biceps i porównać z ekastycznością schabowego ;) Skórzany pancerz miałby największy sens na udach i brzuchu z uwagi na ich miękką budowę.
  3. Wniosek ogólny. Nie jest możliwe przeprowadzenie wiarygodnych testów tego typu w improwizowanych warunkach. Wszelkie przybliżenia i uproszczenia prowadzą do radykalnego wypaczenia rezultatów – test nie udowodnił że karwasze były ani że nie było (udowodnił, ze skóra na twardym podłożu jest bardzo łatwo przecinana, a na miękkim i grubym nie jest), nie dowiódł że mają sens lub że nie mają (kołek to nie ręka, grube mięso ma zupełnie inne właściwości). Udowodnił że test ma sens tylko na czymś zbliżonym do ludzkiej ręki.

 

DSC00279 DSC00280 DSC00281 DSC00282 DSC00283 DSC00284 DSC00285 DSC00286 DSC00288

Odnośnie tarczy wniosek jest jeden – pomijając to co już dawno ustaliliśmy (zasadniczo tarcza jest niesamowicie wytrzymała, znacznie bardziej wytrzymała niż wygląda) okazało się że kluczem do przebicia tarczy toporem może być odpowiednia siła topornika ;) Jest tylko jedno „ale” – przebijana tarcza miała na koncie 3 lata testów, ok 200 godzin walki, 4 krotne przemoczenie i prostowanie i była w ogólnej fatalnej kondycji. Wewnątrz deski były spękane i nawet osobom wcześniej ją mordującym bez skutku udało się przebić blat w późniejszej próbie. Mimo tej całej historii tarcza wytrzymała całkiem nieźle kilka uderzeń gdzie przebicie nie nastąpiło. Test ogólnie wymaga powtórzenia. Jest bardzo prawdopodobne, że przebicie tarczy możliwe było dzięki jej ogólnemu zużyciu.

Ogólnie na koniec pragnę podziękować wszystkim organizatorom za świetną imprezę, uczestnikom testów i warsztatów za pomoc w ich przeprowadzeniu. Za rok kolejne testy. I pamiętajcie o podstawowym wniosku z warsztatów :)

1233385_680371148649159_1166229405_n

Recenzje i ciekawostki

piątek, 31 Maj 2013

W tym miejscu pojawiać się będą wpisy dotyczące wszelkich odniesień historycznych do współczesnej literatury, sztuki, filmu etc. oraz być może również recenzje wartych polecenia publikacji fachowych.  Zapraszam do śledzenia strony, za jakiś czas na pewno coś się tutaj pojawi :)