Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archiwum kategorii ‘O rekonstrukcji’

O mrokach, ultrasach i nowej serii filmów + noworoczne życzenia :)

piątek, 1 Styczeń 2016

UWAGA!

Tekst zawiera szereg wyrażeń powszechnie uważanych za wulgarne. Nie podoba się, nie czytaj, (Twoja stara… to znaczy strata :P) zachęcam jednak do przeczytania przynajmniej ostatniego akapitu gdzie zamieszczam pewien komunikat :)

Za ten tekst podziękować musicie Kondzisławowi i Teodorowi, niech błogosławione będą jego Oczy Ważki :D Wielką pasją Teosia ostatnio jest wrzucanie starych fotek z dawno minionych mrocznych czasów, tak się złożyło że i z Kondzisławem ostatnio je przeglądałem. Cóż, „to se ne wrati” ale jak by to powiedzieć, wtedy było lepiej. I nie, naprawdę mnie nie pojebało ;)

Zacząć muszę od przyznania się. Jestem mrokiem. Cokolwiek nie zrobię, czegokolwiek nie stworzę zawsze jestem z tego jakoś tam niezadowolony. Zawsze widzę, że to co zrobiłem mogę zrobić lepiej, coś podciągnąć, coś zmienić. To naturalny element ewolucji, która nigdy się nie zaczęła i tak naprawdę nigdy się nie skończy. Zmiana i ruch oznacza życie, jest niezbędna do rozwoju.

Ewolucja reko i ewolucja w reko

W czasach dawno minionych, kiedy byłem gówniarzem (szumniej, nastolatkiem) zacząłem powoli wsiąkać w historię i „machać sobie kijami”. Nasza mielecka ekipa zajawkowiczów ganiająca z drągami po lesie była na tyle malownicza, że proponowano nam nawet bicie ludzi za pieniądze, bo też i trudno nas było wtedy odróżnić od mostowych trolli.

Do dziś mam śliczną szramę na ryju z tych dobrych starych czasów. Tu ukłon do Borysa, który zajebał mi grubą na cal dębową gałęzią, inicjując tym samym całą kolekcję dziar jaką przez lata zgromadziłem na facjacie :D

To co widać na zdjęciach niżej to absolutny wypas – zbroja wykonana z jechanych na szlifierce płytek naszytych na podkład z jeansu. I nawet w tym ustrojstwie zrobiliśmy pokazy. Po latach odkopaliśmy ten artefakt w piwnicy i na chwilę udało się nam wrócić do korzeni :D

W tym samym chyba czasie załapałem, że jest coś takiego jak reko i poznałem kilka osób z tym związanych. Napisałem też wtedy kilka pierwszych artykułów o wikingach, a dalej tu już samo jakoś poszło. W 2004 założyłem Eisen Ruoth wstępnie jako sekcję wczesnośredniowieczną w ramach grupy Milites Optimi po odstosunkowaniu się od najlepszej ekipy świata czyli Krwawego Jarlostwa :D Do dziś się ze mnie ludzie nabijają, że miałem z nimi coś wspólnego ale takie są fakty :D

Zakładając Eisenów chciałem zrobić grupę, która będzie zajebista pod względem towarzyskim i rekonstrukcyjnym przy okazji. Patrząc po latach widzę jak bardzo nieporadnie to wszystko wyglądało wtedy, jak śmieszne kombinacje strojów i prowizorek tworzyliśmy uznając to za cholernie koszerne.

To nie jest tak, że nam się coś pojebało albo, że żyliśmy sobie w ciepłym kurwidołku własnej zajebistości. Absolutnie nie! :D Jak na tamtą epokę byliśmy zajebiści i używaliśmy sprzętu naprawdę na poziomie co tym bardziej pokazuje jak mroczne były to czasy :)

Przez lata istnienia grupy przewinęło się przez nią jakieś 300 osób w ten lub inny sposób, z secesji powstało kilka drużyn. Były takie sezony gdy w każdy weekend od maja do września byłem na wyjeździe dopychając czas pokazami na tygodniu. Z każdym wyjazdem stawałem się bogatszy o nowe doświadczenia i pomysły, a tymczasem wszystko sobie ewoluowało.

Doszliśmy do momentu w którym zacząłem dość mieć wielkich festiwali, ogromnych imprez itd. i zasmakowałem w reko trochę innego rodzaju. Udział w zamkniętych projektach, kameralnych wędrówkach itd. wymagał doszlifowania sprzętu. Na kilka lat całkowicie rzuciłem walkę uznając to co widziałem w ruchu za kiepski żart z dawnej sztuki walki, którą uważałem za niemożliwą do zrekonstruowania, sprzedałem całą bojówkę i temat walki odstawiłem na półkę.

Przestawiłem się na rzemiosło, postawiłem na indywidualny rozwój, rozszerzyłem perspektywę. Projekty kameralne zamieniły się z czasem w indywidualne i kilkuosobowe, a z wyjazdów na imprezy zrezygnowałem prawie całkowicie. Zmieniłem też zdanie co do walki wczesnej, stwierdzając że to nie jest tak, że tego zrobić się nie da. Zwyczajnie nikt jeszcze nie zadał sobie dostatecznie dużo trudu aby spróbować.

Gdy pierwszy raz podchodziłem do tematu, myślałem że uwinę się w kilka miesięcy, tymczasem właśnie stuka piąty rok badań, a ja nadal nie uważam się za eksperta, ciągle się uczę i ciągle jestem na krzywej wznoszącej, daleko mam więc nadal do końca i coraz wyraźniej widzę co oznacza pojęcie „droga wojownika”. Mam świadomość zmierzania w kierunku tego co Japończycy nazywają Ikigai, a Europejczycy celem w życiu, jest dość prawdopodobne, że kresu tej drogi nigdy nie osiągnę i mam tego świadomość.

Ikigai (生き甲斐])

Ikigai (生き甲斐]) – znaczy tyle co „cel istnienia”

O mrokach i ultrasach

Dziś piszę na Budce roztrząsając takie detale jak istnienie przeszywanic, sposoby strzelania z łuku i zastanawiając się nad chwytami miecza i z każdym dniem zdaję sobie bardziej sprawę jak dużo jeszcze czeka na odkrycie. O wiele bardziej zdaję sobie też sprawę z tego, jak wielkim jestem mrokiem i do ilu detali sam byłbym w stanie u siebie się przyczepić.

Jestem mrokiem zwracającym ogromną uwagę na detale, źródła i niuanse i takich właśnie mroków nam potrzeba – mroków mających świadomość własnej ignorancji, dyletanctwa i skłonnych coś z tym zrobić. Dzięki takim mrokom zabawa w reko przechodzi w coś znacznie poważniejszego, stając się stylem życia, nauki lub nawet archeologią eksperymentalną.

Jest oczywiste, że wejście na ten poziom wymaga przywiązywania wielkiej wagi do detali i jakości rekonstrukcji. Chwała niech będzie tym którzy mają dość czasu i chęci aby do tego poziomu aspirować, trudno jednak wymagać podobnej postawy od każdego, nie dla każdego bowiem rekonstrukcja jest tym samym.

Kim zatem jest ultras? Cóż… Ultras to byt teoretyczny. Jakiś taki twór myślowy w stylu wawelskiego smoka o którym każdy słyszał, a nikt nie widział, mimo że każdy wie mniej więcej co termin ten oznacza.

Są być może ludzie którzy myślą o sobie jako o ultrasach i są być może nawet tacy, którzy za ultrasów się uważając, innym zdążyli krwi napsuć. Ciekawe jest natomiast to, że bawiąc się w reko tyle lat nikogo takiego nie spotkałem, widziałem natomiast wielu pozytywnych i mniej pozytywnych mroków, a także mroków bardziej lub mniej swej mroczności świadomych.

BL Royal 20 B XX Le Livre et le vraye hystoire du bon roy Alixandre

Apokalipsa czyli walka mroków z ultrasami :P
BL Royal 20 B XX Le Livre et le vraye hystoire du bon roy Alixandre

Nazywanie się ultrasem jest bowiem efektem dyletanctwa, polegającego na zbyt powierzchownym poznaniu zawiłości rekonstruowanej epoki. My nie tylko wyglądamy ale również myślimy i zachowujemy się inaczej niż ludzie w dawnych czasach, niemożliwa jest więc rekonstrukcja doskonała. Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy ludźmi z epoki, możemy jedynie mniej lub bardziej udawać.

Oświecenie mroku

Dochodzimy tu do sedna pojęcia mrok. Osoba mroczna to osoba nieświadoma, pozostająca w strefie cienia, mrokiem nie jest więc ten, kto doskonale wie że jest mroczny. Czy osobę mroczności nieświadomą należy oświecić? Cóż, zapewne tak, natomiast w procesie oświecania często forma ważniejsza jest od treści i to z formy bierze się więcej nieporozumień niż z twardych faktów. Generalnie chodzi o styl i o to aby nie być zapatrzonym w siebie bufonem. Tyczy się to zarówno oświecanego jak i oświecajacego ;)

Cytując Jima Jefreysa, który streścił w ten sposób przesłanie Jezusa: „try not to be a dick” ;)

11275115_445057695653690_326163134_n

Dyplomacja jest sztuką taktu i dobrania poziomu komunikacji do odbiorcy. Ten odbiorca może dopiero zaczynać, może mieć kolosalną wiedzę dziedzinową, może też mieć zwyczajnie wyjebane w historyczność.

Jeśli ktoś wpuścił go na imprezę to znaczy, że organizator go zaakceptował, a tym samym jest gościem na dokładnie takich samych prawach jak Ty. Tylko do organizatora należy ocenianie poziomu uczestników, a że organizatorów mamy różnych to i poziom imprez jest rozmaity. Koszerność nigdy nie stanie się prawem powszechnym bo większość organizatorów stawia na ilość, a nie na poziom uczestników. Tak jest i będzie bo za tym idzie kasa.

Jedyna grupa ludzi która jest w stanie cokolwiek zrobić z mrokiem odgórnie to organizatorzy imprez i wodzowie drużyn i to właśnie dzięki nim ruch robi raczkujące i powolne postępy na niekończącej się drodze ku koszerności, w świecie, w którym nikt koszerny nie jest, a o każdą zmianę w regulaminach trzeba walczyć jak o niepodległość.

O koszerność trzeba walczyć bo zmiany przekładają się na dodatkowe wydatki ludzi, którzy często nie uznają ich za konieczne, nie rozumiejąc w czym problem. Ta walka jest tak ciężka i tak upierdliwa ponieważ świat rekonstrukcji składa się z ludzi uczestniczących w nim dobrowolnie i w praktyce nikt nie ma prawa ani władzy niczego ani nikomu narzucić.

Jedyny klucz do zmian tkwi w umysłach ludzi których trzeba przekonać do sensu wprowadzanych zmian, przekonanie zaś bywa trudne z powodu zachowania samych zainteresowanych.

Argumenty ad absurdum

Zarzut braku posiadania dziwerowanych mieczy z żelaza dymarkowego (lub zbliżony), który znajdziecie w każdej dyskusji o mroku, kierowany pod adresem ludzi krytykujących to co faktycznie jest mroczne, ze strony ludzi trochę bardziej wobec mroku liberalnych, jakkolwiek jest debilny, tak jednak jest logiczny.

Zarzut jest debilny ponieważ wchodząc na poziom detali należałoby odwzorować np. strukturę atomową stali z konkretnego znaleziska. Odcinek można zawsze dzielić na mniejsze odcinki, a detal na dodatkowe detale. Ilość detali w skali mikro nie maleje, a rośnie stąd przyrost naszej wiedzy jest krzywą wznoszącą – im więcej wiesz tym bardziej wiesz ile nie wiesz, aż w końcu wiesz, że nic nie wiesz, a przynajmniej za nic nie dasz sobie łapy uciąć i wyrastasz z bycia ufnym w swą wiedzę palantem ;)

1347734455_by_osql_500

Zarzut jest logiczny, bo jak nie masz dziwerowanego miecza wykonanego z dymarkowego żelaza to nie jesteś autentyczny i nawet obok autentyzmu nie siedzisz. Smutne ale prawdziwe, zwłaszcza że jako zastępnika zapewne używasz znacznie lepszego miecza z przemysłowej stali jakościowej, o jakiej w epoce się kowalom w mokrych snach nie śniło :D

Reasumując, wydaje mi się że tego typu argumenty w naszym wypadku powinny być traktowane tak jak Reductio ad Hitlerum i powinny nieść podobne skutki, w postaci stwierdzenia bezsensowności argumentu już na starcie i odrzucenia tez dysputanta, który za mocno odleciał w kosmos, postulując realne istnienie sytuacji idealnej koszerności.

Takie „Reductio ad koszerum”, które powinno ułatwić komunikację w sytuacji, w której działa szczególnie pojmowane prawo Godwina, zgodnie z którym im dłużej trwa dyskusja o mroku  tym większe jest prawdopodobieństwo pojawienia się argumentu idealnej koszerności, której osiągnąć się nie da i który całą dyskusję spuszcza w niebyt. 

Skala mroku

Nie żyjemy w idealnie dualistycznym świecie światła i ciemności bez niczego pomiędzy. Wszyscy znajdujemy się gdzieś w środku pewnej skali, stąd każdy z nas jest mrokiem. Można oczywiście się boczyć, nie jeździć na imprezy i wzajemnie napierdalać ale znacznie lepiej jest merytorycznie rozmawiać.

grayscale1

Serio, nie każdy jest bronioznawcą albo archeologiem (ja nie jestem), a jeśli nawet jest to nie koniecznie kompetentnym. Za wiele durnych pomysłów funkcjonujących w świadomości ludzi odpowiadają właśnie tacy wyedukowani ludkowie – mit wielkich ciężkich mieczy i zbroi w której trzeba było człowieka dźwigiem na konia wsadzać tutaj też ma swoje źródło. No i oczywiście „uczeni się spierają”, cytując mojego znajomego z liceum, zapytanego o to kim był Stanisław August Poniatowski ;)

To co kiedyś było niedorzeczne, dziś może okazać się naukowo akceptowanym faktem z racji np. pojawienia się nowych źródeł itd. Nauka nie stoi w miejscu ale też lubi mieć ustalone coś takiego jak stan badań. Wszystko możesz kwestionować o ile masz dowody na poparcie swojej tezy. Argumentacja w stylu „nie ma pewności że nie było więc mogło istnieć” albo „udowodnij mi że nie było” jest z naukowego punktu widzenia niedorzeczna, w erystyce zaś taki zabieg nazywamy argumentum ad ignorantiam i służy on sprowadzaniu dyskusji na boczne tory. Nie po to aby udowodnić prawdę ale po to aby uwikłać rozmówcę w dygresje, które prowadzą donikąd.

Niestety ciężar dowodu zawsze spoczywa ma stawiającym tezę o istnieniu lub historyczności danego elementu, dlatego jeśli nie jesteś w stanie udowodnić historyczności tego co posiadasz, możesz nawet nie trudzić się na rozpoczynanie dyskusji. Z miejsca przegrałeś.

Jedynym lekarstwem na mrok jest światło. Szerzenie wiedzy, prezentacja badań, wniosków i dzielenie się informacjami. Ci którzy zrozumieć zechcą, mając ułatwione zadanie i nie musząc przekopywać się przez tysiące publikacji i tracić tony hajsu, mogą od razu zacząć od rekonstrukcji na dobrym poziomie (dlatego często nowe, młode drużyny są lepsze od starych).

Tych którzy mają na historyczność wyjebane i tak nic nie przekona, nie wymyślono jeszcze lekarstwa na lenistwo, natomiast zdrowiej dla wątroby jest odstosunkować się od problemów, które nas nie dotyczą i na które nic nie możemy poradzić ;)

moja dupa jest wolna od bolu

Wiele osób traktuje rekonstrukcję jak zabawę tak zwyczajnie i po prostu. Chcą pojechać na imprezę napić się piwa leżąc na łące z dobrymi znajomymi by mieć odskocznię od codzienności. Nie każdy ma potrzebę, ambicje, czas, pieniądze i chęci aby robić z reko sens swego życia, ja również do tego grona absolutnie nie należę. Niezwykle interesują mnie pewne zagadnienia (walka, skórnictwo, techniki polowania, zdobywania pożywienia itd.), całkowicie zbywam inne (np. absolutnie nic nie wiem o garncarstwie).

Rzeczą naturalną jest to, że różni ludzie mają różne priorytety. W tej różnorodności tkwi siła rekonstrukcji – każdy znajdzie coś dla siebie więc zwyczajnie wrzućmy na luz i nie skaczmy sobie do gardeł z byle powodu :)

Mały apel :)

Drodzy krytykowani, przestańcie się bezzasadnie oburzać. Czytelniku, jeśli masz na nodze rynnę a na głowę ubrałeś garnek to wyglądasz jak idiota, nie jak rycerz. Ktoś zauważył? Może trzeba było nie zakładać na głowę tego garnka? A może trzeba było poszukać na ten garnek źródeł przed zakupem i zrobić krytykującym przysłowiową jesień średniowiecza z dupy za pomocą źródeł? ;)

To że wytkniesz komuś brak dziwerowanego miecza nie oznacza ani przez chwilę że twój garnek wygląda lepiej. Tu nie działa zasada wedle której na tle ludzi chujowych zaczniesz wyglądać mniej chujowo. Zamiast starać się chujowić otoczenie, postaraj się sam być mniej chujowy. Powtórzę: „try not to be a dick”.

Umówmy się – szarość ma odcienie – blaszany garnek jest bardziej mroczny niż kuty z jednego kawałka norman, no chyba że akurat odtwarzasz egipskiego rewolucjonistę z 2011 r. :P

Hełm egipskiego rewolucjonisty 2011 :D

Hełm egipskiego rewolucjonisty rok 2011 :D

Tak więc reasumując – aby poprawić atmosferę i przestać puszczać brzydkie bąki, zachęcam wszystkich ludzi długo już siedzących w temacie do pozytywnego dzielenia się wiedzą, źródłami, faktami. Innym zwyczajnie będzie łatwiej wtedy wyrobić standardy coraz bardziej wyśrubowanych regulaminów.

Do krytykowanych mam zaś apel o odrobinę pokory i dobrej woli. Ostatecznie jeśli na historyczności Ci nie zależy, a to co posiadasz kupiłeś bez zorientowania się w temacie, zwyczajnie to przyznaj zamiast brnąć w bezsensowne spory i idiotycznie bić pianę.

Może wtedy wróci zajebisty klimat starych imprez bez spiny w połączeniu z taką koszernością, która zadowoli nawet ultrasów (jeśli ktoś taki rzeczywiście istnieje), czego sobie i Wam życzę :)

Ważne jest aby imprezy trzymały poziom i aby ludzie zwracali uwagę na detale, tylko wtedy reko będzie czymś więcej niż festynem picia browara w strojach. Jeszcze ważniejsze jest jednak to aby dobrze się bawić i dogadywać ponieważ to dzięki komunikacji poziom naszej wiedzy ciągle wzrasta. To dzięki wymianie myśli możemy spojrzeć czasem na temat z zupełnie innej, odkrywczej perspektywy, tak wiec szanujmy się wzajemnie i spierajmy merytorycznie.

Wiem że zabrzmiało to szumnie jak diabli i wiem, że mówię tu tylko w swoim własnym imieniu. Nie mogę i nie chcę nikogo zmuszać do przyjęcia mojego punktu widzenia, natomiast wiem że z okazji Nowego Roku ludzie czasem stawiają sobie cele i robią postanowienia.

Może więc warto z tej okazji postulat starań o nie bycia kutasem dorzucić do listy? A może warto podzielić się wiedzą, którą macie i zrobić coś pozytywnego?

Tę decyzję już Wam pozostawiam. Żaden ze mnie Budda, daleko mi do Jezusa trochę bliżej do Laski :P

47408_4e3992846d05758f6647c695c9b93d7c

Małe ogłoszenie – nowa seria filmów

Aby nie być gołosłownym, ze swej strony rzucam pierwszy kamyk.

W momencie gdy publikuję ten tekst, upubliczniłem już pierwszy odcinek nowej serii filmów, które zamierzam co piątek publikować na kanale. Na dziś gotowe mam 6 odcinków i planuję nagrywać kolejne o ile formuła chwyci.

Zacząć postanowiłem od spraw najbardziej elementarnych, czyli próby zdefiniowania pojęcia miecz i pokazania z jak skomplikowaną materią mamy do czynienia. Tak naprawdę planowałem zacząć w zupełnie innym miejscu ale po nagraniu 4 odcinków uznałem, że treść jest za bardzo hermetyczna i dla widzów zupełnie zielonych w temacie nie byłaby zrozumiała.

W odcinku drugim omówię budowę miecza, kolejne cztery odcinki składają się w cykl w którym postaram się pokazać Wam jak rozpoznać dobry miecz i to jak warto podejść do kwestii zakupu miecza.

W filmach tych nie będę nikogo krytykował, będę mówił o tym jak być powinno i pokazywał dobre praktyki.

Dla porządku dodam, że w filmie dzisiejszym, wymieniając cechy miecza, odnoszę się do definicji Włodzimierza Kwaśniewicza z książki „1000 słów o broni białej i uzbrojeniu ochronnym”.

Postaram się jak mogę aby ta seria była merytorycznie dobra, natomiast potknięcia na pewno się zdarzą, liczę na wyrozumiałość i sugestie – robię takie coś pierwszy raz w życiu :)

Na sam koniec, korzystając z okazji ;)

wolin103

Trening indywidualny mieczem i krótką włócznią

sobota, 21 Listopad 2015

Dlaczego warto trenować w domu?

Dziś tak na szybko wrzucam dwa krótkie filmy treningowe. Podsumuję krótko to co widać aby cele wideo były jasne, zacznijmy jednak od małego cytatu, opisu idealnego wojownika, który pokazuje cel do którego osobiście staram się dążyć i pod który staram się optymalizować mój trening:

Był rosły i silny i był doskonałym wojownikiem. Potrafił walczyć mieczem i rzucać włócznią każdą ręką jeśli tylko chciał i był tak biegły w walce mieczem że gdy nim machał wydawało się jak by machał trzema mieczami na raz. Potrafił strzelać z łuku lepiej niż ktokolwiek i zawsze trafiał w cel. Potrafił skakać wyżej niż wynosił jego wzrost w pełnym oporządzeniu bojowym zarówno w przód jak i w tył.

(Brennu-Njáls saga)

Jak widać wojownik idealny to istny „człowiek orkiestra” – zwinny, sprawny, silny i szybki, wszechstronny wojownik, istna maszyna do zabijania, biegle władający każdą bronią, używający obu rąk. Specjalizacja wojowników i preferencje na pewno istniały, jednak wszechstronność była tym co szczególnie akcentowano jako wzór do naśladowania. Moim osobistym zdaniem nie jest możliwe pełne zrozumienie walki z epoki bez szerszej perspektywy i wszechstronnego treningu różną bronią, a jest to zaledwie wstęp do szerszego zagadnienia jakim jest zrozumienie realiów życia w epoce w kontekście społecznym, prawnym, ekonomicznym, duchowym i mentalnym. Walka zawsze była szerokim zagadnieniem, dlatego każda wąska próba jej analizy będzie skazana na porażkę podobnie jak czyste teoretyzowanie na temat lub ograniczona praktyka (w tym również trening w jednostajnych idealnych warunkach).

Oglądając filmy warto zwrócić uwagę na kilka elementów. Po pierwsze trenuję w bardzo ciasnym, nieprzyjaznym otoczeniu. Pełno mebli, bibelotów, żyrandol nad głowa itd. Cała przestrzeń, którą mam do dyspozycji, to około 9 metrów kwadratowych (z czego zwykle wykorzystuję połowę). Rzecz w tym, że gdy przyjrzymy się opisom konfrontacji z epoki, niezwykle często znajdziemy walkę w takim własnie ciasnym otoczeniu. Dla walk opisanych w sagach islandzkich jest to wręcz sytuacja standardowa, ponieważ wojna w tym kraju miała charakter lokalnej wróżdy rodowej. Palenie halli, burdy na ucztach, nocne napady na śpiących, wraz z sytuacjami wycofania się do halli lub ucieczki z niej pod naporem wroga są niezwykle barwne i częste. W pełnym spektrum prezentują też konieczność radzenia sobie z walką w takim ciasnym środowisku, ponieważ o zwycięstwie lub klęsce niejednokrotnie decydowało blokowanie broni o rozmaite elementy wystroju. Trenowanie w domu uczy naprawdę dobrej kontroli terenu i użycia broni w bardzo ciasnym otoczeniu.

Kilka przykładów – tłumaczenie moje:

Osłaniając się tarczą Gunnar wycofywał się przed Grettirem, który atakował go energicznie przeskakują na boczną ławkę stojącą najbliżej drzwi. Ręce Gunnara, dzierżące tarczę, były ciągle w drzwiach więc Grettir ciął w dół pomiędzy jego ręce i ciało obcinając jego obie ręce w nadgarstkach. Gunnar upadł w tył przez drzwi. Następnie wyciągnął swój saks, obciął Gunnarowi głowę i umieścił ją naprzeciwko jego tyłka.

(Grettis saga)

Grettir zamachnął się swym saksem na Vikara, towarzysza Hjaltiego Thordarsona uderzając go w lewe ramię kiedy ten wskoczył do chaty, cięcie przeszło przez jego ramiona ukośnie aż do lewej dolnej części jego ciała. Mężczyzna został przecięty w czysty sposób na pół, a jego ciało upadło na ziemię w dwóch połowach. Grettir nie mógł podnieść swego saksa tak szybko jak by chciał i w tej samej chwili Thorbjorn Hak przeszył go włócznią między ramionami zadając mu wielką ranę. Grettir powiedział „Odsłonięte są plecy człowieka który nie posiada brata”. IIIugi nakrył wtedy tarczą Grettira I chronił go tak dzielnie, że wszyscy wychwalali jego obronę. Następnie Hak nakazał swym ludziom aby zbliżyli się do Illugiego ze swymi tarczami „ponieważ nigdy nie widziałem człowieka jak ten któren jest tak młody”. Zrobili wedle rozkazu i otoczyli go tak ciasno tarczami i bronią, że nie był w stanie dalej utrzymać obrony byli więc w stanie pojmać go i przytrzymać.

(Grettis saga)

Pewnego ranka Gudbrand poprosił go aby dał mu konia i wyszedł wraz z Thorirem za nim na zewnątrz. Jak tylko Gudbrand doszedł do progu i schylił się Thorir zamierzył się na niego toporem , gdy usłyszał on świst topora wyskoczył przez drzwi, a cios Thorira uderzył w belkę która wystawała z krokwi. Topór uderzył szybko w belkę a Thorir wybiegł na dziedziniec ścigany przez Gudbranda. Thorir przeskoczył ponad korytem rzeki i legł tam przyklejony płasko do ziemi. Gudbrand rzucił za nim swoim mieczem i trafił on go w przeponę. Był on owinięty uzdą dookoła ciała i miecz trafił idealnie w pierścień uzdy. Gudbrand przeskoczył nad rzeką i dopadł do Thorira, ten jednak już był martwy. W tej sytuacji narzucił on na niego ziemię i pochował go dokładnie tam gdzie padł martwy. W mieczu pojawiły się szczerby, jedna z nich miała wielkość paznokcia. Miecz ten został później naostrzony , była to doskonała broń.

(Vatnsdala saga)

Szkatułka z Auzon - wykonana z kości wieloryba skrzynka na klejnoty lub relikwie, wyrzeźbiona około 700 roku w Northumbrii

Szkatułka z Auzon wyrzeźbiona około 700 roku w Northumbrii. Egil broni domu – zwróćcie uwagę na chwyt krótkiej włóczni i ustawienie tarczy u atakującego.

Kiedy Thormod poczuł siłę w człowieku przed nim, zeskoczył na ławkę obok łóżka. Olaf zeskakując sięgnął po swój topór zamierzając zadać mu cios, nie był jednak dość szybki, Thormod natomiast wśliznął się pod jego uchwyt i kurczowo uchwycił się jego talii. Olaf skontrował i rozpoczęła się niezwykle zaciekła walka. Thormod walczył tak mocno, że rozrywał gołymi rękami ciało Olafa gdziekolwiek się go uchwycił. W drobny mak rozwalili wszystko co stało im na drodze i nagle zgasło również światło, co odpowiadało Olafowi odrobinę bardziej. Thormod wtedy zaatakował z zaciekłością i obaj znaleźli się na zewnątrz. Leżał tam spory kawałek drewna wyrzucony przez fale i Thormond przypadkiem nadepnął na okrągły pień upadając na plecy. Olaf podciągnąl swe kolano pod jego pachwinę i gdy tylko wyczekał odpowiedni moment rozprawił się z przeciwnikiem tak jak uznał za stosowne.

(Hávarðar saga Ísfirðing)

Bork umieścił Eyjolfa na honorowym miejscu obok swych kompanów blisko drzwi. Rzucili swoją broń na podłogę. Bork usiadł obok Eyjolfa po wewnętrznej stronie ze Snorrim obok niego. Thordis przyniosła miskę owsianki (kaszy) w której tkwiły drewniane łyżki, jednak gdy postawiła porcję Eyjolfa przed nim łyżka wypadła jej na podłogę. Schyliła się aby ją podnieść jednak zamiast tego wzięła miecz Eyjolfa szybko pchając nim pod stołem . Miecz przebił udo Eyjolfa I nawet pomimo tego, że rękojeść uderzyła w stół rana była bardzo poważna. Bork popchnął stół daleko od nich I uderzył na Thordis. Snorri popchnął Borka tak że upadł on i pchnął jego matkę na miejsce obok siebie mówiąc, że wycierpiała ona dość bez bicia. Eyjolf I jego ludzie zerwali się ze swoich miejsc i wzajemnie się powstrzymywali po tym wydarzeniu.

(Eyrbyggja saga)

Kiedy to usłyszał wskoczył do łóżka I ściągnął ze ściany miecz który tam wisiał nad nim. Ljot nakazał swym ludziom zgromadzonym w halli obudzić się i uszykować broń. Havard w tym momencie wskoczył na skrzynię łóżka i ciął Ljota w lewy bark, ten jednak uskoczył bardzo szybko i miecz jedynie zadrasnął jego ramię ścinając skórę z jego ramienia i rozcinając je na wysokości łokcia. Ljot skoczył naprzód zeskakując z łózka z obnażonym mieczem i zamiarem zaatakowania Havarda, jednak wtedy Eyjolf natarł na jego prawy bark i ubili Ljota na miejscu.

(Hávarðar saga Ísfirðing)

Gdzie jeszcze mamy ciasne otoczenie? Oczywiście w bitwie oraz podczas walki na okrętach. Umiejętność walki z mieczem prowadzonym bardzo blisko ciała, kiedy broń mija nas tylko o centymetry obok oczywistej korzyści oszczędzania przestrzeni uczy też ekonomii ruchu i to przede wszystkim w sytuacji walki bez możliwości użycia pracy nóg, często z przygiętym łokciem, gdzie wcale nie działamy na maksymalnym dystansie, ale właśnie bardzo blisko przy zwarciu tarcza w tarczę. Dzięki łączeniu tego treningu w ciasnej przestrzeni z treningiem w przestrzeni nieograniczonej, tworzymy w sumie bardzo elastyczny repertuar akcji i technik. Podstawowym kontekstem użycia układu miecz-tarcza jest bitwa w której większość akcji rozgrywano w ciasnym dystansie.

Kilka przykładów takich sytuacji – zmagania na okrętach:

Hallgrim i jego brat wskoczyli na statek Gunnara, który odwrócił się aby stawić im czoła. Hallgrim pchnął w kierunku Gunnara swą halabardą. Bom leżał wzdłuż okrętu i Gunnar cofając się przeskoczył przez niego, jego tarcza nadal była z przodu przed bomem I halabarda Hallgroma przebiła ją trafiając w bom. Gunnar ciął w rękę Hallgrima okaleczając ją (łamiąc kości) jednak miecz nie wbił się w ciało. Halabarda wypadła przeciwnikowi z rąk, Gunnar złapał ją i przebił nią Hallgrima, później już zawsze nosił ją ze sobą.

(Brennu-Njáls saga)

Zmagali się już czas dłuższy kiedy Kari przeskoczył na okręt Snaekolfsa, ten odwrócił się by stawić mu czoła i natychmiast wyprowadził uderzenie. Kari wykonał odskok w tył przez jeden z okrętowych bomów, uderzenie Snaekolfsa, które nie doszło celu, było tak potężne że miecz utkwił w bomie na głębokość obu ostrzy. Kari skontrował uderzając w ramię przeciwnika ucinając mu rękę w wyniku czego Snaekolf padł martwy.

(Brennu-Njáls saga)

Thorstein znajdował się wtedy na achterdeku. Ljot widział jak daleko sprawy już zaszły i rzucił swoim mieczem w braci, starał się jednocześnie przeskoczyć ponad pokładem ponieważ nie widział innej drogi ucieczki. Thorstein przygwoździł go do pokładu pałką z taką siłą że jego głowa i ramiona opadły za burtę a nogi do wewnątrz okrętu. Zrobiło się już tak ciemno, że nie można było zmyć krwi z pokładu ani usunąć zwłok ze statku.

(Svarfdala saga)

Trochę ikonografii bitewnej – zwróćcie uwagę na uderzenia ze zgiętym łokciem:

Jeśli chodzi o tempo treningu, z racji że jest to trening właśnie, a otoczenie nie jest do końca przyjazne, nie wszystkie akcje wykonuję na 100% prędkości, zwłaszcza gdy używam miecza ostrego lub trenuję akcje oburęczne mieczem jednoręcznym. Tylko kilka sekwencji wykonanych jest na pełnej prędkości, większość akcji mieczem jednoręcznym wykonane jest na 3/4 prędkości, akcje oburęczne wykonuję zwykle dość wolno (1/3 do 2/3 prędkości).

Te ostatnie szczególnie zasługują na uwagę. Rozwijać techniki dwuręczne mieczami jednoręcznymi zacząłem dopiero jakiś czas temu, daleko tu jeszcze do doskonałości, chcę raczej zaprezentować, że takie użycie mieczy jest wykonalne i czasami bywa sensowne, zwłaszcza jeśli miecz który mamy do dyspozycji ma parametry i dynamikę taką jak mój miecz z Soborg.

Akcje dwuręcze testuję obecnie na wszystkich mieczach, które posiadam, również na moim mieczu wczesnym o bardzo ciasnej rękojeści. Wydaje mi się, że w większości przypadków udało mi się zoptymalizować chwyt miecza tak aby był najbardziej efektywny natomiast wstrzymam się tu na dziś z rozwijaniem tematu ponieważ nie wszystko jeszcze sprawdziłem i nie wszystko przetrenowałem w wystarczającym stopniu. W przyszłości napisze na ten temat osobny tekst.

Morgan M.739 Book of Hours, Morgan Library, Bamberg Niemcy, 1204-1219 r.

Morgan M.739 Book of Hours, Morgan Library, Bamberg Niemcy, 1204-1219 r.

Element którego na filmie nie ma, to trening lewą ręką. Na dziś niewiele mam tu do pokazania bo jest to u mnie ręka znacznie słabsza, po pół roku treningu osiągnąłem w niej sprawność wystarczającą do w miarę prawidłowego prowadzenia podstawowych akcji, użycie sekwencyjne dopiero zaczynam trenować. Ogólnie to co widać to minimalny wycinek treningu trwającego ponad 2 h. Szybki trening sekwencyjny przedzielony jest treningiem technicznym, który koncentruje się na raczej powolnym ale dokładnym wykonywaniu poszczególnych uderzeń, całość zaś poprzedzona jest półgodzinną rozgrzewką. Sens tego treningu jest podwójny – z jednaj strony rozbudowuje w prawidłowy sposób mięśnie odpowiedzialne konkretnie za użycie miecza, z drugiej prowadzi po pewnym czasie do mistrzowskiego wykonywania akcji szermierczych. W szlifowaniu podstaw tkwi klucz do wszystkiego innego ponieważ jest to nasza „skrzynka z narzędziami”. Gdy zachodzi konieczność automatycznie sięgamy po to co najlepiej się sprawdza.

Brak użycia tarczy oznacza tylko tyle, że nie używam jej w tym konkretnym treningu. Czasami trenuję z tarczą, czasami bez niej. Położenie ręki w tym dziwnym miejscu jest pewnym kompromisem, mającym w choćby minimalnym stopniu symulować położenie tarczy, kwestia położenia ręki bez miecza przy walce/treningu mieczem jednoręcznym lub kordem jest zupełnie osobnym, skomplikowanym zagadnieniem. I owszem, to co robię nie jest optymalne, jest natomiast sensowne w tym konkretnym kontekście.

Rzecz ostatnia – dlaczego oglądam sobie serial podczas treningu? :D Cóż powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze, jestem człowiekiem niezwykle zajętym i zwyczajnie muszę łączyć różne rzeczy. Po drugie, serial jest dodatkowym czynnikiem rozpraszającym, oglądanie go zmusza do wzmocnionej koncentracji, która musi radzić sobie nie tylko z mieczem ale też z dodatkowymi bodźcami, fabułą itd. Wzmacnia to nieprzyjazność środowiska treningowego, wybór tematyki serialu nie jest przypadkowy ;) Po trzecie wreszcie, większość starych podręczników szermierki zaleca trening sylwetkowy, w którym ćwiczono uderzenia w odniesieniu do planszy przedstawiającej przeciwnika. Trening do serialu stanowi współczesne rozbudowanie tej metody. Na ekranie pojawiają się postaci w ruchu, uderzając staram się prowadzić miecz tak aby uderzenia i pchnięcia kierowane były w te ruchome sylwetki, zawsze celując w punkty witalne.

Joachim Meÿer, Gründtliche Beschreibung der Kunst des Fechtens, Strasbourg 1570 r.

Joachim Meÿer, Gründtliche Beschreibung der Kunst des Fechtens, Strasbourg 1570 r.

Trening z krótką włócznią z tarczą i bez tarczy

Od wielu lat w dyskusjach dotyczących drzewcówek pojawia się kwestia tego co jeszcze jest włócznią, co już jest oszczepem i gdzie przebiega granica. Zagadnienie i problem tego typu stworzyć mógł tylko jakiś akademik, szukający pomysłów na systematyzację znalezisk, ponieważ praktycznie to rozróżnienie prawie nigdy nie ma znaczenia.

Oczywiście jeśli mówimy o broni bardzo, bardzo długiej, podobnej do włóczni z Jeziora Lednickiego, widocznej na zdjęciu poniższym, klasyfikacja jest oczywista. Podobnie oczywista jest klasyfikacja niewielkich oszczepów ciskanych np. za pomocą atlatla. Co jednak w sytuacji gdy mamy do czynienia z obiektem takim jaki widzicie na filmie lub na szkatułce z Auzon?

Włócznia z Jeziora Lednickiego wydobyta w okolicach mostu, długość całkowita 321 cm, drzewiec jesionowy XI wiek. Znalezisko przechowywane w Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.

Włócznia z Jeziora Lednickiego wydobyta w okolicach mostu, długość całkowita 321 cm, drzewiec jesionowy XI wiek. Znalezisko przechowywane w Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.

Bronią o tej pośredniej długości można zarówno efektywnie walczyć wręcz jak również rzucać nią tak jak oszczepem. Jest to niezwykle skuteczne, tanie i poręczne rozwiązanie o bardzo wszechstronnych możliwościach. W chwili obecnej posiadam trzy włócznie/oszczepy tej długości oraz potężną włócznię dwuręczną. Wszystkie egzemplarze osobiście naostrzyłem ręcznie na kamieniach (co trwało ok 20 h w sumie) i mogę śmiało powiedzieć, że w wersji finalnej jest to straszna broń.

Podczas obróbki jesionowego drzewca lekko zahaczyłem o wyostrzony grot, który luźno leżał na stołku czekając na osadzenie. Grot wbił się na centymetr w mięso bez najmniejszego problemu. Siła uderzeń widocznych na filmie jest absolutnie wystarczająca do wyeliminowania każdego nieopancerzonego przeciwnika, przy odrobinie szczęścia byłoby możliwe przebicie takim uderzeniem tarczy i pancerza.

Zanim przejdziemy do filmów dodam jeszcze przykład użycia takiej krótkiej włóczni w zwarciu bez użycia tarczy aby udowodnić również ćwiczenia w tej formie.

Cambridge MS R.17.1 Eadwine Psalter, Cambridge University Library, Canterbury, Anglia, 1150 r.

Cambridge MS R.17.1 Eadwine Psalter, Cambridge University Library, Canterbury, Anglia, 1150 r.

Ogólnie na sam koniec – nie wszystko w tym filmie wykonane jest poprawnie, nie ze wszystkiego jestem zadowolony, wiele elementów nadal uważam za wersję roboczą technik nad którymi pracuję. Film publikuję bo chciałem pokazać, że trening w tak ciasnym otoczeniu jest wykonalny, sensowny i może stanowić świetne rozwiązanie, a także uzupełnienie innych form treningu, zwłaszcza w okresie gdy pogoda do wychodzenia z domu nie zachęca.

Tak więc nie szukajcie wymówek, ruszcie zadek z fotela i trenujcie, a w międzyczasie życzę miłego seansu :)

Trening cięć mieczem wczesnośredniowiecznym

poniedziałek, 24 Sierpień 2015

Witajcie po kolejnej długiej przerwie!

Wakacje w pełni (kto ma ten ma, ja nie mam ;), pogoda dopisuje aż za bardzo, „żar leje się z nieba”, cytując klasyka. W takich to pięknych okolicznościach przyrody, zdarzył mi się wyjazd na działkę pod Olsztyn i wreszcie miałem odpowiedni czas i miejsce, na przeprowadzenie treningu cięć. Niestety ta forma treningu musi odbywać się w dość kontrolowanych warunkach, wymaga pewnego zaplecza, więc w Warszawie nie za często mam okazję się tak bawić. Jeśli już to na o wiele mniejszą skalę.

Uzupełniam właśnie kolekcję broni o kolejne, ostre egzemplarze. Jestem właśnie w ostatniej fazie ostrzenia trzynastowiecznego miecza w typie XIV, o czym na pewno jeszcze będziecie mieli okazję poczytać, a tymczasem postanowiłem pobawić się moim wczesnośredniowiecznym mieczem produkcji Maciejki, który do cięcia butelek nadaje się perfekcyjnie.

Film pokazuje praktycznie cały trening z wyciętą nudą, od razu przepraszam za jakość zdjęć z drugiej kamery. Wina „czynnika białkowego” w mojej osobie ;) Sprzęt nowy i niestety nie wyczułem jeszcze jak szeroki kąt obejmuje obiektyw, okazało się że ustawienie kamery o 1,5 m od celu to zdecydowanie za daleko.

Na treningu ściąłem ponad 60 butelek. Trochę eksperymentowałem, trochę testowałem, sporo zmieniałem zwłaszcza w ustawieniu dłoni i chwycie miecza. Starałem się pracować głównie nad tym aby cięcia zadawane były pod odpowiednim kątem i z maksymalną siłą przy okazji, chodziło o potężne przełamujące ataki, dalekie od tego co uznaje się za trafienie w walkach sportowych itd. Ten nadmiar siły w rezultacie niewielkiego oporu celu dodawał mi sporo bezwładności, zamierzonej, ale widocznej czasami w zachwianiach postawy po wykonanej akcji, co zwyczajnie jest trudne do uniknięcia.

Tak więc zapraszam do oglądania, jeśli się podobało udostępniajcie, likujcie, subskrybujcie kanał.

Nowe wpisy na budce już niedługo :)

social-inside-youtube-icon

Turniej łuczniczy Cedynia 19-21.06.2015

środa, 3 Czerwiec 2015

Podobnie jak w latach ubiegłych, również w tym roku, będę prowadził turniej łuczniczy w Cedyni. Turniej tegoroczny będzie prowadzony w trochę innej konwencji, zapraszam do udziału i do odwiedzenia Cedyni oraz do zapoznania się z regulaminem turnieju. Do zobaczenia :)

Zasady turnieju łuczniczego Cedynia 2015

Zasady podstawowe: 

- Wchodzą wyłącznie łuki odpowiadające realiom historycznym wczesnego średniowiecza (składające się z drewna, poroża, ścięgien lub innych materiałów dostępnych w tamtejszych realiach). W przypadku łuków których wygląd zewnętrzny jest poprawny ale ich budowa wewnętrzna opiera się na materiałach współczesnych o dopuszczeniu do turnieju zadecydują sędziowie.

- strzały wyłącznie drewniane z opierzeniem naturalnym, groty mogą być toczone, zalecane jest używanie grotów kutych

- jeśli nie jest powiedziane inaczej zawsze strzelamy 5 strzałami, liczą się wszystkie strzały. Łucznik powinien mieć w kołczanie 7 strzał aby możliwe było płynne strzelanie również w sytuacji gdy strzała zostanie zniszczona lub zgubiona

- strzelać zawsze należy z zachowaniem wszystkich zasad bezpieczeństwa

- do tarczy zawsze podchodzi sędzia i strzelający, punkty są liczone z zaokrągleniem w górę na korzyść zawodnika w przypadku trafienia w linię oddzielającą dwie strefy punktacji lub w przypadku innych wątpliwości

- jeśli nie jest możliwe ustalenie punktacji, a wiadomo że nastąpiło trafienie (przestrzał) konkretny strzał należy powtórzyć

- każdy strzela na własną odpowiedzialność i ponosi pełną odpowiedzialność za wszelkie skutki

- wyniki ze wszystkich etapów sumują się aż do finału, modyfikator oznacza mnożenie wyniku strzału przez określony współczynnik w danej konkurencji (zaokrąglając w górę)

- poszczególne konkurencje mogą zostać wyłączone z turnieju jeśli pojawią się problemy techniczne z ich rozegraniem (czas, pogoda, braki zaplecza), punktacja dla wszystkich zawodników w takim wypadku wynosi 0, jeśli odpuścić będzie trzeba serię finałową o ostatecznej klasyfikacji zdecyduje wynik dotychczasowy

Piątek:

Runda eliminacyjna rozgrywana na polu łuczniczym:

1) Strzelanie na dystansie 15 m, 5 strzał 2 serie (naciąg do klatki piersiowej/naciąg angielski). Punktacja od 10 do 0 (zwykła) za każdy strzał.
2) Strzelanie na dystansie 30 m, 5 strzał 2 serie (naciąg do klatki piersiowej/naciąg angielski). Punktacja od 10 do 0 (zwykła) za każdy strzał.
3) Strzelanie na szybkość na dystansie 30 m, czas 1 minuta, 2 serie (naciąg do klatki piersiowej/naciąg angielski). 1 punkt za każdy strzał oddany + Punktacja od 10 do 0 (zwykła).

Po eliminacjach do dalszych zmagań zostanie zakwalifikowana pewna liczba uczestników z największą liczbą punktów. Ilościowo tego nie określamy ponieważ nie wiemy ilu będzie uczestników, racjonalnie rzecz biorąc ilość osób zakwalifikowanych do dalszych zmagań nie powinna być większa niż 10.

Sobota:

Walka o finał – ścieżka leśna, strzelanie do celów 3D:

1) Strzelanie leśne z utrudnieniami terenowymi – 6 celów na dystansach 10-25 m (lub więcej w zależności od poziomu strzelających), 5 strzałów do każdego z celów, styl naciągu dowolny, różne pozycje np. przyklęk, obrót, oparcie o drzewo itp.
2) Strzelanie pod kątem ze skarpy o wysokości min 10 m, 2×5 strzałów, styl naciągu dowolny

Zasady punktacji:

Wyjątek z regulaminu federacji FIELD/3D:

Figury zwierzęce 3D:

Podczas zawodów używa się trójwymiarowych figur zwierzęcych o zróżnicowanej wielkości i kształcie. Ilośd figur, ich rozmiar, a także rozmiar stref trafień punktowanych nie podlegają żadnym normom. Linie rozgraniczające poszczególne obszary punktujące wliczane są w obszar strefy punktowania o wyższej wartości.
Kolor ciała figur zwierzęcych jest różny dla poszczególnych zwierząt.

Strefy trafień punktowanych:

Figury zwierzęce podzielone są na 4 strefy trafień punktowanych (11, 10, 8, 5).

Jeśli strzała trafi w linię oddzielającą dwie strefy, strzał liczony jest jako trafienie strefy o wyższej wartości.

- 11 punktów – mały okrąg wyśrodkowany w pierścieniu 10 (stanowi około 25% pierścienia 10)
- 10 punktów – większy okrąg w obrębie strefy życia (vital area)
- 8 punktów – strefa życia poza okręgiem 10-punktowym
- 5 punktów – trafienie w miejsce kolorowe na ciele zwierzęcia
- Strzał w róg, kopyto lub inną nie-kolorową część ciała zwierzęcia, odbicie się strzały czy chybienie liczone jest jako strzał niecelny

http://www.new.3darchery.pl/zawody/36-regu…-poprawek-.html

Po tej rundzie nastąpi sumowanie punktów z wszystkich wcześniejszych konkurencji i zostanie wyłoniona grupa 3 finalistów którzy zmierzą się w walce o miejsca na podium.

Sobota:

Runda finałowa – strzelanie leśne do słomianki:

1) Polowanie. Tarcza słomianka znajduje się w lesie. Przy tarczy znajduje się człowiek z zawiązanymi oczami oraz sędzia. Łucznik podkrada się do celu z dowolnej strony mając podejść jak najbliżej bez hałasowania. Gdy człowiek z zawiązanymi oczami wskaże prawidłowo nadchodzącego łucznika (potwierdza sędzia komendą stop) uczestnik musi się zatrzymać i poczekać na odejście nasłuchującego i sędziego na bezpieczną odległość. Potem oddaje 2 strzały. Każdy z półfinalistów ma dwa podejścia do tarczy na każde ma 3 minuty. Podejście poniżej 10 m oznacza brak konieczności strzelania i zaliczenie konkurencji z maksymalną ilością punktów w serii (40 – 2 trafienia w środek za 10 punktów z modyfikatorem x 2). Punktacja z modyfikatorem 2 liczy się wynik obu strzałów w obu seriach.

2) Strzelanie leśne, dystans 40 m, 5 strzał, dwie serie (naciąg do klatki i angielski), w połowie dystansu pomiędzy celem a linią strzelań ustawimy przegrodę o wysokości 2 m (celem uniemożliwienia strzelania „płasko”). Modyfikator x 2 dla każdego trafienia w tarczę.

Po rozegraniu konkurencji finałowych zostaną zsumowane pełne wyniki ze wszystkich konkurencji i zostanie podana ostateczna klasyfikacja. Kolejność strzelań w rundzie finałowej będzie odwrotna niż wyniki dotychczasowe (pierwsza strzela osoba z najmniejszą ilością punktów, ostatnia z największą).

Krok po kroku – Jak wykonać pochwę do miecza

niedziela, 24 Maj 2015

Jak zapewne zdążyliście zauważyć w mojej kolekcji przybyło ostatnio kilka mieczy, a że miecz bez pochwy jest o połowę mniej wart (jak przekazują nam frankijskie źródła), zatem do dzieła.

Krok pierwszy – źródła

W tym artykule mówię o pochwach konkretnie ale ta uwaga tyczy się wszystkich możliwych zagadnień w rekonstrukcji. Zanim cokolwiek zrobisz, zanim kupisz poszukaj źródeł na temat tego co chcesz zrobić. Historyczność wiele osób postrzega jako upierdliwość skutkującą ciągłym wymienianiem sprzętu, tymczasem rzeczy historyczne zwyczajnie… są historyczne. Dziś, jutro, za 10 lat jeśli zrobisz coś na podstawie zachowanych zabytków i źródeł będziesz miał drogi czytelniku święty spokój.

O tym elemencie, czyli źródłach właśnie, powstanie oddzielny tekst który właśnie się pisze, dlatego aby nie dublować, tutaj zajmę się tylko i wyłącznie kwestią wykonania pochwy i postaram się w możliwie łopatologiczny sposób pokazać wszystko krok po kroku.

Generalne zasady konstrukcyjne pochew pozostają bardzo podobne na przestrzeni wieków, to co ulega modyfikacjom to sposób mocowania pasów na pochwie. Co jest istotne – proste rozwiązania bywają stosowane bardzo długo, mnogość rozwiązań konstrukcyjnych w tym wypadku jest niemal tak duża jak ilość możliwych do wyobrażenia opcji, więc większość kombinacji jest historyczna.

f6661f3efdaa38c7b61632f9a80b82f2

Krok drugi - materiał

Z tego co nam o temacie wiadomo pochwy średniowieczne były sztywne, wykonywane z drewna i zazwyczaj bardzo cienkiej skóry (najczęściej koziej lub owczej), czasami dodatkowo używano płótna lnianego najwyższej jakości samodzielnie lub jako dodatkowej warstwy pod skórą. Do konstrukcji używano też naturalnych klejów – w grę wchodzi skórny, rybi i kazeinowy. Moje pochwy wykonałem z listewek olchowych o grubości 1 cm, szerokości 7 cm i długości ok 100 cm, które rzecz jasna poprzycinałem na wymiar przed obróbką, całość kryta jest 0,5 mm miękką i wytrzymałą skórą i szyta naturalną dratwą lnianą. Pasy wykonane są z 2 mm skóry bydlęcej, całość impregnowana jest na gorąco olejem lnianym (wstępnie) oraz pastą mojej produkcji na bazie oleju lnianego i wosku pszczelego na gorąco (dla wzmocnienia i utrwalenia impregnacji).

Zastanawiałem się w toku produkcji nad użyciem dodatkowych warstw konstrukcyjnych – dodanie wyściółki filcowej byłoby dobre pod tym względem, że zawarta w wełnie lanolina zabezpiecza głownię przed rdzewieniem, dodanie dodatkowej warstwy klejonego lnu od zewnątrz wzmocniłoby konstrukcję. Z tego pierwszego zrezygnowałem ponieważ wymagałoby to głębszego żłobienia co mogłoby się niekorzystnie odbić na wytrzymałości (listewki już miałem). Dodatkowo gdyby pochwa mocno zamokła wilgoć może w takiej pochwie długo się utrzymywać. Z lnu zrezygnowałem bo uznałem że nie jest niezbędny – tylko raz zdarzyło mi się złamać pochwę drewnianą i to w sytuacji podobnej do ilustracji poniżej ;)

296

ONB Han. Cod. 2554 Bible Moralisee, Österreichische Nationalbibliothek, Paryż Francja, 1225-1249 r.

Krok trzeci – narzędzia

Do wykonania pochwy wystarczy następujący zestaw:

- coś do zaznaczania na drewnie – czarny długopis lub ołówek będzie ok, od bidy starczy kawałek węgla drzewnego

- piła – w zasadzie jakakolwiek jednak przy cięciu desek tak cienkich najlepiej postarać się o piłę o drobnych ząbkach – linia cięcia jest wtedy delikatniejsza i mniejsze jest ryzyko odłupania się drzazg

- ostry nóż – może być zwyczajnie nóż tapicerski

- ostre duże nożyczki

- płaskie dłuto o szerokości max 1,5 cm

- pobijak, bardzo ewentualnie młotek (ale młotkiem gorzej się pracuje i niszczy rękojeść dłuta)

- gruby i średni papier ścierny

- duże klamry papiernicze – przynajmniej 3-4 sztuki i małe klamry papiernicze – 3-4 sztuki

- szydło (przy cienkiej skórze wystarczająca jest ostra igła do skóry)

- porządna igła, najlepiej do skóry, i dratwa lniana

- kombinerki (pomagają przy przeciąganiu nici, nie są absolutnie niezbędne, zależy w jakim materiale pracujesz)

- kawałek wosku do woskowania nici

Dodatkowo rzeczy potrzebne do impregnacji np. naczynie do podgrzania oleju, szmatka lniana itd.

Krok czwarty – wstępne przygotowanie

1. Zaczynamy od przycięcia desek. W tym celu przycinamy obie deski z jednej strony tak aby był idealny kąt prosty – to jest nasza baza pomiarowa, w tym miejscu pochwa będzie miała wejście.

2. Odrysowujemy na jednej z desek nasz miecz przykładając go tak aby idealnie pasował, następnie wokół tego obrysu na oko zaznaczamy dodatkowy obrys pochwy – osobiście dodałem ok 1 cm

3. Przycinamy deskę do rozmiaru aby łatwiej się obrabiało, ostrym nożem obrabiamy deskę zgrubnie tak aby zostawić tylko to co ma być naszą pochwą

4. Przykładamy to co otrzymaliśmy do drugiej deski i odrysowujemy. Tu ważna uwaga – może się zdarzyć, że będziecie pracowali z deskami które nie są idealnie proste. Paczenie się drewna to rzecz naturalna więc jeśli deski są mniej więcej proste nie ma się czym przejmować, jednak jeśli mamy taką możliwość deski powinniśmy złożyć ze sobą tak aby ich krzywizny nie układały się w tę samą stronę. Wyobraźcie sobie dwa łuki złożone cięciwami tak aby powstał łuk obustronny. Co to daje? To, że przy tym ułożeniu po sklejeniu lub obciągnięciu skórą siły będą się wzajemnie równoważyć – pochwa będzie prosta i nie będzie się paczyła. Siły działające przeciwstawnie dają nam więc korzyść :) Jeśli czas nas nie goni po wycięciu obu połówek (punkt 5) można ścisnąć je klamrami i zostawić na jakiś czas w pozycji pionowej.

5. Wycinamy drugą połówkę pochwy, zaznaczamy linię od sztychu na obu połówkach i składamy je punkt do punktu, sprawdzamy czy wszystko jest w miarę OK, jeśli tak odrysowujemy miecz na drugiej połowie pochwy.

Niestety tego etapu nie mam udokumentowanego bo na pomysł napisania artykułu wpadłem dopiero po nim ;)

Krok piąty – obróbka drewnianego wkładu

1. Bierzemy ostry nóż i po linii odrysu ostrza miecza wcinamy się pionowo na ok 2 mm na całej długości. Następnie od wewnątrz wcinamy się pod kątek ok 45 stopni 2-3 mm obok. Powinien powstać rowek wyznaczający krawędź pochwy.

2. Następnie tym samym ostrym nożem robimy wzdłużne nacięcia na całej szerokości pod głownię miecza. To ułatwia później zbieranie materiału, nie jest to konieczne.

3. Zaczynamy dłutowanie. W zasadzie każda metoda jest dobra ale najefektywniej i najbezpieczniej robić to tak jak widać. Systematycznie zbieramy materiał na głębokość ok połowy grubości głowni. Pamiętajcie o uwzględnianiu linii słojów! Jeśli wbijając dłuto zauważacie że działacie za głęboko najpewniej oznacza to, że linie włókien idą wgłąb materiału, w tej sytuacji odwracacie element i dłutujecie od drugiej strony.

4. Wyrównujecie rowek na głębokość aby było OK, szlifujecie dodatkowo papierem ściernym, następnie przykładacie miecz. Jeśli robiliście dokładny odrys dobrze jest w tym etapie raz jeszcze użyć ostrego noża i nadciąć ok 1 mm zapasu aby minimalnie poszerzyć miejsce na miecz.

6. To samo robicie z drugą połówką.

7. Składacie połówki do kupy, zaciskacie klamrami obie części tak aby do siebie dokładnie przylegały i wkładacie miecz. Jeśli pasuje to super, jeśli jest za ciasno najlepiej wkładać miecz powoli, zdiagnozować na jakiej mniej więcej wysokości trzeba podszlifować pochwę i powinno być OK. W idealnie dopasowanej pochwie miecz siedzi nieruchomo, nie ma luzów, jednocześnie powinien wychodzić z pochwy z minimalnym oporem (filmik poniżej). Gdyby okazało się że przycięliście za bardzo można minimalnie podszlifować te elementy pochwy które się stykają aby tym samym zwęzić otwór ale unikajcie tego za wszelką cenę bo bez odpowiedniej wprawy trudno jest to zrobić równo, no chyba że dysponujecie większym zapleczem narzędziowym.

8. OK, mamy już dwie połówki – teraz czas zgrubnie obrobić je od zewnątrz. Najłatwiej użyć ostrego noża do szybkiego usunięcia większości niepotrzebnego materiału. Pamiętajcie o liniach słojów tak jak w punkcie 3!

9. Dopasowujecie raz jeszcze wszystko na ściskach, sprawdzacie czy wszystko jest OK, jeśli tak kleicie obie połówki. Zaraz po złożeniu połówek i zaciśnięciu włóżcie miecz do pochwy aby upewnić się że nic się nie przesunęło.

10. Po odczekaniu czasu potrzebnego na sklejenie szlifujecie całość papierem ściernym. Mamy już wewnętrzny wkład do pochwy, czyli najbardziej pracochłonna część roboty za nami :)

11. Przed obszywaniem drewniany wkład do pochwy można dodatkowo zaimpregnować – osobiście tego nie robiłem ale to na pewno nie zaszkodzi :)

 

 

Krok szósty – obszywanie pochwy

1. Przykładamy pochwę do skóry i wycinamy odpowiednio duży kawałek. Odpowiednio duży czyli taki aby od dołu było jeszcze ok 2-3 cm zapasu, aby od góry był jeszcze dodatkowo 1-2 cm (chyba że skóra z pochwy ma być trochę wydłużona wtedy trzeba to doliczyć). Boczna szerokość powinna z każdej strony mieć ok 1,5 cm nadwyżki aby dało się ją wygodnie złapać klamrą i naciągnąć przy obszywaniu.

2. Zakładamy klamry pilnując aby linia szycia wypadała na środku. Skórę przed szyciem można namoczyć – powinna być wilgotna, nie mokra. Podczas szycia można użyć gąbki aby zapobiegać wysychaniu. Osobiście tego nie robiłem.

3. Odnoście szwu – osobiście preferuję szyć za igłą, wiele osób (zwłaszcza mających małe doświadczenie w szyciu) będzie preferowało szew na dwie igły. Ten pierwszy jest szybszy, ten drugi łatwiej ściąga skórę i łatwiej w nim o utrzymanie równego ściegu. Pamiętajcie o nawoskowaniu nici – wystarczy przeciągnąć ją kilka razy przez kawałek wosku.

4. Osobiście obszywanie zaczynam od dołu pochwy, od miejsca w którym szerokość pochwy zaczyna być w miarę równomierna. Od tego miejsca zakładam 2-3 szwy w górę, a następnie zmieniam kierunek i szyję w dół pochwy dbając o mocne naciągnięcie skóry. Dzięki temu otrzymujemy bez większych problemów bardzo dobre i ścisłe dopasowanie.

5. Dalsze szycie jest już normalne – dojeżdżamy do końca pochwy, później wracamy szwem powrotnym. Co bardzo ważne, trzeba pamiętać o ściąganiu nici zgodnie z linią szycia, a nie w bok. Dzięki temu minimalizujemy naprężenia boczne, co w przypadku skóry cienkiej jest ważne bo unikamy rozrywania skóry.

6. Po zakończeniu szycia obcinamy nożyczkami nadwyżkę skóry nad szwem. Dzięki użyciu nożyczek można ciąć blisko szwu minimalizując ryzyko jego uszkodzenia, ostrym nożem oczywiście można zrobić to samo ale wystarczy mały błąd aby powstał spory problem ;)

 

 

7. Wykonujemy wstępną impregnację pochwy – w moim wypadku olejem lnianym (na trzy pochwy zużyłem 200 ml oleju).

Krok siódmy – paski

UWAGA!

Zanim zaczniecie robić nacięcia zastanówcie się 4 razy. Najlepiej róbcie je w miarę oplatania pochwy, tylko wtedy wszystko będzie idealnie wymierzone. Pospiech na tym etapie to najgorszy doradca.

1. Wycinamy proste pasy skórzane o określonej szerokości – odnośnie długości – lepiej wyciąć długi i skrócić niż za krótki. Na skomplikowany oplot potrzeba całkiem sporo materiału, ale pas jest dzielony na dwie części – 2 kawałki o długości 120 cm powinny być wystarczające dla większości ludzi. Trzeba też pamiętać o doliczeniu materiału na wiązanie jeśli decydujemy się na użycie tego wzoru.

2. Rozcinamy pasy wzdłużnie aby wykonać oplot. Co istotne nie robimy prostego cięcia na pół ale wycinamy ze środka pasek o szerokości kilku mm aby powstałe cieńsze paski lepiej się układały. Na tym etapie nie wykonujemy jeszcze rozcięcia do wiązania – lepiej zrobić to na końcu po przymierzeniu pochwy, będzie wiadomo jak głęboko ciąć.

3. Wykonujemy nacięcia i oplot element po elemencie tak jak widać na zdjęciach. Robimy serię pionowych nacięć i przeciągamy przez nie górny rzemień górnego pasa. Odwracamy pochwę na drugą stronę i wykonujemy jeszcze 4 ostatnie nacięcia pionowe. Przeplatamy rzemień i rozcinamy go wzdłuż na odcinku pomiędzy szlufkami. Przekładamy górny rzemień pod spodem niego samego i przeplatamy go górą przez rozcięcie które wykonaliśmy przed chwilą. Odwracamy pochwę na drugą stronę. Mamy już górny oplot. Teraz krzyżujemy obie części górnego pasa z przodu, mierzymy gdzie wypada rozcięcie i wykonujemy 2 równoległe nacięcia w skórze pochwy wzdłuż kierunku ułożenia dolnego rzemienia. Rozcinamy go tak aby przełożyć powstałą szlufkę przez środek rozcięcia. Na tym etapie trzeba być bardzo ostrożnym. Do wyciągnięcia i przytrzymania przeplotu warto użyć igły albo kawałka nici. Przeplatamy górny rzemień przez szlufkę nad dolnym rzemieniem i odwracamy pochwę na drugą stronę. Wykonujemy prostopadłe nacięcia w pochwie i 4 prostopadłe nacięcia w dolnym pasie mieczowym. Nacięcia muszą być tak dopasowane aby dało się przez nie wykonać przeplot. Rzemienie z górnego pasa przechodzą od góry przez drugi pas następnie przez skórę pochwy na krzyż i znów przez skórę pochwy i dolną połowę pasa od dołu. Odwracamy pochwę i pozostałe kawałki rzemieni zwężamy tak aby dały się związać w ciasny supeł. Wykonujemy jeszcze po 2 nacięcia z każdej strony pochwy aby przepleść rzemienie, następnie wszystko związujemy. Drugi pas wystarczy zszyć ciasno przy pochwie.

4. Przymierzamy całość w najgrubszym pancerzu jaki mamy, sprawdzamy czy nie trzeba skrócić pasków (zawsze trzeba zostawić trochę nadwyżki). Następnie przymierzamy po raz drugi, tym razem na koszulę i sprawdzamy jak głęboko należy wzdłużnie rozciąć pasek.

5. Do zapinania pochwy można użyć odpowiedniej klamry lub (bardzo popularnego zwłaszcza od XII w.) wiązania rzemieni rozciętego dolnego pasa w tzw. „jaskółczy ogon”. Co ciekawe analizując ikonografię można łatwo przekonać się, że najpewniej istniał jeden ustalony sposób wiązania pasa mieczowego obowiązujący przez wiele stuleci, stosowany przez miłośników „jaskółczego ogona”.

386

BL Additional 17687 B The Massacre of the Innocents, British Library, Niemcy, 1240 r.

Krok ósmy – impregnacja

Tak jak wcześniej wspominałem impregnację można wykonać na kilku etapach. Osobiście do wstępnej impregnacji używam rozgrzanego oleju lnianego. Wlewam go zwyczajnie do niewielkiego garnuszka, rozgrzewam na małym ogniu przez dosłownie 1-2 minuty (olej nie może mieć temperatury wrzenia, bardzo łatwo może się zapalić!). Następnie kawałkiem lnianej szmatki lub pędzlem nanosimy impregnat 2-3 razy i odstawiamy do wyschnięcia. Elementy drewniane warto odstawić minimum na godzinę, skóra przyjmuje i wchłania impregnat prawie natychmiast ale też warto odczekać chwilkę aby olej dobrze się wchłonął.

Przed impregnowaniu skóry zawsze warto poeksperymentować na małym ścinku aby sprawdzić jak zmieni się kolor i właściwości skóry po impregnacji. Trzeba pamiętać o tym, że jeśli już położymy olej, skóra nie wchłonie np. brązownika który mógłby wzmocnić kolor. Na ostatnich zdjęciach widać przy okazji jak różne odcienie i kolory można uzyskać stosując tylko i wyłącznie impregnowanie naturalne, różnicując ilość warstw i temperaturę. Wszystkie pochwy zostały wykonane z tej samej skóry, podobnie jak pasy obu późniejszych mieczy, mimo tego różnica jest radykalna i oczywiście efekt był zamierzony :)

Po wstępnej impregnacji olejem wykonujemy dodatkową impregnację pastą na bazie oleju lnianego i wosku. Po zaimpregnowaniu pochwa jest gotowa.

Pastę taką można wykonać samodzielnie w bardzo łatwy sposób.

UWAGA!

Robiąc cokolwiek z gorącym woskiem i olejem trzeba bardzo uważać. Osobiście używam rękawic spawalniczych i nie jest to przesadna ostrożność.

1. Bierzemy garnek i napełniamy go wodą, stawiamy na małym ogniu.

2. W garnku umieszczamy mały słoik do którego wrzucamy wosk (dzięki temu od razu mamy pojemnik, więc słoik powinien mieć zakrętkę). Całość podgrzewamy – dzięki użyciu 2 garnków wosk się nie przypali tylko roztopi.

3. Do wosku ostrożnie dolewamy olej lniany. Co do proporcji – tu wszystko zależy od naszych celów. Dobra pasta ma konsystencję kremu i taką proporcję uzyskamy dodając ok 2 części oleju na 1 część wosku (ogólnie więcej oleju niż wosku). Jeśli proporcje będą równe pasta będzie dość twarda i będzie wymagała podgrzania przed zastosowaniem.

4. Przez chwilę mieszamy wszystko podczas podgrzewania, później zdejmujemy impregnat i mieszamy podczas stygnięcia. Trochę to potrwa, nie trzeba mieszać cały czas ale dobrze jest całość zabełtać co najmniej kilkanaście razy aby olej i wosk się nie rozdzieliły. Po ostygnięciu pasta jest gotowa :)

Przed użyciem dobrze jest pastę lekko podgrzać aby lepiej się wchłaniała (zwłaszcza jeśli pasta którą ma stałą twardą konsystencję), zwykle wystarczy przez chwilkę pobawić się zapalniczką. Bierzemy szmatkę i nakładamy impregnat rozsmarowując cieniutką warstwę, później warto jeszcze całość przetrzeć szmatką lnianą z grubego siermiężnego lnu aby usunąć nadmiar i wydobyć połysk.

Pasta tego typu idealnie nadaje się do impregnacji skóry, zwłaszcza elementów pracujących mechanicznie np. butów. jako dodatkowy składnik można użyć lanoliny. Jest ona dostępna w niektórych aptekach stacjonarnych, bez problemu można ją dostać w sklepach półproduktami do kosmetyków.

Krok dziewiąty – czas potrzebny na wykonanie pochwy

Czasy tu podane odnoszą się do wykonywania trzech pochew. Teoretycznie mógłbym podzielić czas przez 3 ale pochwy miały różne rozmiary więc podam czas zbiorczy. Rzecz jasna uwzględniam tylko rzeczywistą robociznę (bez czasu spędzonego na szukaniu źródeł), przy wykonaniu pochew nie użyłem jakichkolwiek elektrycznych narzędzi. Osobiście wolę sobie na spokojnie dłubać :)

- wstępna obróbka – ok 2 h

- obróbka drewnianego wkładu – ok 12 h

- klejenie – zależny od typu kleju – wstępne sklejenie umożliwiające pracę mamy już po ok 1-2 h, dla pewności zwykle dobrze odczekać 12 h

- obszywanie pochwy – ok 6 h

- wykonanie pasków – ok 4 h

- wykończenie i impregnacja – ok 1 h

Ogólnie średnio wprawna osoba jedną pochwę jest w stanie wykonać w jeden dzień.

Krok dziesiąty – wszystko świetnie się udało, zobaczmy jak całość się prezentuje.

Konstrukcji pasów u wikinga nie omawiam bo jest prosta jak budowa cepa ;) W jego wypadku zastosuję zapięcie na klamrę kutą D-kształtną.

Indywidualny Trening Uderzeń

niedziela, 26 Kwiecień 2015

Witajcie po długiej przerwie!

Korzystając z okazji małe ogłoszenia parafialne. Ostatnimi czasy zajęty jestem jeszcze bardziej niż zwykle dlatego wiele artykułów, które planowałem napisać już dawno trochę się ślimaczy. Na szczęście już chyba wychodzę na prostą i w najbliższym czasie możecie spodziewać się całkiem sporej ilości nowości. Będzie trochę o roli Internetu w rekonstrukcji, będzie artykuł o pochwach mieczowych wraz z bogato ilustrowanym tutorialem jak takową pochwę popełnić samodzielnie, dwa kolejne teksty już stoją w kolejce, o nich na dziś nie powiem nic ponad to, że mogą znów sporo namieszać ;) Stay Tuned!

W międzyczasie, korzystając z pięknej wiosennej pogody, wybrałem się do parku pomachać trochę moimi mieczami. Nagrywam ostatnio prawie wszystkie treningi w których uczestniczę, a że tym razem nagranie wyszło całkiem niezłe, zdecydowałem się je udostępnić szerszej publiczności. Film jest bardzo długi, ale postanowiłem go nie kroić aby pokazać intensywność treningu i jego rzeczywistą długość, mam nadzieję że z dodanym pokazem muzycznym da się to oglądać ;)

Za wszelkie uwagi, również krytyczne, będę wdzięczny, chciałbym jednak abyście pamiętali, że film ten nie był nagrywany z myślą o publikacji, sam zaś trening koncentruje się na zadawaniu uderzeń z maksymalną efektywną siłą, mniej się tu zatem koncentruję np. na pracy nóg, zmianach kierunków działań szermierczych etc. Osobiście wolę to kroić na mniejsze treningi zadaniowe.

Jeśli odzew na film będzie pozytywny jest szansa, że zacznę kręcić więcej, a na pewno będzie co pokazać! Niedługo moja kolekcja mieczy wzbogaci się o dwa kolejne, tym razem ostre egzemplarze, a moje możliwości techniczne uzupełni kamera z funkcją slow motion do 240 fps.

Specyfikację techniczną mieczy jednoręcznych użytych w tym filmie znajdziecie TUTAJ, specyfikacja techniczna federa znajduje się na stronie PRODUCENTA.

Oglądajcie, komentujcie, subskrybujcie!

social-inside-youtube-icon

 

Dlaczego warto używać wiernych replik? Recenzja Porównawcza kilku mieczy jednoręcznych

sobota, 11 Październik 2014

Słowem wstępu

W ostatnich tekstach publikowanych na stronie odnosiłem się do wielu problematycznych elementów związanych z używaniem mieczy nieodpowiadających oryginałom. Temat omawiałem ogólnie, natomiast w tym tekście przekujemy ogół w konkret. Postanowiłem zrobić małe studium porównawcze mieczy, które osobiście posiadam koncentrując się nie tylko na elementach dotyczących wyglądu ale przede wszystkim na kwestiach technicznych i użytkowych, które dla mnie osobiście są najważniejsze.

Do porównania wybrałem pięć mieczy mieszczących się datowaniem w okresie wczesnego i pełnego średniowiecza, czyli w epoce walki w układzie miecza z tarczą z przeciwnikiem nieopancerzonym lub przeciwnikiem lekko opancerzonym (kolczuga, zbroja miękka). Dwa pierwsze miecze są najbliższe oryginałom, trzeci z wymienionych mieczy jest kombinacją oryginałów, nie jest zatem rekonstrukcją, jednak pod względem cech użytkowych doskonale mieści się w standardzie epoki, dwa ostatnie miecze są w moim posiadaniu od wielu lat i były kupowane w czasach gdy koncentrowałem się na walce rekonstrukcyjnej.

wszystkie wszystkie2

1. Rekonstrukcja miecza z sygnaturą +VLFBERHT+ z Rijksmuseum van Oudheden datowanego na 950-1000 r. – producent Maciej Kopciuch

Wymiary oryginału:

Typologia: Typ H wg. Petersena, głownia w typie 3 Geibiga o jednolitej grubości ok 0,5 cm
Waga: 1554 g
Długość całkowita: 99,6 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 6,48 cm
Długość rękojeści: ok 10 cm
Rok odkrycia: 1983
Literatura i źródła zdjęć:

  • J. Ypey, Drei neuerworbene Waffen im Rijksmuseum van Oudheden: ein Ulfberht-Schwert, ein Katzbalger und ein Linkhanddolch, Żródło: Oudheidkundige Mededelingen uit het Rijksmuseum van Oudheden te Leden 66, 1986 s. 139-151.
  • http://www.myarmoury.com/talk/viewtopic.php?p=56574

 

Zdjęcia oryginału:

 peth.l100.ulfbertnoord-brabantlithnetherlands.allobjz_209 peth.l100.ulfbertforteinlaynoord-brabantlithnetherlands.9th.rol.avnsmall_178 peth.l100.ulfbertforteinlayreverse.noord-brabantlithnetherlands..9th.rol.avnsmall_331 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlandshiltjz_190 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlandshilt.jz_193 12030118_295 12030116_132 peth.l100.ulfbert.noord-brabantlithnetherlands9th.rol.avnsmall_192 12030119_146 10500558_443985139072176_5954673070458013709_n 10347410_443932482410775_5758333778422839285_n 12030115_245 11190138_749 10364045_429838710486819_7568711848717869080_n 10336779_429838853820138_2120646527508162375_n 10342951_437612243042799_1357964215675402836_n 10250295_429838683820155_6861702551719748898_n 10269523_429838687153488_8439471877836642446_n

Wymiary rekonstrukcji:

Długość całkowita: 94 cm
Długość głowni od jelca: 77,5 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 5,5 cm
Długość zbrocza: 70 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 2,5 cm
Długość jelca: 9 cm
Szerokość jelca: 3 cm
Wysokość jelca: 1,5 cm
Długość rękojeści: 9,7 cm
Waga: 1500 g (1430 g bez rękojeści)
Wyważenie: 15 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 56 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – brąz i srebro, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Miecz sygnowany obustronnie. Z jednej strony +VLFBERHT+ z drugiej IIIXXXIII – tak jak w oryginałach napisy są integralnym elementem głowni, są słabo dostrzegalne. Rekonstrukcja posiada głownię trochę krótszą i trochę węższą niż oryginał, celem było zbliżenie wagi tępego miecza do wagi oryginału. Brakuje srebrnego drucika ozdobnego między elementami głowicy, sam zdecydowałem że wolę go pominąć.

Zdjęcie rekonstrukcji:

 viking_rijksmuseum_02 viking_01A viking_rijksmuseum_01 DSC01183 10624769_714846731886488_3294338261895222356_n DSC01167 10660141_479254648878558_3351089655111732216_n porownanie 10628453_479254745545215_1496312878075315851_n 10592898_469492986521391_7532956646496382131_n 10599316_715424668495361_4557705569778928730_n 10606032_479254702211886_9196469514288454170_n 10570482_478713028932720_516167381910633574_n 10361567_469492983188058_8617716482139264041_n 10500558_443985139072176_5954673070458013709_n — kopia

Cechy użytkowe:

Siła tej broni jest porażająca, jest to pierwsze wrażenie jakie ma większość osób którym dawałem go do ręki. Naprawdę czuć że trzymamy w ręku broń, która w wersji ostrej byłaby idealna do zadawania potężnych krojących uderzeń z całego ramienia, zwłaszcza jeśli dodatkowo dołożymy krok do wykonywanej akcji. Użycie miecza z pełnym przyłożeniem siły nawet w wersji tępej i w hełmie stalowym z dobrym wytłumieniem mogłoby posłać na dechy niejednego kozaka ;)

W pierwszej chwili przesiadając się z o wiele lżejszych mieczy opisanych niżej czułem, że miecz jest dość ciężki. To wrażenie bardzo szybko zniknęło po kilkudniowym intensywnym treningu uderzeń. Jednocześnie mimo wagi nigdy nie miałem wrażenia, że ta broń jest w jakikolwiek sposób toporna, jest to ten typ broni która raz wprowadzona w ruch sama idealnie układa się w linii ataku, gdy nie zatrzymujemy cyrkulacji i nie stopujemy głowni bez potrzeby można nim zadawać bardzo szybkie uderzenia z różnych kierunków i uderzać kombinacjami. Tak naprawdę ze względu na masę nie jest konieczne przykładanie dodatkowej siły aby skutecznie atakować, wystarczy wprowadzić broń w ruch w odpowiednim momencie i w odpowiedniej linii aby osiągnąć efekt. Z tego właśnie powodu w walce tym mieczem nie koniecznie trzeba polegać na stosowaniu chwytu młotkowego, można zastosować stosunkowo lekki chwyt długi z dość luźno ułożoną dłonią, dzięki czemu głowica nie uwiera w nadgarstek.

Ciężko ocenić efektywność cięcia tą techniką bez testów z wykorzystaniem ostrej repliki o dokładnie takich samych parametrach, jednak jest to jedna z metod zdecydowanie wartych rozważenia, zwłaszcza że jej stosowanie w epoce jest dobrze udokumentowane. Na ten temat toczyła się gorąca dyskusja na forum MyArmoury, osobiście jestem zdania, że chwyt młotkowy w epoce był dominujący (mamy przytłaczającą przewagę ikonografii w której się pojawia), jednak chwyt długi stanowi bardzo dobre uzupełnienie repertuaru technik, zwłaszcza w sytuacji gdy zależy nam na maksymalizacji zasięgu w walce jeden na jeden.

Blokowanie takiej głowni w jakikolwiek sztywny sposób nie ma sensu nawet przy użyciu ostrza. W realiach prawdziwej walki z pełną siłą uderzenia ten miecz jest w stanie przełamać praktycznie każdą obronę tego typu, jestem absolutnie przekonany że wersja ostra byłaby w stanie bez trudu np. amputować nogę w udzie, co wielokrotnie pojawia się w opisach walki.

Ciasna rękojeść zapewnia fantastyczną pewność chwytu, głowica minimalnie przeszkadza przy operowaniu mieczem za pomocą chwytu młotkowego  jednak jest to mocno odczuwalne dopiero po ok 100 uderzeniach w szybkiej serii i to tylko w sytuacji stopowania ruchu, czego w realnej walce raczej się nie wykonuje. Miecz prowadzony ze sztywnym nadgarstkiem  sprawdza się fantastycznie jako broń przełamująca. Jedną z ciekawszych rzeczy jakie zauważyłem przy okazji treningu tą bronią jest jej zdolność do odsłaniania przeciwnika przez wybijanie tarczy, jednak jest to możliwe tylko wtedy gdy tarcza jest za ciężka (jedna z naszych treningowych jest całkiem toporna). Na pewno był to jeden z powodów dla których tarcze z epoki były raczej lekkie.

Niezwykły efekt użytkowy daje przełożenie palca wskazującego przez jelec. Miecz wtedy zaczyna zupełnie inaczej leżeć w dłoni. Ta niewielka zmiana chwytu zamienia twardą przełamującą głownię w finezyjne narzędzie które idealnie pracuje przy pchnięciach i lekkich akcjach nadgarstkowych. Chwyt długi jest możliwy do wykonania ale linię lepiej trzyma się z przełożeniem palca przez jelec. O przekładaniu palca przez jelec wiadomo od dawna ale dopiero zastosowanie tego w mieczu o odpowiedniej wadze i wyważeniu uświadomiło mi jak mocno ten detal warunkuje technikę.

Mieczem nie da się nijak wykonać chwytu kciukowego ponieważ jelec jest na tyle gruby i szeroki, że kciuk zwyczajnie odstaje od głowni, sama zaś budowa rękojeści sprawia, że stosowanie go jest utrudnione – przejście z chwytu młotkowego do kciukowego wymagałoby przestawienia całego ułożenia dłoni na rękojeści.

Reasumując – ten miecz to doskonała broń swoich czasów, potężny oręż bitewny idealny do walki w bliskim bitewnym dystansie, nadający się do bardziej finezyjnej walki gdy używano go np. w pojedynku. W starciu z taką bronią nieopancerzony przeciwnik byłby bez szans, miecz tego typu był w stanie zadawać ziejące, głębokie rany oraz amputować kończyny. Nadawał się do pchnięć, uderzeń, cięć i zdecydowanie do terroryzowania każdego kto stał mu na drodze stąd nadałem mu imię Terror. Gdybym szedł do bitwy pieszej to własnie ten miecz zabrałbym ze sobą jako najefektywniejszą przełamującą broń bitewną w zestawie z dużą okrągłą tarczą w stylu germańskim.

DSC01222 DSC01223 DSC01224 DSC01225 DSC01226 DSC01228 DSC01264 DSC01268 DSC01269

2. Rekonstrukcja miecza z zamku Søborg w Danii przechowywanego w Muzeum Narodowym w Kopenhadze datowanego na 1100-1175 r. - producent Maciej Kopciuch

Wymiary oryginału:

Typologia: według Oakeshotta typ XI z głowicą typu A i jelcem typu 1, według Geibiga typ 9 z głowicą kombinowaną typu 16 wariant 1
Długość całkowita: 109 cm
Długość głowni od jelca: 93.8 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Wyważenie: 16 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 61 cm
Waga: 1200 g
Nr. inwentarzowy: D 8801
Uwagi: Peter Johnsson opracował ten miecz tak perfekcyjnie, że ciężko cokolwiek dodać w temacie. Szczerze polecam lekturę tekstu na temat tego miecza i wszystkich innych ze strony tak Petera Johnssona jak i Albion Swords.
Literatura i źródła zdjęć:

 

Zdjęcia oryginału:

4216317-seks-af-de-svrd-som-tidligere-er-fundet-ved-sborg-det-nye-fund-ligner-mest-nummer-to-fra-hjre Soeborg

Wymiary rekonstrukcji:

Długość całkowita: 105 cm
Długość głowni od jelca: 88,2 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 74 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 1,5 cm
Długość jelca: 20 cm
Szerokość jelca: 1,2 cm
Grubość jelca: 1 cm
Długość rękojeści: 11 cm
Waga: 1380 g
Wyważenie: 20 cm od jelca
Punkt Uderzenia (COP): 61 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – stal, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Miecz sygnowany obustronnie napisami +BENEDICoATNTIVoSEToMAoT+ i S(CT)SPETRN(NU)S. Podobnie jak w oryginale napisy są dobrze widoczne, pisane cienką zawijastą kreską. Idealnie został oddany styl napisu, został on wygrawerowany, w oryginale litery wypełnione były srebrem. Sprawę ostatecznego kształtu głowni tego miecza i rękojeści konsultowaliśmy kilka razy. Ostatecznie jako, że miecz miał być tępy zdecydowaliśmy o lekkim skróceniu głowni aby nie przesadzić z wagą i przeważeniem głowni ku przodowi. Głownia jest krótsza o 5,5 cm, mimo tego miecz nadal jest bardzo długi, oryginał przewyższał długością prawie wszystkie miecze jednoręczne swoich czasów. Była to typowa broń kawaleryjska, zaprojektowana tak aby łatwiej było dosięgać przeciwników z wysokości końskiego grzbietu, mimo tego dobrze sprawdza się też w walce pojedynkowej z tarczą zapewniając solidną przewagę dystansu. Oprawa rękojeści wzorowana jest na ikonografii z okresu i kilku zachowanych egzemplarzach w których występowało karbowanie różnego typu, rękojeść nie zachowała się w oryginale.

Zdjęcie rekonstrukcji:

10312508_477449169059106_7854884774711516406_n 10363973_477440799059943_4132123448092183425_n 10403366_479274265543263_8466771500254914953_n 10599345_479274145543275_340048158834334683_n 10599440_479274218876601_4722802007991077555_n 10599615_477454862391870_7128903258134952101_n DSC01162 DSC01168   Soeborg2

DSC01172DSC01170

Cechy użytkowe:

Jest to broń o niesamowitej i niepowtarzalnej dynamice. To z kolei jest pierwsze wrażenie jakie pojawia się przy walce tym mieczem, który niewątpliwie stanowi największą ozdobę mojej kolekcji. Przy wykonywaniu akcji nieomal namacalnie czuć jak masa miecza przepływa w stronę sztychu podczas uderzenia. Miecz trzymany pionowo wydaje się lekki jak piórko, praktycznie nie czuć jego wagi, gdy broń wychyla się od pionu do kąta ok 45 stopni jej waga zaczyna być bardzo wyraźna, gdy dochodzimy do ułożenia horyzontalnego otrzymujemy pozycję w której miecz leży w dłoni dość ciężko, utrzymanie go w tym ułożeniu w poziomym sztychu, znanym z wielu przedstawień walki kawaleryjskiej jest możliwe, staje się jednak dużo łatwiejsze po przełożeniu palca wskazującego przez jelec. Taką sugestię co do techniki podał również w swoich tekstach Peter Johnsson, z którym pod tym względem całkowicie się zgadzam.

Jest to typowy długi normański miecz kawaleryjski idealnie nadający się do rażenia przeciwników z wysokości końskiego grzbietu. Przy walce pieszej, zwłaszcza w warunkach bitewnego ścisku, tak długa głownia raczej by przeszkadzała niż pomagała, jednak w warunkach pojedynku znaczna długość głowni zapewnia znaczną przewagę dystansu, co oczywiście wraz z odpowiednią siłą uderzenia można wykorzystać.

Miecz ten nadaje się dokładnie do tego do czego został zaprojektowany – głownia raz puszczona w ruch prowadzi się zadziwiająco pewnie, uderzenia są czystą przyjemnością, prawie nie wymagają przyłożenia dodatkowej siły. Przy uderzaniu z konia wystarczyłoby puścić ramie w ruch na zasadzie wiatraka bez zawracania sobie głowy finezyjnym fechtunkiem.

Mieczem tym można wykonać pełny repertuar technik jeśli chodzi o chwyty rękojeści, uderzenia i pchnięcia. Rękojeść jest trochę dłuższa niż we wcześniej opisanym egzemplarzu, dzięki czemu nie ma problemów z uderzaniem głowicy o nadgarstek. Nadgarstek może też pracować nieco luźniej, stąd chwyt długi w wypadku tego miecza może przyjąć zarówno formę opisaną przez Petera Johnssona jak również wariant z chwytem młotkowym i ugiętym nadgarstkiem. Obie metody działają dobrze pod warunkiem, że nie staramy się w żaden sposób stopować broni w trakcie wykonywania akcji, oba chwyty są za słabe aby skutecznie zatrzymać uderzenie tak długą głownią z tak mocno przesuniętym środkiem ciężkości. Przy stosowaniu chwytu młotkowego w wersji sztywnej zasięg się zmniejsza ale prowadzenie broni staje się wyraźnie łatwiejsze.

Do sztychów i sztychowej walki kawaleryjskiej na wyprostowanej ręce najlepiej nadaje się poprzednio wspomniany chwyt z przełożeniem palca wskazującego przez jelec. Chwyt kciukowy jest bardzo wygodny, dobrze dopasowany, nie sprawia jakichkolwiek problemów. Przy walce pieszej ustawienie miecza w pozycji do sztychów górnych i dolnych jest niezwykle intuicyjne, długa głownia stabilizuje linię sztychu, wyraźnie widać że w epoce w której ta broń powstała zmierzano w kierunku zapewnienia maksymalnej ergonomii wykonywania tej akcji.

Długi jelec w połączeniu z szeroką głowicą nadaje się do uderzania w tarczę bez narażania dłoni na uszkodzenie, jelca można też użyć do wyhaczania tarczy przeciwnika, jednak broń ta zdecydowanie nie jest przeznaczona do walki w tak ciasnym dystansie. Prawidłową techniką walki pieszej byłoby w tym wypadku mocne sztychowanie, granie dystansem itd.

Dla uzyskania pełnego potencjału ofensywnego należy tym mieczem przede wszystkim wykonywać uderzenia z całego ramienia z dodaniem kroku, co wymaga odpowiedniej przestrzeni, zamiennie można używać sztychów, finezyjna nadgarstkowa szermierka tą bronią jest dość problematyczna, wykonalna przy odpowiedniej ilości treningu, jest dość prawdopodobne, że w walce pieszej przeciwko opancerzonemu przeciwnikowi używano przy głowniach tego typu chwytu dwuręcznego, co zdarza się widzieć na ikonografiach. Ułożenie drugiej dłoni na głowicy jest bardzo wygodne, miejsca wystarcza do położenia jednego palca na rękojeści.

Chwyt dwuręczny maksymalizuje możliwą do wygenerowania siłę, jednocześnie skraca dość znacznie dystans optymalny walki tą bronią. Mam tu oczywiście na myśli dystans optymalny w walce pieszej gdy ilość dostępnej przestrzeni jest ograniczona. Jeśli walczyłbym z konia zdecydowanie zabrałbym ze sobą ten własnie miecz w komplecie z tarczą migdałową lub trójkątną.

DSC01273 DSC01260 DSC01259 DSC01258 DSC01257 DSC01256 DSC01255 DSC01254 DSC01253

DSC01252 DSC01251

3. Typowy miecz trzynastowieczny łączący cechy miecza ze Szczecina i z Malborka - producent Maciej Kopciuch

Wymiary rekonstrukcji:

Typologia: według Oakeshotta typ XII głowica typu J jelec typu 1
Długość całkowita: 97 cm
Długość głowni od jelca: 81 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 5,5 cm
Długość zbrocza: 53 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 1,7 cm
Długość jelca: 19,5 cm
Szerokość jelca: 1 cm
Grubość jelca: 1,2 cm
Długość rękojeści: 10 cm
Waga: ok. 1200g
Wyważenie: 13,5 cm
Punkt Uderzenia (COP): 53 cm
Materiał: głownia tępa – stal jednolita 54HRC, oprawa rękojeści – stal, rękojeść – drewno i skóra
Dodatkowe uwagi: Nigdzie niestety nie znalazłem wymiarowania oryginałów na podstawie których miecz powstał jednak w tym wypadku rekonstrukcja była tworzona po wizycie w muzeum i obejrzeniu oryginałów, można więc przyjąć, że całość jest zbliżona do standardu najbardziej jak to tylko możliwe. Ogólny kształt głowni i napis zostały wzięte z miecza przechowywanego w Muzeum Narodowego w Szczecinie pochodzącego z nieznanego miejsca w Polsce. Oryginał był sygnowany obustronnie napisem +NRCDISEC+NRCDISEC+NRCDISIG+ERCDISIG+NRCDISII z jednaj strony i +NRCDISIC+ENSNRCH+NRCDISDV+ERCDISIA z drugiej, w oryginale litery były wypełnione złotym metalem. Napis na moim mieczu jest kombinacją elementów tych napisów, natomiast głowica została wzięta z miecza malborskiego. Oba egzemplarze są bardzo podobne jeśli chodzi o wszystkie detale konstrukcyjne (kształt, długość głowni etc.). Miecz malborski ma trochę dłuższe zbrocze. Głowice wykonywane z metali kolorowych były w średniowieczu niezwykle popularne, zdają się nawet przeważać liczebnie nad ich żelaznymi odpowiednikami. O popularności mogła tu decydować łatwość produkcji seryjnej, większa waga materiału oraz względy symboliczne. Treść napisu na mieczu do dziś nie została rozszyfrowana mimo, że jest to jedna z najdłuższych inskrypcji tego typu znanych z terytorium Polski.
Literatura:

  • M. Głosek, Znaki i napisy na mieczach średniowiecznych w Polsce, Ossolineum, Wrocław 1973, s. 109.

Zdjęcia oryginału:

DSC_0851 DSC_0857 DSC_0858 DSC_0859 DSC_0860 DSC_0865 DSC_0866 DSC_0875 DSC_0880 miecz_szczecin_muzeum_NAPISY_black szczecin wizualizacja_miecz1a

Zdjęcie rekonstrukcji:

10411283_450400645097292_2798119631123762545_n DSC01163 DSC01173 DSC01177 nrc_01 nrc_02 nrc_03 sword2 7352_467159183421438_5648465214217736764_n

Cechy użytkowe:

O ile poprzednio omówione miecze były do pewnego stopnia wyspecjalizowanymi konstrukcjami predestynowanymi do używania ich w konkretnych sytuacjach, o tyle w wypadku tego miecza mamy do czynienia z niesamowicie wszechstronną bronią nadającą się do walki w każdej sytuacji. Z jednej strony jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego (w realiach walki bitewnej lepiej sprawdziłby się wiking, w walce z konia zaś Søborg), z drugiej jednak strony w sytuacji codziennego życia, podróży, poruszania się ten miecz jest niezastąpiony. Głownia jest dość długa, lekka i fantastycznie wyważona. Miecz idealnie nadaje się do technicznego fechtunku, prowadzeniu akcji ze związań. Jego największą zaletą jest właśnie szybkość, mobilność, doskonałe wyważenie. Oczywiście można tego miecza użyć do walki w ciężkim opancerzeniu ale przypomina to trochę kastrację. Tego typu broń idealnie sprawdza się w pojedynkowej i traktatowej walce bez pancerza.

Ze względu na cechy fizyczne i wszechstronność nic nie ogranicza repertuaru technik możliwych do wykonania tym mieczem, nie zaryzykowałbym też stawiania jakiejkolwiek tezy o przewadze jednych technik nad innymi w jego wypadku, tutaj praktycznie wszystko zależy od indywidualnych preferencji. Miecz przez swój kształt idealnie nadaje się do pchnięć, bez problemu można zastosować w nim zarówno chwyt kciukowy jak i przełożenie palca wskazującego przez jelec.

Chwyt młotkowy może być zarówno stosowany sztywno jak również z pełną ruchomością nadgarstka. Miecz nadaje się zarówno do uderzania z całego ramienia jak również do wykonywania szybkich strzałów nadgarstkowych. Chwyt długi w tym wypadku byłby raczej formą preferowaną w obu wariantach, można nawet dodać kolejną formę w której kciuk ułożony jest wzdłuż rękojeści (co jest słabo udokumentowane dla średniowiecza jednak w późniejszych epokach staje się często akcją preferowaną zwłaszcza w hiszpańskich dziewiętnastowiecznych szablach konstruowanych specjalnie pod ten chwyt). Chwyt tego typu moim zdaniem da się dostrzec np. w scenie rzezi niewiniątek ze Złotego Kodeksu Pułtuskiego z ok 1080 r.

Możliwe jest wykonanie chwytu dwuręcznego ale jest to w tym wypadku raczej przerost formy nad treścią. Niewielka waga broni zapewnia pełną swobodę ruchów przy chwycie jednoręcznym, chwyt dwuręczny nic nie daje, a raczej ogranicza. Okrągła niewielka głowica wraz z budową rękojeści tworzą zestaw w którym nic nie przeszkadza przy wykonywaniu ataków, trzymanie przeciwnika na dystans statycznym chwytem długim ze sztychem jest lekkie, łatwe i przyjemne, dodawanie przełożenia palca przez jelec nie jest konieczne. Można to wykorzystać zarówno do grania dystansem w walce pieszej jak i w walce konnej.

Gdybym miał walczyć w pojedynku posługując się lekką tarczą trójkątną lub puklerzem, a zwłaszcza gdybym miał walczyć bez uzbrojenia ochronnego np. broniąc się podczas napadu na drodze podczas cywilnej podróży, ten własnie miecz zabrałbym ze sobą jako najbardziej wszechstronny, lekki oręż zapewniający możliwość wykonania wszelkich znanych z walki mieczem akcji szermierczych. Niezbyt długa głownia, waga broni itd. sprawiają że miecz nie zawadza, dobrze sprawdzałby się w walce w ciasnych pomieszczeniach, byłby też dobrą bronią boczną dla lekkiej trzynastowiecznej piechoty.

DSC01242 DSC01243 DSC01244 DSC01245 DSC01246 DSC01247

DSC01261 DSC01272

4. Turniejowy miecz wczesnośredniowieczny IX-X w. – producent Wojciech Szanek

Wymiary miecza:

Typologia: dwuczęściowa głowica z trzema wypustkami z dominującym środkowym z lekko wygiętą podstawą i lekko wygiętym dość masywnym jelcem najlepiej pasuje do typu VI według typologii R.E.M. Wheelera, jednak z tego co mi wiadomo miecz nie jest interpretacją konkretnego znaleziska.
Długość całkowita: 92 cm
Długość głowni od jelca: 73 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 71
Szerokość zbrocza przy jelcu: 3,5 (a w zasadzie 1 cm od jelca, zbrocze nie wchodzi pod jelec)
Długość jelca: 11 cm
Szerokość jelca: 2 cm
Grubość jelca: 1,2 cm
Długość rękojeści: 11,5 cm
Waga: ok 1000 g
Wyważenie: 7 cm
Punkt Uderzenia (COP): 42 cm
Materiał: bardzo sprężysta i jednocześnie dość twarda stal jakościowa, skóra na rękojeści pod spodem prawdopodobnie oplot sznurowy
Dodatkowe uwagi: Odstępstwa od orygianłów w tym wypadku to: głownia zaklepana na dwuczęściowej głowicy, za szerokie zbrocze poprowadzone po prawie całej szerokości głowni ale nie wchodzące pod jelec, za długa rękojeść, za bliski punkt wyważenia, za duża sprężystość głowni, za mała waga jak na standard epoki. Zwróćcie też uwagę że COP wypada tu niemal w połowie długości głowni – tym mieczem nawet po naostrzeniu nie dało by się ciąć efektywnie.

Zdjęcia:

DSC01166 DSC01179

Cechy użytkowe:

Odnośnie tego miecza mam jedną ciekawą obserwację. Zrobiłem mały eksperyment dając kilku osobom wszystkie wymienione miecze do ręki, a następnie prosząc o przetestowanie tego własnie miecza. Wrażenia były całkowicie zgodne i dobrze oddaje je określenie użyte przez wszystkie wymienione osoby, mianowicie „zabawka”. Słowa tego użyli wszyscy i jakkolwiek mieczowi nic nie można zarzucić jeśli chodzi o jego turniejową użyteczność, o tyle jego waga, wyważenie, dynamika, kształt głowni, rękojeści, jednym słowem wszystko nijak nie odpowiada oryginałom ani nawet ich nie przypomina.

Spośród wszystkich mieczy tu opisanych ten zdecydowanie najbardziej odstaje od rzeczywistości, jednocześnie pod względem możliwości wykonywania akcji szermierczych ten miecz przebija wszystkie wyżej wymienione.  Za długa rękojeść umożliwia wykonywanie wszelkich możliwych do wyobrażenia akcji nadgarstkowych, głowica o nic się nie blokuje, nie uwiera. Wszystkie chwyty miecza możliwe do wykonania mogą w tym mieczu być zastosowane. Punkt wyważenia ok 7 cm od jelca sprawia że miecz ten jest szczególnie efektywny własnie przy fechtunku bardzo szybkim, nadgarstkowym i walki uderzeniami. Jeśli chodzi o pchnięcia oczywiście są możliwe ale przeważenie ku rękojeści połączone z dość krótką głownią nie pomaga w ustawianiu sztychu w linii.

Miecz kiepsko nadaje się do walki na związaniach bo jest bardzo elastyczny, zachowuje się trochę jak sprężyna. Elastyczność zapewnia my trwałość, mimo że miecz używany jest już ponad trzy lata nie widać na nim prawie śladów użytkowania – najgłębsza wżera na głowni ma poniżej 1 mm. Główne ślady użytkowania występują na oprawie rękojeści.

W praktyce nie da się opisać całego uczucia jakie towarzyszy porównaniu pierwszego z opisanych mieczy i tego egzemplarza. Różnica jest kolosalna własnie pod względem użytkowym. Z jednej strony mamy relatywnie ciężką sztywną bojową głownię o ciasnej oprawie rękojeści, z przeważeniem w stronę sztychu, która nadaje się do mocnej walki nastawionej na przełamujące uderzenia i siłę. Cała konstrukcja tej broni wymusza stosowanie konkretnych technik chwytu i nakłada bardzo wyraźne ograniczenia na nasz repertuar.

Z drugiej strony mamy lekką, elastyczną, krótką i wąską głownię przeznaczoną do szybkiego nadgarstkowego fechtunku z długą rękojeścią, przeważeniem blisko jelca którą można wykonać wszystko co sobie WYMYŚLIMY. W rezultacie mamy sytuację w której broń pozwala nam na sporo więcej niż realnie powinna. Wszelkie próby interpretacji realnych technik walki taką bronią są skazane na niepowodzenie ponieważ ulepszamy rzeczywistość. Jednym z głównych problemów jakie napotykamy interpretując techniki jest poznanie ograniczeń epoki. Bardzo łatwo jest dokonać nadinterpretacji ponieważ każdy kto poważnie zajmuje się tematem jest świadomy potencjału większej ilości technik niż tylko tych używanych w danej epoce. Zawsze istnieje pokusa założenia, że „ludzie wtedy byli mądrzy” i na pewno na pewne rzeczy wpadli skoro później lub wcześniej coś gdzieś się pojawia.

Niestety z problemami i percepcją problem polega na tym, że każdy rozwiązany problem wydaje się prosty i banalny, a każda stosowana technika wydaje się intuicyjna jeśli ją znamy. W praktyce pewne techniki zaczynają się pojawiać dopiero w bardzo określonym momencie historycznym, jeszcze trudniejszym zagadnieniem jest określenie szybkości rozprzestrzeniania się idei. Spójrzmy jak bardzo różnią się między sobą rozmaite późne szkoły walki mieczem długim, rapierem, szpadą itd. Z jednej strony wszystko jest podobne, z drugiej każdy mistrz, każda szkoła jest w pewien sposób wyjątkowa i indywidualna. W czasach wczesnego średniowiecza gdzie przekaz pisemny w tym temacie praktycznie nie istniał (a na pewno nie istniał w podręcznikowej i traktatowej formie) zagadnienie staje się jeszcze bardziej skomplikowane. Skazani jesteśmy na interpretację ikonografii, opisów literackich, kronikarskich i badanie samego narzędzia, po to raczej aby określić maksymalny zakres możliwości niż dokładny obowiązujący zawsze zestaw technik. Jeśli narzędzie którego używamy nie odpowiada realiom epoki wszystko co robimy staje się absolutnie niemiarodajne.

Oczywiście miecze w epoce były różne, rozstrzał cech użytkowych jest bardzo wyraźny i zdarzały się egzemplarze mniej lub bardziej predysponowane do konkretnej formy walki, istnieje jednak coś takiego jak standard, zwłaszcza że do naszych czasów dotrwało kilka tysięcy zachowanych egzemplarzy. Odtwarzając zawsze należy skupiać się na tym co było typowe, zamiast szukać na siłę wyjątków.

DSC01229 DSC01230 DSC01231 DSC01232 DSC01233 DSC01234

DSC01249 DSC01270

5. Ostry miecz wczesnośredniowieczny IX-X w. – producent ARMA Maciejko

Wymiary miecza:

Typologia: głownia wszystkimi parametrami mieści się w typie 4 Geibiga, oprawa rękojeści z tego co wiem nie była wzorowana na żadnym konkretnym znalezisku. Ogólnie pięcioczęściowa głowica pasuje do typu R według J. Petersena, minimalnie ugięty jelec znajdziemy w typie Y oraz w typie VII według R.E.M. Wheelera
Długość całkowita: 92 cm
Długość głowni od jelca: 74 cm
Szerokość głowni przy jelcu: 4,5 cm
Długość zbrocza: 69 cm
Szerokość zbrocza przy jelcu: 2,5 cm
Długość jelca: 11 cm
Szerokość jelca: 2 cm
Grubość jelca: 1 cm
Długość rękojeści: 11,5 cm
Waga: ok 1100 g
Wyważenie: 10 cm
Punkt Uderzenia (COP): 50 cm
Materiał: sztywna i twarda stal wysokowęglowa, na rękojeści oplot skórzany.
Dodatkowe uwagi: Gdy zestawimy ze sobą ten miecz z egzemplarzem opisanym wyżej szybko okaże się, że parametry są bardzo zbliżone, a jednocześnie w kilku istotnych miejscach zupełnie inne, dzięki czemu miecz jest o wiele lepszą rekonstrukcją. Uwagę zwraca zwałszcza COP (50 cm zamiast 42), lepszy profil głowni, lepsza sztywność, trochę dalsze wyważenie, trochę większa waga ale te 3 cm i 100 g decydują o tym że miecz mieści się w dolnej granicy tolerancji, przed ostrzeniem miecz ważył ok 1300 g dzięki czemu wyważenie było ok 15,5 cm od jelca. Uzasadnienia źródłowego nie ma dodanie rowków na jelcu, przedłużenie dzielenia głowicy na jej podstawę oraz ricasso powstałe wskutek ostrzenia oprawionego już egzemplarza. Rękojeść jest za długa. Poważnie zastanawiam się nad zmianą oprawy tego miecza na bardziej odpowiadającą oryginałom.

Zdjęcia:

DSC01165 DSC01181

Cechy użytkowe:

Ten miecz pod względem użytkowym plasuje się gdzieś pomiędzy mieczem produkcji Wojciecha Szanka i mieczem skandynawskim produkcji Macieja Kopciucha opisanym na początku. Pod względem zestawienia cech użytkowych mieści się gdzieś w dolnej skali egzemplarzy znanych z epoki jeśli chodzi o wagę i wyważenie.

Typologicznie miecz jest raczej wariacją na temat. Kształt głowicy jest mocno nietypowy choć zasadniczo jest to typowa dwuczęściowa duża głowica wczesnośredniowieczna podzielona na pięć wypustków z dominującym centralnym. Lekko wygięte jelce w epoce się zdarzały od wieku X, niestety rękojeść jest zdecydowanie za długa, tego elementu nie da się obronić. Mieczem tym da się przeprowadzać sensowne testy cięć jednak trzeba zwracać uwagę na chwyt i pracę nadgarstkiem aby nie wypaczać techniki. Zdecydowanie planuję dodanie do kolekcji jeszcze jednego ostrego egzemplarza odpowiadającego specyfiką pierwszemu z opisanych tu mieczy.

Głownia została przerobiony na wersję ostrą z tępego egzemplarza, dlatego przy jelcu pojawia się ricasso. Oczywiście egzemplarze historyczne go nie posiadały, głownie były ostrzone na całej długości. Nie przeszkadza to przy standardowych cięciach wykonywanych na odpowiednim dystansie, przy chwycie z przełożeniem palca wskazującego przez jelec brakuje elementu kontaktu palca z ostrą głownią. Ciężko w tej sytuacji zweryfikować, które elementy techniki mogłyby być problematyczne.

Stal użyta w tym mieczu ma bardzo dobre, wzorcowe wręcz właściwości dla stali jednorodnej – jest dość sztywna i twarda. Dzięki temu naostrzenie głowni było możliwe. W wersji tępej miecz mimo ok 7 lat użytkowania (w tym 4 w moim wykonaniu) praktycznie nie posiadał szczerb ani głębokich wżerów. Miecz pochodzi z czasów w których głownie Maciejki były jednymi z lepszych dostępnych na rynku. W obecnej chwili właściwości fizyczne głowni od tego producenta są tak różnorodne, że bardzo ciężko stwierdzić jakiej klasy miecz wpadnie nam w ręce. Osobiście byłem świadkiem sytuacji gdy do nas i do jednej z zaprzyjaźnionych grup dotarły w odstępie tygodnia dwie paczki. W jednej były miecze wykonane z bardzo przyzwoitej stali, w drugiej miecze po pierwszym treningu miały wżery głębokości 3-5 mm.

Mieczem tym można wykonać pełen repertuar technik w tym również chwyt kciukowy ponieważ jelec jest wąski i cienki, nie przeszkadza w ułożeniu kciuka na płazie. Za długa rękojeść nie przeszkadza przy akcjach nadgarstkowych. Głownia ma odpowiednią sztywność, dzięki czemu tnie całkiem nieźle zarówno cele miękkie jaki i np. zbitki młodych gałęzi oraz tarczę. W tym ostatnim wypadku maksymalnym efektem uderzenia jaki udało mi się uzyskać było rozłupanie tarczy drewnianej oklejanej lnem migdałowej uderzeniem górnym wzdłuż słojów do głębokości ok 40 cm, nie ulega wątpliwości, że taki atak zakończyłby się co najmniej uszkodzeniem ręki przeciwnika za tarczą.

Osobiście myślę że ostra wersja pierwszego z opisanych mieczy byłaby zdolna ciąć jeszcze efektywniej ze względu na większą wagę i dalej przesunięty punkt wyważenia. Głownia w tym mieczu na skutek ostrzenia została lekko ścieniona, poważne znaczenie dla efektywności mogłoby mieć również zmienienie profilu ostrza. Miecz ostrzony jest w kąt ostry podczas gdy oryginały raczej miały profil podobny do soczewki. Profil tego typu idealnie nadaje się do przecinania nieopancerzonych przeciwników (jest charakterystyczny np. dla mieczy japońskich).

Grubość głowni może mieć kapitalne znaczenie przy ocenie klinowania się ostrza w tarczy podczas uderzenia. Cienka głownia ma wyraźną tendencję do więźnięcia w deskach – po wbiciu miecz ciężko wyciągnąć (a mówiąc ciężko mam na myśli np. dwuręczne szarpanie z całej siły po stanięciu na tarczy celem jej przytrzymania trwające kilkanaście sekund). Szersza głownia łupałaby deski. Przypomina to trochę porównywanie efektywności siekiery do topora. Głownie wczesnośredniowieczne najczęściej nie były cieniowane w płaszczyźnie bocznej, utrzymywały równą grubość na całej długości i mogło to wynikać właśnie z tego aby zapobiegać grzęźnięciu głowni w tarczy przeciwnika.

Reasumując, mój ostry miecz jest całkiem niezły do tego aby oswoić się z ostrą bronią, wyrobić podstawowe dobre nawyki, poćwiczyć linie uderzeń i techniki cięcia. Jednocześnie ze względu na błędy konstrukcyjne (ricasso, długa rękojeść, za mała grubość głowni, nie do końca prawidłowy profil ostrzenia) nie nadaje się do oceniania rzeczywistej efektywności głowni historycznych ponieważ pewne elementy są niemożliwe do oceny, inne mogą powodować wyraźne wypaczenie wyników testów. Z tej właśnie przyczyny do przeprowadzania w pełni wiarygodnych testów będę potrzebował uzupełnienia kolekcji o jeszcze jedną ostrą głownię idealnie odpowiadającą egzemplarzom historycznym.

DSC01235 DSC01236 DSC01237 DSC01238 DSC01239 DSC01240 DSC01241 DSC01250 DSC01271

Wnioski

Myślę że wnioski z tego całego tekstu są dość jasne. Dla ułatwienia postaram się je wypunktować.

Nie jest możliwe wyciąganie jakichkolwiek wiążących wniosków dotyczących sposobów walki, stylu, technik i efektywności broni z epoki bez posługiwania się w walce bronią odpowiadającą DOKŁADNIE temu co znamy z wykopalisk.

Posługiwanie się bronią, która nie jest dobrym odwzorowaniem powoduje nie tylko wypaczenie techniki używania broni ale też wprowadza do repertuaru technik całą masę elementów które w epoce były nieznane lub ich wykonanie nie miałoby sensu. W efekcie to co można obserwować nijak nie przystaje do realiów.

W mojej osobistej opinii na polskim rynku jest w tej chwili tylko jeden wytwórca mieczy historycznych. Osobą tą jest Maciej Kopciuch który stworzył trzy pierwsze opisane egzemplarze. Nie jest tak, że inni polscy wytwórcy nie są w stanie stworzyć mieczy odpowiadającym oryginałom, gdybym twierdził coś takiego obraziłbym niesłusznie wielu dobrych producentów. Problem polega na tym, że producenci owi w standardzie takich mieczy nie oferują, a dodatkowo gdy przyjrzymy się szczegółom wykonania różnych elementów bez problemu znajdziemy liczne błędy i wypaczenia. Diabeł tkwi w szczegółach.

Przez kilkanaście lat mojej zabawy w rekonstrukcję miałem w dłoni kilkaset mieczy, bardzo różnych producentów i dopiero miecze Macieja mogę uznać za zakup naprawdę wart swojej ceny. Na mieczach tych nie znajdziemy nic co by nie było odwzorowaniem oryginałów. Najdrobniejsze detale konstrukcyjne w stylu młotkowania na głowicy, drobne niedoskonałości nadające mieczom indywidualny charakter to elementy które bez trudu znajdziemy w historycznych odpowiednikach, a zdecydowanie brakuje ich w idealnych konstrukcjach najbardziej uznanych na rynku producentów np. Albiona. Jeśli do tego dodamy niezwykle łatwy kontakt z producentem (uzgadniamy najdrobniejsze detale), wzorową terminowość (co do dni) i świetną cenę (serio, porównajcie z wytwórcami do których warto porównywać, a nie z najtańszymi producentami na rynku) oraz wiedzę ekspercką (starczy spojrzeć na stronę Mieczy Średniowiecznych przez którą można się z nim skontaktować) myślę że Maciej Kopciuch wyznaczył na rynku zupełnie nowy standard do którego innym producentom ciężko będzie się zbliżyć.

Postscriptum

Gwoli wyjaśnienia aby nie było nieporozumień – mój huraoptymistyczny opis mieczy produkcji Macieja wynika całkowicie z tego, że jestem zadowolonym klientem. Nie dostałem za to kasy, nikt mnie o pisanie tej recenzji nie prosił, jedyne co z Maciejem uzgodniłem to zgoda na wykorzystanie w tekście jego zdjęć, które były niezbędne i za co w tym miejscu bardzo dziękuję. Napisałem recenzję bo uważam, że dobrych rzemieślników warto wspierać. Inaczej rzucą swoje rzemiosło albo wyjadą za granicę gdzie ich praca zostanie należycie doceniona, a my nadal będziemy skazani na współpracę z ludźmi, którzy albo mają niewielkie pojęcie o tym czym się zajmują, albo mają „w głębokim poważaniu”  klienta ignorując kontakt z nim miesiącami, albo też dyktują ceny nieprzystające do realnej wartości tego co radośnie produkują. Nie kieruję tych słów pod adresem jakiegokolwiek konkretnego producenta, jest to ogólna obserwacja rynku z którą, jak sądzę, zgodzi się wiele osób, którym zdarzało się zamawiać miecze od różnych rzemieślników.

Zderzenie realizmu z rekonstrukcją we wczesnośredniowiecznej walce mieczem. Część pierwsza – miecze

niedziela, 21 Wrzesień 2014

Słowem wstępu

W artykule tym zajmę się kwestią śmierdzącą jak hákarl, dlatego zanim przejdę do meritum, chciałem na wstępie powiedzieć słów kilka na temat celu w jakim ten tekst powstaje. Jak widać po powyższej linijce nie zamierzam silić się na przesadną naukowość, myślę że ważniejsza jest w tym wypadku jasność przekazu.

Po pierwsze nie jest moim celem atakowanie kogokolwiek, celem nie jest również przekonywanie kogokolwiek na siłę i spory o to „czyje karate jest lepsze”. To nie tak. Celem podstawowym tego tekstu jest zwrócenie uwagi na podstawowe problemy związane z walką rekonstrukcyjną w odniesieniu do źródeł, kwestie bezpieczeństwa celowo pomijam.

Z drugiej strony celem tekstu jest dotarcie do pewnej szczególnej grupy odbiorców, która jest zainteresowana większym realizmem walki i stworzeniem nowej konwencji.

Celem pośrednim jest podważenie twierdzenia, niezwykle popularnego nie tylko wśród rekonstruktorów, ale również wśród naukowców, że o walce wczesnośredniowiecznej nic nie wiadomo. Przez ostatnie trzy lata absolutnie skupiłem się na temacie walki, przeczytałem dziesiątki tysięcy stron na temat, zgromadziłem blisko 3000 ikonografii z okresu VIII-XIV w., spędziłem setki godzin na treningach testując to co opisuję również z użyciem broni ostrej. Mimo tego nadal się uczę, a to co planowałem zawrzeć w formie krótkiego podsumowania w międzyczasie urosło do wielkości książki, której wydanie cały czas odsuwam w czasie, nie z powodu lenistwa, ale z powodu przytłoczenia ilością informacji których z uwagi na inne zajęcia nie mam kiedy dokładnie przetworzyć.

Nie napisałem tego aby się chwalić determinacją, ale po to aby na wstępie pokazać rzeczywisty problem. Problemem walki wczesnej nie jest brak źródeł tylko fakt, że nie zostały zebrane w jednym miejscu.

Wybaczcie, że nie podawał bibliografii, myślę że zdjęcia z podpisem na początek wystarczą. Ten tekst w założeniu ma być bardzo krótkim wstępem do zagadnienia, dlatego wolałem pisać w formie lekkostrawnej, łatwej do zrozumienia. Tekst dotyczył będzie tylko i wyłącznie walki mieczem, ponieważ o tym traktowała będzie książka. Dodam że pisząc te teksty opuściłem ¾ zagadnień, które wypunktowałem na wstępie jako warte omówienia, ostatecznie skupiłem się tylko na tym co miecza dotyczy najbardziej bezpośrednio.

O błędach w konstrukcji współczesnych mieczy można mówić długo, temat został już dość porządnie opracowany (linki poniżej), więc tego co zostało powiedziane nie będę powtarzał, skupię się w tym miejscu na istotnych cechach użytkowych oraz elementach pominiętych.

223 pchniecie, oburącz

Waga miecza

O tym jaka powinna być waga miecza jednoręcznego nie ma co rozprawiać, przyjęcie przedziału od 1,0-1,5 kg jako standardu jest bezpieczne praktycznie dla wszystkich mieczy jednoręcznych z okresu średniowiecza. Oczywiście zdarzały się egzemplarze minimalnie odbiegające od tego przedziału, jednak są one tylko potwierdzeniem reguły.

O wiele większym problemem niż sama waga broni jest dystrybucja masy na głowni. Zdecydowana większość producentów nie dba o to aby głownie posiadały odpowiedni, zwężający się, profil głowni nie tylko w płaszczyźnie szerokości, ale też grubości. Tutaj ważna uwaga – cieniowanie grubości głowni czasem było stosowane, czasem nie. Normalizacja tej cechy nastąpiła dopiero w epoce standaryzacji uzbrojenia regulaminowego. Dlatego wypadałoby przed wykonaniem rekonstrukcji dowiedzieć się jak zmienia się profil głowni konkretnego egzemplarza.

Z powodu złej dystrybucji masy, zwłaszcza miecze o dość długiej głowni, chodzą w ręce jak kij baseballowy, nawet mimo zachowania odpowiedniej wagi i wymiarów. Dystrybucja masy jest dla cech użytkowych o wiele ważniejsza niż waga bezwzględna i bardzo często jest tak, że miecze ważące stosunkowo mało czuje się w ręce bardziej niż ważące więcej tylko z tej przyczyny, że proporcje zostały zaburzone. Z tej przyczyny zawsze warto brać do ręki miecz przed zakupem, jeśli mamy taką możliwość. Opieranie się na samej wadze i wyważeniu może być niemiarodajne.

103 pchniecie

Sztywność głowni

W artykułach wspomnianych wcześniej ten element był poruszany, jednak dość mało zostało powiedziane o praktycznych konsekwencjach używania głowni zbyt elastycznych. Po pierwsze przy zderzeniu głownie takie zachowują się jak sprężyny – odbijają sie one od siebie i odskakują. Jest to bardzo niepożądane, bo często uniemożliwia pewne złapanie związania. Jeśli świadomie będziemy starali się uzyskać je mimo wszystko w efekcie wypaczamy technikę pracy na mieczu.

Rzeczą kolejną jest przełożenie takiej elastyczności na broń ostrą. Gdy tniemy różne cele, różna bronią, dość szybko daje się zauważyć pewne prawidłowości. Głownie można podzielić na takie, które wybaczają bardzo dużo (np. katana) i takie, w których złe prowadzenie uderzenia, złą częścią głowni, powoduje radykalny spadek efektywności cięcia (wszystkie proste głownie). Jednym z elementów decydujących o tym, czy miecz przechodzi przez cel łatwo, czy nie jest sztywność głowni. Głownie elastyczne, łatwo wpadające w drgania, drgają i wyginają się również przy uderzeniu w cel, utrudniając prowadzenie czystego cięcia.

Kolejnym elementem jest pchnięcie. Miecze praktycznie zawsze były konstruowane w taki sposób, aby nadawały się też do pchnięcia, nawet jeśli w danej epoce nie była to główna akcja ofensywna. Nie da się efektywnie pchać elastyczną głownią. Dlaczego o tym mówię skoro rzecz tyczy się mieczy ostrych? Ponieważ jesteśmy rekonstruktorami, a co za tym idzie powinniśmy rekonstruować jak najbliżej rzeczywistości. To że miecze którymi walczymy nie są ostre, nie oznacza, że można całkowicie zmodyfikować cechy fizyczne mieczy i oczekiwać, że walka jaką będziemy takimi mieczami prowadzić będzie podobna do realnej.

1 pchniecie odwrocone 2

Wyważenie

O tym też była mowa we wcześniejszych artykułach, ale ten akurat aspekt jest tak ważny i tak często źle rozumiany, że trzeba kilka rzeczy powtórzyć. Historyczne miecze zawsze miały wyważenie w jakiejś części głowni powyżej jelca. Dokładne miejsce wyważenia zmieniało się w zależności od konkretnego egzemplarza, jego przeznaczenia i epoki w jakiej miecz powstawał, jednak nigdy nie było tak, że o tym czy miecz jest dobry, czy zły decydował punkt wyważenia. Decyduje on tylko i wyłącznie o tym jakiego typu fechtunek może być wykonywany danym egzemplarzem. Broń wyważana w rękojeści pojawiła się bardzo późno, tego typu specyfikę miewały niektóre rapiery i szpady, broń dedykowana prawie wyłącznie lub wyłącznie do pchnięć. Dla takiej broni wyważenie blisko rękojeści ma sens. W przypadku broni siecznej, takiej jak miecze, wyważenie decyduje o tym czy dany egzemplarz przeznaczony jest głównie do fechtunku z nadgarstka, czy raczej z ramienia. Zdecydowana większość europejskich mieczy przeznaczona była do wykonywania akcji z ramienia przy dość sztywnym nadgarstku.

miecz skrocony wywazenie bliskie

Obecne realia walki punktowej wypaczyły miejsce wyważenia mieczy. Twórcy mieczy i ich użytkownicy zapomnieli o tym, że miecz służył do zadania przełamującego uderzenia, dlatego też musiał mieć środek ciężkości przesunięty do przodu. Bardzo rzadko znajdowane są egzemplarze historyczne ze środkiem ciężkości poniżej 10 cm od jelca, standardem jest przesunięcie między 15 a 20 cm, a zdarzają się egzemplarze mające środek ciężkości jeszcze dalej (przykład poniżej). Takie parametry dają konkretne korzyści nie tylko przy uderzeniu, które zyskuje odpowiednią siłę ale również przy ewentualnym kontakcie broni (dlaczego ewentualnym o tym w drugiej części artykułu).

 miecz wywazenie dalekie

Rękojeści

Było już sporo powiedziane na temat bylejakości wykańczania rękojeści, stosowania różnych dziwacznych materiałów i metod ich wykańczania, było wspomniane, że rękojeści w mieczach długich są za długie. Problem jest znacznie poważniejszy. Mówiąc wprost na kilkaset mieczy wczesnych, które miałem w dłoni przez wiele lat, trafiło się najwyżej kilka, w których długość rękojeści odpowiadałaby oryginałom.

Rękojeści mieczy jednoręcznych, zwłaszcza wczesnych, były ciasne. Długość 8-11 cm jest raczej standardem, dłuższe rękojeści trafiają się sporadycznie, co stanowi przy okazji bardzo mocny dowód na nieużywanie rękawic w tej epoce, najkrótsze mają poniżej 7 cm (poniżej). Oczywiście, jako że teraz rękawice są używane, rękojeści wydłuża się po to, aby dało się w nich takowy miecz złapać. To nie jest specjalny problem, o ile zostaje zachowana sensowna długość rękojeści i podstawowa funkcjonalność, a było nią stabilizowanie chwytu pomiędzy jelcem i głowicą, które to elementy dawały oparcie dłoni.

 miecz ciasny chwyt

Idealna rękojeść powinna być tak dopasowana, aby dłoń mieściła się wygodnie i jednocześnie opierała o oba elementy. To nie tylko wymusza stosowanie odpowiedniej techniki, ale też bardzo stabilizuje prowadzenie głowni w odpowiedniej płaszczyźnie, wzmacnia siłę uderzeń i utrudnia wytrącenie broni z reki. W trakcie długiej walki, gdy dłoń puchnie, dodatkowo stabilizuje to rękę i ułatwia utrzymanie broni, w takich sytuacjach przewaga takich ciasnych rękojeści staje się bardzo wyraźna.

Problem pojawia się w momencie gdy rękojeść zostaje wydłużona nadmiernie, a robi się to po to, aby umożliwić łatwiejsze prowadzenie akcji z samego nadgarstka, które przy odpowiednio spasowanej rękojeści zwyczajnie byłyby mocno niewygodne (głowica przeszkadza, uderza i klinuje się na przedramieniu). Historycznie gdy rękojeść była za krótka lub zamierzano do techniki dodać więcej akcji nadgarstkowych stosowano: przełożenie palca przez jelec lub ułożenie małego palca na głowicy, co często da się dostrzec na ikonografii, gdzie ostatni palec wyraźnie zachodzi na głowicę.

Ostre miecze i trening nimi

Każdy kto współcześnie walczy mieczem miał kontakt z różnego typu tępymi symulatorami broni z drewna i tworzyw sztucznych. Osoby trochę bardziej zaawansowane przesiadają się na stalowe tępe symulatory lepsze lub gorsze. Jedynie bardzo wąska grupa ludzi idzie o krok dalej i zaczyna używać „żywego ostrza”. W dalekowschodnich szkołach walki oraz w świecie DESW zdarza się to częściej, rekonstruktorzy używają ostrych mieczy tak rzadko, że ich pojawienie się na jakiejkolwiek imprezie od razu wzbudza sensację. Niestety nie przekłada się na zwiększenie nacisku na kontakt z bronią ostrą, a to jest bardzo poważny błąd.

Najczęściej grupy rekonstrukcyjne trenują z naciskiem na sparing i walkę turniejową. Nie należy przeceniać wartości sparingu. Wiele grup na treningach wyłącznie sparuje. Oznacza to, że z czasem osoby uczestniczące w takich walkach stają się mistrzami pewnej sparingowej konwencji, nie oznacza to, że stają się lepszymi wojownikami (pomijam ogólne zwiększenie sprawności fizycznej).

 30-01-10/48

Obecnie nie posługujemy się w walce ostrą bronią, używamy jedynie mniej lub bardziej oddających rzeczywistość substytutów. Z samego tego faktu tracimy łączność z realiami i nie jesteśmy do końca w stanie ocenić sensowności pewnych działań w rzeczywistej walce. Jeśli sparujemy i patrzymy na źródła, a następnie uczymy się posługiwać ostrą bronią w warunkach pozasparingowych, zyskujemy perspektywę, która zbliża nas do realiów najbardziej jak to możliwe. Wsłuchujemy się w głos ludzi z epoki, którzy walczyli lub przynajmniej przygotowywali się do walki ostrą bronią w sytuacji realnej walki, staramy się przełożyć ich doświadczenie na techniki walki jak najpełniej. Gdy tej perspektywy brakuje, uprawiamy fantastykę dopasowaną do ciasnej konwencji, w której się zamykamy. Jest to być może fajne, niesie sporo frajdy ale nie jest to realna sztuka walki.

Co więcej, trening wyłącznie za pomocą tępych symulatorów nie uczy odpowiedniego posługiwania się bronią, ani właściwego bezpiecznego obchodzenia się z nią. Broń ostra wymusza o wiele większą uważność, zmusza do stosowania działających technik, koryguje niedociągnięcia. Zdecydowanie nie zachęcam do jej używania osób początkujących, natomiast śmiałkom bardziej zaawansowanym, którzy zachcą spróbować przypomnę o kilku rzeczach których z ostrą bronią nigdy robić nie należy:

2594 wycieranie miecza

  • nie wbijaj miecza w ziemię
  • nie uderzaj w twarde cele do tego nieprzeznaczone
  • nie używaj w niekontrolowanym otoczeniu (ciasne wnętrza, dużo przypadkowych osób, dzieci, zwierzęta)
  • nie dotykaj głowni bez potrzeby, ani nie dawaj jej dotykać innym (ludzki pot zostawia ślady, najlepiej trenuj w cienkich skórzanych rękawiczkach)
  • nie chowaj do pochwy mokrej głowni (dokładnie wytrzyj głownię i nasmaruj odpowiednim olejem)
  • nie kładź miecza na trawie (kwaśny odczyn soku z trawy może powodować bardzo paskudne czarne wżery)
  • nie kładź gołego miecza pod nogami, w miejscach przypadkowych, tam gdzie chodzą ludzie (ogólnie jeśli odkładasz miecz najlepiej włóż go do pochwy)
  • nie używaj ostrej broni do sparingu (ćwiczenia w zwolnionym tempie, trenowanie ustalonych form jest dopuszczalne jeśli i Ty i Twój przeciwnik wiecie co robicie)
  • nie trenuj bez możliwości wezwania pomocy i bez podstawowej apteczki, najlepiej znajdź sobie partnera do treningu
  • nie dawaj do ręki broni przypadkowym osobom ani dzieciom
  • nie trzymaj broni w miejscu łatwo dostępnym dla przypadkowych osób lub dzieci
  • nie trzymaj broni w miejscu z którego można łatwo ją strącić
  • nie wyjmuj miecza z pochwy bez potrzeby, najlepiej stosuj bardzo ciasną lub odpowiednio zabezpieczoną pochwę (jest to jak najbardziej historyczne)
  • nie trenuj na śliskiej nawierzchni nawet w dobrym obuwiu, sprawdź teren (dołki, odchody zwierząt, wystające korzenie itp. elementy usuń przed treningiem)
  • nie trenuj jeśli nie czujesz że jesteś w świetnej formie lub po zażyciu środków zmniejszających sprawność psychomotoryczną jakiegokolwiek rodzaju
  • nie trenuj w słuchawkach na uszach (musisz kontrolować swoje otoczenie wszystkimi zmysłami)
  • nie trenuj w miejscach publicznych – polskie prawo nie traktuje ostrego miecza jako broni ale spróbuj wytłumaczyć to policjantom ;) Najlepiej poznaj dokładnie wykładnię prawną tematu i noś ją przy sobie na wszelki wypadek

 

Na koniec zastanów się, Czytelniku, ile punktów z listy naruszane bywa nagminnie przy treningu tępymi symulatorami broni. Myślę, że warto też obejrzeć poniższy film w który głos w temacie zabiera Roland Warzecha, moim zdaniem trafiając idealnie w punkt jeśli chodzi o powody, dla których należy trenować z użyciem ostrej broni również w konwencji lekkiego kontaktu:

 

 

Cześć Druga niniejszego tekstu, traktująca o najbardziej elementarnych różnicach w technice walki rekonstrukcyjnej i realnej, dostępna jest na stronie Mieczy Średniowiecznych w poniższym linku. Tekst tam opublikowany bierze udział w konkursie, zachęcam do zapoznania się z nim jak również z innymi tekstami konkursowymi oraz do głosowania na najlepszy artykuł. 

 

Artykuły konkursowe i zasady głosowania

Bezpośredni link do drugiej części tekstu:

Zderzenie realizmu z rekonstrukcją – techniki walki_Paweł Adamiec

 

 

Historyczna wyprawa na Giewont 26 IV 2014

czwartek, 1 Maj 2014

Słowem Wstępu

Na wstępie wypada wyjaśnić skąd wziął się pomysł na wyprawę i jak do niej doszło. Dwa tygodnie wcześniej siedzieliśmy i trenowaliśmy na osadzie u naszego znajomego Ingwara, którego w tym miejscu pozdrawiam. Kilka tygodni wcześniej Kondzisław z którym miałem przyjemność iść na tej wyprawie sam wyjechał w góry i planował zdobyć szczyt, przeszkodziło mu jednak nie do końca dobrze dobrane wyposażenie (za dużo sprzętu) oraz zamknięcie szlaku nad Przełęczą w Grzybowcu.

Od słowa do słowa stwierdziliśmy że nie ma mocnych na Eisenów. Nie udało się wtedy to uda się teraz. Postanowiliśmy ruszyć na wyprawę. Początkowo skład miał obejmować cztery osoby, ostatecznie poszliśmy we dwóch. Celem wyprawy miało być przede wszystkim zdobycie samego szczytu, później trening jeśli czas pozwoli. Z uwagi na lokalizację szczytu tym razem zrezygnowaliśmy z noclegu w terenie, nie był on zresztą konieczny do zrealizowania wyprawy.

 Wyposażenie historyczne

Obaj stwierdziliśmy że aby wyprawa miała sens należy zrealizować ją w historycznych strojach, zabraliśmy więc ze sobą komplet stroju i uzbrojenia jaki mógł charakteryzować lekkozbrojne oddziały działające w trudnym terenie górskim. Używaliśmy butów o podeszwach skórzanych, wełny, lnu, skóry tylko i wyłącznie.

Zrezygnowaliśmy z charakterystycznych dla wczesnego średniowiecza dużych tarcz na rzecz hipotetycznie występujących puklerzy (tarcz małych), które czasami pojawiają sie na ikonografiach i w opisach źródłowych. Moim osobistym zdaniem pchanie się w góry z dużą tarczą byłoby sporym utrudnieniem podczas marszu. Dodatkowo zabraliśmy miecze, hełmy normańskie z wytłumieniem, rękawice bojowe gdyby udało się zrealizować trening. Ja dodatkowo zabrałem na wyprawę skórzany plecak.

Jako prowiant wzięliśmy odrobinę (dosłownie odrobinę bo jakieś 100 gram) chleba i domowy wędzony schab (ok 100 g). Był to cały prowiant na trasę dla dwóch osób. Rano zjedliśmy odrobinę tłustej domowej wiejskiej kiełbasy i podobną ilość chleba, jednym słowem raczej przekąskę niż posiłek. Dodatkowo zabraliśmy cztery piwa.

 Elementy niehistoryczne

Dla wierności opisu je również wymienię. Dodatkowym uzupełnieniem płynów na trasie był jeden napój Oshee który został nam z dojazdu, uznaliśmy że może się przydać i faktycznie okazał się bardzo pomocny. Dodatkowo do plecaka zapakowałem awaryjnie współczesne buty taktyczne Magnum zdecydowanie nadające się do górskich wędrówek. Pamiętajmy że bezpieczeństwo na szlaku jest najważniejsze, nie wiedzieliśmy co spotkać nas może w drodze. Zabraliśmy mały kieszonkowy aparat, telefony komórkowe, dokumenty, pieniądze, paczkę fajek oraz zapalniczkę. W miarę marszu oczywiście ilość płynu i prowiantu zmniejszała się sukcesywnie, na dół znieśliśmy śmieci.

 Pogoda

Ten akurat element ewidentnie dopisał. Podczas całego marszu pogoda była bardzo dobra/dobra. Naprzemiennie występował mały deszcz, całkowite zachmurzenie, słońce itd. Mgła kilka razy się pojawiała i znikała, widoczność zawsze była przyzwoita jak na potrzeby wędrówki, dopiero na samym szczycie na chwilę otoczyło nas nieprzejrzyste mleko.

Warto dodać w tym miejscu, że ponad Przełęczą w Grzybowcu szlak na Giewont w dalszym ciągu jest zamknięty, tabliczki informacyjne odradzały marsz tą trasą aż do końca maja głównie z powodu zalegającego na trasie zlodowaciałego śniegu, który dla nas okazał się największym problemem. Śnieg leżał tylko w kilku miejscach jednak przeprawa przez nie była bardzo powolna i niezwykle trudna, osobiście kilka razy nieomal pełzałem po śniegu aby uniknąć ześlizgnięcia. Ktoś może powiedzieć w tym miejscu że powinniśmy zabrać raki i odnośnie tych odcinków ma rację, raki jednak na całej reszcie trasy bardzo utrudniałyby marsz.

Teren i szlak

Nieomal cały szlak wyłożony jest kamieniami w dość przypadkowy sposób. Raki nie wbiją się w kamień, zmniejszyłyby tylko przyczepność odrywając część stopy od podłoża. Byłyby bardzo użyteczne na naturalnych ścieżkach leśnych i w miejscach gliniastych, które też w kilku momentach były problematyczne.

Szliśmy na Giewont szlakiem czerwonym z Doliny Strążyskiej przez Polanę Strążyską i Przełęcz w Grzybowcu na Wyżnią Kondracką Przełęcz, stamtąd dalej szlakiem niebieskim aż na szczyt Giewontu.

Pierwsza część drogi aż do przełęczy, co ciekawe opisywana jako najłatwiejsza i najmniej problematyczna, dała nam solidnie w kość. Samo podejście z obecnej perspektywy faktycznie oceniam jako łatwe jednak w połączeniu z deszczem, zalegającą mgłą i ogólnie wilgotnością iście tropikalną stanowiło mordercze połączenie.

Zamierzałem maszerować w skórzni, co zdawało się dobrym pomysłem, jednak w 2/3 tego odcinka zdecydowałem się zdjąć ją mimo opadów deszczu i pozostać w samej lnianej koszuli. Dodało to kilka kilo w plecaku (na co psioczyłem prawie pod sam szczyt), jednak zapewniło lepsze dotlenienie organizmu.

Po minięciu przełęczy krajobraz szybko się zmienił, las został za nami, weszliśmy w strefę gór wysokich gdzie wszechobecna jest kosodrzewina. Powietrze wyraźnie stało się suchsze, wilgotność przestała być problemem. Ten kolejny odcinek, aż do początku szlaku niebieskiego, wspominam jako najprzyjemniejszą część trasy pełną fantastycznych widoków. Marsz stał sie prawdziwą przyjemnością.

Ostatni odcinek czyli szlak niebieski stanowił większe wyzwanie. W kilku miejscach trzeba było iść bardzo ostrożnie, wyraźnie zwiększyła się ilość śniegu zalegającego na trasie, temperatura spadła, chłód w połączeniu z wiatrem stał się bardzo wyraźny i w tym momencie skończyłem psioczyć na zabranie skórzni. Ostatnia prosta to etap zabezpieczony łańcuchami ułatwiającymi wejście na Giewont. Ten akurat odcinek oceniam jako jeden z łatwiejszych. Wspinanie się z łańcuchami nie stanowiło problemu.

Droga powrotna stanowi oczywiście lustrzane odbicie tego co opisałem wyżej z jedną zasadniczą różnicą. O ile wejście na Giewont było sporym wysiłkiem fizycznym, o tyle schodzenie nie było pod tym względem obciążające zupełnie. Zamiast tego schodzenie niesamowicie mocno obciążało psychikę.

Padający deszcz zamienił każdy kamień w potencjalnie niebezpieczną pułapkę. Dosłownie trzeba było kontrolować każdy krok, każde ułożenie stopy, a i tak przewróciłem się co najmniej 5-6 razy, kolejne kilkadziesiąt razy byłem o włos od utraty równowagi.

Śnieg który podczas marszu w górę był przeszkadzajką teraz zamienił się w realne zagrożenie, zwłaszcza że w wielu miejscach łamał się pod stopami w wyniku czego noga lądowała w głębokiej podśniegowej rozpadlinie. Naprawdę uważać trzeba było na 90% całej trasy co mocno spowolniło marsz powrotny, ryzyko złamania lub skręcenia nogi było ekstremalnie wysokie.

 Czas wyprawy

Według oznaczeń na szlaku którym maszerowaliśmy, podróż na szczyt Giewontu powinna zająć nam ok 3-4 h, a powrót ok 2,5 h. Niestety w realiach marszu historycznego o tej porze roku te wartości brzmią jak kiepski dowcip.

Do Zakopanego przyjechaliśmy przed 7:00 rano, do godziny 8:00 byliśmy już na kwaterze, zjedliśmy śniadanie. Ok 9:30 już byliśmy na trasie, a ok 10:00 weszliśmy na szlak. Na Giewoncie byliśmy ok godziny 16:00, czyli reasumując podróż w strojach historycznych zajęła nam prawie dwa razy dłużej niż to co sugerowały oznaczenia. Owszem, zrobiliśmy kilka przystanków po kilka minut, parę razy zamarudziliśmy aby popatrzeć na widoki ale w sumie najdłuższy postój nie trwał dłużej niż kwadrans.

Jeśli chodzi o drogę powrotną, do Zakopanego dotarliśmy po godzinie 20:00, w tym wypadku różnica w czasie jest jeszcze wyraźniejsza ponieważ mieliśmy o wiele mniej postojów na trasie. Tempo powrotu bardzo mocno warunkowały warunki pogodowe, o których wcześniej wspomniałem, choć nie da się ukryć że im dłużej trwało schodzenie tym szybsze było tempo. Prawdopodobnie jest to jedna z tych rzeczy, które można wypracować, można z czasem na oko oceniać jak stawiać stopy by uniknąć problemów.

 Ciekawostki na szlaku

Po pierwsze na marsz wybraliśmy bardzo dobrą porę pod tym względem, że nie było tłoku. Szlak na Giewont słynie z popularności, latem podobno przypomina autostradę. O tej porze roku nieomal nikogo nie spotkaliśmy. Owszem, w partiach leśnych mijało nas kilku turystów, jak również grupa biegaczy z obozu kondycyjnego (szacun dla tych państwa, podobno zbiegali ze szczytu!), jednak za przełęczą zrobiło się bardzo spokojnie. Na całej reszcie szlaku czerwonego w obie strony minęły nas dwie osoby. Dopiero pod szczytem, na skrzyżowaniu szlaków pojawiło się kilku turystów, wszyscy za to pytali czy w tych butach da się chodzić po górach :P

Po drugie rzeczą bardzo ciekawą było doświadczyć zmian klimatycznych między strefą lasu, górami i zmianami pogody. Zdajemy sobie sprawę że pogodę mieliśmy świetną ale zdecydowanie na takim marszu należy brać pod uwagę pełną rozpiętość aury.

Po trzecie spotkaliśmy trochę fajnych zwierzaków. Giewont jest jednym z jedynych miejsc w Tatrach gdzie zimują kozice górskie więc w okolicach szczytu natknęliśmy się na trzy oddzielne stadka, w sumie ponad 30 osobników, jeśli szacunki są prawidłowe oznacza to że widzieliśmy 1/10 całej populacji tych zwierząt po polskiej stronie gór.

Przed szczytem widzieliśmy również parę kruków co uznaliśmy za wyraźny znak Odyna, że wspiera naszą wyprawę. Po takim omenie nie mogło się nie udać ;)

 

Psychologia

O wysiłku mówić nie będę, był oczywisty. Trasa była trudna, nie przygotowywaliśmy się do marszu wcześniej w jakikolwiek dodatkowy sposób. Jednym słowem spakowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy. To co wypada poruszyć to aspekty psychologiczne. Mówiąc wprost niewiele brakło, a zawrócilibyśmy ze szlaku. Niewielka ilość pożywienia i obciążenie w połączeniu z wysiłkiem mocno siadły, zwłaszcza mi osobiście, na psychikę. W pewnym momencie podczas marszu niebieskim szlakiem, gdy już wiadomo było, że jest niedaleko byłem na skraju odpuszczenia zdobywania szczytu.

Są takie momenty gdy zwycięstwo jest bardzo blisko i jednocześnie niesamowicie daleko. Taki moment nastąpił gdy zobaczyłem krzyż i zdałem sobie sprawę, że czeka nas jeszcze ładny kawał wspinaczki na potencjalnie najtrudniejszym odcinku. Jestem absolutnie pewny że gdybym poszedł sam wtedy bym zawrócił i pewnie cały czas plułbym sobie w brodę, że nie dotrwałem.

To co mnie powstrzymało to ambicja, ponowne ubranie skórzni co zdjęło trochę ciężaru z pleców i oddanie plecaka Kondzisławowi, który cały czas maszerował bez obciążenia. Jako, że w plecaku był między innymi wspólny prowiant i woda to on poniósł plecak aż do przełęczy w drodze powrotnej. Droga powrotna całościowo była szkołą absolutnej koncentracji i skupienia uwagi, tak jak pisałem wcześniej.

 Wnioski z wyprawy

Jakkolwiek większość wyposażenia spisała się dobrze na uwagę zasługuje kilka rzeczy, które wyprawa nam uświadomiła. Po pierwsze absolutnym nonsensem było zabieranie ze sobą hełmów i rękawic. Owszem udało się je wtargać i nawet w sumie nie zawadzały ale mała jest szansa aby w realiach górskich rzeczywiście bardzo się przydały. Wydaje mi się, że przynajmniej część wojowników mogła rezygnować nawet z takiego uzbrojenia tylko po to aby się odciążyć i zyskać na mobilności.

Po drugie plecak okazał się bardziej przeszkadzać niż pomagać. Myślę że o wiele lepiej spisałyby się torby wieszane po bokach równomiernie rozkładające ciężar i dodatkowy tobołek na plecach np. przewiązany liną.

Po trzecie wiem już dokładnie dlaczego w pewnym momencie historii zaczęto stosować pochwy mieczowe wiszące pod kątem zamiast zwisających pionowo. Walory użytkowe przy wyciąganiu broni są tu oczywiste, jednak jestem przekonany, że dodatkowym powodem mogło być doświadczenie podróży w trudnym terenie. Pochwa zwisająca pionowo ma paskudną tendencję do zawadzania, mocno przeszkadza gdy trzeba przykucnąć, pochylić się podczas marszu itd. Przy wywrotce w jednym miejscu perfidnie głowica miecza wbiła mi się pod pachę, raz przy schodzeniu po stromiźnie miecz omal nie wysunął się z pochwy. Ogólnie nie polecam.

Jeśli chodzi o skórznię uczucia mam mieszane. Z jednej strony trzeba ją było nieść przez spory kawałek trasy, więc zawadzała, z drugiej okazała się bardzo pomocna na samej górze. Gdyby doszło do oberwania chmury lub burzy byłaby z pewnością nieoceniona, ogólnie lepiej jednak chyba w tym terenie spisałaby się wełna – ciepła, lekka i łatwa do transportu gdy nie jest potrzebna.

Ta diagnoza zdecydowanie została potwierdzona przez obserwacje Kondzisława, który szedł w wełnianych tunikach. Jego strój był lekki, oddychający i ciepły zarazem. Być może gdyby doszło do rzęsistej ulewy przewaga skórzni stałaby się widoczna, jednak na chwilę obecną należy uznać stosowanie wełny za bardziej optymalne.

Ogólnie w wyniku wyprawy dowiedziałem się jak wiele jeszcze muszę zmienić aby opracować optymalny zestaw marszowy. Plecak i skórznia np. wiele razy sprawdzały się świetnie na równinach, pochwa problemów nie sprawiała. Wystarczyło pójść w góry i całą piękną sielankę diabli wzięli ;)

Fantastycznie dla odmiany sprawdziła się cała reszta wyposażenia, zwłaszcza kaptur skórzany – lekki, zabezpieczający przed opadami, chroniący dokładnie to co trzeba aby zapewnić komfort podróży.

Ilość napojów i prowiantu okazała się wystarczająca, choć raczej jako opcja minimalna. Myślę że rezygnacja z bezsensownych ciężkich rzeczy i zabranie dodatkowej porcji mięsa, chleba i wody byłoby dobrym pomysłem. Koszula i spodnie lniane okazały się wystarczające na 2/3 trasy mimo opadów, buty wytrzymały choć zostały całkowicie przemoczone na odcinkach ośnieżonych.

Jednym słowem po tej wyprawie jesteśmy o wiele mądrzejsi, o wiele bardziej przygotowani do każdej wyprawy jaka mogłaby nas w życiu czekać. Było to niesamowite doświadczenie ale na koniec powiem – dzieci, nie próbujcie tego w domu ;) Mówiąc serio – to że udało nam się wrócić w jednym kawałku, bez kontuzji itd. zawdzięczamy głównie niezwykłej ostrożności, determinacji i po części wędrówkowemu doświadczeniu ale przede wszystkim szczęściu, które nas nie opuszczało ani na moment.

Po tym doświadczeniu o wiele bardziej rozumiemy co czuli krzyżowcy przeprawiający się przez góry i dlaczego stracili tam połowę armii. O wiele lepiej rozumiemy Hannibala i wszystkich tych straceńców, którzy nie mając wyjścia, musieli z górami się zmagać. Kończę ten opis wyrazem głębokiego szacunku dla tych wszystkich, którzy już tam zostali.

Autor opisu: Fiolnir

Autor zdjęć: Kondzisław i Fiolnir

O rekonstrukcji

piątek, 31 Maj 2013

W tym miejscu pojawiać się będą wpisy dotyczące wszelkich aspektów związanych z rekonstrukcją historyczną jako taką.  Zapraszam do śledzenia strony, za jakiś czas na pewno coś się tutaj pojawi :)