Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

O mrokach, ultrasach i nowej serii filmów + noworoczne życzenia :)

1 stycznia 2016  / Autor: Fiolnir

UWAGA!

Tekst zawiera szereg wyrażeń powszechnie uważanych za wulgarne. Nie podoba się, nie czytaj, (Twoja stara… to znaczy strata :P) zachęcam jednak do przeczytania przynajmniej ostatniego akapitu gdzie zamieszczam pewien komunikat :)

Za ten tekst podziękować musicie Kondzisławowi i Teodorowi, niech błogosławione będą jego Oczy Ważki :D Wielką pasją Teosia ostatnio jest wrzucanie starych fotek z dawno minionych mrocznych czasów, tak się złożyło że i z Kondzisławem ostatnio je przeglądałem. Cóż, „to se ne wrati” ale jak by to powiedzieć, wtedy było lepiej. I nie, naprawdę mnie nie pojebało ;)

Zacząć muszę od przyznania się. Jestem mrokiem. Cokolwiek nie zrobię, czegokolwiek nie stworzę zawsze jestem z tego jakoś tam niezadowolony. Zawsze widzę, że to co zrobiłem mogę zrobić lepiej, coś podciągnąć, coś zmienić. To naturalny element ewolucji, która nigdy się nie zaczęła i tak naprawdę nigdy się nie skończy. Zmiana i ruch oznacza życie, jest niezbędna do rozwoju.

Ewolucja reko i ewolucja w reko

W czasach dawno minionych, kiedy byłem gówniarzem (szumniej, nastolatkiem) zacząłem powoli wsiąkać w historię i „machać sobie kijami”. Nasza mielecka ekipa zajawkowiczów ganiająca z drągami po lesie była na tyle malownicza, że proponowano nam nawet bicie ludzi za pieniądze, bo też i trudno nas było wtedy odróżnić od mostowych trolli.

Do dziś mam śliczną szramę na ryju z tych dobrych starych czasów. Tu ukłon do Borysa, który zajebał mi grubą na cal dębową gałęzią, inicjując tym samym całą kolekcję dziar jaką przez lata zgromadziłem na facjacie :D

To co widać na zdjęciach niżej to absolutny wypas – zbroja wykonana z jechanych na szlifierce płytek naszytych na podkład z jeansu. I nawet w tym ustrojstwie zrobiliśmy pokazy. Po latach odkopaliśmy ten artefakt w piwnicy i na chwilę udało się nam wrócić do korzeni :D

W tym samym chyba czasie załapałem, że jest coś takiego jak reko i poznałem kilka osób z tym związanych. Napisałem też wtedy kilka pierwszych artykułów o wikingach, a dalej tu już samo jakoś poszło. W 2004 założyłem Eisen Ruoth wstępnie jako sekcję wczesnośredniowieczną w ramach grupy Milites Optimi po odstosunkowaniu się od najlepszej ekipy świata czyli Krwawego Jarlostwa :D Do dziś się ze mnie ludzie nabijają, że miałem z nimi coś wspólnego ale takie są fakty :D

Zakładając Eisenów chciałem zrobić grupę, która będzie zajebista pod względem towarzyskim i rekonstrukcyjnym przy okazji. Patrząc po latach widzę jak bardzo nieporadnie to wszystko wyglądało wtedy, jak śmieszne kombinacje strojów i prowizorek tworzyliśmy uznając to za cholernie koszerne.

To nie jest tak, że nam się coś pojebało albo, że żyliśmy sobie w ciepłym kurwidołku własnej zajebistości. Absolutnie nie! :D Jak na tamtą epokę byliśmy zajebiści i używaliśmy sprzętu naprawdę na poziomie co tym bardziej pokazuje jak mroczne były to czasy :)

Przez lata istnienia grupy przewinęło się przez nią jakieś 300 osób w ten lub inny sposób, z secesji powstało kilka drużyn. Były takie sezony gdy w każdy weekend od maja do września byłem na wyjeździe dopychając czas pokazami na tygodniu. Z każdym wyjazdem stawałem się bogatszy o nowe doświadczenia i pomysły, a tymczasem wszystko sobie ewoluowało.

Doszliśmy do momentu w którym zacząłem dość mieć wielkich festiwali, ogromnych imprez itd. i zasmakowałem w reko trochę innego rodzaju. Udział w zamkniętych projektach, kameralnych wędrówkach itd. wymagał doszlifowania sprzętu. Na kilka lat całkowicie rzuciłem walkę uznając to co widziałem w ruchu za kiepski żart z dawnej sztuki walki, którą uważałem za niemożliwą do zrekonstruowania, sprzedałem całą bojówkę i temat walki odstawiłem na półkę.

Przestawiłem się na rzemiosło, postawiłem na indywidualny rozwój, rozszerzyłem perspektywę. Projekty kameralne zamieniły się z czasem w indywidualne i kilkuosobowe, a z wyjazdów na imprezy zrezygnowałem prawie całkowicie. Zmieniłem też zdanie co do walki wczesnej, stwierdzając że to nie jest tak, że tego zrobić się nie da. Zwyczajnie nikt jeszcze nie zadał sobie dostatecznie dużo trudu aby spróbować.

Gdy pierwszy raz podchodziłem do tematu, myślałem że uwinę się w kilka miesięcy, tymczasem właśnie stuka piąty rok badań, a ja nadal nie uważam się za eksperta, ciągle się uczę i ciągle jestem na krzywej wznoszącej, daleko mam więc nadal do końca i coraz wyraźniej widzę co oznacza pojęcie „droga wojownika”. Mam świadomość zmierzania w kierunku tego co Japończycy nazywają Ikigai, a Europejczycy celem w życiu, jest dość prawdopodobne, że kresu tej drogi nigdy nie osiągnę i mam tego świadomość.

Ikigai (生き甲斐])

Ikigai (生き甲斐]) – znaczy tyle co „cel istnienia”

O mrokach i ultrasach

Dziś piszę na Budce roztrząsając takie detale jak istnienie przeszywanic, sposoby strzelania z łuku i zastanawiając się nad chwytami miecza i z każdym dniem zdaję sobie bardziej sprawę jak dużo jeszcze czeka na odkrycie. O wiele bardziej zdaję sobie też sprawę z tego, jak wielkim jestem mrokiem i do ilu detali sam byłbym w stanie u siebie się przyczepić.

Jestem mrokiem zwracającym ogromną uwagę na detale, źródła i niuanse i takich właśnie mroków nam potrzeba – mroków mających świadomość własnej ignorancji, dyletanctwa i skłonnych coś z tym zrobić. Dzięki takim mrokom zabawa w reko przechodzi w coś znacznie poważniejszego, stając się stylem życia, nauki lub nawet archeologią eksperymentalną.

Jest oczywiste, że wejście na ten poziom wymaga przywiązywania wielkiej wagi do detali i jakości rekonstrukcji. Chwała niech będzie tym którzy mają dość czasu i chęci aby do tego poziomu aspirować, trudno jednak wymagać podobnej postawy od każdego, nie dla każdego bowiem rekonstrukcja jest tym samym.

Kim zatem jest ultras? Cóż… Ultras to byt teoretyczny. Jakiś taki twór myślowy w stylu wawelskiego smoka o którym każdy słyszał, a nikt nie widział, mimo że każdy wie mniej więcej co termin ten oznacza.

Są być może ludzie którzy myślą o sobie jako o ultrasach i są być może nawet tacy, którzy za ultrasów się uważając, innym zdążyli krwi napsuć. Ciekawe jest natomiast to, że bawiąc się w reko tyle lat nikogo takiego nie spotkałem, widziałem natomiast wielu pozytywnych i mniej pozytywnych mroków, a także mroków bardziej lub mniej swej mroczności świadomych.

BL Royal 20 B XX Le Livre et le vraye hystoire du bon roy Alixandre

Apokalipsa czyli walka mroków z ultrasami :P
BL Royal 20 B XX Le Livre et le vraye hystoire du bon roy Alixandre

Nazywanie się ultrasem jest bowiem efektem dyletanctwa, polegającego na zbyt powierzchownym poznaniu zawiłości rekonstruowanej epoki. My nie tylko wyglądamy ale również myślimy i zachowujemy się inaczej niż ludzie w dawnych czasach, niemożliwa jest więc rekonstrukcja doskonała. Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy ludźmi z epoki, możemy jedynie mniej lub bardziej udawać.

Oświecenie mroku

Dochodzimy tu do sedna pojęcia mrok. Osoba mroczna to osoba nieświadoma, pozostająca w strefie cienia, mrokiem nie jest więc ten, kto doskonale wie że jest mroczny. Czy osobę mroczności nieświadomą należy oświecić? Cóż, zapewne tak, natomiast w procesie oświecania często forma ważniejsza jest od treści i to z formy bierze się więcej nieporozumień niż z twardych faktów. Generalnie chodzi o styl i o to aby nie być zapatrzonym w siebie bufonem. Tyczy się to zarówno oświecanego jak i oświecajacego ;)

Cytując Jima Jefreysa, który streścił w ten sposób przesłanie Jezusa: „try not to be a dick” ;)

11275115_445057695653690_326163134_n

Dyplomacja jest sztuką taktu i dobrania poziomu komunikacji do odbiorcy. Ten odbiorca może dopiero zaczynać, może mieć kolosalną wiedzę dziedzinową, może też mieć zwyczajnie wyjebane w historyczność.

Jeśli ktoś wpuścił go na imprezę to znaczy, że organizator go zaakceptował, a tym samym jest gościem na dokładnie takich samych prawach jak Ty. Tylko do organizatora należy ocenianie poziomu uczestników, a że organizatorów mamy różnych to i poziom imprez jest rozmaity. Koszerność nigdy nie stanie się prawem powszechnym bo większość organizatorów stawia na ilość, a nie na poziom uczestników. Tak jest i będzie bo za tym idzie kasa.

Jedyna grupa ludzi która jest w stanie cokolwiek zrobić z mrokiem odgórnie to organizatorzy imprez i wodzowie drużyn i to właśnie dzięki nim ruch robi raczkujące i powolne postępy na niekończącej się drodze ku koszerności, w świecie, w którym nikt koszerny nie jest, a o każdą zmianę w regulaminach trzeba walczyć jak o niepodległość.

O koszerność trzeba walczyć bo zmiany przekładają się na dodatkowe wydatki ludzi, którzy często nie uznają ich za konieczne, nie rozumiejąc w czym problem. Ta walka jest tak ciężka i tak upierdliwa ponieważ świat rekonstrukcji składa się z ludzi uczestniczących w nim dobrowolnie i w praktyce nikt nie ma prawa ani władzy niczego ani nikomu narzucić.

Jedyny klucz do zmian tkwi w umysłach ludzi których trzeba przekonać do sensu wprowadzanych zmian, przekonanie zaś bywa trudne z powodu zachowania samych zainteresowanych.

Argumenty ad absurdum

Zarzut braku posiadania dziwerowanych mieczy z żelaza dymarkowego (lub zbliżony), który znajdziecie w każdej dyskusji o mroku, kierowany pod adresem ludzi krytykujących to co faktycznie jest mroczne, ze strony ludzi trochę bardziej wobec mroku liberalnych, jakkolwiek jest debilny, tak jednak jest logiczny.

Zarzut jest debilny ponieważ wchodząc na poziom detali należałoby odwzorować np. strukturę atomową stali z konkretnego znaleziska. Odcinek można zawsze dzielić na mniejsze odcinki, a detal na dodatkowe detale. Ilość detali w skali mikro nie maleje, a rośnie stąd przyrost naszej wiedzy jest krzywą wznoszącą – im więcej wiesz tym bardziej wiesz ile nie wiesz, aż w końcu wiesz, że nic nie wiesz, a przynajmniej za nic nie dasz sobie łapy uciąć i wyrastasz z bycia ufnym w swą wiedzę palantem ;)

1347734455_by_osql_500

Zarzut jest logiczny, bo jak nie masz dziwerowanego miecza wykonanego z dymarkowego żelaza to nie jesteś autentyczny i nawet obok autentyzmu nie siedzisz. Smutne ale prawdziwe, zwłaszcza że jako zastępnika zapewne używasz znacznie lepszego miecza z przemysłowej stali jakościowej, o jakiej w epoce się kowalom w mokrych snach nie śniło :D

Reasumując, wydaje mi się że tego typu argumenty w naszym wypadku powinny być traktowane tak jak Reductio ad Hitlerum i powinny nieść podobne skutki, w postaci stwierdzenia bezsensowności argumentu już na starcie i odrzucenia tez dysputanta, który za mocno odleciał w kosmos, postulując realne istnienie sytuacji idealnej koszerności.

Takie „Reductio ad koszerum”, które powinno ułatwić komunikację w sytuacji, w której działa szczególnie pojmowane prawo Godwina, zgodnie z którym im dłużej trwa dyskusja o mroku  tym większe jest prawdopodobieństwo pojawienia się argumentu idealnej koszerności, której osiągnąć się nie da i który całą dyskusję spuszcza w niebyt. 

Skala mroku

Nie żyjemy w idealnie dualistycznym świecie światła i ciemności bez niczego pomiędzy. Wszyscy znajdujemy się gdzieś w środku pewnej skali, stąd każdy z nas jest mrokiem. Można oczywiście się boczyć, nie jeździć na imprezy i wzajemnie napierdalać ale znacznie lepiej jest merytorycznie rozmawiać.

grayscale1

Serio, nie każdy jest bronioznawcą albo archeologiem (ja nie jestem), a jeśli nawet jest to nie koniecznie kompetentnym. Za wiele durnych pomysłów funkcjonujących w świadomości ludzi odpowiadają właśnie tacy wyedukowani ludkowie – mit wielkich ciężkich mieczy i zbroi w której trzeba było człowieka dźwigiem na konia wsadzać tutaj też ma swoje źródło. No i oczywiście „uczeni się spierają”, cytując mojego znajomego z liceum, zapytanego o to kim był Stanisław August Poniatowski ;)

To co kiedyś było niedorzeczne, dziś może okazać się naukowo akceptowanym faktem z racji np. pojawienia się nowych źródeł itd. Nauka nie stoi w miejscu ale też lubi mieć ustalone coś takiego jak stan badań. Wszystko możesz kwestionować o ile masz dowody na poparcie swojej tezy. Argumentacja w stylu „nie ma pewności że nie było więc mogło istnieć” albo „udowodnij mi że nie było” jest z naukowego punktu widzenia niedorzeczna, w erystyce zaś taki zabieg nazywamy argumentum ad ignorantiam i służy on sprowadzaniu dyskusji na boczne tory. Nie po to aby udowodnić prawdę ale po to aby uwikłać rozmówcę w dygresje, które prowadzą donikąd.

Niestety ciężar dowodu zawsze spoczywa ma stawiającym tezę o istnieniu lub historyczności danego elementu, dlatego jeśli nie jesteś w stanie udowodnić historyczności tego co posiadasz, możesz nawet nie trudzić się na rozpoczynanie dyskusji. Z miejsca przegrałeś.

Jedynym lekarstwem na mrok jest światło. Szerzenie wiedzy, prezentacja badań, wniosków i dzielenie się informacjami. Ci którzy zrozumieć zechcą, mając ułatwione zadanie i nie musząc przekopywać się przez tysiące publikacji i tracić tony hajsu, mogą od razu zacząć od rekonstrukcji na dobrym poziomie (dlatego często nowe, młode drużyny są lepsze od starych).

Tych którzy mają na historyczność wyjebane i tak nic nie przekona, nie wymyślono jeszcze lekarstwa na lenistwo, natomiast zdrowiej dla wątroby jest odstosunkować się od problemów, które nas nie dotyczą i na które nic nie możemy poradzić ;)

moja dupa jest wolna od bolu

Wiele osób traktuje rekonstrukcję jak zabawę tak zwyczajnie i po prostu. Chcą pojechać na imprezę napić się piwa leżąc na łące z dobrymi znajomymi by mieć odskocznię od codzienności. Nie każdy ma potrzebę, ambicje, czas, pieniądze i chęci aby robić z reko sens swego życia, ja również do tego grona absolutnie nie należę. Niezwykle interesują mnie pewne zagadnienia (walka, skórnictwo, techniki polowania, zdobywania pożywienia itd.), całkowicie zbywam inne (np. absolutnie nic nie wiem o garncarstwie).

Rzeczą naturalną jest to, że różni ludzie mają różne priorytety. W tej różnorodności tkwi siła rekonstrukcji – każdy znajdzie coś dla siebie więc zwyczajnie wrzućmy na luz i nie skaczmy sobie do gardeł z byle powodu :)

Mały apel :)

Drodzy krytykowani, przestańcie się bezzasadnie oburzać. Czytelniku, jeśli masz na nodze rynnę a na głowę ubrałeś garnek to wyglądasz jak idiota, nie jak rycerz. Ktoś zauważył? Może trzeba było nie zakładać na głowę tego garnka? A może trzeba było poszukać na ten garnek źródeł przed zakupem i zrobić krytykującym przysłowiową jesień średniowiecza z dupy za pomocą źródeł? ;)

To że wytkniesz komuś brak dziwerowanego miecza nie oznacza ani przez chwilę że twój garnek wygląda lepiej. Tu nie działa zasada wedle której na tle ludzi chujowych zaczniesz wyglądać mniej chujowo. Zamiast starać się chujowić otoczenie, postaraj się sam być mniej chujowy. Powtórzę: „try not to be a dick”.

Umówmy się – szarość ma odcienie – blaszany garnek jest bardziej mroczny niż kuty z jednego kawałka norman, no chyba że akurat odtwarzasz egipskiego rewolucjonistę z 2011 r. :P

Hełm egipskiego rewolucjonisty 2011 :D

Hełm egipskiego rewolucjonisty rok 2011 :D

Tak więc reasumując – aby poprawić atmosferę i przestać puszczać brzydkie bąki, zachęcam wszystkich ludzi długo już siedzących w temacie do pozytywnego dzielenia się wiedzą, źródłami, faktami. Innym zwyczajnie będzie łatwiej wtedy wyrobić standardy coraz bardziej wyśrubowanych regulaminów.

Do krytykowanych mam zaś apel o odrobinę pokory i dobrej woli. Ostatecznie jeśli na historyczności Ci nie zależy, a to co posiadasz kupiłeś bez zorientowania się w temacie, zwyczajnie to przyznaj zamiast brnąć w bezsensowne spory i idiotycznie bić pianę.

Może wtedy wróci zajebisty klimat starych imprez bez spiny w połączeniu z taką koszernością, która zadowoli nawet ultrasów (jeśli ktoś taki rzeczywiście istnieje), czego sobie i Wam życzę :)

Ważne jest aby imprezy trzymały poziom i aby ludzie zwracali uwagę na detale, tylko wtedy reko będzie czymś więcej niż festynem picia browara w strojach. Jeszcze ważniejsze jest jednak to aby dobrze się bawić i dogadywać ponieważ to dzięki komunikacji poziom naszej wiedzy ciągle wzrasta. To dzięki wymianie myśli możemy spojrzeć czasem na temat z zupełnie innej, odkrywczej perspektywy, tak wiec szanujmy się wzajemnie i spierajmy merytorycznie.

Wiem że zabrzmiało to szumnie jak diabli i wiem, że mówię tu tylko w swoim własnym imieniu. Nie mogę i nie chcę nikogo zmuszać do przyjęcia mojego punktu widzenia, natomiast wiem że z okazji Nowego Roku ludzie czasem stawiają sobie cele i robią postanowienia.

Może więc warto z tej okazji postulat starań o nie bycia kutasem dorzucić do listy? A może warto podzielić się wiedzą, którą macie i zrobić coś pozytywnego?

Tę decyzję już Wam pozostawiam. Żaden ze mnie Budda, daleko mi do Jezusa trochę bliżej do Laski :P

47408_4e3992846d05758f6647c695c9b93d7c

Małe ogłoszenie – nowa seria filmów

Aby nie być gołosłownym, ze swej strony rzucam pierwszy kamyk.

W momencie gdy publikuję ten tekst, upubliczniłem już pierwszy odcinek nowej serii filmów, które zamierzam co piątek publikować na kanale. Na dziś gotowe mam 6 odcinków i planuję nagrywać kolejne o ile formuła chwyci.

Zacząć postanowiłem od spraw najbardziej elementarnych, czyli próby zdefiniowania pojęcia miecz i pokazania z jak skomplikowaną materią mamy do czynienia. Tak naprawdę planowałem zacząć w zupełnie innym miejscu ale po nagraniu 4 odcinków uznałem, że treść jest za bardzo hermetyczna i dla widzów zupełnie zielonych w temacie nie byłaby zrozumiała.

W odcinku drugim omówię budowę miecza, kolejne cztery odcinki składają się w cykl w którym postaram się pokazać Wam jak rozpoznać dobry miecz i to jak warto podejść do kwestii zakupu miecza.

W filmach tych nie będę nikogo krytykował, będę mówił o tym jak być powinno i pokazywał dobre praktyki.

Dla porządku dodam, że w filmie dzisiejszym, wymieniając cechy miecza, odnoszę się do definicji Włodzimierza Kwaśniewicza z książki „1000 słów o broni białej i uzbrojeniu ochronnym”.

Postaram się jak mogę aby ta seria była merytorycznie dobra, natomiast potknięcia na pewno się zdarzą, liczę na wyrozumiałość i sugestie – robię takie coś pierwszy raz w życiu :)

Na sam koniec, korzystając z okazji ;)

wolin103

Wyprawa na Sycylię – październik 2015

28 listopada 2015  / Autor: Fiolnir

Sycylia. Kraina zamieszkiwana w dawnych czasach przez Fenicjan, Greków, Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Bizantyjczyków, Normanów i wiele mniej znaczących nacji. Kraina kontrastująca olśniewającym bogactwem i skrajną nędzą, gdzie współegzystują zabytki prawie wszystkich wymienionych cywilizacji. Kraina multikulturowości z czasów, zanim to stało się modne, kraina gór, wina i słońca, która nie tylko na mapie jest bliżej Tunisu niż Rzymu, ale i mentalnie jest bliższa Afryce i Arabii niż Europie. Kraina mafii. Jednym słowem – Sycylia.

Wybór tego akurat kierunku podróży wyszedł nam w sumie dość przypadkowo i przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz pomyślałem o tym aby jechać na Sycylię mocno zastanawiałem się czy warto. Dopiero dokładny research uświadomił mi jak wiele w tym miejscu jest do zobaczenia, a tło normańskiej historii, na trwale wpisanej w krajobraz regionu, ostatecznie przekonał mnie do tego, że właśnie tam powinniśmy się w tym roku wybrać.

Ten tekst ma być subiektywnym zapisem spostrzeżeń, odpuszczę sobie szczegółowe objaśnienia i wykład odnośnie historii i znaczenia tego co pokażę, ponieważ te informacje znajdziecie w wielu miejscach, skoncentruję się na tym co dla mnie osobiście było interesujące. I naprawdę, jeśli macie chęć wybrać się na niezapomniane wakacje, to Sycylię rekomenduję.

12195985_927482490633593_411286334643713357_n

Kilka rad praktycznych na początek

1. Na ile i kiedy pojechać?

Nasza podróż trwała w sumie 10 dni:

  • Dzień 1 – 8 X – Modlin-Trapani Lot
  • Dzień 2 – 9 X – Trapani-Palermo
  • Dzień 3 – 10 X – Palermo
  • Dzień 4 – 11 X – Palermo-Cefalu
  • Dzień 5 – 12 X – Palermo-Monreale
  • Dzień 6 – 13 X – Palermo-Katania
  • Dzień 7 – 14 X – Katania-Syrakuzy
  • Dzień 8 – 15 X – Katania-Etna
  • Dzień 9 – 16 X – Katania
  • Dzień 10 – 17 X – Katania-Warszawa Lot

 

Jak widać plan był bardzo napięty, ponieważ chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. Udało nam się bez większych opóźnień i problemów odwiedzić wszystkie lokacje, natomiast patrząc na to teraz, zdecydowanie doradzam skrócenie pobytu w Katanii o jeden dzień i poświęcenie tego dnia na Palermo. Jedynym powodem aby tego nie uczynić jest zamiłowanie do baroku, którego osobiście za grosz nie posiadam. Jeśli to tylko możliwe sugerowałbym rozciągnięcie pobytu do 14 dni z których co najmniej 5 warto przeznaczyć na eksplorację Palermo i okolic, pozostałe zaś wykorzystać na wycieczkę do Agrygentu, Enny oraz Piazza Armerina, na które nam zabrakło czasu.

Sycylia trasa

Po drugie, warto na Sycylię pojechać jesienią, większość przewodników jeszcze bardziej rekomenduje wiosnę. Podczas naszej jesiennej podróży stało się jasne, że w porze letniej egzystowanie czy jakiekolwiek zwiedzanie Sycylii jest raczej niemożliwe. Klimat jest jednym z elementów upodabniających Sycylię do Afryki. Latem temperatury czasami dobijają do +40 stopni Celsjusza, wysoka wilgotność zaś powoduje (zwłaszcza w Katanii o iście malarycznym klimacie) bardzo duży dyskomfort, zapachu ulic natomiast wolę sobie nie wyobrażać ;)

Podróżując jesienią można liczyć na temperatury ok 20-30 stopni i da się żyć. Jesienną porą lepiej też dostępna jest Etna, na której wiosną może jeszcze leżeć śnieg. Jesienna pogoda jest lekko kapryśna, deszcz i burze zdarzają się prawie codziennie, ale nie jest to wielki problem, raczej urozmaicenie ułatwiające życie i dające ochłodę. Katania jest wyjątkiem, parująca woda tworzy w tym mieście zawiesistą atmosferę sauny.

Warto pamiętać, że sezon turystyczny na Sycylii trwa do około końca października i zaczyna się około marca. Poza sezonem ceny na pewno będą niższe, ale też część miejsc może być niedostępna dla zwiedzających i komunikacja może być trudniejsza.

2. Transport i komunikacja

Oczywiście na Sycylię lecimy samolotem i w ten sam sposób wracamy. Inne wersje są możliwe, ale mogą mieć sens tylko dla osób szykujących dłuższa podróż przez Europę lub dla masochistów. Na Sycylię lecieliśmy samolotem Ryanair z Modlina do Trapani, a wracaliśmy WizzAir na Okęcie z Katanii co dla osób jadących z Warszawy jest chyba najlepszą opcją. Są to dwa przeciwległe krańce wyspy, co ułatwia planowanie wyprawy. Komunikacja z Okęcia jest lepsza niż z Modlina, dlatego wybraliśmy ten wariant – powrót jest trudniejszy niż wyjazd. Cen biletów nie omawiam bo są zmienne.

Przed wyjazdem zastanawialiśmy się nad wynajęciem na wyspie samochodu aby zyskać niezależność i mieć elastyczne możliwości komunikacji. Z tego pomysłu zrezygnowaliśmy dosłownie dzień albo dwa przed wylotem. Z perspektywy czasu uważam, że była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy podczas tego wyjazdu, kolejną bowiem afrykańską cechą Sycylii jest ruch uliczny. O ile na autostradach i głównych drogach jeszcze jakoś to wygląda, o tyle w mieście, a zwłaszcza w zabytkowych ciasnych uliczkach centrum miast, ruch uliczny jest jednym wielkim chaosem, gdzie wszelkie przepisy są tylko niewinną wskazówką. Serio mam porównanie, choćby z Rzymem, gdzie nie jest z tym najlepiej, to jednak co widziałem na Sycylii, Rzym bije na głowę.

Pomijając samą sprawę kierowania, tak aby nic ani nikogo nie rozjechać, dodać trzeba jeszcze nieuniknione problemy z parkowaniem (wszędzie), koszt wynajmu samochodu i konieczność walki z chaosem uliczek jednokierunkowych. No i wino. Argument kończący. Być na Sycylii i nie pić wina to grzech!

Sicilian-Wine-Regions

Rejony produkcji wina na Sycylii

Jak zatem się poruszać? Do wyboru oczywiście mamy autobusy i kolej, mając zaś możliwość wyboru sugeruję stawiać na kolej. Koleje na Sycylii łączą większość ważnych lokacji turystycznych, są bardzo tanie (10 euro za bilet normalny Palermo-Katania) i zadziwiająco dobrze utrzymane. Nawet pociągi regionalne bez miejscówek mają standard porównywalny z naszym IC. Koleje to też oczywiście szybkość, wygoda i możliwość podziwiania fantastycznych widoków. Jadąc gdziekolwiek zawsze rozpoznaj dokładnie opcje powrotu, zdarzają się bowiem miejsca turystyczne słabo skomunikowane (Etna). Nigdy też nie planuj wycieczek w dzień odlotu, istnieje bowiem spora szansa na przygodę ;)

Uwaga! Jeżdżąc pociągami we Włoszech, zwłaszcza bez miejscówki, zawsze pamiętaj o kowalidacji (skasowaniu) biletu na stacji w specjalnym kasowniku. W pociągach kasowników nie ma. Bez skasowania bilet jest nieważny i możesz dostać bardzo wysoką karę. Na wszelki wypadek kasuj wszystko ;)

Jeśli chodzi o komunikację autobusową, jest to jedyna dostępna opcja by dojechać do mniejszych lokacji, często też autobusy jeżdżą kilkanaście razy częściej niż pociągi . Standard autobusów jest bardzo różny, ale dominują stare busy, jakich w Polsce już raczej się nie spotyka. Taki właśnie autobus rozkraczył się w trasie podczas naszej podróży z Trapani do Palermo drugiego dnia pobytu. Żelazny spokój i zrozumienie na twarzach współpasażerów pokazało nam, że podobne sytuacje są normalne i tak to zwyczajnie działa ;)

Innym elementem autobusowego folkloru jest kupowanie biletów. Jeśli gdzieś istnieje przystanek, w okolicy najbliższej należy poszukać sklepu. Ale nie tak jak u nas kiosku ruchu ale np. mięsnego lub kawiarni, która przy okazji sprzedaje bilety, o czym zwykła informować kartka na szybie, rzecz jasna po włosku. Gdy zaś już mamy stację i nawet są na niej kasy biletowe, najczęściej jest ich kilka i każda sprzedaje bilety innego przewoźnika, prawie każda zaś wygląda jak wyjęta z filmów Barei. Rozkłady jazdy to w dużej części niezobowiązujące sugestie (o ile istnieją), aktualne zaś informacje o kursach najlepiej uzyskać od tubylców trudniących się handlem biletami lub od samych kierowców. Pewnym teoretycznym bytem są również przystanki – część niby istnieje ale autobus na nich nie staje, cześć nie istnieje ale da się tam wsiadać i wysiadać.

Dodać należy, że mimo całego tego folkloru i chaosu wszystko to jakoś działa, wszędzie da się szybko i tanio dojechać (5-10 euro za przejazd w obie strony) i w zasadzie zawsze udawało nam się podróżować w miarę zgodnie z planem.

Podział regionalny wyspy i poglądowa mapa najważniejszych lokacji zabytkowych.

Podział regionalny wyspy i poglądowa mapa najważniejszych lokacji zabytkowych.

Na koniec dodam jeszcze, że z komunikacji miejskiej korzystać nie ma sensu. Rezerwując nocleg warto brać poprawkę na odległość od dworca, który najczęściej znajduje się bardzo blisko dzielnicy zabytkowej. Sama zaś dzielnica, nawet w wielkim Palermo, nie jest tak duża aby transport był nam do czegokolwiek potrzebny.

Jeśli chodzi o transport z lotniska skorzystaliśmy z oferty hotelu, którego pracownik zadzwonił do mnie 5 minut po złożeniu rezerwacji oferując tą usługę za 25 euro. Niby sporo ale lądowaliśmy w Trapani późną nocą, a taksówka kosztowałaby co najmniej 30 euro. Oczywiście zwykle jeżdżą autobusy, jednak nie o tej porze w nocy.

Na lotnisko w Katanii dojazd oferuje linia Alibus (czyli linia 457) oznaczona rysunkiem samolotu zamiast numeru linii, kursująca co ok 20 minut przez większość miasta, startująca z głównego dworca autobusowego. Bilet kosztuje 5 euro, dojazd do lotniska to max pół godziny. Gdy pytaliśmy o autobus dwa razy zdarzyło się, że w kilka minut jak spod ziemi wyrósł jakiś jegomość z samochodem oferujący podwózkę za 10 euro, jednak nie skorzystaliśmy ;) Ot lokalny folklor, pokazujący jak bardzo miejscowi są obrotni, zwłaszcza że na ulicach oznakowanych taksówek jest bardzo niewiele ;)

3. Na co warto brać poprawkę czyli zwyczaje lokalne i koloryt

Pierwszą rzeczą, o której koniecznie musicie pamiętać jadąc na Sycylię, jest sjesta czyli absolutna apokalipsa dla osób nieprzyzwyczajonych. Gdziekolwiek idziecie, jedziecie, cokolwiek chcecie zobaczyć sprawdźcie zawsze czy dane miejsce jest otwarte w godzinach między 12 a 17. Dotyczy to sklepów, instytucji kultury, muzeów, miejsc zabytkowych, a także restauracji. Podczas wymienionych godzin warto planować podróż (komunikacja normalnie działa) ale np. ze zjedzeniem obiadu na mieście może być poważny problem. Nawet w Palermo godzinę zabrało nam znalezienie otwartej restauracji w ścisłym turystycznym centrum. Jeśli lokal już jest otwarty, warto zapytać czy dostaniemy coś ponad kawę i ciastko. Kawiarnie są bowiem pewnym wyjątkiem i bywają otwarte również w godzinach sjesty. Nie jest wyjątkiem otwieranie restauracji i pubów dopiero po 20.

Drugi problem, jaki możecie mieć na Sycylii, to samodzielne zaopatrzenie się w żywność, większość otwartych sklepów bowiem to sklepy arabskie, indyjskie itd. w których dostaniemy np. przyprawy i ziarno na kilogramy albo nawet niezbyt dobre wino ale nie ma co liczyć na chleb, ser, wędlinę czy cokolwiek możliwego do wrzucenia na kanapki bez konieczności gotowania. W centrum sklepów innego typu prawie się nie spotyka, sporo ich jest zaś na przedmieściach, tam gdzie mieszkają prawdziwi Sycylijczycy. Przed wyjazdem sugeruję rozpoznać adresy i godziny otwarcia supermarketów w których dostaniecie wszystko co sycylijskie w cenach dla miejscowych – te sklepy istnieją ale bywają bardzo dobrze ukryte ;)

I tutaj dochodzimy do trzeciej kwestii. Jeśli chcecie zamieszkać blisko dworców i zabytków, przygotujcie się na mieszkanie w biednych kolorowych dzielnicach, które bardziej przypominają obrazki z Ameryki Łacińskiej i Afryki niż z Europy. Jedynymi Włochami (obok turystów), których spotkamy w turystycznym centrum są właściciele sklepów i restauracji, resztę mieszkańców stanowią przybysze z Południa. Włoskich sklepów spożywczych nie ma, bo Włosi dawno wynieśli się z rejonu.

Obok zadbanych i dobrze utrzymanych zabytków, w miastach Sycylii znajdziemy tonące w śmieciach uliczki oblepione plakatami i pomazane graffiti, gdzie miejska biedota gania za swoimi sprawami z naręczami toreb, ręcznymi wózkami i handluje czym tylko się da, od parasoli po drewniane żyrafy. Nad tym wszystkim unosi się zaś lekki zapach marihuany, tytoniu, koksowników do pieczenia kasztanów, gnijącej w rynsztokach zieleniny, ryb i charakterystyczna woń, a nawet smak morza wyraźnie wyczuwalna na podniebieniu. Czasami trzeba też uważać aby w nic nie wdepnąć, choć na Sycylii prawie nie ma psów.

Psów nie ma, bo na Sycylii nie ma też trawników, drzewa to rzadkość, parki zaś i tereny zielone są bardzo nieliczne i najczęściej małe, kiedy już jednak jakiś się trafi, zwykle jest warty obejrzenia ponieważ ta deficytowa zieleń jest bardzo zadbana i uporządkowana. Ogólnie roślinność sycylijska z powodu ubogiej gleby i trudnego klimatu zwykle selekcjonuje swych najbardziej udanych reprezentantów bardzo surowo, stąd istniejące okazy, choć rzadkie,  przybierają często imponujące rozmiary, zachwycające egzotyką form i gatunków.

Wystarczy jednak ruszyć się z Centrum, przejechać kilka dzielnic aby wydostać się z zabytkowej plątaniny uliczek i trafić do normalnego dużego europejskiego miasta. Nowe dzielnice miast włoskich nie różnią się niczym specjalnym od polskich miast, co czyni je zupełnie nieatrakcyjnymi dla turystów. Pełno jest tu sklepów, spożywczych przede wszystkim, ulice są dość czyste, sporo też jest zieleni. Czasami trudno uwierzyć, że dwa światy, tak bardzo odmienne, istnieć mogą tak blisko siebie.

Jadąc na Sycylię w bagażu rejestrowanym zabierz korkociąg, przyda się na pewno ;) warto też pamiętać że układ gniazdek we Włoszech różni się od naszych. Z naładowaniem małej elektroniki np. komórki albo laptopa problemu nie będzie, jednak jeśli masz dużą wtyczkę z bolcem może być kłopot z podłączeniem. Nie warto kupować map, warto natomiast zabrać ze sobą przewodnik. Mapy są zbędne bo znajdziesz je na każdej ulotce, a ulotek wszędzie jest wielka obfitość. Po 2-3 dniach zaczniesz poruszać się po mieście jak u siebie, o ile masz choć trochę orientacji przestrzennej.

Ogólnie Sycylijczycy to gościnni, serdeczni ludzie, chętni do pomocy i dość otwarci. Wszyscy świetnie rozumieją że jesteś turystą, nie musisz wszystkiego wiedzieć i starają się pomóc w miarę możliwości. Odnośnie mafii, o jej istnieniu najmocniej przypominają wszechobecne gadżety z Ojca Chrzestnego przeznaczone dla turystów, Corleone zaś po tej podróży kojarzy mi się głównie ze świetnym winem ;)

Ostatnia kwestia – język. Mówisz po angielsku? To świetnie! Chiński na Sycylii będzie ci równie pomocny. Z pewnością zauważysz to już na etapie planowania podróży, kiedy uświadomisz sobie, że prawie żadna sycylijska instytucja nie posiada anglojęzycznej strony. Jest to szczególnie upierdliwe podczas wyszukiwania połączeń i rozkładów jazdy. Jednym słowem znaj włoski lub umrzyj! :P Po angielsku na wyspie nie mówi prawie nikt. Czasami zdarza się spotkać, zwłaszcza w hotelach ludzi trochę udających, a trochę mówiących w tym języku, przeważnie jednak trzeba uciekać się do gestykulacji i szybko łapać sens różnych wyrażeń aby dało się dogadać. Kłopotami językowymi się nie ma co stresować, bo jak mawiał Doktor Plama z Hydrozagadki: „Język złota to jedyne esperanto!”

4. Fundusze i koszt podróży

Sycylia to nie koniec świata, jednak warto zabrać ze sobą gotówkę. Płatności kartą są akceptowane w większości hoteli, w co bardziej turystycznych restauracjach itd. ,ale w wielu miejscach nic nie zdziałasz bez twardej waluty.

Koszt takiego wyjazdu jak nasz może być różny w zależności od tego jak bardzo jesteś oszczędny lub rozrzutny. My w dwie osoby zmieściliśmy się w 7000 zł wliczając w to przeloty, transport miejscowy, noclegi, wyżywienie, zwiedzanie itd. Przyzwoity hotel to ok 50-100 euro na noc za 2 osoby, za obiad dla 2 osób z butelką wina w zwykłej knajpie zapłacicie 40-60 euro (większość restauracji wlicza tzw. coperto, czyli opłatę za obsługę co zwalnia z konieczności dawania napiwków, osobiście i tak je dawałem). Zwiedzanie w sumie jest najtańszą rzeczą – najdroższe wejściówki nie kosztują więcej niż 10 euro, wstęp do większości miejsc to ok 5 euro od osoby.

Upraszczając – załóż że potrzebujesz na 2 osoby ok 100 euro dziennie (liczę za 2 osoby bo ciężko np. rozbijać koszt noclegu), jeśli chcesz mieszkać w przyzwoitym standardzie, jadać na mieście, od czasu do czasu wypić kawę lub coś przekąsić, zwiedzać wszystko na co masz ochotę i bez zbytniej rozrzutności zwyczajnie dobrze się bawić, delektując się sycylijskim winem. Wyjątkiem jest Etna gdzie potrzeba po 100 euro na głowę (sama kolejka to 30 euro + 15 euro na busa jeśli pogoda pozwala na wjazd).

Pamiątek celowo nie wymieniam, ponieważ pod tym względem Sycylia leży… w sumie przywiozłem książkę o kolumnadzie klasztoru w Monreale, koszulkę, trochę skał z Etny i rasta bransoletkę kupioną w Syrakuzach od pewnego siebie Jamajczyka ;) Z Sycylii lepiej już przytargać dobre wino i sery niż klepaną w Chinach tandetę, którą nabyć można na każdym kroku. Jeśli planujecie kupować rzeczy wartościowe lub markowe, róbcie zakupy w markowych sklepach i zachowujcie paragony, podobno można nieźle beknąć za przewożenie podróbek towarów.

DCIM101GOPROGOPR1083.

Podróż i zwiedzanie

1. Trapani

Trapani to piękne, urokliwe miasto nadmorskie, którego całe życie koncentruje się wokół portu, do którego zawijają duże statki wycieczkowe. Wyraźnie widać że ogromna część mieszkańców żyje z turystyki, dlatego jak na sycylijski standard miasto jest bardzo czyste, można poczuć w nim klimat prawdziwego turystycznego kurortu, który dopiero zyskuje popularność i nie został jeszcze zadeptany. Społeczność tego miasta wygląda i zachowuje się inaczej. Spośród wszystkich miejsc jakie odwiedziliśmy na Sycylii Trapani najbliżej ma do Europy. Nie ma tu imigrantów (za to wielu jest gejów), niemal sami Włosi no i turyści. Spacer uliczkami to przyjemność, powietrze jest bardzo rześkie, pełno jest małych knajpek, kawiarni itd.

Miasto nie ma wielu zabytków, ale warto poświęcić przynajmniej pół dnia na spacer po części historycznej i przejście nadbrzeża gdzie znajduje się targ rybny. Wejścia do portu strzeże twierdza zbudowana w wieku XIX, a wyglądająca jak obronny zamek z czasów Fryderyka II (porównajcie z Castel del Monte). Tworzy ona bardzo malowniczy krajobraz z cumującymi żaglówkami i łodziami rybackimi. Idąc nadbrzeżem warto zajrzeć do małego kamienistego domku, otoczonego czymś na kształt mini ogrodu botanicznego pełnego suchorostów i roślin wybrzeża. Dawniej dom, a teraz malutkie muzeum jakiegoś dziewiętnastowiecznego miejscowego notabla, które się tam znajduje, można odwiedzić bezpłatnie bo i zobaczyć we wnętrzu za wiele nie można. Można natomiast rzucić okiem na piękną panoramę wybrzeża.

DSC01838_wynik

DSC01843_wynik

Równie malowniczy widok rozciąga się z dachu Museo della Preistoria e di Archeologia Marina. Tu akurat zajrzeć warto. Eksponatów jest niewiele, dominują znaleziska wyciągnięte ze statków które zatonęły w pobliżu. Najważniejszym zabytkiem niewątpliwie są dwa rzymskie hełmy typu Montefortino z VI w. p.n.e., należące prawdopodobnie do uczestników I wojny punickiej, a znalezione niedaleko wysp Egadyjskich. Sporo jest amfor, oliwnych lampek, kotwic i monet. Muzeum jest malutkie, składa się zaledwie z kilku izb, wstęp jest biletowany ale nie jest drogi (3 euro).

Z innych wartych zobaczenia zabytków warto zwrócić uwagę na czternastowieczny kościół Sant’Augustino, wzniesiony przez Templariuszy z piękną odrestaurowaną rozetą, po środku której mamy bardzo klasyczne przedstawienie Zbawiciela w postaci Baranka i z od którego rozchodzi się 12 promieni, tworząc centrum dla bogato rzeźbionej rozety. Obok kościoła znajduje się fontanna Neptuna zbudowana w 1342 r. dla uczczenia budowy akweduktu. Podczas spaceru odwiedziliśmy także kościół Santa Maria del Gesu, którego wnętrze kryje obok standardowego barokowego wystroju również ciekawą kryptę z freskami.

Ogólnie na zwiedzanie Trapani mieliśmy tylko pół dnia. Jest to czas wystarczający do przejścia całej części historycznej, zjedzenie obiadu itd. Jeśli planujesz spokojny urlop i chcesz wypocząć sugeruję zostać w mieście dłużej lub potraktować je jako bazę wypadową do rejsu na Egady i do zwiedzania okolicznych miejscowości, takich jak Erice, Segesta i Marsala.

Aby dojechać do Palermo wsiedliśmy w autobus, który odjeżdża z przelotowego przystanku znajdującego się na przeciwko stacji kolejowej. Jest to zwykły przystanek miejski, a bilety można kupić w sklepie po drugiej stronie ulicy. Specjalnie to wspominam bo obok jest dworzec autobusowy, z którego jednak autobusy do Palermi nie jeżdżą. Istnieje też połączenie kolejowe, ale pociągi jeżdżą rzadko. Jazda do Palermo zajmuje ok 2 h, ewentualnie 3 h jeśli autobus zepsuje się w trasie, tak jak w naszym wypadku ;)

2. Palermo

O Palermo nie da się opowiedzieć, Palermo trzeba poczuć. W tym mieście znajdziecie wszystko co spotkać można na Sycylii. Włócząc się ciasnymi uliczkami historycznej dzielnicy mijamy targi i stragany sprzedające warzywa, owoce, ryby i wszelkie możliwe duperele. Klucząc zaułkami mijamy miejsca w których nazwy ulic zapisuje się po arabsku, mijamy indyjskie i pakistańskie sklepy zaraz obok sklepów chińskich, sklepów z pamiątkami i niezliczonych cukierni, kawiarni i restauracji prowadzonych przez Włochów. Ściany budynków pokrywa graffiti i plakaty, wszędzie pełno jest skuterów i miejskich samochodów, dla których klakson jest wyposażeniem ważniejszym od koła zapasowego. To ostatnie wymienicie w warsztatach samochodowych, które znajdują się na każdym kroku.

Wystarczy jednak skręcić na chwilę i dojść do ważnego zabytku aby wszystko natychmiast się zmieniło. Z wąskiej szemranej uliczki wychodzimy na górujący dumnie nad całym miastem Pałac Normański, stanowiący składankę rozmaitych architektonicznych stylów od średniowiecza do XVIII wieku. Można w Palermo zobaczyć wiele, ale to właśnie Pałac Normański, a zwłaszcza Kaplica Palatyńska (zbudowana w latach 1130-1140 przez Rogera II) powinny być tym co musicie zobaczyć koniecznie.

Do kaplicy wchodzi się oddzielnie, ilość odwiedzających jest ograniczana, dlatego zwiedzając Pałac Normański warto zostawić ją sobie na deser. Wchodząc na górne kondygnacje mijamy stojącą w hallu karocę senatorską i wychodzimy na krużganki, idąc schodami piętro wyżej wejdziemy do bardziej współczesnej części pałacu. Większość zdobień, obrazów i mebli w tym miejscu to zabytki osiemnastowieczne. Do zwiedzania udostępniona jest też sala plenarna sycylijskiego zgromadzenia parlamentarnego. W tej sekcji ze względów bezpieczeństwa obowiązuje zakaz fotografowania… aż tu nagle z osiemnastowiecznej części przechodzimy do małej sali Rogera II w której również znajdują się niesamowite mozaiki. Jest to najstarsza część pałacu pochodząca z XI w. Niestety nie wolno tu robić zdjęć, więc mam tylko kilka ;)

Kaplica Palatyńska to miejsce niezwykłe. Całość wnętrza jest bogato zdobiona i stanowi kumulację normańskiej wizji i kamieniarstwa, bizantyjskiego przepychu i blichtru mozaiek, arabskiej rzeźby i ornamentyki geometryczno-roślinnej, tworząc w sumie to co nazywamy normańskim eklektyzmem. Podłogi i ściany wyłożone są pięknym kamieniem, układanym we wzory geometryczne (zwłaszcza na planie ośmiokąta) znane ze sztuki bliskowschodniej i arabskiej. Obok nich znajdziemy rzeźby kamienne z charakterystycznymi motywami zdobniczymi np. walkę z potworami. Nawy pokrywa niesamowity drewniany sufit mukarnasowy głęboko rzeźbiony w ośmiokątne wzory, pokryte arabskimi wersetami (tak, w chrześcijańskiej kaplicy zbudowanej przez prowodyrów krucjat!). Obok nich przedstawiane są scenki rodzajowe i mitologiczne. Opisuję to wszystko, ponieważ łatwo te elementy przeoczyć patrząc na złote mozaiki wypełniające całe sklepienie i większość powierzchni ścian w kaplicy, od których ciężko oderwać wzrok.

Mozaiki sycylijskie, a te z Kaplicy Palatyńskiej zwłaszcza, to unikat na skalę światową. Nigdzie indziej nie zachowały się kościoły tak pięknie zdobione tą techniką, które by w tak fantastycznym stanie dotrwały do współczesności. Prace nad układaniem ornamentów rozpoczęto ok 1140 r. i kontynuowano przez prawie 30 lat. Stanowią prawdziwą obrazkową Biblię, prezentującą główne epizody Starego Testamentu, jak również trochę scen z życia Jezusa. Mamy tu więc stworzenie świata (z okrągłym przedstawieniem ziemi otoczonej wodami), stworzenie ludzi, wygnanie z Raju, grzech Kaina, arkę Noego itd. Przechodząc obrazki po kolei możemy poznawać Biblię bez konieczności jej czytania. Całość wzbogacają przedstawienia patriarchów, ojców Kościoła, aniołów, archaniołów, apostołów i świętych.

Poziom detali uchwyconych na mozaikach jest zadziwiający, dla mnie osobiście właśnie te małe smaczki pokazujące narzędzia, broń itd. stanowią największy skarb w tych przedstawieniach. Warto również, po raz kolejny, zwrócić wzrok ku niebiosom aby przyjrzeć się detalom na sklepieniach naw bocznych, zawierających sceny rodzajowe i pokazujących dusze świętych przyjętych do Królestwa Niebieskiego.

Rzeczą bardzo charakterystyczną dla normańskiego stylu było obrazowanie w centralnej części świątyni postaci Chrystusa Pantokratora, czyli władcy i sędziego nad całym światem. Dla współczesnych Chrześcijan dziwnym może wydać się prawie całkowity brak odniesień do męki Chrystusa, jego śmierci i zmartwychwstania, jest to jednak charakterystyczne dla miejsca i czasu powstania przedstawień. Ten sposób obrazowania Chrystusa jako króla i władcy świata bardzo dobrze współgra z normańskim dążeniem do dominacji i podboju, ambicje Rogera i jemu podobnych nie kończyły się bowiem na Sycylii.

Przedstawienie ofiary Kalwarii jest jednym z najciekawszych detali, które można wyłowić wśród zdobień. Całość została zobrazowana jako ofiara z gołębicy symbolizującej zbawienie, siedzącej na tronie Sądu Ostatecznego pod krzyżem z cierniową koroną. Mamy też mocno symboliczne strącenie Lucyfera. Zwróćcie uwagę na odwrócone oblicze, Lucyfer nie jest nikim konkretnym, jest pewną ideą bez twarzy, każdy może być Lucyferem.

Bardzo ciekawie prezentuje się również Herod, Szymon Mag i Maria Magdalena. Herod przedstawiony jest jako król, jego szaty są bardzo zdobione, osoby zaznajomione z ikonografią epoki z łatwością rozpoznają charakterystyczne wykończenia rękawów, dołu tuniki oraz rozcięcia na głowę. Jego buty wyszywane są drogimi kamieniami, a materiał tkany jest wzorzyście. Herod pokazany jest jako przywiązany do dóbr tego świata władca tronujący, obok niego zaś stoi Szymon Mag, który jako fałszywy filozof skrywa swój bogaty strój (symbol fałszu i obłudy, przywiązania do dóbr doczesnych) pod szatami filozofa, mędrca lub ubogiego ucznia Chrystusa, w jakich przedstawiani są mędrcy i apostołowie. Maria Magdalena natomiast jest jedyną kobietą przedstawioną w rozpuszczonych włosach, co symbolizuje jej rozpustną przeszłość. Jej bardzo duże znaczenie dla wczesnośredniowiecznego Chrześcijaństwa podkreśla miejsce przedstawienia nad ołtarzem obok Marii i apostoła Jana, zaraz pod wizerunkiem Chrystusa.

Zanim opuścimy kaplicę, przyjrzyjmy się jeszcze zdobieniom naw bocznych, a zwłaszcza bardzo charakterystycznemu motywowi lwów, który wprawne oko zapewne wychwyciło już na wcześniejszych zdjęciach. Lew pojawia się w detalach rzeźb, był obecny na mozaikach z kaplicy Rogera II, w kaplicy Palatyńskiej jego najbardziej wymowny wizerunek znajdziemy na przeciwko ołtarza głównego. Symbolika lwa jest niezwykle rozbudowana – oznacza boski majestat, dumę, władzę królewską, zwycięstwo i odwagę, ogień, zmartwychwstanie oraz Mateusza Ewangelistę. W Apokalipsie pod postacią lwa kryje się Chrystus tryumfator. Lew stał się symbolem Sycylii, tak samo jak Anglii. Pojawia się na regaliach koronacyjnych Rogera II (przechowywanych w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum) gdzie powala wielbłąda, jego symbolika jest nieodłącznie związana z normańskim dążeniem do dominacji i tryumfu zwłaszcza nad światem muzułmańskim. 

Wychodząc z Kaplicy warto zwrócić uwagę na zabytkowe tkaniny i chrzcielnicę, a po wyjściu z Pałacu Normanów kroki swe skierować wzdłuż murów aby dojść do zielonych terenów otaczających Pałac. Jedynie kilkaset metrów dzieli park od Katedry, która stanowiła kolejny mocny punkt obowiązkowy podczas zwiedzania Palermo. Ten rejon miasta wyraźnie różni się od reszty historycznej części, zarówno ilością roślinności jak również szerokością ulic, placów i zachowaniem zabytków.

Katedra jest kolejnym przykładem pomieszania epok i stylów, które w sumie współtworzą harmonijną całość. Budynek wzniesiono w wieku XII w stylu normańskim, który na zewnątrz gdzieniegdzie się przebija za sprawą zdobień ściennych w charakterystycznym stylu inspirowanym sztuką arabską.

Rzeźbiony Portal pochodzi z wieku XV i jest przykładem stylu gotycko-katalońskiego pełnego misternych, głębokich i delikatnych zdobień. Do środka wstęp prowadzi przez rzeźbione drzwi. Naprawdę warto zapłacić za zwiedzanie całości aby obejrzeć wszystko co w katedrze jest do zobaczenia.

Zasadnicza część katedry to zadziwiająco wysmakowany neoklasycyzm, w którym spokój białych ścian koresponduje z wszechobecnym srebrem i ciemnym drewnem. Neoklasycystyczna jest także kopuła katedry, pochodząca z XVIII w.

W tej części znajdziecie też strasznie paskudną makietę, przepiękne srebrne relikwiarze świętych, bogato zdobiony ołtarz jak również toaletę, która została misternie ukryta za ołtarzem bocznym :D Najciekawsze jednak dopiero przed nami!

Po lewej stronie od wejścia znajduje się wejście na dach katedry skąd roztacza się niezwykle malowniczy widok na miasto i plac katedralny.

DSC02145_wynik DSC02152_wynik

Zanim jednak wejdziemy na dach mijamy surowe sarkofagi władców normańskich – Fryderyka II, Konstancji Aragońskiej, Henryka VI, Rogera II i Konstancji de Hauteville.

Jeszcze więcej sarkofagów znajdziemy w katedralnej krypcie, niezwykle surowej i klimatycznej. Jest to najstarsza część świątyni, część grobów pochodzi z wczesnego średniowiecza, a w wielu zdobieniach widać wyraźnie antyczną stylistykę.

Po drodze do krypty mijamy okazałą kolekcję skarbca katedralnego w skład której wchodzą bogato zdobione szaty liturgiczne, kielichy i monstrancje, Najciekawszą dla mnie częścią kolekcji były resztki wczesnośredniowiecznych tekstyliów pochodzące z grobów mijanych chwilę wcześniej wraz z biżuterią i koroną cesarską Konstancji Aragońskiej.

Po wyjściu z Katedry warto pospacerować po okolicy, w której znajdziemy między innymi słynną Fontannę Wstydu, nazwaną tak przez zakonnice, zniesmaczone nagością przedstawionych tam niewiast. Fontanna, stojąca na Piazza Pretoria, jest przykładem toskańskiego renesansu i pochodzi z XVI w.

DSC02273_wynik

Bardzo blisko od niej znajduje się kolejny normański zabytek Palermo, a mianowicie pochodzący z XII w. kościół San Giovanni degli Eremiti stanowiący mieszankę stylu arabskiego i normańskiego. Bardzo surowy, z charakterystycznymi czerwonymi kopułami na dachu i arkadowym dziedzińcem z surowymi podwójnymi kolumnami.

Gdzieś po drodze znaleźliśmy jeszcze bliżej niezidentyfikowany kościół, bardzo podobny w formie i z bardzo podobną rozetą, jak na kościele Templariuszy w Trapani.

Jeśli zapragniesz ulgi po zwiedzaniu zabytków i zechcesz nacieszyć się morzem, sugeruję wybrać się na spacer nadbrzeżem, który najlepiej zaczynając gdzieś w okolicy Piazza Marina. Tę nazwę warto zapamiętać bo nie dość, że zaraz obok placu jest Ogród Garibaldiego z ogromnymi figowcami, to jeszcze w okolicach placu istnieją dwie restauracje czynne w godzinach sjesty i jest tam też trochę ukryty Carrefour.

Wychodząc z Piazza Marina na nadbrzeże, trafiamy bezpośrednio na malowniczy port dla żaglówek i małych łodzi, mogąc w tle obserwować prace portu handlowego. Idąc nadbrzeżem wchodzimy na rozległe tereny zielone przylegające do parku Villa Giulia i Ogrodu Botanicznego, który naprawdę warto zobaczyć. Ogród nie jest specjalnie wielki, istnieje jednak bardzo długo i z uwagi na ciepły klimat posiada wielkie bogactwo gatunków roślin z całego świata.

Ogród zostawiliśmy sobie do zwiedzania na ostatni dzień pobytu w Palermo, aby trochę odpocząć przed skokiem do Katanii. Na samo zwiedzanie Palermo jako miasta zabrakło nam minimum jednego dnia, z tego powodu nie udało się wybrać ani do Muzeum Archeologicznego ani do słynnych katakumb Kapucynów (gdzie znajduje się ponad 8000 mumii), ani do normańskiego Castello della Zisa, zamiast tego postawiliśmy na Cefalu i Monreale.

3. Cefalu

O Cefalu wiele powiedzieć nie mogę, ponieważ byliśmy w tej miejscowości bardzo krótko. Jeśli chcecie tam dojechać polecam pociąg odchodzący z Dworca Głównego w Palermo mniej więcej co godzinę. Podróż trwa lekko ponad godzinkę i myślę, że warto ten czas poświęcić ponieważ trafiamy do uroczego, niewielkiego miasta złożonego z ciasnych uliczek nad którym piętrzą się góry, kontrastujące z morzem.

Najważniejszym zabytkiem Cefalu jest katedra (Duomo) wznoszona w latach 1131-1240 w normańskim stylu z niewielkimi naleciałościami arabskimi, z mozaikami podobnymi do tych z Kaplicy Palatyńskiej, jednak mniej okazałymi. Będąc w środku udało mi się zrobić zdjęcia rzeźb znajdujących się z boku, jednak z powodu zaczynającej się niedzielnej mszy turyści zostali wyproszeni do tyłu. Wrócić niestety już się nie udało.

Z boku od katedry znajduje się wejście na arkadowy dziedziniec klasztorny stanowiący, moim zdaniem, największy skarb Cefalu. Dziedziniec otoczony jest kilkudziesięcioma rzeźbionymi kolumnami, z których większość przedstawia ornamenty roślinne, a część sceny rodzajowe i rozmaite dziwaczne bestie.

DSC02447_wynik

Po wizycie w Katedrze i klasztorze poszliśmy zobaczyć morze. Grzechem byłoby nie robić zdjęć, niestety fala którą widać na ostatniej panoramie okazała się kumulacyjna. Mnie przykryła gdy schodziłem z falochronu z włączonym aparatem. W ten właśnie szybki sposób w jednej chwili pozbyliśmy się aparatu i dwóch telefonów. Przemoczeni do suchej nitki i bez ciuchów na zmianę musieliśmy ekspresowo wracać do Palermo (ponad 50 km pociągiem).

DSC02509_wynik DSC02518_wynik

DCIM100GOPROGOPR0142.

Kąpiel zaliczona, aparat i komórki utopione, czas wracać do Palermo ;)

4. Monreale

Następnego dnia pojechaliśmy autobusem do Monreale (odjeżdża z Piazza Giulio Cesare co ok godzinę, bilety kupuje się w sklepie z pamiątkami). Po utopieniu aparatu do dyspozycji zostało już tylko GoPro, sprzęt świetny do filmów, ale kompletnie nieprzydatny do robienia zdjęć architektonicznych detali (stały obiektyw szerokokątny i brak podglądu kadru). Wybaczcie więc wygięcia kadru i kiepską jakość zdjęć. Robiłem co mogłem, zdjęć zrobiłem ponad 1000 i większość nie nadawała się absolutnie do niczego.

Monreale to piękne górskie miasteczko owiewane oczyszczającym powietrzem od morza, bardzo czyste i niezwykle malownicze. Ze wszystkich miast sycylijskich to tutaj mógłbym zamieszkać na emeryturze ;) Klimat jest tu rześki, ulice zadbane, sporo kwiatów i zieleni, widok zaś rozciąga się na całe Palermo i morze, leżące u stóp Monreale.

Katedra (Duomo) w Monreale przypomina Kaplicę Palatyńską, jest jednak trochę młodsza. Zbudował ją Wilhelm II, wnuk Rogera II, prace rozpoczęto w 1172 r. i kontynuowano przez kilkadziesiąt lat, ostatnie mozaiki dokończono w XIII wieku. Katedra jest też większa, przepychem stara się nie tylko nawiązać do Kaplicy ale ją przewyższyć. Warto zauważyć, że układ postaci i schematy przedstawień są tu bardziej uporządkowane, nad głównym ołtarzem zaś góruje znany nam już Chrystus Pantokrator. Ponieważ zdjęcia wyszły naprawdę kiepskie wrzucam tylko kilka poglądowych.

W katedrze warto patrzeć nie tylko na mozaiki, ale też pod nogi, gdzie zobaczyć można wiele skomplikowanych, geometrycznych motywów zdobniczych mających swe źródło w sztuce muzułmańskiej.

O ile wstęp do samej katedry jest bezpłatny, o tyle warto wydać kilka euro aby obejrzeć również barokową boczną kaplicę i katedralny skarbiec, a przede wszystkim po to aby wejść na wieżę katedry i zobaczyć przepiękny widok na miasto, góry, morze i otoczony podwójną kolumnadą wirydarz, będący gwoździem programu naszej wycieczki.

Wejście do wirydarza klasztoru, towarzyszącego katedrze, znajduje się z boku i kosztuje drogo bo 10 euro od osoby, warto jednak wydać aby zobaczyć to co wielu nazywa „najpiękniejszym klasztorem na świecie”. W środku czeka na was kilkaset rzeźbionych podwójnych kolumn z których każda przedstawia inne zdarzenie, rośliny lub sceny rodzajowe. Dodatkowo część kolumn zdobiona jest polichromiami, a narożne kolumny poczwórne zdobione są bardzo charakterystyczną techniką głębokiego świdrowania i całe pokryte są rzeźbionym ornamentem roślinnym z wstawkami rodzajowymi. Znajdziemy tam wojowników, łowy, ofiarowanie katedry, sceny walki, dzikie i egzotyczne zwierzęta i masę innych interesujących detali.

Kolumny zostały wyrzeźbione w wieku XIII, sam klasztor jest starszy, pochodzi z końcówki wieku XII. Jeśli przyjrzycie się dokładnie, zauważycie że kolumny swoim kształtem nie są dopasowane do łuków które wspierają, co sugeruje że zastąpiły wcześniejsze bardziej masywne kolumny. Nie wiadomo w jakich latach dokładnie nowa kolumnada została wyrzeźbiona, natomiast biorąc pod uwagę kontekst historyczny jej pojawienie się można wiązać ze zniszczeniami wojennymi z lat 1220-1225, kiedy to wybuchły potężne starcia między Muzułmanami i Chrześcijanami, a kalsztor stał się polem bitwy. Konflikt związany był ze zmianą dynastyczną i zastąpieniem tolerancyjnych Normanów przez o wiele mniej przyjaznych miejscowym Muzułmanom władców z dynastii Szwabskiej. Z listu opata Caro (1183-1233) do Fryderyka II wynika, że klasztor zamieniono w obóz wojskowy, do kolumn zaś wiązano konie powodując nieodwracalne zniszczenia co tłumaczy późniejszą odbudowę.

5. Katania

Do Katanii warto pojechać pociągiem, który odjeżdża rano i w ciągu 3 h za 10 euro skaczemy na drugi kraniec wyspy, mając jeszcze pół dnia na rekonesans. Po drodze mijamy bezkresne przestrzenie sycylijskiego górzysto-rolniczego interioru i cieszymy oczy widokiem nadmorskich miejscowości. Dopiero jadąc można uzmysłowić sobie jak bardzo sucha i jałowa jest ta kraina, w której prawie cały krajobraz stanowią góry i pagórki, na których uprawia się częściej kaktusy niż winorośl. Krajobraz zmienia się jednak w okolicy Katanii, położonej na równinie nad którą góruje wielka sylwetka Etny.

Będąc w Katanii miałem wrażenie jakbyśmy przenieśli się do innego kraju, ponieważ zarówno klimat jak i wygląd miasta jest tu odmienny. Jest to w całości zasługa Etny, która w 1669 r. praktycznie zrównała miasto z ziemią oraz potężnego trzęsienia ziemi, które dokończyło dzieła zniszczenia w 1693 r. Z tej przyczyny Katania jest niemal w całości barokowa. Miejscami zdarzają się zabytki antyczne, takie jak Odeon i antyczny Teatr Rzymski, które naprawdę warto zwiedzić (wraz z muzeum w którym jest całkiem sporo interesujących zabytków, duży zbiór ceramiki i przedmiotów związanych z funkcjonowaniem teatru od starożytności po wiek XIX).

Oba kataklizmy przetrwał bez uszczerbku Castello Ursino, czyli zamek wzniesiony w latach 1239-1250 przez Fryderyka II, którego niestety nie udało się odwiedzić z powodu szykowanej właśnie wystawy impresjonizmu. Jakoś do zamków na Sycylii nie miałem szczęścia, ponieważ jednym z planowanych miejsc do odwiedzenia była Enna, z której zrezygnowałem nastawiając się właśnie na zamek w Katanii. Jak na złość zamknięte było też Castello Maniace w Syrakuzach.

Katania to czarne miasto dosłownie i w przenośni. Dosłownie, ponieważ do odbudowy użyto miejscowego materiału, czyli czarnej wulkanicznej skały. Zbudowano z niej mury, dziedzińce i wyłożono nią ulice. Dzięki temu nawet miejscowe komary są czarne przez co stały się mistrzami ninja w sztuce upierdliwego podgryzania nocą ;) Katania jest też czarna z powodu ilości imigrantów. W Palermo bywali widoczni, tutaj zdominowali całą zabytkową dzielnicę. Gdy pytaliśmy o drogę do naszego mieszkania pewna młoda dama postraszyła nas, że to bardzo zła okolica. Cóż, żyjemy i nie mieliśmy żadnych problemów, ale nocny spacer ulicami za Castello Ursino, raczej nie jest czymś co bym rekomendował samotnej kobiecie ;)

Zabytkowa dzielnica nie jest specjalnie wielka i można ją obejść w ciągu kilu godzin. Czerń kamienia i tropikalny, malaryczny klimat, który nie daje spać to dwie rzeczy, które najlepiej zapamiętałem z Katanii, choć obiektywnie patrząc w mieście da się żyć, a jeśli lubisz barok będziesz miał co zwiedzać. W Katanii można też całkiem dobrze zjeść, a nawet przy odrobinie wysiłku ogarnąć komunikację i jej nonsensy.

6. Syrakuzy

Do Syrakuz podobno jeździ pociąg, wybranie tej opcji transportu jest jednak dość karkołomne, ponieważ są chyba 2 kursy dzienne i to o dziwnych porach. W tej sytuacji pozostaje skorzystać z autobusu, który odjeżdża z dworca na przeciwko dworca PKP (nawet jeśli nie jest oznaczony na prawie żadnych mapach :P) Oznaczony w sumie nie jest też autobus ani przystanek, kasa z biletami znajduje się zaś w bocznej uliczce. Włochy pełną gębą :D Ogólnie proponuję wpleść dworzec w plan zwiedzania dnia poprzedniego i zapuścić języka u tubylców w sprawie zarówno Syrakuz jak i Etny oraz obczaić kasę biletową.

Na Syrakuzy potrzebujesz dnia. Tyle wystarczy aby porządnie zwiedzić miasto, zajrzeć do Parku Archeologicznego w Neapolis i przejść się na Ortygię. Nie wystarczy jednak to na nic innego, dlatego jeśli możesz, zostań w Syrakuzach na 2 dni (Jeśli chcecie nocować w Syrakuzach zarezerwujcie pokój z widokiem na morze na Ortygii. My nie nocowaliśmy i w sumie na zwiedzanie mieliśmy zaledwie 5 h, ale nawet spacer nadbrzeżem przekonał mnie, że warto w przyszłości w Syrakuzach się zatrzymać :)

Ogólnie Park Archeologiczny i Ortygia leżą na dwóch zupełnie przeciwległych krańcach Syrakuz, dworzec autobusowy jest zaś niemal w środku, trzeba więc się nieźle nałazić, paradoksalnie bardziej niż na Etnie. Ogólnie z Syrakuz wróciliśmy strasznie skonani ponieważ dzień był jak na tę porę roku wyjątkowo upalny, a zwiedzanie było mega intensywne. Koniecznie zabierzcie na tę wycieczkę sporo wody i wygodne buty.

Parku Archeologicznego i sensu jego zwiedzania chyba komentować nie muszę. Obejrzycie Teatr Grecki z ok V w. p.n.e., ogromną i spektakularną grotę Orecchio di Dionisio, Rzymski Amfiteatr i sporo mniejszych zabytków. Generalnie ładna kupa fantastycznych starożytnych ruin na wielkiej palonej słońcem patelni :P Jak to mówią jeśli widziałeś jeden teatr grecki to widziałeś je wszystkie ;)

DCIM101GOPROG0051308. DCIM101GOPROGOPR1339.

O wiele ciekawszą natomiast atrakcję stanowi Ortygia, czyli zabytkowa dzielnica Syrakuz, której praktycznie zdjęć niestety nie robiliśmy, oszczędzając ostatnie resztki baterii w GoPro na Etnę. Robienie zdjęć byłoby w sumie też mało zasadne, ponieważ cała dzielnica ma tak niepowtarzalny klimat i jest tak unikalna, że ciężko byłoby tam nawet wskazać jakieś konkretne punkty warte zobaczenia. Dzielnica składa się ze starej zabudowy, wąskich uliczek pełnych niewielkich knajpek wpasowanych w krajobraz. Co niezwykłe, większość dzielnicy zamknięta jest też całkowicie dla samochodów, dlatego jest to miejsce ucieczki od miejskiego gwaru i hałasu. Całości dopełniają piękne widoki na port, morze i miasto. Warto zarezerwować co najmniej 2-3 h na spokojny spacer po dzielnicy i rozpocząć go w porze sjesty, ponieważ spora część dzielnicy przypomina wtedy miasto duchów. No chyba, że planujecie obiad, wtedy tych godzin nie polecam ;)

6. Etna

Etna to inny świat i zupełnie inne wrażenia. Po tylu dniach gapienia się na zabytki, stworzone ręką ludzką, uderzający jest kontrast z surowym pięknem tej wielkiej góry, stanowiącej w zasadzie gigantyczną pustynię, pełną śladów burzliwej przeszłości. O tym że Etna stała z powierzchni ziemi Katanię już wspominałem, jest to jednak stara historia. Etna jest najaktywniejszym wulkanem Europy wznoszącym się na 3340 m n.p.m., wybucha regularnie raz na kilka lat w spektakularny sposób, ma cztery główne kratery i ponad 200 kraterów bocznych. Ostatnio wybuchła w maju 2015 r., kiedy z powodu erupcji zamknięto lotnisko w Katanii. Wybuchy z 1983 i 2005 r. niszczyły schronisko Rifugio Sapienza, do którego dojedziecie autobusem z Katanii (i w którym naprawdę warto coś przekąsić. Porcje są tam gigantyczne!).

Etna to całodniowa wycieczka, na którą pojedziecie autobusem z dworca autobusowego w Katanii, za kilka euro, kursem o 8:15, a wrócicie tym samym autobusem o 16:30. Bilety kupuje się, wyjątkowo, u kierowcy. Rozsądek nakazywałby zabrać ze sobą dobre buty górskie, ciepłe ubranie, kurkę odporną na deszcz itd. ale w praktyce nie jest to konieczne. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu ludzi takich jak pewna turystka z Polski, która jechała z nami mając na nogach wsuwane drewniaki (!), przygotowano wypożyczalnię ubrań i butów, która znajduje się na stacji końcowej kolejki linowej (30 euro wjazd + 15 euro samochód jeśli chcecie podjechać pod krater). Kolejka rusza z Rifugio Sapienza i pozwala sprawnie dotrzeć na 2500 m. Tam znajduje się bar, sklepy z pamiątkami i baza do dalszej podróży samochodem, warto pamiętać jednak że samochody jeżdżą tylko przy dobrej pogodzie.

Nasza pogoda do najlepszych nie należała, delikatnie rzecz ujmując ;) W kolejce linowej złapała nas burza gradowa z porywistym wiatrem, zacinającym niemal poziomo. Naprawdę świetnie przeżycie, zwłaszcza że akurat jedziemy na aktywny wulkan, jesteśmy wyżej niż Rysy, a wokół rozciąga się czarna pustynia :D

Moja podróż na Etnę skończyła się niewiele wyżej niż stacja kolejki. Gdy pogoda trochę się uspokoiła i widoczność mocno się poprawiła stwierdziłem, że ruszę się ze schroniska rzucić okiem na to co jest niedaleko i wybrałem się na mały rekonesans. Nie było to dalej niż kilkaset metrów od stacji bazowej. Niestety nie udało mi się zajrzeć do krateru, przekonałem się natomiast jak szybko potrafi się zmieniać górska pogoda na takiej wysokości. W ciągu minuty widoczność z naprawdę przyzwoitej spadła niemal do zera. Zdjęcia poniżej wykonałem w odstępie pięciu minut.

Etna nie jest trudną górą do zdobycia. Kamienie o ostrych krawędziach, żwir i głazy mogą utrudniać marsz ale stoki góry są łagodne, w wielu miejscach rozciągają się lekkie pagórki i niemal równiny. Droga którą poruszają się samochody kursujące ze schroniska też wyglądała na całkiem szeroką i dobrze widoczną. Niestety przy takiej mgle okazuje się, że nawet na takiej ścieżce łatwo jest zabłądzić i można stracić poczucie kierunku. Sam siebie tropiłem po własnych śladach, kilka razy wracałem się do zapamiętanego punktu aż wreszcie trafiłem gdzie trzeba. Nie powiem, ciekawie jest zabłądzić bez komórki na czynnym wulkanie we mgle na 3000 m. Przynajmniej jest o czym opowiadać i jako jedyny człowiek tego dnia widziałem choćby zarys krateru centralnego :)

DCIM101GOPROG0081474.

Po powrocie do schroniska i kolejnej godzinie oczekiwania na poprawę pogody stwierdziliśmy, że pora wracać, a następnie wybraliśmy się na spacer po kraterach znajdujących się w okolicy Rifugio Sapienza. Pogoda wtedy nagle całkiem się poprawiła, wyszło słońce, resztę zaś opowiadają zdjęcia, które (mam nadzieję) zwalczą reputację Etny jako „najbrzydszej góry świata” ;)

Wyprawa na Etnę była ukoronowaniem naszej wycieczki. Był to już przedostatni dzień podróży. Ostatni dzień przed wyjazdem zarezerwowaliśmy sobie na uspokojenie, spacer po Katanii, picie wyśmienitego wina i szybką wycieczkę do rzymskiego amfiteatru. Następnego zaś dnia wylecieliśmy do Polski zabierając ze sobą masę wspomnień, którymi postanowiłem się z Wami podzielić.

DCIM101GOPROGOPR1520.

Jeśli więc będziecie mieli okazję odwiedzić Sycylię, skorzystajcie ponieważ jest to jeden z najciekawszych i najbardziej malowniczych zakątków Europy o fantastycznej i bogatej historii, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.

Trening indywidualny mieczem i krótką włócznią

21 listopada 2015  / Autor: Fiolnir

Dlaczego warto trenować w domu?

Dziś tak na szybko wrzucam dwa krótkie filmy treningowe. Podsumuję krótko to co widać aby cele wideo były jasne, zacznijmy jednak od małego cytatu, opisu idealnego wojownika, który pokazuje cel do którego osobiście staram się dążyć i pod który staram się optymalizować mój trening:

Był rosły i silny i był doskonałym wojownikiem. Potrafił walczyć mieczem i rzucać włócznią każdą ręką jeśli tylko chciał i był tak biegły w walce mieczem że gdy nim machał wydawało się jak by machał trzema mieczami na raz. Potrafił strzelać z łuku lepiej niż ktokolwiek i zawsze trafiał w cel. Potrafił skakać wyżej niż wynosił jego wzrost w pełnym oporządzeniu bojowym zarówno w przód jak i w tył.

(Brennu-Njáls saga)

Jak widać wojownik idealny to istny „człowiek orkiestra” – zwinny, sprawny, silny i szybki, wszechstronny wojownik, istna maszyna do zabijania, biegle władający każdą bronią, używający obu rąk. Specjalizacja wojowników i preferencje na pewno istniały, jednak wszechstronność była tym co szczególnie akcentowano jako wzór do naśladowania. Moim osobistym zdaniem nie jest możliwe pełne zrozumienie walki z epoki bez szerszej perspektywy i wszechstronnego treningu różną bronią, a jest to zaledwie wstęp do szerszego zagadnienia jakim jest zrozumienie realiów życia w epoce w kontekście społecznym, prawnym, ekonomicznym, duchowym i mentalnym. Walka zawsze była szerokim zagadnieniem, dlatego każda wąska próba jej analizy będzie skazana na porażkę podobnie jak czyste teoretyzowanie na temat lub ograniczona praktyka (w tym również trening w jednostajnych idealnych warunkach).

Oglądając filmy warto zwrócić uwagę na kilka elementów. Po pierwsze trenuję w bardzo ciasnym, nieprzyjaznym otoczeniu. Pełno mebli, bibelotów, żyrandol nad głowa itd. Cała przestrzeń, którą mam do dyspozycji, to około 9 metrów kwadratowych (z czego zwykle wykorzystuję połowę). Rzecz w tym, że gdy przyjrzymy się opisom konfrontacji z epoki, niezwykle często znajdziemy walkę w takim własnie ciasnym otoczeniu. Dla walk opisanych w sagach islandzkich jest to wręcz sytuacja standardowa, ponieważ wojna w tym kraju miała charakter lokalnej wróżdy rodowej. Palenie halli, burdy na ucztach, nocne napady na śpiących, wraz z sytuacjami wycofania się do halli lub ucieczki z niej pod naporem wroga są niezwykle barwne i częste. W pełnym spektrum prezentują też konieczność radzenia sobie z walką w takim ciasnym środowisku, ponieważ o zwycięstwie lub klęsce niejednokrotnie decydowało blokowanie broni o rozmaite elementy wystroju. Trenowanie w domu uczy naprawdę dobrej kontroli terenu i użycia broni w bardzo ciasnym otoczeniu.

Kilka przykładów – tłumaczenie moje:

Osłaniając się tarczą Gunnar wycofywał się przed Grettirem, który atakował go energicznie przeskakują na boczną ławkę stojącą najbliżej drzwi. Ręce Gunnara, dzierżące tarczę, były ciągle w drzwiach więc Grettir ciął w dół pomiędzy jego ręce i ciało obcinając jego obie ręce w nadgarstkach. Gunnar upadł w tył przez drzwi. Następnie wyciągnął swój saks, obciął Gunnarowi głowę i umieścił ją naprzeciwko jego tyłka.

(Grettis saga)

Grettir zamachnął się swym saksem na Vikara, towarzysza Hjaltiego Thordarsona uderzając go w lewe ramię kiedy ten wskoczył do chaty, cięcie przeszło przez jego ramiona ukośnie aż do lewej dolnej części jego ciała. Mężczyzna został przecięty w czysty sposób na pół, a jego ciało upadło na ziemię w dwóch połowach. Grettir nie mógł podnieść swego saksa tak szybko jak by chciał i w tej samej chwili Thorbjorn Hak przeszył go włócznią między ramionami zadając mu wielką ranę. Grettir powiedział „Odsłonięte są plecy człowieka który nie posiada brata”. IIIugi nakrył wtedy tarczą Grettira I chronił go tak dzielnie, że wszyscy wychwalali jego obronę. Następnie Hak nakazał swym ludziom aby zbliżyli się do Illugiego ze swymi tarczami „ponieważ nigdy nie widziałem człowieka jak ten któren jest tak młody”. Zrobili wedle rozkazu i otoczyli go tak ciasno tarczami i bronią, że nie był w stanie dalej utrzymać obrony byli więc w stanie pojmać go i przytrzymać.

(Grettis saga)

Pewnego ranka Gudbrand poprosił go aby dał mu konia i wyszedł wraz z Thorirem za nim na zewnątrz. Jak tylko Gudbrand doszedł do progu i schylił się Thorir zamierzył się na niego toporem , gdy usłyszał on świst topora wyskoczył przez drzwi, a cios Thorira uderzył w belkę która wystawała z krokwi. Topór uderzył szybko w belkę a Thorir wybiegł na dziedziniec ścigany przez Gudbranda. Thorir przeskoczył ponad korytem rzeki i legł tam przyklejony płasko do ziemi. Gudbrand rzucił za nim swoim mieczem i trafił on go w przeponę. Był on owinięty uzdą dookoła ciała i miecz trafił idealnie w pierścień uzdy. Gudbrand przeskoczył nad rzeką i dopadł do Thorira, ten jednak już był martwy. W tej sytuacji narzucił on na niego ziemię i pochował go dokładnie tam gdzie padł martwy. W mieczu pojawiły się szczerby, jedna z nich miała wielkość paznokcia. Miecz ten został później naostrzony , była to doskonała broń.

(Vatnsdala saga)

Szkatułka z Auzon - wykonana z kości wieloryba skrzynka na klejnoty lub relikwie, wyrzeźbiona około 700 roku w Northumbrii

Szkatułka z Auzon wyrzeźbiona około 700 roku w Northumbrii. Egil broni domu – zwróćcie uwagę na chwyt krótkiej włóczni i ustawienie tarczy u atakującego.

Kiedy Thormod poczuł siłę w człowieku przed nim, zeskoczył na ławkę obok łóżka. Olaf zeskakując sięgnął po swój topór zamierzając zadać mu cios, nie był jednak dość szybki, Thormod natomiast wśliznął się pod jego uchwyt i kurczowo uchwycił się jego talii. Olaf skontrował i rozpoczęła się niezwykle zaciekła walka. Thormod walczył tak mocno, że rozrywał gołymi rękami ciało Olafa gdziekolwiek się go uchwycił. W drobny mak rozwalili wszystko co stało im na drodze i nagle zgasło również światło, co odpowiadało Olafowi odrobinę bardziej. Thormod wtedy zaatakował z zaciekłością i obaj znaleźli się na zewnątrz. Leżał tam spory kawałek drewna wyrzucony przez fale i Thormond przypadkiem nadepnął na okrągły pień upadając na plecy. Olaf podciągnąl swe kolano pod jego pachwinę i gdy tylko wyczekał odpowiedni moment rozprawił się z przeciwnikiem tak jak uznał za stosowne.

(Hávarðar saga Ísfirðing)

Bork umieścił Eyjolfa na honorowym miejscu obok swych kompanów blisko drzwi. Rzucili swoją broń na podłogę. Bork usiadł obok Eyjolfa po wewnętrznej stronie ze Snorrim obok niego. Thordis przyniosła miskę owsianki (kaszy) w której tkwiły drewniane łyżki, jednak gdy postawiła porcję Eyjolfa przed nim łyżka wypadła jej na podłogę. Schyliła się aby ją podnieść jednak zamiast tego wzięła miecz Eyjolfa szybko pchając nim pod stołem . Miecz przebił udo Eyjolfa I nawet pomimo tego, że rękojeść uderzyła w stół rana była bardzo poważna. Bork popchnął stół daleko od nich I uderzył na Thordis. Snorri popchnął Borka tak że upadł on i pchnął jego matkę na miejsce obok siebie mówiąc, że wycierpiała ona dość bez bicia. Eyjolf I jego ludzie zerwali się ze swoich miejsc i wzajemnie się powstrzymywali po tym wydarzeniu.

(Eyrbyggja saga)

Kiedy to usłyszał wskoczył do łóżka I ściągnął ze ściany miecz który tam wisiał nad nim. Ljot nakazał swym ludziom zgromadzonym w halli obudzić się i uszykować broń. Havard w tym momencie wskoczył na skrzynię łóżka i ciął Ljota w lewy bark, ten jednak uskoczył bardzo szybko i miecz jedynie zadrasnął jego ramię ścinając skórę z jego ramienia i rozcinając je na wysokości łokcia. Ljot skoczył naprzód zeskakując z łózka z obnażonym mieczem i zamiarem zaatakowania Havarda, jednak wtedy Eyjolf natarł na jego prawy bark i ubili Ljota na miejscu.

(Hávarðar saga Ísfirðing)

Gdzie jeszcze mamy ciasne otoczenie? Oczywiście w bitwie oraz podczas walki na okrętach. Umiejętność walki z mieczem prowadzonym bardzo blisko ciała, kiedy broń mija nas tylko o centymetry obok oczywistej korzyści oszczędzania przestrzeni uczy też ekonomii ruchu i to przede wszystkim w sytuacji walki bez możliwości użycia pracy nóg, często z przygiętym łokciem, gdzie wcale nie działamy na maksymalnym dystansie, ale właśnie bardzo blisko przy zwarciu tarcza w tarczę. Dzięki łączeniu tego treningu w ciasnej przestrzeni z treningiem w przestrzeni nieograniczonej, tworzymy w sumie bardzo elastyczny repertuar akcji i technik. Podstawowym kontekstem użycia układu miecz-tarcza jest bitwa w której większość akcji rozgrywano w ciasnym dystansie.

Kilka przykładów takich sytuacji – zmagania na okrętach:

Hallgrim i jego brat wskoczyli na statek Gunnara, który odwrócił się aby stawić im czoła. Hallgrim pchnął w kierunku Gunnara swą halabardą. Bom leżał wzdłuż okrętu i Gunnar cofając się przeskoczył przez niego, jego tarcza nadal była z przodu przed bomem I halabarda Hallgroma przebiła ją trafiając w bom. Gunnar ciął w rękę Hallgrima okaleczając ją (łamiąc kości) jednak miecz nie wbił się w ciało. Halabarda wypadła przeciwnikowi z rąk, Gunnar złapał ją i przebił nią Hallgrima, później już zawsze nosił ją ze sobą.

(Brennu-Njáls saga)

Zmagali się już czas dłuższy kiedy Kari przeskoczył na okręt Snaekolfsa, ten odwrócił się by stawić mu czoła i natychmiast wyprowadził uderzenie. Kari wykonał odskok w tył przez jeden z okrętowych bomów, uderzenie Snaekolfsa, które nie doszło celu, było tak potężne że miecz utkwił w bomie na głębokość obu ostrzy. Kari skontrował uderzając w ramię przeciwnika ucinając mu rękę w wyniku czego Snaekolf padł martwy.

(Brennu-Njáls saga)

Thorstein znajdował się wtedy na achterdeku. Ljot widział jak daleko sprawy już zaszły i rzucił swoim mieczem w braci, starał się jednocześnie przeskoczyć ponad pokładem ponieważ nie widział innej drogi ucieczki. Thorstein przygwoździł go do pokładu pałką z taką siłą że jego głowa i ramiona opadły za burtę a nogi do wewnątrz okrętu. Zrobiło się już tak ciemno, że nie można było zmyć krwi z pokładu ani usunąć zwłok ze statku.

(Svarfdala saga)

Trochę ikonografii bitewnej – zwróćcie uwagę na uderzenia ze zgiętym łokciem:

Jeśli chodzi o tempo treningu, z racji że jest to trening właśnie, a otoczenie nie jest do końca przyjazne, nie wszystkie akcje wykonuję na 100% prędkości, zwłaszcza gdy używam miecza ostrego lub trenuję akcje oburęczne mieczem jednoręcznym. Tylko kilka sekwencji wykonanych jest na pełnej prędkości, większość akcji mieczem jednoręcznym wykonane jest na 3/4 prędkości, akcje oburęczne wykonuję zwykle dość wolno (1/3 do 2/3 prędkości).

Te ostatnie szczególnie zasługują na uwagę. Rozwijać techniki dwuręczne mieczami jednoręcznymi zacząłem dopiero jakiś czas temu, daleko tu jeszcze do doskonałości, chcę raczej zaprezentować, że takie użycie mieczy jest wykonalne i czasami bywa sensowne, zwłaszcza jeśli miecz który mamy do dyspozycji ma parametry i dynamikę taką jak mój miecz z Soborg.

Akcje dwuręcze testuję obecnie na wszystkich mieczach, które posiadam, również na moim mieczu wczesnym o bardzo ciasnej rękojeści. Wydaje mi się, że w większości przypadków udało mi się zoptymalizować chwyt miecza tak aby był najbardziej efektywny natomiast wstrzymam się tu na dziś z rozwijaniem tematu ponieważ nie wszystko jeszcze sprawdziłem i nie wszystko przetrenowałem w wystarczającym stopniu. W przyszłości napisze na ten temat osobny tekst.

Morgan M.739 Book of Hours, Morgan Library, Bamberg Niemcy, 1204-1219 r.

Morgan M.739 Book of Hours, Morgan Library, Bamberg Niemcy, 1204-1219 r.

Element którego na filmie nie ma, to trening lewą ręką. Na dziś niewiele mam tu do pokazania bo jest to u mnie ręka znacznie słabsza, po pół roku treningu osiągnąłem w niej sprawność wystarczającą do w miarę prawidłowego prowadzenia podstawowych akcji, użycie sekwencyjne dopiero zaczynam trenować. Ogólnie to co widać to minimalny wycinek treningu trwającego ponad 2 h. Szybki trening sekwencyjny przedzielony jest treningiem technicznym, który koncentruje się na raczej powolnym ale dokładnym wykonywaniu poszczególnych uderzeń, całość zaś poprzedzona jest półgodzinną rozgrzewką. Sens tego treningu jest podwójny – z jednaj strony rozbudowuje w prawidłowy sposób mięśnie odpowiedzialne konkretnie za użycie miecza, z drugiej prowadzi po pewnym czasie do mistrzowskiego wykonywania akcji szermierczych. W szlifowaniu podstaw tkwi klucz do wszystkiego innego ponieważ jest to nasza „skrzynka z narzędziami”. Gdy zachodzi konieczność automatycznie sięgamy po to co najlepiej się sprawdza.

Brak użycia tarczy oznacza tylko tyle, że nie używam jej w tym konkretnym treningu. Czasami trenuję z tarczą, czasami bez niej. Położenie ręki w tym dziwnym miejscu jest pewnym kompromisem, mającym w choćby minimalnym stopniu symulować położenie tarczy, kwestia położenia ręki bez miecza przy walce/treningu mieczem jednoręcznym lub kordem jest zupełnie osobnym, skomplikowanym zagadnieniem. I owszem, to co robię nie jest optymalne, jest natomiast sensowne w tym konkretnym kontekście.

Rzecz ostatnia – dlaczego oglądam sobie serial podczas treningu? :D Cóż powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze, jestem człowiekiem niezwykle zajętym i zwyczajnie muszę łączyć różne rzeczy. Po drugie, serial jest dodatkowym czynnikiem rozpraszającym, oglądanie go zmusza do wzmocnionej koncentracji, która musi radzić sobie nie tylko z mieczem ale też z dodatkowymi bodźcami, fabułą itd. Wzmacnia to nieprzyjazność środowiska treningowego, wybór tematyki serialu nie jest przypadkowy ;) Po trzecie wreszcie, większość starych podręczników szermierki zaleca trening sylwetkowy, w którym ćwiczono uderzenia w odniesieniu do planszy przedstawiającej przeciwnika. Trening do serialu stanowi współczesne rozbudowanie tej metody. Na ekranie pojawiają się postaci w ruchu, uderzając staram się prowadzić miecz tak aby uderzenia i pchnięcia kierowane były w te ruchome sylwetki, zawsze celując w punkty witalne.

Joachim Meÿer, Gründtliche Beschreibung der Kunst des Fechtens, Strasbourg 1570 r.

Joachim Meÿer, Gründtliche Beschreibung der Kunst des Fechtens, Strasbourg 1570 r.

Trening z krótką włócznią z tarczą i bez tarczy

Od wielu lat w dyskusjach dotyczących drzewcówek pojawia się kwestia tego co jeszcze jest włócznią, co już jest oszczepem i gdzie przebiega granica. Zagadnienie i problem tego typu stworzyć mógł tylko jakiś akademik, szukający pomysłów na systematyzację znalezisk, ponieważ praktycznie to rozróżnienie prawie nigdy nie ma znaczenia.

Oczywiście jeśli mówimy o broni bardzo, bardzo długiej, podobnej do włóczni z Jeziora Lednickiego, widocznej na zdjęciu poniższym, klasyfikacja jest oczywista. Podobnie oczywista jest klasyfikacja niewielkich oszczepów ciskanych np. za pomocą atlatla. Co jednak w sytuacji gdy mamy do czynienia z obiektem takim jaki widzicie na filmie lub na szkatułce z Auzon?

Włócznia z Jeziora Lednickiego wydobyta w okolicach mostu, długość całkowita 321 cm, drzewiec jesionowy XI wiek. Znalezisko przechowywane w Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.

Włócznia z Jeziora Lednickiego wydobyta w okolicach mostu, długość całkowita 321 cm, drzewiec jesionowy XI wiek. Znalezisko przechowywane w Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy.

Bronią o tej pośredniej długości można zarówno efektywnie walczyć wręcz jak również rzucać nią tak jak oszczepem. Jest to niezwykle skuteczne, tanie i poręczne rozwiązanie o bardzo wszechstronnych możliwościach. W chwili obecnej posiadam trzy włócznie/oszczepy tej długości oraz potężną włócznię dwuręczną. Wszystkie egzemplarze osobiście naostrzyłem ręcznie na kamieniach (co trwało ok 20 h w sumie) i mogę śmiało powiedzieć, że w wersji finalnej jest to straszna broń.

Podczas obróbki jesionowego drzewca lekko zahaczyłem o wyostrzony grot, który luźno leżał na stołku czekając na osadzenie. Grot wbił się na centymetr w mięso bez najmniejszego problemu. Siła uderzeń widocznych na filmie jest absolutnie wystarczająca do wyeliminowania każdego nieopancerzonego przeciwnika, przy odrobinie szczęścia byłoby możliwe przebicie takim uderzeniem tarczy i pancerza.

Zanim przejdziemy do filmów dodam jeszcze przykład użycia takiej krótkiej włóczni w zwarciu bez użycia tarczy aby udowodnić również ćwiczenia w tej formie.

Cambridge MS R.17.1 Eadwine Psalter, Cambridge University Library, Canterbury, Anglia, 1150 r.

Cambridge MS R.17.1 Eadwine Psalter, Cambridge University Library, Canterbury, Anglia, 1150 r.

Ogólnie na sam koniec – nie wszystko w tym filmie wykonane jest poprawnie, nie ze wszystkiego jestem zadowolony, wiele elementów nadal uważam za wersję roboczą technik nad którymi pracuję. Film publikuję bo chciałem pokazać, że trening w tak ciasnym otoczeniu jest wykonalny, sensowny i może stanowić świetne rozwiązanie, a także uzupełnienie innych form treningu, zwłaszcza w okresie gdy pogoda do wychodzenia z domu nie zachęca.

Tak więc nie szukajcie wymówek, ruszcie zadek z fotela i trenujcie, a w międzyczasie życzę miłego seansu :)

Wczesnośredniowieczne metody walki z dużą tarczą okrągłą – analiza technik – film

6 października 2015  / Autor: Fiolnir

Po ostatnich rozmowach i polemikach odnośnie filmu, który niedawno opublikowałem (LINK), uznałem że warto film przemontować, dodać do niego komentarze, pokazać to i owo w zwolnionym tempie i dodać trochę źródeł. Przy okazji napisałem mały przewodnik dla oglądających, tak aby jasne było na co warto zwrócić uwagę i wytłumaczyć o co tutaj tak na serio chodzi :)

1. Brak akcji na związaniu i przy kontakcie broń-broń (poza sytuacją ratującą życie), nacisk na trafienia bezpośrednie i akcje broń-tarcza, tarcza-tarcza

Rzecz w tym, że źródła z epoki niemal nigdy nie pokazują ani związań na broni, ani nie sugerują podobnych akcji w opisach technik. Dynamika miecza wczesnośredniowiecznego, który jest ciężki i mocno przeważony w przód, powoduje że związania mają niewielki sens, bo wymagałyby bardzo dużej siły nawet przy wiązaniu części słabej na słabą, najprościej mówiąc – część słaba, wcale nie jest słaba. Dodatkowym elementem niekorzystnym w takiej sytuacji jest, wynikające z używanej siły, duże ryzyko uszkodzenia broni.

Przypomnę na marginesie, że wczesnośredniowieczne miecze, imponujące pod względem jakości kucia i techniki wykonania, najczęściej były wykonywane z dość zróżnicowanej stali i żelaza. Za wyjątkiem nielicznych damasceńskich, sygnowanych egzemplarzy, kutych prawdopodobnie z importowanej stali, opisanych przez Alana Williamsa w artykule A Metallurgical Study of some Viking Swords, zdecydowana większość głowni z epoki miała bardzo zróżnicowaną jakość, co czyniło je podatnymi na uszkodzenia (źródła pełne są opisów łamania mieczy na hełmach, tarczach itp.). Stąd wyraźna sugestia z mojej strony, że akcje broń-broń z historycznego fechtunku z dużą tarczą powinny być eliminowane. Poza sytuacjami ratującymi życie zawsze lepiej użyć do blokowania tarczy niż miecza.

2. Strefa trafienia i rozkład trafień na strefy

Większość akcji trafia w głowę poniżej linii hełmu (twarz, skroń) lub w korpus. Celem walki była najczęściej szybka i skuteczna eliminacja przeciwnika, co stwarza konieczność bezpośredniego, szybkiego i skutecznego atakowania stref witalnych. Korpus to przede wszystkim uderzenia po linii bark-biodro, cięcia dolne w brzuch, cięcia i uderzenia pod pachę i w bok ciała. Dodatkowe strefy atakowane to ramiona, przedramiona i nogi, ale nie jest to cel główny, a jedynie dodatkowy.

Pod koniec filmu zestawiłem nasze strefy trafień z trafieniami opisanymi w sagach islandzkich. Więcej danych znajdziecie w artykule A Statistical Summary of Weapons Usage in Sagas of Icelanders Zestawienie ma na celu ogólne pokazanie zbieżności tego co robimy z tym co znamy ze źródeł, niestety sama metoda statystyczna w analizach walki nie sprawdza się dobrze i może powodować liczne błędy w interpretacji, poświęcam temu zagadnieniu kiedyś osobny artykuł.

W skrócie mówiąc – wrzucając wszystko w tabelki tracimy kontekst. Sagi opisują bitwy, pojedynki, zasadzki, napady i rozboje, bitwy morskie toczone na statkach, burdy w hallach itd. Każdy typ konfrontacji rządzi się swoimi prawami, zadziwiająco dużo miejsca sagi poświęcają też opisom improwizacji w walce, co mocno utrudnia traktowanie ich jako możliwych do wykorzystania opisów technik walki. Nie są to podręczniki, a raczej opisy w stylu „my ze szwagrem po pijaku ukatrupiliśmy tych i owych” ;) Sagi przydatne są do generalnego rozeznania metod, pryncypiów i celów walki, gorzej nadają się do analizy konkretnych technik, bo kiedy już je prezentują robią to w bardzo indywidualistycznym kontekście.

3. Użycie rantu tarczy do atakowania tarczy przeciwnika, blokowania topora i aktywnego atakowania przeciwnika

Użycie rantu tarczy w aktywny sposób większość zasad walki rekonstrukcyjnej wyklucza, całkiem słusznie, ponieważ siła możliwa do wygenerowania przy takim uderzeniu w twarz jest bardzo znaczna. Trenujemy tak aby trafienie i intencja była jasna, natomiast nie używamy tutaj maksymalnej siły i przyłożenia, wymaga to dużego opanowania tarczy i jej bezwładności. Niemal zawsze gdy na filmie widać trafienie rantem w twarz, prawidłowa akcja powinna całkowicie wyrzucać rękę z tarczą w przód, czego nie robimy. Tarcze których używamy ważą od 3,5 do 5,3 kg co przy dołożeniu ruchu ciała, wyrzutu ręki i kroku naprawdę jest niebezpieczne, ale jest też bardzo skuteczne. Pamiętajmy o tym, że większość wojowników z epoki nie używała hełmów, część używała hełmów bez nosala i osłony twarzy.

Odnośnie topora, idealnym sposobem wyłapania tej broni jest uderzenie rantem w drzewiec zaraz poniżej ostrza, co umożliwia haczenie broni, rantu można też użyć do uderzania w drzewiec celem stopowania akcji i kontrolowania broni, do uderzeń w  dłonie lub do podstawiania rantu pod nadgarstek, co umożliwia rozbrajanie przeciwnika i łamanie nadgarstka w sytuacji skrajnej.

4. Unikanie użycia rantu do wyłapywania uderzeń, używanie płaszczyzny

Używanie rantu do blokowania niesie ze sobą kilka niebezpieczeństw, wśród których te najbardziej istotne dotyczą niskiej efektywności (jeśli cięcie przejdzie, tnie też za tarczą, zdarzyło mi się prawie do połowy rozłupać ostrą bronią tarczę migdałową) i niebezpieczeństwa uwięźnięcia broni w tarczy (nie masz broni więc giniesz). Nawet w przypadku obrony płaszczyzną  na wyciągniętej ręce, staramy się łapać uderzenia na płaz. Z drugiej strony używanie płaszczyzny do blokowania prawie nic nie robi tarczy, prawie nie da się jej zniszczyć w ten sposób, nawet przy walce toporem jest to bardzo trudne, choć w przypadku toporów właśnie rant przydaje się o wiele bardziej. O tym, że zdarzały się przypadki przecinania człowieka razem z tarczą świadczą źródła:

Thorgils następnie wyciągnął miecz z piasku i rozpoczął się pojedynek.Po chwili walki Thorgils obciął dolną część tarczy Surta wraz z nogą która za tarczą się kryła. Ówczesne zasady pojedynkowe mówiły, że człowiek walczył dla pozyskania własności pokonanego, jeśli jego oponent zginie w pojedynku. Następnie Thorgils obciął Surtowi głowę. (Flóamanna saga)

Fresk, Sabbionara Castle, Avia, Trentino, Włochy 1340 r.

Fresk, Sabbionara Castle, Avia, Trentino, Włochy 1340 r.

5. Brak pchnięć, przewaga cięcia nad pchnięciem

Jeśli brak pchnięć na filmie Cię zastanowił, to masz rację. Być powinny, jako dodatek do cięć ale jednak :) Film jest w sumie pewną odpowiedzią na poprzedni film w którym ciąłem butelki, tam były tylko cięcia więc i na tym filmie mamy tylko cięcia. Pchnięcia oczywiście były używane, natomiast styl walki, rodzaj miecza itp. elementy stylu wczesnośredniowiecznego znacznie mocniej koncentrował się na uderzeniach, które są efektywniejsze w realnej walce, zwłaszcza w bitewnym kontekście (pamiętajmy że zestaw miecz-duża tarcza to zestaw typowo bitewny, każdy inny kontekst był tu dodatkiem).

Już widzę te tłumy miłośników pchania, które oburzą się na powyższe stwierdzenie, więc śpieszę z wyjaśnieniem. Pchnięcie jest skuteczne ale zwykle nie zabija od razu (skuteczne pchnięcia najczęściej opisane w sagach to pchnięcia w serce, te oczywiście są skuteczne). Człowiek z przebitym brzuchem zapewne umrze, za kwadrans, dzień, albo tydzień, natomiast wcześniej zdoła nas zabić. Istnieją setki opisów z różnych epok na temat osób śmiertelnie rannych, które nie zauważały w stanie szoku swoich obrażeń. Sugeruję tutaj sięgnąć np. po książkę Rory’ego Millera, Meditations on Violence: A Comparison of Martial Arts Training & Real World Violence, a także klasyczny już tekst The Face of Battle Johna Keegana.

Gdy celem jest szybka i skuteczna eliminacja zagrożenia tu i teraz, nic nie działa tak skutecznie jak cięcie – obcięta ręka nic nie zrobi, obcięta głowa nie polemizuje. Często pojawiającym się stwierdzeniem w dyskusjach o przewadze pchnięć nad cięciami jest opinia, że cięcie raczej nie zabijało, a pchnięcie prawie zawsze było śmiertelne bo powodowało obrażenia wewnętrzne, niemożliwe do leczenia w epoce. Ogólnie stwierdzenie to jest bardzo uproszczone z wielu powodów.

Po pierwsze nie bierze pod uwagę zakażeń. Jeszcze w czasach pierwszej wojny światowej większe żniwo zbierały w okopach zakażenia ran niż bezpośrednie trafienia, byle zadrapanie mogło się wtedy skończyć tragicznie. Dopiero pod koniec drugiej wojny światowej masowa produkcja penicyliny wydatnie zmniejszyła śmiertelność w wyniku zakażeń. Stąd nieprawdą jest stwierdzenie, że rany cięte były niegroźne, w epoce każde zranienie mogło nieść poważne konsekwencje.

Po drugie, kości z pól bitew często noszą ślady wielokrotnych powtórzeń, brutalnego dobijania i atakowania ponawianego do skutku. Uderzenie za uderzeniem masakrowało przeciwnika aż do momentu jego wyeliminowania z walki. Śmierć była tu częsta, ale nie była konieczna. Eliminując zagrożenie istotniejszy jest efekt tu i teraz niż długofalowe skutki odniesionych ran, nieprzytomny przeciwnik albo zwijający się z bólu to przeciwnik zdany na naszą łaskę i można np. dobić go pchnięciem.  Z tego punktu widzenia akcentowanie większej śmiertelności pchnięć w długiej perspektywie czasu nie ma znaczenia dla walki jako takiej, choć jest prawdą.

Po trzecie, tym co eliminuje człowieka z walki jest przede wszystkim ból i utrata świadomości czyli bardziej czynniki psychiczne niż fizyczne. Oba elementy są znacznie istotniejsze dla uderzeń niż dla pchnięć (wielkość rany, rozkład siły uderzenia naruszający strukturę kości itd.). Nawet w epokach dominacji broni kolnej, większość zawodowych żołnierzy wolała w kontekście bitewnym używać szabli, pałasza, tasaka itp. broni predestynowanych do cięcia i rąbania, podczas gdy rapier, szpada itp. broń była używana głównie w cywilnym kontekście, często była to broń oficerska. Nieprzekonanych odsyłam do Christophera Ambergera, The Secret History of the Sword: Adventures in Ancient Martial Arts, gdzie bardzo dużo miejsca poświęcone jest właśnie analizom różnic skuteczności pchnięcia i cięcia.

Tak więc pchnięcia we wczesnym średniowieczu uzupełniały repertuar technik ale nie były opcją dominującą. Cała ewolucja kształtu sztychu miecza (świetnie opisana w artykule Bartosza Bryckiego Sztychy mieczy wczesnośredniowiecznych – forma i funkcjonalność)  i modyfikacje głowni między VIII a XIII wiekiem były skutkiem dodawania coraz większej ilości pchnięć do repertuaru technik, co związane było ze stopniową rozbudową opancerzenia i bardzo mocno zmieniło charakter walki, a także używane techniki. Stąd np. szukanie mocnych związków między walką puklerzem, a walką z dużą tarczą z gruntu jest skazane na niepowodzenie. Tarcza jest zupełnie inna, miecz jest zupełnie inny, kontekst tego zestawu też jest przede wszystkim cywilny, dominują akcje na związaniach, pchnięcia mają o wiele większe znaczenie. Więcej jest tu różnic niż elementów wspólnych, bardzo łatwo wpaść w pułapkę fałszywych analogii.

Reasumując to co widać na filmie nie wyczerpuje możliwego repertuaru akcji do wykonania, pchnięcia oczywiście stosowano i stanowiły one bardzo ważny dodatek, natomiast źródła bardzo wyraźnie podkreślają dominację cięć i uderzeń, co zgadza się z bitewnym kontekstem układu miecz-duża tarcza. O sile i śmiertelnych konsekwencjach cięć używanych w epoce najlepiej świadczą ślady widoczne na kościach (choć tutaj też sprawa nie jest tak prosta jak się wydaje i ten temat też wymaga oddzielnego opracowania, w międzyczasie odsyłam do artykułu Co kości mówią nam o wojnie? Uwagi na marginesie odkryć urazów na czaszkach z masowej mogiły z grodziska w Niesulicach koło Świebodzina).

6. Różnica w walce i możliwościach miecza i topora

Oczywiście toporem da się walczyć efektywnie, ale w kontekście pojedynkowym ma on o wiele mniejsze możliwości. Ten kontekst widzicie na filmie. Zastanawiając się nad tym co było lepsze, zawsze należy brać pod uwagę kontekst. W bitwie różnice efektywności między mieczem i toporem trochę się równoważą. Krótki topór dobrze sprawdza się w ciasnym otoczeniu, ma o wiele większą punktową siłę uderzenia, dla osób które preferują styl „raz a dobrze” i walczą w większej grupie gdzie pole manewrowania bronią jest ograniczone, topór jest bardzo dobrym i efektywnym rozwiązaniem. Charakter bitwy ogranicza możliwość operowania mieczem więc finezja narzędzia ma tu mniejsze znaczenie niż w kontekście pojedynkowym lub cywilnym. Topór nie był bronią gorszą od miecza, miecz nie był bronią lepszą od topora. To człowiek i kontekst użycia decyduje o tym co jest „lepsze” w danym momencie, czasie i miejscu. O skuteczności topora możecie poczytać np. w zbiorowej publikacji The Axed Man of Mosfell: Skeletal Evidence of a Viking Age Homicide and the Icelandic Sagas.

topor

7. Brutalność, dominacja ataków na strefy witalne, nacisk na inicjatywę, wielokrotne trafienia

Nie da się wygrać walki tylko się broniąc, aby wygrać trzeba atakować. Cała tradycja walki w germańskim wydaniu opierała się na akcentowaniu ataku, a opisy źródłowe wyraźnie mówią o brutalizmie i agresji takich akcji, które dekapitowały, ucinały kończyny i przecinały tułów wroga na pół. Aby wygrać zdominuj przeciwnika, pozbaw go obrony atakiem, wykorzystaj luki w obronie i błędy, bij bez litości, nawet wtedy gdy już otrzymał trafienie. Stres walki, hormony itp. czynniki powodują, że nawet osoba poważnie ranna lub umierająca może nadal być niebezpieczna. Dlatego zwykle nie zatrzymujemy akcji po pierwszym trafieniu – uderzamy dalej,aż do skutku i wyraźnego potwierdzenia trafienia przez partnera. Na filmie większość akcji składa się z co najmniej 2 trafień, celem większości walk w epoce było zabicie przeciwnika, stąd wynika strefa trafienia i ponawianie ataków do skutku, rzut oka na czaszki umieszczone wyżej wystarczy aby nie mieć złudzeń co do brutalnych realiów epoki. Zacytujmy:

Grettir uświadomił sobie, że ma tylko dwa wyjścia – uciec albo przestać się cofać. Natarł tak potężnie, że nikt nie był w stanie dotrzymać mu pola, z powodu wielkiego ścisku Grettir myślał, że nie ma szans na ucieczkę chciał więc przed śmiercią zrobić jak najwięcej i zmierzyć się przy okazji z kimś kto stanowił wyzwanie. Uderzył w głowę Steinolfa z Hraundal rozcinając go aż do ramion. Zaraz potem kolejne jego cięcie dosięgło Thorgilsa Ingaldssona w połowie korpusu przecinając go nieomal na pół. Thrand próbował zaatakować go mszcząc towarzyszy jednak Grettir dosiągnął i jego tnąc go w prawe udo, odrąbując mięśnie i czyniąc go niezdolnym do walki. Następnie zadał poważną ranę Finnbogiemu. (Grettis saga)

Combat Intent Described in the Sagas Grouped by Weapon Type

Combat Intent Described in the Sagas Grouped by Weapon Type

8. Ilość ataków na prawą i lewą stronę, preferencje co do postawy

Rzecz w tym, że normalne zasady fechtunku obowiązujące w walce bez tarczy, przestają obowiązywać gdy po najczęściej atakowanej, lewej stronie, ustawimy dużą okrągłą tarczę. Możliwość przejścia jej przy dobrej dynamicznej obronie jest po tej stronie bardzo niewielka. Z tego powodu rośnie nacisk na ataki od normalnie mniej optymalnej prawej strony, zwykle uznawanej za słabą. Na filmie wyraźnie widać, że obie strony ciała są atakowane, na stronę lewą zwykle uderzają akcje z pierwszej ręki, bardzo skuteczne o ile zdążymy je wykonać, a przeciwnik nie zdąży zareagować.

Miecz jest znacznie lżejszy od tarczy (a tarcza trzymana jest w raczej słabszej, lewej ręce), między innymi aby równoważyć tę różnicę szybkości, preferowaną przeze mnie postawą jest ta z prawą nogą i mieczem z przodu, a lewą nogą i tarczą w wycofaniu. Takie ustawienie ułatwia obronę dystansem (cofnięcie nogi prawej, lekkie uniesienie tarczy), ułatwia też agresywne akcje tarczą od lewej (krok i wyrzut tarczy w przód). Operowanie ciężką tarczą wymaga dodania kroku znacznie bardziej niż operowanie mieczem. Waga samej broni i jej wyważenie zapewnia wysoką skuteczność uderzeń nawet bez dodawania kroku, repertuar uzupełniają cięcia z przyłożenia. Tak w telegraficznym skrócie :)

rozklad statystyczny

9. Prowadzenie miecza i tarczy, bezwładność, ochrona dłoni

Jednym z wałkowanych od lat tematów w rekonstrukcji jest kwestia używania rękawic i ich braku we wczesnym średniowieczu. Łatwo zauważyć, że przy wspólnym prowadzeniu miecza i tarczy ryzyko trafienia w dłonie jest minimalne bo tarcza buduje dystans, miecz wykańcza akcję i nie jest ustawiany poziomo w stronę przeciwnika (sztych w twarz to optimum, generalnie głownia miecza zawsze powinna być z przodu, dłonie z tyłu), cały czas długość głowni skutecznie utrudnia trafienie w dłonie. Duża tarcza odpowiednio ustawiona chroni dłoń w wystarczającym stopniu, wyjście pełną ręką zza tarczy zdarza się głównie przy kontynuowaniu akcji po otwarciu, gdy przeciwnik nie ma szans nas trafić, co jest zresztą w 100% historyczne.

padamiec8

Kluczem do obrony dużą tarczą jest to, aby tarcza zawsze znajdowała się tam, skąd nadchodzi atak, otwarcie całej niezagrożonej reszty ciała ma niewielkie znaczenie, często lepiej w angażującym ataku tarczę zupełnie puścić bokiem aby była przygotowana do kontry, niż spinać mięśnie podtrzymując ją w miejscu, które nie jest zagrożone. Wielkość tarczy w tym wypadku nadrabia przewagę dynamiki miecza, dzięki czemu nie jest konieczne idealne zamykanie linii ataku, wystarczy „mniej więcej”. Tarcze których używamy mają ok 80 cm średnicy, to jest minimalna wielkość pola ochrony gdy ustawiamy tarczę zaraz przy ciele, oddalając ją od ciała zakres ochrony jeszcze wzrasta, niestety pociąga to za sobą ograniczenie pola widzenia, dlatego tarcze duże raczej powinny być używane dość blisko ciała, w przeciwieństwie do np. puklerza, służącego do obrony dystansem, zamiast do obrony powierzchnią.

10. Chwyty miecza i wiele mieczy używanych w walce

Łatwo to przeoczyć, natomiast na filmie pojawiają się prawie wszystkie możliwe chwyty miecza wczesnego – młotkowy, długi, z przełożeniem palca przez jelec, a także dokładanie palca na głowicy. Różne chwyty mają sens w różnych sytuacjach i fazach walki, a czasem w fazach uderzenia. Przykładowo uderzenie z palcem przełożonym przez jelec dodaje dodatkową siłę i stabilizuje głownię w linii cięcia, ale ten sam chwyt w akcji powrotnej ma wyłącznie negatywne skutki – luźniejszy chwyt, o jeden palec mniej na rękojeści. Modyfikacja chwytu to kolejny ważny niuans w rekonstrukcji dawnej walki.

Dodać wypada, że na filmie widać użycie trzech mieczy o różnej dynamice i właściwościach. W walce staram się używać jak największej liczby mieczy, o możliwie różnorodnych parametrach aby lepiej zrozumieć różnice wynikające z uzbrojenia, ewolucję uzbrojenia, jej przyczyny i skutki. Więcej TUTAJ i TUTAJ.

11. Ustawienie tarczy i bezwładność tarczy

Postawa wyjściowa, która dominuje na filmie,w walce z tarczą sprawdza się o wiele lepiej od tego co zwykle da się zobaczyć w walkach rekonstrukcyjnych (płaz w przód), ponieważ nie tylko niesamowicie zwiększa możliwości użycia broni, nie blokując linii ataku, ale również od razu prawie całkowicie zamyka całą lewą stronę ciała, dodając opcję agresywnego użycia tarczy. Wycofana do tyłu lewa noga i prawa wykroczna stwarza punkt do wykonywania szybkich i bardzo brutalnych ataków rantem tarczy z wyrzutem i dołożeniem kroku oraz bardzo dynamicznych obron, jeśli przeciwnik wykona jakąkolwiek akcję, która nam zagraża.

Możliwości, które daje takie ustawienie jest tak wiele, że nie sposób ich w tym tekście omówić, natomiast warto wspomnieć o podstawowej zasadzie wykorzystania bezwładności, która może być naszym największym wrogiem lub najlepszym przyjacielem. Umiejętne wyzyskanie bezwładności tarczy przeciwnika jest kluczem do otwarcia tarczy, wykorzystanie bezwładności własnej tarczy pozwala optymalnie dostosować kierunek ruchu i ataku do możliwości, które mamy i które dane ustawienie nam daje. Rotacje tarczy, akcje rant-płaszczyzna, wjeżdżanie uderzeniem po płaszczyźnie tarczy przeciwnika i wymuszanie otwarć to tylko nieliczne z możliwych do wymienienia, elementów wykorzystujących w praktyce zasadę bezwładności. Prawa fizyki są niezmienne we wczesnym średniowieczu też obowiązywały.

12. Praca nóg

Temat rzeka, to co dodałem na końcu to tylko mała próbka, niejako wstęp do wstępu, zrobiony tylko po to aby zaczepić temat. Problemem walki wczesnej jest z jednaj strony ilość źródeł, z drugiej ich przypadkowość, rozstrzał czasowy i geograficzny, a także brak systematyzacji kroku szermierczego w epoce. To pozostawia duże pole do interpretacji i nadinterpretacji, ale ma to też pozytywne strony, mianowicie nie jesteśmy skazani na trzymanie się kurczowe jednego stylu, co zawsze jest ograniczające.

Osobiście swoją prace nóg i ustawienie ciała oparłem na licznych europejskich źródłach z epoki, gdzie widać różne pozycje ciała. Znajdziemy niskie pozycje na nogach, znajdziemy wysokie stanie na prawie prostych nogach, znajdziemy póługięte tylne kolano i prawie proste nogi, znajdziemy rozmaite ustawienia stóp począwszy od prawie równoległego, kończąc na szerokim rozstawie ze stopami ustawionymi w kąt rozwarty. Każda opcja ma sens w pewnych sytuacjach.

padamiec5

Walka na niskich nogach umożliwia szybkie ataki z dystansu, walka na prawie prostych nogach sprawdza się w bitwie i przy zwarciu tarcza w tarczę, gdzie możliwości przejścia przeciwnika są niewielkie , a najsensowniejszą drogą przejścia jest góra (witalne strefy trafienia, optimum zasięgu wynikające z miejsca przyczepu rak do tułowia i zasad fizyki, gdzie w atakach z góry pomaga grawitacja), ustawienie ze stopami w kąt rozwarty pozwala ustać np. zderzenie z szarżującym na wprost przeciwnikiem lub linią, stabilizuje pozycję w linii, która w danym momencie ma znaczenie, kosztem stabilności bocznej, która znaczenia nie ma bo z boku stoi nasz ziomek z podobnym okrąglakiem. Każda pozycja ma swoje mocne i słabe strony, modyfikacja postaw to osobne zagadnienie, podobnie jak modyfikacje pracy nóg wynikające z czynników terenu, różnic wysokości, używanego obuwia itd.

padamiec6

Jednym słowem temat rzeka, w którym o wiele większe znaczenie od akademickiej systematyzacji miały czysto osobiste preferencje. Mówiąc o np. walce wikingów, mówimy o czasach bez szkół, traktatów i systematyzacji czegokolwiek w temacie, odtwarzając styl walki analfabetów i samouków, zamieszkujących dość izolowane gospodarstwa w izolowanej części Europy, gdzie tradycję walki przekazywano w ramach bliskiej rodziny.

Patrząc na opisy źródłowe mówimy o czasach wielkiej improwizacji, w których dobrego wojownika poznawało się po umiejętności dostosowania się do sytuacji i radzenia sobie w sytuacji bez wyjścia za pomocą podstępu, oszustwa i naginania lub wprost łamania zasad. W świecie bez zasad, akcentowanie zasad jest aberracją i świadczy o niedostatecznym zrozumieniu epoki, zwyczajnie nie istniał jeden styl pracy nóg który można by było uznać za „prawidłowy”. W przyszłości poświęcę temu zagadnieniu osobny tekst. Mała próbka improwizacji pracy nóg w walce:

Bork zamachnął się na Gunnara, jednak ten uderzył halabardą w odpowiedzi tak mocno, że miecz wypadł Borkowi z dłoni. Wtedy zauważył Thorkela po swojej drugiej stronie w dystansie umożliwiającym trafienie. Gunnar przeniósł cały ciężar na jedną stopę i szerokim zamachem miecza trafił w kark Thorkela ścinając mu głowę. (Brennu-Njáls saga)

A tutaj cytat odnośnie wpływu terenu:

Freystein następnie odwrócił się w stronę skały. Steinthor powiedział mu aby nie uciekał jeśli nie został ranny. Freystein odwrócił się by odeprzeć atak I walczyli dzielnie jednak Steinthor był zagrożony ześlizgnięciem się z lodowego bloku który był zarówno mokry jak i śliski, podczas gdy Freystein stał pewnie mając raki na butach, zadając uderzenia częste i mocne. Pojedynek skończył się gdy Steinthor ciął Freysteina powyżej bioder rozcinając go na pół. (Eyrbyggja saga)

13. Miejsce treningu

O tym, że ma wpływ na pracę nóg i charakter walki, chyba nikogo przekonywać nie trzeba, warto jednak zwrócić uwagę, że nie trenujemy na sali. Nigdy tego nie robimy i nie planujemy, ponieważ sala i kontrolowane środowisko uczy złych nawyków w realnej walce. Trenując na zewnątrz musisz uważać na dołki, kamienie, gałęzie, drzewa i korzenie, że nie wspomnę o psich odchodach itp. niespodziankach. Kontrola terenu uczy kontroli otoczenia i przestrzeni, uczy dobrych nawyków walki w rzeczywistych warunkach, uczy automatyzmu reakcji i dostosowywania akcji do warunków zmiennej przyczepności zarówno w obronie, jak i w ataku, uniemożliwia też przesadne zachowania. Opcją optymalną jest tu trenowanie na bosaka, czego niestety nie robimy, z uwagi na „poziom zakasztanienia” parku w którym trenujemy, natomiast zalecam taki trening jeśli tylko macie możliwość ;)

14. Uzbrojenie ochronne

Z założenia trenujemy tak, aby symulować walkę w bardzo lekkim lub żadnym opancerzeniu, stosowanie rozwiązań znanych z DESW to umożliwia, jak widać stosowanie opancerzenia z epoki niewiele zmienia zarówno w stylu walki jak i w jej dynamice, natomiast wymaga znacznie więcej uwagi i zwiększa ryzyko kontuzji, eliminując przy okazji bardzo istotne strefy trafienia (twarz) szczególnie przy walce w otwartych hełmach.

Maski są atestowane, dodatkowo są obudowane centymetrową styrogumą, są wyposażone w ochronę karku (obecnie obie maski mają sztywną ochronę), dodatkowo w mojej masce rozmiaru 3 używam kaptura wytłumiającego, który normalnie zakładam pod hełm. Dzięki temu mogę przyjmować na głowę również uderzenia toporem. Dodawanie pchnięć do walki wymaga oczywiście uzupełnienia uzbrojenia o plastron, spowodowało też konieczność przerobienia białej przeszywanicy i dodanie skórzanej łaty chroniącej szyję. Rękawice opiszę w oddzielnym artykule, jak widać na filmie stosuję wiele rozwiązań. Do ochrony nóg i stawów osobiście używam ochraniaczy taktycznych policji brytyjskiej, które są tanie, lekkie, nie ograniczają ruchów, a zapewniają bardzo dobrą ochronę również w bocznej płaszczyźnie kolana.

Ogólnie w uzbrojeniu historycznym walczymy rzadko, bo używanie historycznego sprzętu uniemożliwia rekonstruowanie historycznych metod walki, gdzie najskuteczniejsze ataki kierowane są w najsłabiej chronione strefy.

15. Odnośnie części teoretycznej filmu i zliczania trafień

Na filmie analizuję nagrania treningowe. Tylko tyle i aż tyle. Tylko tyle, dlatego że nie jest to podręcznik ani studium całościowe tematu, aż tyle. dlatego że zestawienia, których użyłem, mają w założeniu mniej więcej pokazywać kierunek w którym idę z projektem i zgodność kierunku z historycznymi realiami.

Zasady walki, które w filmie akcentuję stanowią warte podkreślenia dość ogólne wytyczne, którymi moim zdaniem walka wczesnośredniowieczna się rządziła, zliczanie trafień ma na celu pokazanie zgodności tego co robimy z celem walki realnej tj. eliminacją przeciwnika w szybki i skuteczny sposób, samemu unikając trafienia.

Najważniejsze w walce to przeżyć i nie zostać zranionym, w drugiej kolejności zabić przeciwnika lub wyeliminować zagrożenie z jego strony, w trzeciej kolejności zaś skończyć walkę będąc zdolnym do kolejnej (z nieuszkodzoną bronią, minimalnym zmęczeniem).

Odpowiednia technika jest środkiem do osiągnięcia tych celów, nie stanowi natomiast celu sama w sobie i powinna być elastycznie dopasowywana do kontekstu i sytuacji. Czym innym jest mapa, czym innym terytorium, czym innym menu, czym innym posiłek, czym innym idealna technika opisana w źródle (nawet jeśli ją mamy, a zwykle nie mamy), czym innym realne jej wykorzystanie w ciągu ułamka sekundy który decyduje o Twoim życiu lub śmierci. Rozwojowi prawidłowej techniki służą treningi zadaniowe i treningi indywidualne, to co widać na filmie to pełnokontaktowy sparing, z natury rzeczy nie służący bezbłędnej technice.

A teraz zapraszam na film :)

Trening cięć mieczem wczesnośredniowiecznym

24 sierpnia 2015  / Autor: Fiolnir

Witajcie po kolejnej długiej przerwie!

Wakacje w pełni (kto ma ten ma, ja nie mam ;), pogoda dopisuje aż za bardzo, „żar leje się z nieba”, cytując klasyka. W takich to pięknych okolicznościach przyrody, zdarzył mi się wyjazd na działkę pod Olsztyn i wreszcie miałem odpowiedni czas i miejsce, na przeprowadzenie treningu cięć. Niestety ta forma treningu musi odbywać się w dość kontrolowanych warunkach, wymaga pewnego zaplecza, więc w Warszawie nie za często mam okazję się tak bawić. Jeśli już to na o wiele mniejszą skalę.

Uzupełniam właśnie kolekcję broni o kolejne, ostre egzemplarze. Jestem właśnie w ostatniej fazie ostrzenia trzynastowiecznego miecza w typie XIV, o czym na pewno jeszcze będziecie mieli okazję poczytać, a tymczasem postanowiłem pobawić się moim wczesnośredniowiecznym mieczem produkcji Maciejki, który do cięcia butelek nadaje się perfekcyjnie.

Film pokazuje praktycznie cały trening z wyciętą nudą, od razu przepraszam za jakość zdjęć z drugiej kamery. Wina „czynnika białkowego” w mojej osobie ;) Sprzęt nowy i niestety nie wyczułem jeszcze jak szeroki kąt obejmuje obiektyw, okazało się że ustawienie kamery o 1,5 m od celu to zdecydowanie za daleko.

Na treningu ściąłem ponad 60 butelek. Trochę eksperymentowałem, trochę testowałem, sporo zmieniałem zwłaszcza w ustawieniu dłoni i chwycie miecza. Starałem się pracować głównie nad tym aby cięcia zadawane były pod odpowiednim kątem i z maksymalną siłą przy okazji, chodziło o potężne przełamujące ataki, dalekie od tego co uznaje się za trafienie w walkach sportowych itd. Ten nadmiar siły w rezultacie niewielkiego oporu celu dodawał mi sporo bezwładności, zamierzonej, ale widocznej czasami w zachwianiach postawy po wykonanej akcji, co zwyczajnie jest trudne do uniknięcia.

Tak więc zapraszam do oglądania, jeśli się podobało udostępniajcie, likujcie, subskrybujcie kanał.

Nowe wpisy na budce już niedługo :)

social-inside-youtube-icon

Turniej łuczniczy Cedynia 19-21.06.2015

3 czerwca 2015  / Autor: Fiolnir

Podobnie jak w latach ubiegłych, również w tym roku, będę prowadził turniej łuczniczy w Cedyni. Turniej tegoroczny będzie prowadzony w trochę innej konwencji, zapraszam do udziału i do odwiedzenia Cedyni oraz do zapoznania się z regulaminem turnieju. Do zobaczenia :)

Zasady turnieju łuczniczego Cedynia 2015

Zasady podstawowe: 

- Wchodzą wyłącznie łuki odpowiadające realiom historycznym wczesnego średniowiecza (składające się z drewna, poroża, ścięgien lub innych materiałów dostępnych w tamtejszych realiach). W przypadku łuków których wygląd zewnętrzny jest poprawny ale ich budowa wewnętrzna opiera się na materiałach współczesnych o dopuszczeniu do turnieju zadecydują sędziowie.

- strzały wyłącznie drewniane z opierzeniem naturalnym, groty mogą być toczone, zalecane jest używanie grotów kutych

- jeśli nie jest powiedziane inaczej zawsze strzelamy 5 strzałami, liczą się wszystkie strzały. Łucznik powinien mieć w kołczanie 7 strzał aby możliwe było płynne strzelanie również w sytuacji gdy strzała zostanie zniszczona lub zgubiona

- strzelać zawsze należy z zachowaniem wszystkich zasad bezpieczeństwa

- do tarczy zawsze podchodzi sędzia i strzelający, punkty są liczone z zaokrągleniem w górę na korzyść zawodnika w przypadku trafienia w linię oddzielającą dwie strefy punktacji lub w przypadku innych wątpliwości

- jeśli nie jest możliwe ustalenie punktacji, a wiadomo że nastąpiło trafienie (przestrzał) konkretny strzał należy powtórzyć

- każdy strzela na własną odpowiedzialność i ponosi pełną odpowiedzialność za wszelkie skutki

- wyniki ze wszystkich etapów sumują się aż do finału, modyfikator oznacza mnożenie wyniku strzału przez określony współczynnik w danej konkurencji (zaokrąglając w górę)

- poszczególne konkurencje mogą zostać wyłączone z turnieju jeśli pojawią się problemy techniczne z ich rozegraniem (czas, pogoda, braki zaplecza), punktacja dla wszystkich zawodników w takim wypadku wynosi 0, jeśli odpuścić będzie trzeba serię finałową o ostatecznej klasyfikacji zdecyduje wynik dotychczasowy

Piątek:

Runda eliminacyjna rozgrywana na polu łuczniczym:

1) Strzelanie na dystansie 15 m, 5 strzał 2 serie (naciąg do klatki piersiowej/naciąg angielski). Punktacja od 10 do 0 (zwykła) za każdy strzał.
2) Strzelanie na dystansie 30 m, 5 strzał 2 serie (naciąg do klatki piersiowej/naciąg angielski). Punktacja od 10 do 0 (zwykła) za każdy strzał.
3) Strzelanie na szybkość na dystansie 30 m, czas 1 minuta, 2 serie (naciąg do klatki piersiowej/naciąg angielski). 1 punkt za każdy strzał oddany + Punktacja od 10 do 0 (zwykła).

Po eliminacjach do dalszych zmagań zostanie zakwalifikowana pewna liczba uczestników z największą liczbą punktów. Ilościowo tego nie określamy ponieważ nie wiemy ilu będzie uczestników, racjonalnie rzecz biorąc ilość osób zakwalifikowanych do dalszych zmagań nie powinna być większa niż 10.

Sobota:

Walka o finał – ścieżka leśna, strzelanie do celów 3D:

1) Strzelanie leśne z utrudnieniami terenowymi – 6 celów na dystansach 10-25 m (lub więcej w zależności od poziomu strzelających), 5 strzałów do każdego z celów, styl naciągu dowolny, różne pozycje np. przyklęk, obrót, oparcie o drzewo itp.
2) Strzelanie pod kątem ze skarpy o wysokości min 10 m, 2×5 strzałów, styl naciągu dowolny

Zasady punktacji:

Wyjątek z regulaminu federacji FIELD/3D:

Figury zwierzęce 3D:

Podczas zawodów używa się trójwymiarowych figur zwierzęcych o zróżnicowanej wielkości i kształcie. Ilośd figur, ich rozmiar, a także rozmiar stref trafień punktowanych nie podlegają żadnym normom. Linie rozgraniczające poszczególne obszary punktujące wliczane są w obszar strefy punktowania o wyższej wartości.
Kolor ciała figur zwierzęcych jest różny dla poszczególnych zwierząt.

Strefy trafień punktowanych:

Figury zwierzęce podzielone są na 4 strefy trafień punktowanych (11, 10, 8, 5).

Jeśli strzała trafi w linię oddzielającą dwie strefy, strzał liczony jest jako trafienie strefy o wyższej wartości.

- 11 punktów – mały okrąg wyśrodkowany w pierścieniu 10 (stanowi około 25% pierścienia 10)
- 10 punktów – większy okrąg w obrębie strefy życia (vital area)
- 8 punktów – strefa życia poza okręgiem 10-punktowym
- 5 punktów – trafienie w miejsce kolorowe na ciele zwierzęcia
- Strzał w róg, kopyto lub inną nie-kolorową część ciała zwierzęcia, odbicie się strzały czy chybienie liczone jest jako strzał niecelny

http://www.new.3darchery.pl/zawody/36-regu…-poprawek-.html

Po tej rundzie nastąpi sumowanie punktów z wszystkich wcześniejszych konkurencji i zostanie wyłoniona grupa 3 finalistów którzy zmierzą się w walce o miejsca na podium.

Sobota:

Runda finałowa – strzelanie leśne do słomianki:

1) Polowanie. Tarcza słomianka znajduje się w lesie. Przy tarczy znajduje się człowiek z zawiązanymi oczami oraz sędzia. Łucznik podkrada się do celu z dowolnej strony mając podejść jak najbliżej bez hałasowania. Gdy człowiek z zawiązanymi oczami wskaże prawidłowo nadchodzącego łucznika (potwierdza sędzia komendą stop) uczestnik musi się zatrzymać i poczekać na odejście nasłuchującego i sędziego na bezpieczną odległość. Potem oddaje 2 strzały. Każdy z półfinalistów ma dwa podejścia do tarczy na każde ma 3 minuty. Podejście poniżej 10 m oznacza brak konieczności strzelania i zaliczenie konkurencji z maksymalną ilością punktów w serii (40 – 2 trafienia w środek za 10 punktów z modyfikatorem x 2). Punktacja z modyfikatorem 2 liczy się wynik obu strzałów w obu seriach.

2) Strzelanie leśne, dystans 40 m, 5 strzał, dwie serie (naciąg do klatki i angielski), w połowie dystansu pomiędzy celem a linią strzelań ustawimy przegrodę o wysokości 2 m (celem uniemożliwienia strzelania „płasko”). Modyfikator x 2 dla każdego trafienia w tarczę.

Po rozegraniu konkurencji finałowych zostaną zsumowane pełne wyniki ze wszystkich konkurencji i zostanie podana ostateczna klasyfikacja. Kolejność strzelań w rundzie finałowej będzie odwrotna niż wyniki dotychczasowe (pierwsza strzela osoba z najmniejszą ilością punktów, ostatnia z największą).

Krok po kroku – Jak wykonać pochwę do miecza

24 maja 2015  / Autor: Fiolnir

Jak zapewne zdążyliście zauważyć w mojej kolekcji przybyło ostatnio kilka mieczy, a że miecz bez pochwy jest o połowę mniej wart (jak przekazują nam frankijskie źródła), zatem do dzieła.

Krok pierwszy – źródła

W tym artykule mówię o pochwach konkretnie ale ta uwaga tyczy się wszystkich możliwych zagadnień w rekonstrukcji. Zanim cokolwiek zrobisz, zanim kupisz poszukaj źródeł na temat tego co chcesz zrobić. Historyczność wiele osób postrzega jako upierdliwość skutkującą ciągłym wymienianiem sprzętu, tymczasem rzeczy historyczne zwyczajnie… są historyczne. Dziś, jutro, za 10 lat jeśli zrobisz coś na podstawie zachowanych zabytków i źródeł będziesz miał drogi czytelniku święty spokój.

O tym elemencie, czyli źródłach właśnie, powstanie oddzielny tekst który właśnie się pisze, dlatego aby nie dublować, tutaj zajmę się tylko i wyłącznie kwestią wykonania pochwy i postaram się w możliwie łopatologiczny sposób pokazać wszystko krok po kroku.

Generalne zasady konstrukcyjne pochew pozostają bardzo podobne na przestrzeni wieków, to co ulega modyfikacjom to sposób mocowania pasów na pochwie. Co jest istotne – proste rozwiązania bywają stosowane bardzo długo, mnogość rozwiązań konstrukcyjnych w tym wypadku jest niemal tak duża jak ilość możliwych do wyobrażenia opcji, więc większość kombinacji jest historyczna.

f6661f3efdaa38c7b61632f9a80b82f2

Krok drugi - materiał

Z tego co nam o temacie wiadomo pochwy średniowieczne były sztywne, wykonywane z drewna i zazwyczaj bardzo cienkiej skóry (najczęściej koziej lub owczej), czasami dodatkowo używano płótna lnianego najwyższej jakości samodzielnie lub jako dodatkowej warstwy pod skórą. Do konstrukcji używano też naturalnych klejów – w grę wchodzi skórny, rybi i kazeinowy. Moje pochwy wykonałem z listewek olchowych o grubości 1 cm, szerokości 7 cm i długości ok 100 cm, które rzecz jasna poprzycinałem na wymiar przed obróbką, całość kryta jest 0,5 mm miękką i wytrzymałą skórą i szyta naturalną dratwą lnianą. Pasy wykonane są z 2 mm skóry bydlęcej, całość impregnowana jest na gorąco olejem lnianym (wstępnie) oraz pastą mojej produkcji na bazie oleju lnianego i wosku pszczelego na gorąco (dla wzmocnienia i utrwalenia impregnacji).

Zastanawiałem się w toku produkcji nad użyciem dodatkowych warstw konstrukcyjnych – dodanie wyściółki filcowej byłoby dobre pod tym względem, że zawarta w wełnie lanolina zabezpiecza głownię przed rdzewieniem, dodanie dodatkowej warstwy klejonego lnu od zewnątrz wzmocniłoby konstrukcję. Z tego pierwszego zrezygnowałem ponieważ wymagałoby to głębszego żłobienia co mogłoby się niekorzystnie odbić na wytrzymałości (listewki już miałem). Dodatkowo gdyby pochwa mocno zamokła wilgoć może w takiej pochwie długo się utrzymywać. Z lnu zrezygnowałem bo uznałem że nie jest niezbędny – tylko raz zdarzyło mi się złamać pochwę drewnianą i to w sytuacji podobnej do ilustracji poniżej ;)

296

ONB Han. Cod. 2554 Bible Moralisee, Österreichische Nationalbibliothek, Paryż Francja, 1225-1249 r.

Krok trzeci – narzędzia

Do wykonania pochwy wystarczy następujący zestaw:

- coś do zaznaczania na drewnie – czarny długopis lub ołówek będzie ok, od bidy starczy kawałek węgla drzewnego

- piła – w zasadzie jakakolwiek jednak przy cięciu desek tak cienkich najlepiej postarać się o piłę o drobnych ząbkach – linia cięcia jest wtedy delikatniejsza i mniejsze jest ryzyko odłupania się drzazg

- ostry nóż – może być zwyczajnie nóż tapicerski

- ostre duże nożyczki

- płaskie dłuto o szerokości max 1,5 cm

- pobijak, bardzo ewentualnie młotek (ale młotkiem gorzej się pracuje i niszczy rękojeść dłuta)

- gruby i średni papier ścierny

- duże klamry papiernicze – przynajmniej 3-4 sztuki i małe klamry papiernicze – 3-4 sztuki

- szydło (przy cienkiej skórze wystarczająca jest ostra igła do skóry)

- porządna igła, najlepiej do skóry, i dratwa lniana

- kombinerki (pomagają przy przeciąganiu nici, nie są absolutnie niezbędne, zależy w jakim materiale pracujesz)

- kawałek wosku do woskowania nici

Dodatkowo rzeczy potrzebne do impregnacji np. naczynie do podgrzania oleju, szmatka lniana itd.

Krok czwarty – wstępne przygotowanie

1. Zaczynamy od przycięcia desek. W tym celu przycinamy obie deski z jednej strony tak aby był idealny kąt prosty – to jest nasza baza pomiarowa, w tym miejscu pochwa będzie miała wejście.

2. Odrysowujemy na jednej z desek nasz miecz przykładając go tak aby idealnie pasował, następnie wokół tego obrysu na oko zaznaczamy dodatkowy obrys pochwy – osobiście dodałem ok 1 cm

3. Przycinamy deskę do rozmiaru aby łatwiej się obrabiało, ostrym nożem obrabiamy deskę zgrubnie tak aby zostawić tylko to co ma być naszą pochwą

4. Przykładamy to co otrzymaliśmy do drugiej deski i odrysowujemy. Tu ważna uwaga – może się zdarzyć, że będziecie pracowali z deskami które nie są idealnie proste. Paczenie się drewna to rzecz naturalna więc jeśli deski są mniej więcej proste nie ma się czym przejmować, jednak jeśli mamy taką możliwość deski powinniśmy złożyć ze sobą tak aby ich krzywizny nie układały się w tę samą stronę. Wyobraźcie sobie dwa łuki złożone cięciwami tak aby powstał łuk obustronny. Co to daje? To, że przy tym ułożeniu po sklejeniu lub obciągnięciu skórą siły będą się wzajemnie równoważyć – pochwa będzie prosta i nie będzie się paczyła. Siły działające przeciwstawnie dają nam więc korzyść :) Jeśli czas nas nie goni po wycięciu obu połówek (punkt 5) można ścisnąć je klamrami i zostawić na jakiś czas w pozycji pionowej.

5. Wycinamy drugą połówkę pochwy, zaznaczamy linię od sztychu na obu połówkach i składamy je punkt do punktu, sprawdzamy czy wszystko jest w miarę OK, jeśli tak odrysowujemy miecz na drugiej połowie pochwy.

Niestety tego etapu nie mam udokumentowanego bo na pomysł napisania artykułu wpadłem dopiero po nim ;)

Krok piąty – obróbka drewnianego wkładu

1. Bierzemy ostry nóż i po linii odrysu ostrza miecza wcinamy się pionowo na ok 2 mm na całej długości. Następnie od wewnątrz wcinamy się pod kątek ok 45 stopni 2-3 mm obok. Powinien powstać rowek wyznaczający krawędź pochwy.

2. Następnie tym samym ostrym nożem robimy wzdłużne nacięcia na całej szerokości pod głownię miecza. To ułatwia później zbieranie materiału, nie jest to konieczne.

3. Zaczynamy dłutowanie. W zasadzie każda metoda jest dobra ale najefektywniej i najbezpieczniej robić to tak jak widać. Systematycznie zbieramy materiał na głębokość ok połowy grubości głowni. Pamiętajcie o uwzględnianiu linii słojów! Jeśli wbijając dłuto zauważacie że działacie za głęboko najpewniej oznacza to, że linie włókien idą wgłąb materiału, w tej sytuacji odwracacie element i dłutujecie od drugiej strony.

4. Wyrównujecie rowek na głębokość aby było OK, szlifujecie dodatkowo papierem ściernym, następnie przykładacie miecz. Jeśli robiliście dokładny odrys dobrze jest w tym etapie raz jeszcze użyć ostrego noża i nadciąć ok 1 mm zapasu aby minimalnie poszerzyć miejsce na miecz.

6. To samo robicie z drugą połówką.

7. Składacie połówki do kupy, zaciskacie klamrami obie części tak aby do siebie dokładnie przylegały i wkładacie miecz. Jeśli pasuje to super, jeśli jest za ciasno najlepiej wkładać miecz powoli, zdiagnozować na jakiej mniej więcej wysokości trzeba podszlifować pochwę i powinno być OK. W idealnie dopasowanej pochwie miecz siedzi nieruchomo, nie ma luzów, jednocześnie powinien wychodzić z pochwy z minimalnym oporem (filmik poniżej). Gdyby okazało się że przycięliście za bardzo można minimalnie podszlifować te elementy pochwy które się stykają aby tym samym zwęzić otwór ale unikajcie tego za wszelką cenę bo bez odpowiedniej wprawy trudno jest to zrobić równo, no chyba że dysponujecie większym zapleczem narzędziowym.

8. OK, mamy już dwie połówki – teraz czas zgrubnie obrobić je od zewnątrz. Najłatwiej użyć ostrego noża do szybkiego usunięcia większości niepotrzebnego materiału. Pamiętajcie o liniach słojów tak jak w punkcie 3!

9. Dopasowujecie raz jeszcze wszystko na ściskach, sprawdzacie czy wszystko jest OK, jeśli tak kleicie obie połówki. Zaraz po złożeniu połówek i zaciśnięciu włóżcie miecz do pochwy aby upewnić się że nic się nie przesunęło.

10. Po odczekaniu czasu potrzebnego na sklejenie szlifujecie całość papierem ściernym. Mamy już wewnętrzny wkład do pochwy, czyli najbardziej pracochłonna część roboty za nami :)

11. Przed obszywaniem drewniany wkład do pochwy można dodatkowo zaimpregnować – osobiście tego nie robiłem ale to na pewno nie zaszkodzi :)

 

 

Krok szósty – obszywanie pochwy

1. Przykładamy pochwę do skóry i wycinamy odpowiednio duży kawałek. Odpowiednio duży czyli taki aby od dołu było jeszcze ok 2-3 cm zapasu, aby od góry był jeszcze dodatkowo 1-2 cm (chyba że skóra z pochwy ma być trochę wydłużona wtedy trzeba to doliczyć). Boczna szerokość powinna z każdej strony mieć ok 1,5 cm nadwyżki aby dało się ją wygodnie złapać klamrą i naciągnąć przy obszywaniu.

2. Zakładamy klamry pilnując aby linia szycia wypadała na środku. Skórę przed szyciem można namoczyć – powinna być wilgotna, nie mokra. Podczas szycia można użyć gąbki aby zapobiegać wysychaniu. Osobiście tego nie robiłem.

3. Odnoście szwu – osobiście preferuję szyć za igłą, wiele osób (zwłaszcza mających małe doświadczenie w szyciu) będzie preferowało szew na dwie igły. Ten pierwszy jest szybszy, ten drugi łatwiej ściąga skórę i łatwiej w nim o utrzymanie równego ściegu. Pamiętajcie o nawoskowaniu nici – wystarczy przeciągnąć ją kilka razy przez kawałek wosku.

4. Osobiście obszywanie zaczynam od dołu pochwy, od miejsca w którym szerokość pochwy zaczyna być w miarę równomierna. Od tego miejsca zakładam 2-3 szwy w górę, a następnie zmieniam kierunek i szyję w dół pochwy dbając o mocne naciągnięcie skóry. Dzięki temu otrzymujemy bez większych problemów bardzo dobre i ścisłe dopasowanie.

5. Dalsze szycie jest już normalne – dojeżdżamy do końca pochwy, później wracamy szwem powrotnym. Co bardzo ważne, trzeba pamiętać o ściąganiu nici zgodnie z linią szycia, a nie w bok. Dzięki temu minimalizujemy naprężenia boczne, co w przypadku skóry cienkiej jest ważne bo unikamy rozrywania skóry.

6. Po zakończeniu szycia obcinamy nożyczkami nadwyżkę skóry nad szwem. Dzięki użyciu nożyczek można ciąć blisko szwu minimalizując ryzyko jego uszkodzenia, ostrym nożem oczywiście można zrobić to samo ale wystarczy mały błąd aby powstał spory problem ;)

 

 

7. Wykonujemy wstępną impregnację pochwy – w moim wypadku olejem lnianym (na trzy pochwy zużyłem 200 ml oleju).

Krok siódmy – paski

UWAGA!

Zanim zaczniecie robić nacięcia zastanówcie się 4 razy. Najlepiej róbcie je w miarę oplatania pochwy, tylko wtedy wszystko będzie idealnie wymierzone. Pospiech na tym etapie to najgorszy doradca.

1. Wycinamy proste pasy skórzane o określonej szerokości – odnośnie długości – lepiej wyciąć długi i skrócić niż za krótki. Na skomplikowany oplot potrzeba całkiem sporo materiału, ale pas jest dzielony na dwie części – 2 kawałki o długości 120 cm powinny być wystarczające dla większości ludzi. Trzeba też pamiętać o doliczeniu materiału na wiązanie jeśli decydujemy się na użycie tego wzoru.

2. Rozcinamy pasy wzdłużnie aby wykonać oplot. Co istotne nie robimy prostego cięcia na pół ale wycinamy ze środka pasek o szerokości kilku mm aby powstałe cieńsze paski lepiej się układały. Na tym etapie nie wykonujemy jeszcze rozcięcia do wiązania – lepiej zrobić to na końcu po przymierzeniu pochwy, będzie wiadomo jak głęboko ciąć.

3. Wykonujemy nacięcia i oplot element po elemencie tak jak widać na zdjęciach. Robimy serię pionowych nacięć i przeciągamy przez nie górny rzemień górnego pasa. Odwracamy pochwę na drugą stronę i wykonujemy jeszcze 4 ostatnie nacięcia pionowe. Przeplatamy rzemień i rozcinamy go wzdłuż na odcinku pomiędzy szlufkami. Przekładamy górny rzemień pod spodem niego samego i przeplatamy go górą przez rozcięcie które wykonaliśmy przed chwilą. Odwracamy pochwę na drugą stronę. Mamy już górny oplot. Teraz krzyżujemy obie części górnego pasa z przodu, mierzymy gdzie wypada rozcięcie i wykonujemy 2 równoległe nacięcia w skórze pochwy wzdłuż kierunku ułożenia dolnego rzemienia. Rozcinamy go tak aby przełożyć powstałą szlufkę przez środek rozcięcia. Na tym etapie trzeba być bardzo ostrożnym. Do wyciągnięcia i przytrzymania przeplotu warto użyć igły albo kawałka nici. Przeplatamy górny rzemień przez szlufkę nad dolnym rzemieniem i odwracamy pochwę na drugą stronę. Wykonujemy prostopadłe nacięcia w pochwie i 4 prostopadłe nacięcia w dolnym pasie mieczowym. Nacięcia muszą być tak dopasowane aby dało się przez nie wykonać przeplot. Rzemienie z górnego pasa przechodzą od góry przez drugi pas następnie przez skórę pochwy na krzyż i znów przez skórę pochwy i dolną połowę pasa od dołu. Odwracamy pochwę i pozostałe kawałki rzemieni zwężamy tak aby dały się związać w ciasny supeł. Wykonujemy jeszcze po 2 nacięcia z każdej strony pochwy aby przepleść rzemienie, następnie wszystko związujemy. Drugi pas wystarczy zszyć ciasno przy pochwie.

4. Przymierzamy całość w najgrubszym pancerzu jaki mamy, sprawdzamy czy nie trzeba skrócić pasków (zawsze trzeba zostawić trochę nadwyżki). Następnie przymierzamy po raz drugi, tym razem na koszulę i sprawdzamy jak głęboko należy wzdłużnie rozciąć pasek.

5. Do zapinania pochwy można użyć odpowiedniej klamry lub (bardzo popularnego zwłaszcza od XII w.) wiązania rzemieni rozciętego dolnego pasa w tzw. „jaskółczy ogon”. Co ciekawe analizując ikonografię można łatwo przekonać się, że najpewniej istniał jeden ustalony sposób wiązania pasa mieczowego obowiązujący przez wiele stuleci, stosowany przez miłośników „jaskółczego ogona”.

386

BL Additional 17687 B The Massacre of the Innocents, British Library, Niemcy, 1240 r.

Krok ósmy – impregnacja

Tak jak wcześniej wspominałem impregnację można wykonać na kilku etapach. Osobiście do wstępnej impregnacji używam rozgrzanego oleju lnianego. Wlewam go zwyczajnie do niewielkiego garnuszka, rozgrzewam na małym ogniu przez dosłownie 1-2 minuty (olej nie może mieć temperatury wrzenia, bardzo łatwo może się zapalić!). Następnie kawałkiem lnianej szmatki lub pędzlem nanosimy impregnat 2-3 razy i odstawiamy do wyschnięcia. Elementy drewniane warto odstawić minimum na godzinę, skóra przyjmuje i wchłania impregnat prawie natychmiast ale też warto odczekać chwilkę aby olej dobrze się wchłonął.

Przed impregnowaniu skóry zawsze warto poeksperymentować na małym ścinku aby sprawdzić jak zmieni się kolor i właściwości skóry po impregnacji. Trzeba pamiętać o tym, że jeśli już położymy olej, skóra nie wchłonie np. brązownika który mógłby wzmocnić kolor. Na ostatnich zdjęciach widać przy okazji jak różne odcienie i kolory można uzyskać stosując tylko i wyłącznie impregnowanie naturalne, różnicując ilość warstw i temperaturę. Wszystkie pochwy zostały wykonane z tej samej skóry, podobnie jak pasy obu późniejszych mieczy, mimo tego różnica jest radykalna i oczywiście efekt był zamierzony :)

Po wstępnej impregnacji olejem wykonujemy dodatkową impregnację pastą na bazie oleju lnianego i wosku. Po zaimpregnowaniu pochwa jest gotowa.

Pastę taką można wykonać samodzielnie w bardzo łatwy sposób.

UWAGA!

Robiąc cokolwiek z gorącym woskiem i olejem trzeba bardzo uważać. Osobiście używam rękawic spawalniczych i nie jest to przesadna ostrożność.

1. Bierzemy garnek i napełniamy go wodą, stawiamy na małym ogniu.

2. W garnku umieszczamy mały słoik do którego wrzucamy wosk (dzięki temu od razu mamy pojemnik, więc słoik powinien mieć zakrętkę). Całość podgrzewamy – dzięki użyciu 2 garnków wosk się nie przypali tylko roztopi.

3. Do wosku ostrożnie dolewamy olej lniany. Co do proporcji – tu wszystko zależy od naszych celów. Dobra pasta ma konsystencję kremu i taką proporcję uzyskamy dodając ok 2 części oleju na 1 część wosku (ogólnie więcej oleju niż wosku). Jeśli proporcje będą równe pasta będzie dość twarda i będzie wymagała podgrzania przed zastosowaniem.

4. Przez chwilę mieszamy wszystko podczas podgrzewania, później zdejmujemy impregnat i mieszamy podczas stygnięcia. Trochę to potrwa, nie trzeba mieszać cały czas ale dobrze jest całość zabełtać co najmniej kilkanaście razy aby olej i wosk się nie rozdzieliły. Po ostygnięciu pasta jest gotowa :)

Przed użyciem dobrze jest pastę lekko podgrzać aby lepiej się wchłaniała (zwłaszcza jeśli pasta którą ma stałą twardą konsystencję), zwykle wystarczy przez chwilkę pobawić się zapalniczką. Bierzemy szmatkę i nakładamy impregnat rozsmarowując cieniutką warstwę, później warto jeszcze całość przetrzeć szmatką lnianą z grubego siermiężnego lnu aby usunąć nadmiar i wydobyć połysk.

Pasta tego typu idealnie nadaje się do impregnacji skóry, zwłaszcza elementów pracujących mechanicznie np. butów. jako dodatkowy składnik można użyć lanoliny. Jest ona dostępna w niektórych aptekach stacjonarnych, bez problemu można ją dostać w sklepach półproduktami do kosmetyków.

Krok dziewiąty – czas potrzebny na wykonanie pochwy

Czasy tu podane odnoszą się do wykonywania trzech pochew. Teoretycznie mógłbym podzielić czas przez 3 ale pochwy miały różne rozmiary więc podam czas zbiorczy. Rzecz jasna uwzględniam tylko rzeczywistą robociznę (bez czasu spędzonego na szukaniu źródeł), przy wykonaniu pochew nie użyłem jakichkolwiek elektrycznych narzędzi. Osobiście wolę sobie na spokojnie dłubać :)

- wstępna obróbka – ok 2 h

- obróbka drewnianego wkładu – ok 12 h

- klejenie – zależny od typu kleju – wstępne sklejenie umożliwiające pracę mamy już po ok 1-2 h, dla pewności zwykle dobrze odczekać 12 h

- obszywanie pochwy – ok 6 h

- wykonanie pasków – ok 4 h

- wykończenie i impregnacja – ok 1 h

Ogólnie średnio wprawna osoba jedną pochwę jest w stanie wykonać w jeden dzień.

Krok dziesiąty – wszystko świetnie się udało, zobaczmy jak całość się prezentuje.

Konstrukcji pasów u wikinga nie omawiam bo jest prosta jak budowa cepa ;) W jego wypadku zastosuję zapięcie na klamrę kutą D-kształtną.

Indywidualny Trening Uderzeń

26 kwietnia 2015  / Autor: Fiolnir

Witajcie po długiej przerwie!

Korzystając z okazji małe ogłoszenia parafialne. Ostatnimi czasy zajęty jestem jeszcze bardziej niż zwykle dlatego wiele artykułów, które planowałem napisać już dawno trochę się ślimaczy. Na szczęście już chyba wychodzę na prostą i w najbliższym czasie możecie spodziewać się całkiem sporej ilości nowości. Będzie trochę o roli Internetu w rekonstrukcji, będzie artykuł o pochwach mieczowych wraz z bogato ilustrowanym tutorialem jak takową pochwę popełnić samodzielnie, dwa kolejne teksty już stoją w kolejce, o nich na dziś nie powiem nic ponad to, że mogą znów sporo namieszać ;) Stay Tuned!

W międzyczasie, korzystając z pięknej wiosennej pogody, wybrałem się do parku pomachać trochę moimi mieczami. Nagrywam ostatnio prawie wszystkie treningi w których uczestniczę, a że tym razem nagranie wyszło całkiem niezłe, zdecydowałem się je udostępnić szerszej publiczności. Film jest bardzo długi, ale postanowiłem go nie kroić aby pokazać intensywność treningu i jego rzeczywistą długość, mam nadzieję że z dodanym pokazem muzycznym da się to oglądać ;)

Za wszelkie uwagi, również krytyczne, będę wdzięczny, chciałbym jednak abyście pamiętali, że film ten nie był nagrywany z myślą o publikacji, sam zaś trening koncentruje się na zadawaniu uderzeń z maksymalną efektywną siłą, mniej się tu zatem koncentruję np. na pracy nóg, zmianach kierunków działań szermierczych etc. Osobiście wolę to kroić na mniejsze treningi zadaniowe.

Jeśli odzew na film będzie pozytywny jest szansa, że zacznę kręcić więcej, a na pewno będzie co pokazać! Niedługo moja kolekcja mieczy wzbogaci się o dwa kolejne, tym razem ostre egzemplarze, a moje możliwości techniczne uzupełni kamera z funkcją slow motion do 240 fps.

Specyfikację techniczną mieczy jednoręcznych użytych w tym filmie znajdziecie TUTAJ, specyfikacja techniczna federa znajduje się na stronie PRODUCENTA.

Oglądajcie, komentujcie, subskrybujcie!

social-inside-youtube-icon

 

Top 10 profesjonalnych kanałów o DESW na YouTube

23 grudnia 2014  / Autor: Fiolnir

Koniec roku za momencik, święta jeszcze bliżej. Można oczywiście spędzić je w siedząc na kanapie oglądając po raz 50 Kevina na Polsacie, ale można też czas ten spożytkować w trochę sensowniejszy sposób. Skoro już i tak będziemy jedli, pili i zajmowali się świątecznym obżarstwem można wcinając pierogi zajrzeć w kilka fajnych miejsc na YouTube :)

Poniższe zestawienie dotyczy tylko kanałów profesjonalnych. Profesjonalnych tzn. prowadzonych przez osoby o powszechnie uznanej reputacji, związane z powszechnie uznanymi organizacjami lub oficjalne kanały tychże organizacji. Jednym słowem – wielu kanałów powszechnie znanych tu nie ma i jest to celowe, znajdą się w kolejnym zestawieniu ;)

Przyporządkowując miejsca brałem pod uwagę to jak wiele mi osobiście udało się zyskać dzięki oglądaniu danego kanału, co za tym idzie najważniejsze elementy decydujące o miejscu to ilość materiałów, ich tematyka i wartość praktyczna, oznacza to również że wszystko w tym zestawieniu jest absolutnie subiektywne ;)

1. Scholagladiatoria

 

  • 44,908 subscribers
  • 5,572,868 views

 

Mój absolutny numer 1, prawdę mówiąc rzadko kiedy jem kolację bez gapienia się w uśmiechniętą gębę Matta Eastona ;) Jest to o tyle łatwe, że zwykł on publikować kilka filmów tygodniowo w związku z czym na kanale wisi niesamowita ilość materiałów. Nie sztuką jest pójść w ilość, sztuką jest ilość łączyć z jakością. Matt wypracował bardzo fajną formułę łapania nowych tematów do swoich filmów polegającą bardzo często na komentowaniu komentarzy i prostowaniu przeinaczeń z którymi w komentarzach się spotkał. Zdecydowanie jest ekspertem którego warto posłuchać ponieważ wiedzę praktyczną i teoretyczną łączy w jedną spójną całość. Archeolog z wykształcenia, zajmujący się HEMA od 1997 r. w teorii i praktyce, organizator FightCamp, kolekcjoner i handlarz bronią białą. Ciężko byłoby o lepszego eksperta w temacie. Matt udowadnia to zwłaszcza gdy bierze na warsztat tematy na pierwszy rzut oka banalne, które po rozłożeniu na czynniki pierwsze całą swą banalność tracą. Jeśli lubisz szukać przysłowiowego „diabła w szczegółach” to zdecydowanie jest to kanał dla Ciebie!

schola Youtube_logo-200x115

 

2. Roland Warzecha

 

  • 1,647 subscribers
  • 43,532 views

 

Tego pana większości czytelników tej strony zapewne nie trzeba przedstawiać, ponieważ jeśli ktoś interesuje się tematem walki wczesnośredniowiecznej i walki z użyciem miecza i puklerza według traktatu I.33 zapewne o Rolandzie słyszał. Spośród wszystkich kanałów w tym zestawieniu wymienionych ten najmocniej mieści się w moich osobistych zainteresowaniach badawczych. Obecnie Roland Warzecha całą swoją energię poświęca projektowi DIMICATOR, którego celem jest odtworzenie najwcześniejszych znanych elementów walki z użyciem tarcz różnego rodzaju, a to co robi dla mnie osobiście bardzo wysoko ustawia poprzeczkę, zwłaszcza że mówimy o instruktorze z kilkunastoletnim doświadczeniem, członku HEMAC, CFAA i dawnym instruktorze grupy Hammaborg. Kanał YouTube Rolanda dopiero się rozwija jednak już teraz można śmiało powiedzieć że wyznacza zupełnie nowy poziom nie tylko przez świetną merytorykę ale również jakość techniczną materiałów tam publikowanych. Nic dziwnego – Roland z zawodu jest ilustratorem.

dimicator Youtube_logo-200x115

 

3. Kuba Potocki

 

  • 910 subscribers
  • 286,415 views

 

„Nazywam się Kuba Potocki i lubię nakurwiać mieczem”. W tej jednaj krótkiej sentencji znajduje się w sumie cała idea kanału jako indywiadualnego projektu jednego ze scholarów ARMA-PL trenującego walkę mieczem od 2007 r. Mnie osobiście ten catchphrase bardzo odpowiada – świetnie pasuje do internetowego luźnego stylu komunikacji. Inicjatywa Kuby jak na polskie (a może i światowe) realia jest całkowicie unikatowa, już z samej tej przyczyny kanał na tej liście wypadałoby wymienić, wyjątkowy już w trochę szerszej skali jest sam projekt stworzenia całościowego kursu z zakresu indywidualnego treningu DESW dla początkujących – za to wielki szacun bo jest to naprawdę potrzebne :) Dodatkowo na kanale znajdziecie różnego rodzaju warsztaty, wykłady, filmy z treningów, zawodów etc. Przeczytane? Obejrzane? Fajnie. A teraz idźcie nakurwiać!

kuba Youtube_logo-200x115

 

4. Ilkka Hartikainen

 

  • 2,147 subscribers
  • 267,546 views

 

W tym wypadku nazwa kanału to przy okazji nazwisko prowadzącego. Ilkka Hartikainen specjalizuje się w fechtunku szesnastowiecznym ze szczególnym uwzględnieniem takich mistrzów szkoły bolońskiej jak Achille Marozzo i Antonio Manciolino. Fechtunek w tym okresie wzniósł się na wyżyny perfekcjonizmu jeśli chodzi o dopracowanie detali, technik i form walki dzięki zastosowaniu zasad matematyki i geometrii. Ilkka Hartikainen pod względem technicznym jest absolutnie niesamowity, osobiście zestawiając jego filmy z materiałem źródłowym mam odczucie jakby obrazy ożyły. Wypracowanie takiej dokładności i precyzji wykonywania technik wymaga lat treningu i żelaznej dyscypliny. Jest to jeden z tych kanałów których wartość jest o wiele wyższa niż ilość subskrypcji jakie otrzymały więc zdecydowanie zachęcam do oglądania i subskrybowania – z ogłoszeń na jego stronie i profilu FB wynika, że to  dopiero początek :)

marozzo Youtube_logo-200x115

 

5. EnglishMartialArts

 

  • 823 subscribers
  • 36,427 views

 

Sam kanał jest bardzo młody, natomiast prowadzi go całkiem stary wyjadacz - Martin „Oz” Austwick – założyciel English Martial Arts Academy, jeden ze współzałożycieli HEMAC, praktyk z prawie dwudziestoletnim doświadczeniem, ekspert zwłaszcza w dziedzinie boksu tradycyjnego i zapasów. Na kanale znajdziemy trochę informacji z tego zakresu, jednak większość nowych materiałów dotyczy walki mieczem z czasów elżbietańskich według szkoły angielskiej. Mocną stroną kanału jest podejście praktyczne i skoncentrowanie się na zagadnieniach istotnych w treningu, a także duże skupienie na detalach i łatwa do zrozumienia forma przekazywania wiedzy. Największym minusem jest jakość techniczna materiałów i specyficzna maniera prowadzącego która nie każdemu się spodoba ;) W każdym razie warto zajrzeć zwłaszcza, że kanał dopiero się rozkręca.

english Youtube_logo-200x115

 

6. learn-sword-fighting.com

 

  • 1,265 subscribers
  • 45,228 views

 

Ten kanał stanowi dopełnienie tego co prezentuje kanał TheRealGladiatores, prowadzą go Johannes Pelzer i Sven Baumgarten z grupy Gladiatores. O ile kanał TheRealGladiatores nastawiony jest na prezentowanie atrakcyjnych wizualnie materiałów promujących walkę bronią średniowieczną, o tyle ten jest świetnym zbiorem filmów instruktażowych w zakresie fechtunku mieczem długim według szkoły niemieckiej. Filmy prezentowane na kanale stanowią gotowe sekwencje ruchów i akcji i są świetną pomocą przy indywidualnym treningu. Tych filmów nie ma sensu oglądać siedząc wygodnie i zajadając pierogi, trzeba zwyczajnie iść nakurwiać ;) A jeśli ktoś naprawdę mieszka gdzieś daleko, nie ma szans dojeżdżać na treningi do żadnej z istniejących grup zajmujących się walką, lub zwyczajnie chciałby potrenować samodzielnie, na stronie istnieje możliwość wykupienia rocznego dostępu do 128 filmów za 123 euro – opcja zdecydowanie warta rozważenia choć sam z niej nie korzystałem więc ciężko mi w pełni ocenić wartość materiałów dostępnych po wykupieniu dostępu.

learn Youtube_logo-200x115

 

7. TheRealGladiatores

 

  • 7,701 subscribers
  • 2,005,880 views

 

Ten kanał trochę nie pasuje do reszty pod tym względem, że jego celem nie jest edukacja. Jest na nim zaledwie siedem filmów i pomijając jeden nowy, dodany dwa tygodnie temu, inne pojawiły się tam 2-7 lat temu. Postanowiłem dodać go do tej listy z tej banalnej przyczyny, że kanał mimo tej niewielkiej zawartości jest niezwykle popularny, filmy te pokazują walkę średniowieczną w rewelacyjny sposób i jak dotąd, w mojej osobistej opinii, niewiele jest materiałów zdolnych im dorównać pod względem wizualnym. Jeśli ktoś szuka inspiracji do tego jak można prezentować dawne sztuki walki w atrakcyjny sposób to w tym miejscu powinien zacząć. Opracowanie jest autorstwa grupy Gladiatores, jednaj z większych niemieckich organizacji zajmujących się DESW z okresu XIV-XVII w.

gladiatores Youtube_logo-200x115

 

8. ARMAPolska

 

  • 148 subscribers
  • 10,786 views

 

Ten kanał subskrybuję nie z powodu unikatowego kontentu  ale z powodu bardzo wartościowych linków które się na nim pojawiają, no i trochę przez sentyment. Filmów na kanale jest zaledwie kilka, są to głównie krótkie klipy promocyjne. Fajnie by było gdyby znalazła się jakaś dobra i kompetentna dusza zdolna rozruszać kanał, ponieważ ciągle ilość dobrych polskich materiałów o DESW jest minimalna. Sam Kuba Potocki świata nie podbije, zwłaszcza że „nakurwia” co samo w sobie dla wielu jest kontrowersyjne. Nie ma lepszego miejsca aby dzielić się konkretną wiedzą i przesłaniem niż YouTube, zwłaszcza jeśli chodzi o docieranie do młodych odbiorców. Myślę też że nie ma lepszego miejsca na propagowanie DESW niż oficjalny kanał organizacji takiej jak ARMA-PL, trzeba to tylko wykorzystać :)

arma Youtube_logo-200x115

 

9. HEMA Instructor Nick Thomas

 

  • 4,965 subscribers
  • 1,302,499 views

 

Kanał tworzy Nick Thomas, jeden z dwóch braci prowadzących Academy of Historical Fencing, klub mający dwie filie w UK. Nie znajdziecie na nim praktycznie żadnych materiałów instruktażowych, natomiast 99% stanowią filmy ze sparingów z użyciem bardzo różnej broni. W ostatnim czasie Nick zamieścił wideo z informacją, że działalność kanału zostaje zawieszona. Zamiast jego indywidualnego projektu działa teraz zbiorczy kanał Academy of Historical Fencing, jednak jako że subskrybuje go dopiero 360 osób uznałem że lepiej będzie opisać tu kanał wcześniejszy.

academy Youtube_logo-200x115

 

10. LondonLongsword

 

  • 311 subscribers
  • 28,944 views

 

Kanał przynależy do The London Longsword Academy prowadzonej przez Davea Rawlingsa. Jeśli ktoś interesuje się walką w układzie miecza i puklerza prawdopodobnie słyszał o tym jegomościu w kontekście drugiego z jego projektów – grupy Boars Tooth, która to grupa wydała całkiem fajną serię filmów instruktażowych z interpretacją traktatu I.33. Kanał zawiera głównie walki, odrobinę filmów instruktażowych – warto przynajmniej raz przewertować zawartość.

london Youtube_logo-200x115

 

W3 2014 – filmowa relacja z imprezy

2 listopada 2014  / Autor: Fiolnir

Jakiś czas temu wpadłem z aparatem na Warszawskie Warsztaty Walki i udało mi się zarejestrować większość imprezy. Rozpisywał się nie będę bo nie ma sensu, zwyczajnie zapraszam do oglądania nagrań na moim kanale YouTube. A jak się spodoba no to oczywiście likujcie, udostępniajcie, subskrybujcie, komentujcie :)

Dokładny plan, regulaminy walki itp. informacje znajdziecie na oficjalnej stronie imprezy:

 

Filmy z warsztatów:

 

Podobnie jak w roku ubiegłym na imprezie odbyło się Fechtschule, nieodmiennie cieszące się wielkim powodzeniem, którego sens najlepiej chyba oddaje cytat z regulaminu:

Bez walki o miejsce na podium, bez presji punktów, macie okazję skupić się na Sztuce.
Próbować technik których obawiacie się użyć w trakcie regularnych turniejowych walk.
Wyzwać na pojedynek tych, z którymi zawsze chcieliście się porównać. Pokazać Waszą
biegłość i zdobyć uznanie innych szermierzy. Fechtujcie czysto i honorowo, bawcie się przy
tym dobrze. Pamiętajcie jednak, że udział w „Fechtschule” to przywilej, a nie prawo.

 

Wszystkie warsztaty i Fechtschule odbywały się w sobotę, natomiast w niedzielę rozegrany został turniej długiego miecza:

 

Chciałem w tym miejscu również pogratulować świetnej organizacji i podziękować za fajnie spędzony czas, a osobom sentymentalnym przypomnę, że nagrywałem również turniej zeszłoroczny ;)

 

Życzę miłego oglądania i przepraszam za wszelkie techniczne niedociągnięcia. Sztuka operatorska i montaż to nie są rzeczy, którymi zajmuję się codziennie, sprzęt też mam mocno amatorski ;)